Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 75
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2022.05.27 Mammoth Lakes, CA (dzień 7)
Dwa dni temu przejeżdżając przez przełęcz Sonora bardzo mi się chciało wyjść z samochodu, ubrać buty narciarskie i iść w góry żeby sobie zjechać. Wiedziałem, że na to niestety nie mamy czasu. A szkoda, bo ładne tereny tam się znajdują.
Musiałem czekać dwa długie dni, aż dzisiejszy dzień nadszedł i mogłem zapiąć narty, wsiąść na krzesełko i ruszyć w górę.
Aktualnie znajdujemy się w Mammoth Lakes w stanie Kalifornia. Byliśmy tu dwa miesiące temu na nasze tygodniowe narciarskie wakacje w pełni sezonu. Teraz jest koniec Maja i niestety już nie wszystko jest otwarte, ale i tak jest cudownie. Czasami ten resort jest nawet czynny do Lipca.
O tej porze roku z czterech dolnych baz czynne są tylko dwie. The Mill i Main Lodge. Ta druga jest znacznie większa, ciekawsza i ma dostęp do znacznie większej ilości tras i wyciągów. Tą też wybraliśmy i dzisiaj rano zaparkowaliśmy tam samochód.
Ilonka poszła na hike na Minaret Vista. A ja spragniony nartek wziąłem pierwszy lepszy wyciąg i ruszyłem w góry.
Było w miarę ciepło i słonecznie z małymi chmurami. Na dole jakieś +10 do 15C. Na górze znacznie chłodniej +6 do 8C i mocniejszy wiatr. Ogólnie typowe wiosenne narty.
Ludzi bardzo mało, a co za tym idzie puste trasy.
Śnieg? Jak to na wiosnę, ciężki, ale nawet śliski. Tylko w bardziej nasłonecznionych odcinkach był mokry i wolny.
Mimo, że to koniec sezonu to 9-10 wyciągów było czynnych i spokojnie z kilkadziesiąt tras. A wyżej w górach to nawet można się było bawić poza trasami, gdzie śnieg był ciężki i nieubity ale spokojnie do zjechania.
Dwa wyciągi wychodziły na sam szczyt, na który to wczoraj wyszliśmy na nogach z drugiej strony góry.
Tu na górze już trochę bardziej wiało, ale widoki były śliczne i wiele ciekawych zjazdów.
Zjechałem parę razy ze szczytu. Jeden rejon mi najbardziej utkwił w pamięci z marcowego wyjazdu i chciałem tam pojechać, ale niestety się nie udało. Na górze mi powiedzieli, że niestety niżej jest mało śniegu i trzeba dużo chodzić, a także wyciągi z tamtej strony już nie działają i jeszcze więcej chodzenia jest wymagane. Zrezygnowałem…
Zjechałem na dół. Ilonka właśnie wróciła ze swojego hiku. Usiedliśmy w słoneczku i przy chłodnych napojach podziwialiśmy widoki i opowiadaliśmy sobie wspólne przeżycia.
Wróciłem jeszcze na narty na parę zjazdów. Wyjechałem znowu pustą gondolą na sam szczyt i opustoszałymi trasami, praktycznie samotnie zjechałem.
W celu jak najdłuższego utrzymania śniegu na trasach, zamykają resort o godzinie 14. Póżniej jest mocne słońce i topi śnieg, który jak jeszcze narciarze bedą rozjeżdżać to on się szybko roztopi.
W sumie to dobrze bo my dzisiaj się udajemy do innego resortu. Jedziemy na północ 300 km w rejon Lake Tahoe. Jest to największe górskie jezioro na kontynencie amerykańskim. Leży na granicy Kalifornii i Nevady.
Dokładnie śpimy w resorcie narciarskim Palisades Tahoe. Kiedyś miał inną nazwę: Squaw Valley. Resort jest czynny przez ponad 70 lat. W 1960 była tu olimpiada zimowa. Przez tyle lat nikomu nie przeszkadzała nazwa Squaw, dopiero teraz, w czasach gdzie już nic nikomu nie wolno resort musiał zmienić nazwę.
Droga w większości szla terenami górzystym stanem Kalifornia. Czasami się wjeżdżało do Nevady. Nawet jak nie zauważyłem napisu przy drodze o zmianie stanu to od razu było widać w jakim jest się stanie. Ceny paliwa są o wiele niższe w Nevadzie, no i oczywiście przydrożne kasyna prawie na każdym rogu.
Na kolację udaliśmy się do naszej ulubionej pizzerii Fireside Pizza. Smaczne pizze z różnymi ciekawymi dodatkami.
Jutro idę tutaj na narty. Porównam te dwa resorty.
2022.05.26 Mammoth Lakes, CA (dzień 6)
Z jakiejś bliżej nie określonej przyczyny od jakiegoś czasu chciałam mieć zdjęcie na szczycie Mammoth. O właśnie takie…
Nie jestem zwolenniczką brania kolejek na szczyty gór w celach widokowych. Zwłaszcza, że za wyjazd płaci się około $50 na osobę. Mammoth ma gondolę na sam szczyt za $49. Jest jednak dużo ludzi, którzy biorą gondolę, pstrykają zdjęcie jak ja i chwalą się, że byli na szczycie. Ja wolę szczyt zdobyć, wtedy czuję się dumna a nie zła, że wydałam $50 za parę minut lenistwa. Branie gondoli na dół prędzej rozumiem ale tylko jeśli jest za darmo. Często tak robię w Killington, VT. Wychodzę na górę ale potem już zjeżdżam. Gondola na dół to oszczędność czasu, a i tak największy trening ma się wychodząc do góry.
Na szczyt Mammoth chciałam wyjść w zimie jak byliśmy tu na nartach ale resort ten nie pozwala chodzić po szlakach narciarskich. Jak tylko pojawiła się okazja, że przyjedziemy tu znów w maju jak będzie mniej śniegu to się bardzo ucieszyłam, że pojawia się okazja zdobycia szczytu.
Na szczyt można wyjść z dwóch stron. Od strony wyciągów i głównej bazy albo od Twin Lakes. Dystans i wysokość do pokonania są porównywalne, a że mieszkamy bliżej głównej bazy to tam rozpoczęliśmy wspinaczkę.
Teoretycznie na szczyt jest wyznaczony szlak ale nie był za dobrze oznaczony. My używamy aplikacji All Trails więc wiedzieliśmy gdzie szlak idzie. Szedł on jednak lasami, w których dość długo utrzymuje się śnieg. Postanowiliśmy więc iść trasą narciarską Kamikadze i wyżej jak już nie będzie lasów wejść na trasę. Jak pomyśleliśmy tak też zrobiliśmy.
Szło się super, szeroką trasą która w sezonie jest niebiesko/zielona. Śniegu nie było, chyba stopniał bo na bokach też go prawie nie było. Byliśmy sami na szlaku, jakoś nikt tego dnia nie chciał iść w górki.
A niech żałują. Pogoda była idealna, widoki jeszcze lepsze. Jednym słowem idealny dzień na spędzenie w górach. Po około godzinie doszliśmy na tyły góry. Tu już były piargi i prawie w ogóle drzew. Zeszliśmy więc z trasy narciarskiej na prawdziwy szlak. Szlak zig-zakami miał nas wyprowadzić na sam szczyt.
Serpentynki były, i było ich chyba z 15. Ale wiatr też był. Im bliżej szczytu tym bardziej wiało. Czasem ścigaliśmy serpentynki ale na tej wysokości nie jest to łatwe zadanie. Jak tylko jest bardziej stromo i potrzebny jest większy wysiłek to czuje się brak tlenu. Ćwiczenie kardio na tej wysokości to nie dla nas mieszczuchów z nizin.
Gdyby nie serpentynki to ciężko by było wyjść. Jeszcze jakoś to kardio przeżyłoby się ale po takich piargach to robi się dwa kroki do góry i jeden na dół. Ogólnie serpentynki bardzo lubię, ale tym razem powiedziałam, że schodzić tędy nie będę. Czułam jak wiatr mi mózg przewiewa więc jeśli chodzi o opcje zejścia to albo trasą tą którą szliśmy na początku albo gondolą.
Pod sam koniec znów weszliśmy na trasę Kamikadze. Serpentynki były ale strasznie długie. Stwierdziliśmy, że ostatnią prostą wybierzemy nartostradę, która jest stromsza ale bez piargów i krótsza. Szczyt osiągnęliśmy ok 13 godziny - czyli wyjście zajęło nam nie całe 3h.
Na szczycie wiało i było dość chłodno. Na szczęście glowny budynek gdzie można usiąść, zagrzac się i odpocząć był jeszcze otwarty. Otwarty jest bo gondola jest czynna i wywozi ludzi, którzy są chętni zapłacić nie małe pieniądze za zdjęcie ze szczytu. Śmieję się trochę z tych ludzi bo wyjazd rodziny 4 osobowej to około $150 a większość z nich poza zdjęciem i odwiedzeniem sklepu z pamiątkami nic więcej nie robi. Jeśli ktoś nie ma siły wyjść to może choć niech zejdzie albo przejdzie się kawałek.
Po drodze jak szliśmy na górę znaleźliśmy walkie-talkie. Wyglądało na sprzęt któregoś z pracowników. Na górze przekazaliśmy walkie-talkie panu co obsługuje gondolę. Dzięki temu mogliśmy zjechać za darmo…bo bardzo się ucieszył, że oddaliśmy zgubę. To chyba nie jest tani sprzęt. Myślę, że gondolę tak czy siak mielibyśmy za darmo bo na dół biletów już nikt nie sprawdza ale miło zrobić dobry uczynek.
Przy batonikach energetycznych Lewandowskiej i i piwku podjęliśmy decyzję, że zjeżdżamy gondolą i pojedziemy sobie jeszcze nad Convict Lake.
Conbict Lake jest jednym z najładniejszych punktów widokowych w Mammoth Lakes dostępnym samochodem. Jedzie się tam około 15-20 min z miasteczka i podjeżdża się pod samo jezioro otoczone pięknymi górami. Ja już byłam nad jeziorem Convict zimą parę miesięcy temu. Ale chętnie chciałam zobaczyć jak wygląda latem. No i pokazać Darkowi.
Całe jezioro można obejść. Mają też możliwość wypożyczenia łódek. Super opcja na letnie upały. Może kiedyś przyjedziemy tu większą bandą w lecie i popływamy. My wybraliśmy spacer.
Piękna pogoda nam się udała w Mammoth Lakes. Bardzo lubimy to miasteczko za to, że jest prawdziwym miasteczkiem górskim i ma wiele do zaoferowania. Niestety pomimo, że atrakcji ma mnóstwo na cały rok to w miesiacach kwiecień-maj mają tak zwany “shoulder season” (słaby sezon) i wiele miejsc na kolację jest nadal zamkniętych. Otwierają je dopiero w weekend bo ten weekend jest w stanach długim weekendem, który oficjalnie otwiera lato. Za daleko nie chciało nam się szukać restauracji więc postawiliśmy na bar w hotelu (Clocktower pub). Stwierdziliśmy, że jak będą mieć schabowego (bo to kuchnia niemiecka) to zostajemy tam na kolację…
No i mieli…. A oprócz kotleta mieli też 400 rodzajów whiskey. Jak Darek zobaczył, że może spróbować whiskey które w sklepie sprzedaje za ok $330 to odrazu wiadomo było, że tym razem kolację sponsoruje Corkery. W końcu jak się ma własny biznes to nigdy nie przestaje się pracować. Tak na marginesie polanie takiego Stagg Jr było nie wiele droższe od piwa.
I tak zakończył się kolejny piękny dzień w górach. A jutro….jutro nartki a ja więcej łazikowania.
2022.05.25 Mammoth Lakes, CA (dzień 5)
Wczoraj nie pisaliśmy bloga…dlaczego? Bo wczoraj było tak….
Wczoraj był dzień pracy. Darek z hotelu, ja na konferencji. Nie ma łatwo i czasem trzeba połączyć pracę z przyjemnością, zwłaszcza jak spędza się około 60-70 dni rocznie w podróży. Pewnie się teraz zastanawiacie…no wszystko fajnie ale co Miley Cyrus ma wspólnego z pracą…no w sumie to nie wiele…poza tym, że Google zaprosiło ją tak poprostu na koniec konferencji, jako dodatek do drinków i kolacji. Ja nigdy nie pogardzę koncertem, zwłaszcza jak można być tak blisko sceny.
Dziś po koncercie trochę gorzej się wstawało. Chętnie pospałabym z godzinkę dłużej ale nie ma lekko, trzeba zwiedzać. Dzisiejszy plan to dostać się do Mammoth Lakes. Normalnie droga trwa ok. 5.5h ale ze wszystkimi przerwami i zwiedzaniem punktów widokowych zakładamy, że może zająć nawet pod 7h.
Do Kalifornii przyjechaliśmy z trzech powodów, hiki, konferencja i narty. Hiki już zrobiliśmy (będzie więcej), konferencja zaliczona (można spakować sukienki na dno walizki), no i narty…po narty to trzeba jechać do Mammoth Lakes albo rejonu Lake Tahoe (odwiedzimy oba).
Po śniadaniu w hotelu bez zbędnego tracenia czasu ruszyliśmy w drogę. Z okolic San Francisco na drugą stronę gór Sierra Nevada, można przejechać trzema trasami. Najlepsza jest przez Park Narodowy Yosemite. Niestety droga jest jeszcze zamknięta. W zimie nie jest ona odśnieżana. Teraz teoretycznie śnieg już usunęli ale muszą jeszcze coś naprawić więc będą otwierać dopiero za dwa dni. Druga trasa jest bardziej na północ przez Sonora Pass. To jest najlepsza opcja jak Yosemite jest zamkniete. Jest jeszcze jedna trasa, jeszcze bardziej na północ ale tam już wydłuża się czas podróży.
Najpierw wiadomo, autostradami musieliśmy podjechać pod zbocza gór a potem od miasteczka Sonora wspinaliśmy się w górę. Wraz z wysokością zmieniała się roślinność i widoki. Początkowo jechaliśmy otoczeni wysokimi drzewami… jak w tunelu….
Z miasteczka Sonora na przełęcz mieliśmy do pokonania 7,800 ft (prawie 2,400 m). Nieźle!
Wspinaliśmy się na górę podziwiając widoki i przejeżdżając przez miasteczka gdzie oficjalna ilość mieszkańców to dwu cyfrowa liczba. Darek liczył domy, żeby to sprawdzić i w sumie się zgadzało. Z czego żyją Ci ludzie? Głównie z turystyki. Tu jest stacja benzynowa, tam wycieczki w poszukiwaniu złota, gdzie indziej jakaś jazda na koniku. Biznes się kręci a w górach może istnieć wioska z 50 ludźmi.
Donnell Vista było naszym pierwszym przystankiem. Nie daleko przed szczytem jest droga, która odbija w bok. Ponieważ dobrze staliśmy z czasem to z czystej ciekawości skręciliśmy. Jakie było nasze zaskoczenie, jak się okazało, że to nie jest tylko punkt widokowy ale fajne trasy którymi można przejść do platformy widokowej, z widokiem na jezioro Donnell.
Naprawdę fajna miejscówka. Nie dość, że można sie przejść i rozprostować nogi po 3-4h w samochodzie to jeszcze widoki zapieraja dech w piersi. Sierra Nevada jest piękna i ogromna!
Gdyby nie te góry i śniegi które topniejąc nawadniają cały rejon to byłaby tu pustynia. Już teraz w Kalifornii są duże problemy z wodą, ziemia i drzewa są suche i niewiele potrzeba, żeby wszystko zaczęło sie palić.
Spędziliśmy tu chyba z pół godziny bo naprawdę było gdzie chodzić i co podziwiać!
Po Donnell View Point pojechaliśmy dalej na wschód szukać śniegu. Dojechaliśmy na szczyt przełęczy Sonora przez którą podobno przechodzi słynny szlak PCT. Szlaku nie znaleźliśmy ale kolejne miejsce z pięknymi widokami jak najbardziej.
No i najważniejsze, znaleźliśmy śnieg! Po tych wszystkich upałach w Dolinie Krzemowej aż przyjemnie było ubrać bluzę. Darek do śniegu ciągnie bardziej niż do browaru więc się nie obyło bez małego spacerku. O dziwo nie zapadaliśmy się. Śnieg był dość mokry i ciężki więc jakoś udało się przejść kawałek bez wpadania po kolana.
Z przełęczy na dół to już z górki na pazurki. W dosłownym tego słowa znaczeniu bo nachylenie drogi 25% szybko nas sprowadziło na doliny.
Super była ta droga. Oboje się zastanawialiśmy czemu wcześniej nigdy nią nie jechaliśmy. Przepiękne widoki, parę miejsc gdzie można rozprostować nogi, przejść się i podziwiać piękne góry Sierra Nevada. Bajka!
Po drugiej stronie gór przywitała nas niespodzianka… paliwo przekroczyło $7 za galon…wow… chyba najdroższe w całych Stanach. W rejonach San Jose ceny były delikatnie poniżej $6 a tu… ponad $7. Ops…Kalifornia rzeczywiście wygrała konkurs na nadroższe paliwo a rejon Mammoth Lakes wiedzie prym.
Dobrze, że my na codzień nie musimy używać auta i że nie mieszkamy w tych rejonach. Do Mammoth Lakes zajechaliśmy późnym popołudniem. To już nasz trzeci pobyt tu a drugi w tym roku. Tym razem śpimy w miasteczku. Tak więc zostawiliśmy auto pod hotelem i na nogach poszliśmy do restauracji. Trzeba chodzić i limit kroków dzienny wyrobić a nie być leniem i wszędzie autem. Niestety nasza ulubiona restauracj “Mogul” okazała się zamknięta na sezon. Otwierają dopiero 27 maja maja kiedy to miasteczko zaczyna na nowo żyć a entuzjaści sportów zamieniają narty na rowery. Znaleźliśmy inną restaurację, Morrison's. Też bardzo dobry wybór!
W drodze powrotnej zachaczyliśmy jeszcze o browar. Trzy razy byliśmy w tym miasteczku a tu nas jeszcze nie było. Warto chodzić do lokalnych browarów, dostaliśmy małą lekcję inwestycji w nieruchomości. Akurat obok nas siedział broker nieruchomości, który sprzedaje conda w Mammoth Lakes. Jest doradcą finansowym i brokerem. I tak za darmo mieliśmy 1h lekcji…. Muszę powiedzieć, że dał nam do myślenia. Czasem warto posłuchać kogoś mądrego!
Nie chcieliśmy i nie mogliśmy dłużej siedzieć bo jutro wspinamy się na górę Mammoth i trzeba mieć kondycję, żeby wyjść na 11,000 ft (3,350m). Tak więc grzecznie wróciliśmy do hotelu.
2022.05.23 San Jose, CA (dzień 3)
Nauczeni na wczorajszych błędach, dzisiaj postanowiliśmy wyruszyć wcześniej w góry. Oczywiście nie dało się super wcześnie rano, bo musieliśmy się przeprowadzać do innego hotelu. Bliżej Mountain View, tam gdzie ponoć większość kalifornijskich pieniędzy się znajduje. Przecież dzięki Google ta cała dziesięciodniowa wycieczka doszła do skutku.
Główna (nowa) siedziba Google w Mountain View
Sama droga na hike była ciekawa. Przejeżdżało się koło głównej siedzimy Tesli, gdzie ich samochodów na drogach było znacznie więcej niż innych.
W pobliżu są główne siedzimy takich firm jak Google, Apple, Amazon… i oczywiście NASA ma tu swoje centrum badań.
Okoliczne „przydrożne” domy też nie miały wiele do życzenia. Widać, że w Mountain View da się mieszkać i nawet nie najgorzej płacą w tym firmach.
Gdyby nie te upały….
O 10 rano ruszyliśmy na szlak. Było chłodniej niż wczoraj i znacznie więcej drzew.
W planie mamy zdobyć górę Black Mountain, która znajduje się kilometr nad nami i jakieś 8km do góry szlakiem.
Tak jak pisałem, początek szlaku był idealny, w cieniu, szeroko, lekko do góry. Co jakiś czas się wychodziło z lasu i można było oglądać domki „prezesów” z góry.
Im wyżej tym ładniejsze widoki, ale też i mniej drzew. Coraz częściej pojawiały się polany, albo niskie krzaki.
Rejon ten posiada gęstą sieć szlaków. Co jakiś czas dochodziliśmy do rozgałęzień. Ale oczywiście ludzi jak wczoraj, bardzo mało. Wiem, że dzisiaj jest poniedziałek, ale przecież tutaj mało kto pracuje.
Ze względu na dużą aktywność Mountain Lion (Puma) nie wolno tutaj jeździć na rowerach górskich ani też chodzić z psami. Na dole były ostrzeżenia co robić jak się tego 70-80kg kotka spotka. „Niestety” nie udało nam się spotkać mieszkańca tych wzgórz, więc nie ma zdjęć.
Spotkaliśmy innych gospodarzy tych rejonów. Zające, nałe węże, jaszczurki, motyle, jastrzębie…
Wyżej było jeszcze mniej drzew. Mimo, że byliśmy już wysoko nad doliną to jednak nie było żadnego wiatru. Mocne słońce, bezwietrzna pogoda, brak cienia, suchy klimat…. Idealne warunki na hike, nie?
Po 3 godzinach, gdzieś koło godziny 13 stanęliśmy na szczycie. Schodzi tu się parę szlaków, ale oczywiście nie było nikogo.
Szczyt jest płaski, niezalesiony, bardziej trawiasty. Wiał lekki wiaterek, a w oddali można było zobaczyć Ocean Spokojny.
Posiedzieliśmy chwilę, zjedliśmy roztopionego energetycznego batona pani Lewandowskiej, wysuszyli koszulki, porobili parę zdjęć i ruszyliśmy z powrotem w dół. Słońce było za mocne na dłuższy odpoczynek.
W dół się znacznie lepiej idzie niż do góry w upalną pogodę. Szybko zlecieliśmy nasłonecznione tereny i znowu weszliśmy w las.
Teraz łatwą, górską ścieżką z wieloma serpentynami zbiliśmy kolejne 500 metrów i koło 15:30 doszliśmy na parking.
Jak zwykle Ilonka wywiązała się z zadania i za kilkanaście minut rozpoczęliśmy proces schładzania w lokalnym browarze.
Browar jak browar. Nic specjalnego w nim nie było…… poza robotami. Nie wiem kto i co testuje. Czy Google, Apple, NASA….. ale już nie trzeba kelnerów.
Siadasz przy stoliku, czytasz i zamawiasz z menu na telefonie a robot na kółeczkach przywozi ci posiłek. Wie gdzie jest twój stolik i dostracza kotleta.
Siedzieliśmy przy barze, więc robot tylko przywiózł posiłek do baru i barmanka nam podała. Ale jak siedzisz przy stoliku to podjeżdża pod odpowiedni stolik. Fajnie, przynajmniej nie musisz napiwku dawać.
Ilonka dzisiaj miała jakąś kolację z klientem, więc za długo nie mogliśmy obserwować robotów. Wróciliśmy do hotelu i każdy udał się w swoim kierunku. Ilonka do jakieś słynnej włoskiej knajpy na kolację a ja do najlepszej sieciówki w Kalifornii. Do In & Out. Którą miałem po drugiej stronie ulicy.
Lubię ich hamburgery. Zwłaszcza animal style (fajny sos z warzywami). Jak będziecie kiedyś w Kalifornii to polecam na maksa.
Podobają mi się dobre hotele Marriotta. Przynajmniej nie musiałem sam siedzieć w pokoju tylko w hotelowym barze mogłem brać czynny udział w degustowaniu trunków z lokalnymi.
2022.05.22 San Jose, CA (dzień 2)
Skoro już „musimy” spędzić parę dni w San Jose to przydałoby się coś tu zwiedzić. Wieczorami pochodzić po mieście a w ciągu dnia w górki się ochłodzić.
Pogoda jak prawie zawsze w tym rejonie: niebieskie niebo i bez opadów. Fajnie, nie? Nie do końca. Gwarantowana słoneczna pogoda ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to że jest ciepło i nie pada. Te zalety są też i wadami. Jest sucho i gorąco.
Wszystko jest takie wysuszone, ziemia spękana, trawa żółta. O pożar to aż się prosi. Chcieliśmy iść na hike w jakimś lokalnym parku stanowym. Niestety większość z nich zamknięta. Bo albo już się spaliła i wszystko rekonstruują, albo się aktualnie pali lub jest bardzo wysokie zagrożenie pożarowe.
Na dzisiejszy hike/spacer wybraliśmy Sierra Azul Open Space Preserve. Jest to ciekawy rejon górzysty pomiędzy San Jose a miasteczkiem Santa Cruz, które znajduje się na wybrzeżu oceanu Spokojnego. W planie był 15 kilometrowy hike, ale niestety zrobił się o połowę krótszy.
Niestety rano musieliśmy jeszcze parę rzeczy załatwić więc dopiero wyszliśmy w górki o 11 rano. Było już ciepło. Niżej jeszcze były drzewa i czasami szło się w cieniu. Natomiast wyżej drzew brakło!
Jak Nowy Jork jest na długości geograficznej Rzymu to San Jose to już Sycylia. Było to czuć! Ogólnie to byliśmy przygotowani. Dużo wody, kapelusze, okulary, krem na słońce…Zapomnieliśmy tylko wziąść klimatyzatora z samochodu.
Czasami wspominaliśmy ten chłodny, mglisty poranek w NY co mieliśmy parę dni temu jak tutaj wyjeżdżaliśmy.
W połowie trasy postanowiliśmy zawrócić i zejść innym szlakiem, który w sumie miał znacznie więcej drzew, a co za tym idzie - miał cień!
Widzieliśmy parę ludzi w górach, ale naprawdę bardzo mało jak na niedzielę. Albo wychodzą dużo wcześniej, albo od maja do października spędzają czas w browarach a nie na szlakach.
Tak też się stało. Zeszliśmy na dół do idealnie nagrzanego samochodu który oczywiście stał w słońcu bo nie było innej możliwości.
Po paru kilometrach dojechaliśmy do browaru i zobaczyliśmy znacznie więcej ludzi niż na szlakach przez parę godzin. Dołączyliśmy do nich i rozpoczęliśmy proces zwany gaszeniem pragnienia
Wróciliśmy do hotelu. Na kolację wybraliśmy meksykańską restauracje. Tyle tu się ich widzi, słyszy ich kultury i ogromnego znaczenia dla lokalnej gospodarki, więc na pewno będzie pysznie.
Jedzenie było OK. Ale nie takie dobre żebym się o nim rozpisywał.
Jutro większy hike. Miejmy nadzieję, że uda nam się wcześniej wyjść.
2022.05.21 San Jose, CA (dzień 1)
Czy podróże mogą się znudzić? Czy nadejdzie taki czas, że powiem, że nie lubię latać? Chyba ten dzień się zbliża dużymi krokami.
Nadal uwielbiam odkrywać nowe miejsca, plątać się po nieznanych ulicach nigdy wcześniej nie odwiedzanych miast, zjeść coś unikatowego co pomimo, że w NY też jest to w innym miejscu smakuje totalnie inaczej, nadal lubię chodzić po górach, podziwiać widoki i relaksować się w promieniach słońca. Więc czego nie lubię? Pogarszajacego się serwisu, rosnacych cen i kolejek żeby zapłacić za wodę bo tylko jedna kasa jest czynna bo nie ma ludzi do pracy. Masakra….to wszystko idzie w złym kierunku, chyba trzeba się zamknąć w lesie i jak miś przeczekuje zimę tak my przeczekamy inflację… czy wiecie, że średnia inflacja w stanach to 8% ale hotele i samoloty poszły do góry o co najmniej 20-30%. Nie mówiąc o benzynie… ponad 40%.
Normalnie, w czasach przed COVIDem lubieliśmy spędzać ostatni tydzień maja na zwiedzaniu Europy. Wybieraliśmy jeden kraj i zwiedzaliśmy go tak dokladnie jak tylko można było w tydzień. Tym razem jednak Europa musi poczekać a pierwszeństwo dostało Silicon Valley (Dolina Krzemowa).
Nie sądzę żebyśmy się zdecydowali placic $1tys za bilet (na osobę) plus hotele też nie tanie gdyby nie okazja która nam się trafiła. Raz do roku jest dość ważna konferencja Google (GML). Nie łatwo dostać tam bilety i w całej mojej 16 letniej karierze tylko raz udało mi się w niej uczestniczyć osobiście. W tym roku wypadło że mogę przyjemność powtórzyć. Tak więc skoro część kosztów jest pokryta jako delegacja to nie pozostaje nic innego jak spakować narty, “poświęcić się” i zrobić tak zwany bleisure czyli połączenie business i leasire.
Praca zajmie 1.5 dnia a reszta pozostanie nam na zwiedzanie Kalifornii. Większość topowych miejsc zwiedziliśmy w 2016. Wtedy też połączyliśmy GML ze zwiedzaniem San Francisco, Lake Tahoe i okolic. W Kalifornii, byliśmy jeszcze parę innych razy na nartach jak Squaw Valley (altualnie Palisades Tahoe) i Mammoth Lakes (3 miesiące temu).
Tym razem chcieliśmy zwiedzać parki narodowe, Lassen Volcanic, Kings Canyon, Sequoia… niestety nie da się. Nie ma hoteli 15-20 minut od wjazdu do parku. Najbliższe byly minimum 60 minut od wjazdu. Czyli tracili byśmy dziennie ponad 2h na dojazd do parku a pamiętajcie, że potem jeszcze po parku dość długo się jedzie, żeby dojechać na szlak. I to właśnie mnie zniechęca, przez ilość ludzi podróżujących i brak infrastruktury nie można zwiedzać co się chce tylko co jest dostępne. Trochę jak za komuny. Nie kupowało się wtedy w sklepie co się chciało ale to co było.
Wychodząc z założenia, że Kalifornia jest duża i piękna nie zniechęciliśmy się i zaplanowaliśmy fajne wakacje gdzie połączymy hiki z nartami a góry będą nam towarzyszyć przez cały wyjazd.
San Jose to nasz pierwszy przystanek. Skoro Google to główny powód przez który tu jesteśmy, a Google to oczywiście Dolina Krzemowa, a stolicą Doliny Krzemowej jest San Jose….no więc nie mogło być inaczej jak odwiedzić San Jose.
San Jose jest trzecim najbardziej zaludnionym miastem w Kalifornii. Ma on ponad 1mln mieszkańców i tym sposob jest większy od San Franciosco. Prześciga go tylko LA i San Diego.
Jest to też jedno z bogatszych miast świata. GDP jest tu tak wysokie, że tylko Oslo i Zurich je pobija. San Jose było pierwyszm miastem Kalifornii, stworzonym w 1777 roku. Hiszpańscy, Vietnamscy i Portugalscy osadnicy opanowali i stworzyli to miasto. Niestety przez chwilę miasto zostało przejęte przez Mexico i należało do tego kraju. Dopiero po wojnie meksykanskiej miasto wróciło w ręce Stanów.
Gdzie niegdzie w San Jose hiszpańska architektura przeplata się z nowoczesnymi biurowcami, które zdecydowanie przeważają. Podobno jednym z wiekszych zabytków jest hotel w którym się zatrzymaliśmy. Wybudowany w 1926 roku Hotel Sainte Claire był najbardziej ekskluzywnym hotelem między San Francisco a Los Angeles. Teraz na pewno pozycja została zajęta przez jakieś nowe budowle ale swego czasu to właśnie ten hotel miał miano najlepszego.
Nas San Jose zaskoczyło zerową ilością korków i stosunkowo małą ilością ludzi. Wygląda, że jest ono bardziej rozległe bo zdecydowanie więcej ludzi widzieliśmy w San Francisco…
Poza tym miasto jest dość przyjemne. Jest trochę bezdomnych (gdzie ich nie ma), ale miasto jest czyste, przyjemne i zielone.
Samolot do SFO mielismy super wcześnie rano. Kiedyś sobie powiedzieliśmy, że nigdy więcej samolotu przed 9 rano….a tu co, znów coś nam nie wyszło i lecieliśmy o 7 rano. Czyli pobudla o 4 rano, a to oznacza spanie 2h. No bo zanim się spakowaliśmy, popracowaliśmy to wybiła 2 rano. Tak więc ”trochę” nie wyspani ruszyliśmy na lotnisko. Pocieszało nas tylko, że siedzimy w rzędzie tylko w dwie osoby i może uda nam się przespać większość lotu.
Tak też się stało. Prawie 6h lot przespaliśmy o tyle o ile da się spać w samolocie ale nawet szybko przez to nam minął lot. Jednak po wylądowaniu nie pragnęliśmy niczego więcej niż dojechać do hotelu i zrobić sobie drzemkę. Oczywiście najpierw musieliśmy pozbierać bagaże. Byliśmy trochę zaskoczeni, że tak mało narciarzy przyleciało. Zwłaszcza, że całkiem niedawno spadł tu śnieg…. Tak, w maju jeszcze jest tu co robić z nartami.
Wszystkie bagaże doleciały, samochód też się udało skołować fajny. Tak więc ruszyliśmy w drogę. Po podróży i dojechaniu do hotelu padliśmy w słynnym Heavenly Bed (Westin się szczyci, że ma najlepsze materace) i odlecieliśmy w krainę snów. Łóżko naprawdę było wygodne!
Dzień zakończyliśmy na pysznej kolacji. Padło na Portugalskie tapas. Nie byliśmy super głodni więc próbowanie wielu różnych ciekawych dań było idealne na zakończenie pierwszego dnia w Kalifornii.
2022.03.12-14 Los Angeles, CA (dzień 8-10)
Los Angeles, zwane w skrócie LA albo miastem aniołów. Aniołów to tu za wiele nie ma - a wręcz przeciwnie jest to miasto bogactwa, gwiazd filmowych, słynnych ludzi no i całego show biznesu. Od ponad 10 lat nie byliśmy w LA. Czasem tu lądowaliśmy, ale zawsze próbowaliśmy jak najszybciej stąd wyjechać. Powód - korki, tutaj nie da się jeździć autem. Autostrady po pięć pasów i wszystko stoi. Ilekroć chcieliśmy coś po drodze zobaczyć to korki nas zniechęcały i kończyło się na niczym.
Od jakiegoś czasu jednak chodził mi po głowie pomysł, żeby pojechać do LA, wynająć hotel w centrum miasta i na nogach albo taksówką pozwiedzać to miasto. Tak naprawdę poczuć miasto i zobaczyć czemu niektórzy lubią tu mieszkać.
Zdjęcie z grudnia 2010 roku
Najbliższe lotnisko (z dużych miast) dla Mammoth Lakes to właśnie LA. Skoro nasi przyjaciele musieli wyjechać z Mammoth już w sobotę, a mi się udało kupić dużo tańsze bilety jak powrót będzie w poniedziałek to nie pozostało nam nic innego jak spędzić 2 noce w LA i pozwiedzać trochę to miasto.
Znak Hollywood, wzgórze Hollywood, Aleję Gwiazd, Beverly Hills, Rodeo Drive… te wszystkie miejsca odwiedziliśmy w 2010 roku podczas mojego pierwszego pobytu w LA. Było to troszkę na szybkiego bo mieliśmy tylko dzień przed lotem na Hawaje ale i tak turystyczne punkty można było wykreślić z listy. I dobrze bo już trochę wyrosłam z tłumów i przepychania się między nimi.
Tym razem chcieliśmy poznać miasto. Przyzwyczajeni, że w wielkich miastach najwięcej dzieje się w centrum i tym razem postanowiliśmy spędzić parę nocy w Downtown LA. Czyli w tak zwanym centrum. Niestety (albo na szczęście) plany nam się zmieniły jak pogadałam z kolegą, który w LA parę razy był i zna tam wiele ludzi. Jego stanowcze pytanie “Dlaczego?” na stwierdzenie, że planuję mieszkać w downtown mówiło wszystko. Niestety centrum LA jest oblegane przez bezdomnych. Zrobili oni sobie tam swoje królestwo. Jak potem oglądaliśmy na Google Maps to gdzie nie skręciliśmy tam pełno było namiotów z bezdomnymi. Zdecydowanie nie zachwycało nas to do plątania się tam po ulicach. Dlatego w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się na hotel Westrdift (Autograph Collection by Marriott) w dzielnicy Manhattan Beach.
Chyba to racja, że mieszkańcy LA wolą mieszkać bliżej plaży gdzie mogą sobie rano pobiegać, pojeździć na rowerze. O Manhattan Beach słyszałam dużo dobrego a hotel też wyglądał bardzo ładnie. Tak więc po pokonaniu mil najpierw po prostej drodze przez góry i pustynie a potem przez mniej mil ale podobną ilość godzin w korkach w sobotę wieczorem dojechaliśmy do hotelu Westdrift. Tutaj dołączyli do nas inni przyjaciele, oddaliśmy auta do wypożyczalni i mogliśmy zrelaksować się przy drinku pod palmą. Takim oto sposobem ze śniegu w jakieś 5h przenieśliśmy się w gorące klimaty i palmy.
W sobotę nie zwiedzaliśmy za dużo. Zanim się ogarnęliśmy to już robiło się dość ciemno więc wzięliśmy taksówkę na Manhattan Beach molo i tam w okolicznej restauracji (Rock’n’Fish Manhattan Beach) zjedliśmy przepyszne rybki. Obiad był pyszny ale droga powrotna Uberem wygrała wszystko. Chyba nigdy nie jechałam w takim klimacie, zresztą zobaczcie sami…
Dawno się tak nie uśmiałam. Kierowca był z Albanii ale mówi, że polski język trochę rozumie i lubi słuchać polskiej muzyki. Okazało się, że na swojej liście przebojów ma kawałki disco polo, było wesoło ale w duchu cieszyliśmy się, że droga z restauracji do hotelu trwała tylko 15 minut.
Po takiej jeździe uśmiech nie schodził nam z ust i w radosnych humorach, nucąc piosenkę zasnęliśmy. Trzeba zbierać siły na jutro. Jutro mamy wielkie plany - będziemy zwiedzać LA na rowerach. Jak tylko uda nam się wstać wystarczająco wcześnie, żeby je zarezerwować.
NIEDZIELA
Po spaniu przez tydzień na niewygodnym łóżku, z szumiącym grzejnikiem siłą nie można nas było wyciągnąć z łóżka. Ponieważ w hotelu było wesele to mieliśmy nadzieję, że goście za wcześnie nie wstaną. Udało się, pomimo, że odespaliśmy trochę to jeszcze przed śniadaniem udało nam się dostać klucze do rowerków i po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku plaży.
Marzec w końcu, i ocean blisko to będzie wiało, nie? No i chłodno powinno być… nic bardziej mylnego. Bluzy dresowe ściągnęliśmy już po paru minutach na rowerze. Słoneczko świeciło jak w NY w lato.
Do plaży (Manhattan Beach) mieliśmy jakieś 2 mile (3.2km). Ten odcinek niestety musieliśmy pokonać głównie ulicą ale na szczęście nie jest to NY i samochody, rzadko tu jeżdżą a wydzielona ścieżka i tak była. To jednak był początek. Do zrobienia docelowo mieliśmy jakieś 11 mil w każdą stronę (czyli jakieś 35 km). Teren niby łatwy ale rowerki nie były za bardzo wypasione. No nic - dojedziemy dokąd się da.
Manhattan Beach była mi polecana przez parę osób. Wszyscy mówili, że jest dużo ładniejsza od Venice Beach. Venice jednak mnie intrygowała głównie ze względu na kanały, które podobno przypominają Wenecję. Ale kto powiedział, że nie można odwiedzić obu i porównać.
Plażą jechało się super i nawet nie czuło się ubywającej odległości. Wiatr we włosach, słonce nas opalało, a szum kół roweru przeplatał się z szumem fal. Pięknie! Rzeczywiście ładna ta plaża. No i te budki ratownicze - nie pytajcie co w nich jest ale jakoś mi się podobały. Typowo z Kalifornią mi się kojarzą, choć na innych plażach też są.
Manhattan Beach nie ma łatwego połączenia z Venice beach i trzeba trochę odjechać od plaży ale i tak ścieżki rowerowe są więc nie było najgorzej i można było spokojnie i bezpiecznie jechać dalej. Venice Beach nas jednak nie powaliła, jakoś tak za dużo ludzi, i to za dużo ludzi co cię zaczepiają i turystów plątających się bez większego powodu. Jakoś nie zachęcało nas to do zostania tam dłużej ani do robienia zdjęć. Szybko odbiliśmy w kierunku słynnych kanałów weneckich…
Ciekawe to - nie jest to za duża dzielnica i chodniki są dość wąskie. Dobrze, że nie było tłumów to jakoś rower udawało nam się prowadzić. O ile ładnie to wygląda i jest zadbane to nie chciałabym tu mieszkać, żeby mi tak każdy turysta do domu zaglądał. Jakoś tak mało prywatności tu mają odkąd zdjęcia stąd wylądowały na Instagramach, blogach podróżniczych i Google Maps. W Venice spodziewałam się jakiś knajpek przy plaży czy przy kanałach. Niestety nic takiego nie istnieje. Pewnie znów jakieś śmieszne przepisy. Udało nam się wypić po Coronie przy głównej ulicy i co… dalej w drogę. Tym razem powrotną. Zrobiliśmy dopiero 11 mil (16 km) i drugie tyle trzeba teraz zrobić z powrotem. Nie ma łatwo.
Trasa niby ta sama ale bardzo fajnie się jechało. W takich warunkach, nowe zakręty, nowe krajobrazy to aż miło się jeździ. Wcale nie żałowałam, że nie zwiedzamy downtown. Tutaj miałam prawdziwe Kalifornijskie przeżycie. Do tego trochę ruchu na świeżym powietrzu zawsze jest wskazane. Hotel dostał duży plus za te rowerki.
Dopiero jak odstawiliśmy rowery pod hotelem to poczuliśmy wszystkie mięśnie i tyłek. Bo siedzonka do najwygodniejszych nie należały. Ale jak mięśnie bolą to dobrze. To znaczy, że nie do końca się obijaliśmy. 32 km (22 mil) to w sumie nie tak mało jak na kogoś, kto ostatni raz na rowerze jeździł dwa lata temu.
My wylatujemy dopiero jutro ale nasi przyjaciele lecą nocnym lotem tzw. red-eye. Wylatujesz o północy i o 6 rano jesteś w NY, i prosto do pracy. Może ten dzień w pracy nie należy do najprzyjemniejszych ale jak się ma mało urlopu to trzeba kombinować i z takich okazji korzystać. Skoro mieli późny samolot to postanowiliśmy na kolację podjechać do Santa Monica, zobaczyć najpiękniejszy zachód słońca i słynne molo.
Wow ile tam ludzi było. Myśmy ostatnio w Santa Monica byli 5 lat temu w drodze do Nowej Zelandii. To co się tam teraz działo przerosło nasze wyobrażenie. To był drugi Times Square. Jakoś od tyłu udało nam się dojść prawie na koniec mola. Rzeczywiście zachód słońca, kolory, chmury były piękne… gdyby tak jeszcze ludzi było mniej.
Dzień zakończyliśmy kolację w True Food Kitchen. Było pysznie i sympatycznie. Zdecydowanie polecam jak ktoś jest w okolicy.
W poniedziałek z rana mieliśmy już samolot powrotny do NY. Przynajmniej takie były plany - niestety Delta nawaliła (znowu!) i mieliśmy opóźnienie prawie 8h. Masakra. Nawet szkoda mi o tym pisać bo chcę wyrzucić to z pamięci. Dobrze, że przynajmniej jakieś tam punkty nam dali, oddali po $100 na osobę. Chyba naprawdę nie chcą mnie stracić… ale są blisko tego. Trzy razy pod rząd mamy coś z samolotem. Ich dni są policzone.
2022.03.09-12 Mammoth Lakes, CA (dzień 5-8)
Jeżdżąc codziennie, przez cały tydzień w jednym resorcie można go „troszkę” poznać.
Tak, też było tutaj, w Mammoth Lakes w stanie Kalifornia. Przez 7 dni intensywnie odkrywaliśmy jego zalety i wady. Trochę się przygotowałem to tego wyjazdu i czytałem blogi narciarzy, ale i tak odkrywanie na własną rękę ma swoje plusy i oczywiście minusy.
Mieszkaliśmy blisko głównej bazy. Jakieś 10 minut na nogach i już można było wsiadać na wyciągi. Natomiast ja, jako ciekawski odkrywca już w pierwszy dzień wyczaiłem trasę, która przechodziła tyłami naszego osiedla. W niecałe 5 minut można było dojść do trasy, zapiąć narty i idealnie zrobioną, bez żadnych śladów, jako pierwszy narciarz zjechać na sam dół do miasteczka.
Tam już czekała gondola, która to wyjeżdża do Canyon Lodge, czyli głównej bazy skąd wieloma wyciągami można jechać dalej.
Mieszkaliśmy w Mammoth West Condominiums. Może nie jest to najlepsze i najnowsze osiedle, ale ma swoje zalety i dobrą cenę. Jest blisko położone tras i koło smacznej, austriackiej knajpy.
Spanie w apartamentach a nie w hotelach ma swoje zalety. Jedną z nich jest pełna kuchnia i rano można zjeść pyszne i obfite śniadanie, które musi wystarczyć na prawie cały dzień białego szaleństwa. Wiadomo, że w plecaku mamy parę potrzebnych do przetrwania rzeczy, ale to są raczej przekąski i napoje na ciepłe popołudnia.
W ciągu tych siedmiu dni poznaliśmy Mammoth Lakes w całości. Może nie mieli najlepszej zimy w tym roku, ale wszystko było otwarte i pokrywa śniegu pozwalała wszędzie jechać i odkrywać te przepiękne tereny gór Sierra Nevada.
Brakowało tylko puchu. Niestety nie udało nam się tam być podczas żadnego zimowego sztormu, a szkoda! Bo nie ma nic piękniejszego jak zjechanie w śniegu po kolana albo i głębszym.
Były miejsca, gdzie dalej śnieg był głęboki, ale niestety to już marzec. Rano był zmrożony, a w godzinach popołudniowych mocne kalifornijskie słońce go podtapiało i bardziej przypominał ubite ziemniaki niż puch.
Na szczęście potrafię w takich warunkach jeździć. Trzeba tylko „trochę” więcej używać mięśni i wszystko będzie dobrze.
Resort posiada pięć dolnych baz i praktycznie nie ograniczoną ilość terenów. Wadą jest wiatr. Bliskość do Oceanu Spokojnego niestety powoduje, że wieje. Czasami ostro wieje i niestety większość górnych wyciągów jest zamykana.
Ma to też swoje plusy i wiatr często przyciąga chmury z potężnymi opadami śniegu. W tym sezonie wielkie opady były na początku. Teraz już zostało tylko słońce z przelotnymi opadami.
Z reguły rano po rozgrzewce próbowaliśmy szczęścia w ciekawych i trudniejszych terenach a po lunchu już spokojniej w niższych partiach gór.
Tak jak pisałem, nie jest to najlepsza zima, więc niektóre tereny zostały ominięte ze względu na cienką pokrywę śniegu.
Za dużo skał wystawało i mogło by się to źle skończyć podczas upadku na bardzo stromych EX odcinkach.
Jednak jeden rejon musiał być parę razy odwiedzony. Mowa tu oczywiście o Dragons Back.
Prawie każdy polecał ten rejon dla dobrych narciarzy szukających przygód i ciekawych terenów.
Żeby tam się dostać to trzeba czekać na dzień w którym nie ma wiatru i wyjechać gondolą na samą górę Mammoth, 11,059 stóp (3,370m.)
Większość ludzi ze szczytu kieruję się na prawo i następnie wieloma trasami o różnej trudności (od trudnych i stromych niebieskich do potrójnych diamentów) zjeżdża w dół. W większości przypadków tam się kierowaliśmy, ale parę razy pojechaliśmy w lewo.
Tutaj znacznie mniej ludzi się wybiera. Po drodze są ostrzeżenia, że jest stromo, trzeba podchodzić, można pobłądzić i zjechać gdzieś w lasy…
Mimo lekkiego podchodzenia do góry to początek był łatwy z przepięknymi widokami bo obu stronach.
Większość ludzi jedzie, idzie granią do momentu aż im się znudzi, albo widzą fają ściankę którą chcą sobie zlecieć.
Jadąc w lewo z grani nie ma żadnego problemu i po jakimś czasie dojeżdżasz do resortowych tras i do wyciągów. Natomiast na prawo to już są tereny dla odważnych lokalnych co znają tutejsze góry. Było parę zachęcających śladów, ale niestety nie miałem ze sobą przewodnika ani też lokalnego.
Na wyciągu gadałem z lokalnym i mówił żeby jechać dalej granią aż do skał. Aktualnie na grani jest mało śniegu i wiatr wszystko zwiał, ale można te skały objechać z prawej strony i potem znowu wrócić na grań. Powiedział mi tylko żebym nie jechał za nisko bo już nie wrócę i będę musiał dużo podchodzić.
Posłuchałem rad doświadczonego i tak też zrobiłem. Objechałem skały z prawej i bez problemu wróciłem na grań. Tu już nie było nikogo. Całe przestrzenie były tylko dla mnie.
Za daleko już nie jechałem granią tylko znalazłem fajną ściankę i zleciałem nią w dół. Świetnie było tylko trochę męcząco na tej wysokości i w takim twardym, przewianym śniegu.
Niżej wjechałem w las.
Lubię jeździć po lasach. Nie mówię tutaj o super stromych gęstych lasach, ale o takich znośniejszych, rzadszych gdzie można w miarę rozwinąć prędkość i nie zastanawiać się czy się wjedzie w drzewo.
Kalifornia jest do tego idealna. Ma wielkie, potężne kalifornijskie drzewa co nie za gęsto rosną. Jeżdżenie między nimi to bajka. Traktuje to jak szybki hike na którym się w ogóle nie męczę. Czasami tylko wiewiórka sprytnie przeleci z drzewa na drzewo.
Resort posiada wiele barów i restauracji w górach albo w dolnych bazach. Z reguły lunch robiliśmy sobie we własnym zakresie. Siadaliśmy sobie w słoneczku i szukaliśmy w plecakach coś do jedzenia/picia.
Znacznie taniej to wychodzi i można w spokoju, bez ludzi, na świeżym powietrzu się posilić. Oczywiście przejeżdżając koło fajnych knajpek też trzeba na jednego wstąpić.
Natomiast na końcu dnia dziewczyny przychodziły do dolnych baz i wspólnie przy piwku każdy opowiadał swoje przeżycia.
W Mammoth Lakes spędziliśmy 6 pełnych dni. W miarę wystarczająco żeby resort dobrze poznać i zjechać większościom tras. Dalej to oczywiście za mało żeby się w pełni nasycić kalifornijskim słońcem. W ostatni dzień, w sobotę wyjeżdżaliśmy koło 11 rano, ale ja oczywiście jeszcze musiałem sobie parę razy zjechać.
Nigdy nie wiadomo kiedy tu następnym razem będę. Znajomi już w sobotę nie poszli, więc samotnie żegnałem się z górami.
Przy dolnej bazie byłem już parę minut przed otwarciem wyciągów. Praktycznie bez żadnych kolejek zjechałem kilkanaście razy. Nie musiałem oszczędzać sił, bo wiedziałem, że o 10:45 muszę zjechać do domu.
Puste, wspaniale przygotowane trasy! Było to idealne pożegnanie z jednym z największych resortów w Kalifornii.
Mamy już plan tu wrócić w maju na wiosenne, zakańczające sezon narty. Zobaczymy co życie wymyśli.
Jak na razie to mamy przed sobą 5 godzin samochodem na południe do ciepłego i słonecznego miasta aniołów.
Inni znajomi, którzy aktualnie zwiedzają pustynne rejony południowej Kalifornii już tam są i mamy przez dwa dni zobaczyć jak się Los Angeles zmienia.
Musimy już jechać bo nas lokalne Mamuty zaczynają gonić!
2022.03.08 Mammoth Lakes, CA (dzień 4)
Ostatni dzień wolnego. Nie ostatni dzień wakacji ale ostatni dzień kiedy nie muszę wstawać o 6 rano i zasiadać do komputera. Praca zdalna ma swoje plusy ale jak się pracuje z Kalifornii na NY godzinach to nie jest aż tak fajnie. Dziś jednak trzeba było się jeszcze nacieszyć wolnym dniem, piękną pogodą i iść gdzieś na spacerek.
Convict Lake (jezioro skazańców) podobno jest jednym z ładniejszych jezior w tym rejonie. Muszę przyznać, że po wczorajszym zamarzniętym jeziorze trochę sceptycznie do tego podeszłam, ale i tak nie miałyśmy innych opcji więc postanowiłyśmy zobaczyć jak to jezioro wygląda w zimie.
Convict Lake swoją nazwę wziął od wydarzenia z 1871 roku kiedy to grupa więźniów, którzy uciekli z Carlson City, NV właśnie tu została złapana. Aktualnie Convict Lake przyciąga ludzi swoim pięknem, jest tu pole namiotowe, restauracja i mini sklep. A do tego oczywiście tona szlaków.
My wybrałyśmy szlak wokół jeziora. Z początku szło się prawie asfaltową drogą. Potem szlakiem po żwirze i śniegu… niestety gdzieś w połowie jeziora szlak to były skały pokryte śniegiem. Myślę, że w lecie jak wody jeziora są niższe to można spokojnie przejść. Dziś jednak nikt tamtędy nie szedł więc my też nie chciałyśmy być pierwsze. Wpaść do takiego zimnego jeziora to żadna przyjemność.
Normalnie można przejść jezioro wokół i jest to jakieś 2 mile (nie dużo) my zawróciłyśmy w połowie ale dwie mile zrobiłyśmy. Miałyśmy jednak mały niedosyt i nie do końca chciałyśmy od razu wracać do miasteczka. Wracając zajechaliśmy do Hot Creek Geological Site (gorące źródła). Wg. mapy wydawało nam się, że można dojechać prawie pod sam punkt widokowy, jednak i tu śnieg nas zaskoczył i dojechałyśmy najdalej jak się dało a potem na nóżkach. Pewnie teraz się śmiejecie, że zaskoczył nas śnieg w zimie… no i macie rację.
Nie odśnieżoną, trochę żwirowatą, trochę błotnistą drogą miałyśmy do pokonania ok. 1.5-2 mil w każdą stronę. Ale w końcu nigdzie nam się nie spieszyło. Tak więc podziwiając widoki, zostawiając piękne góry za sobą maszerowałyśmy przed siebie.
Gorące źródła to oczywiście nic innego jak gorąca woda, wrzątek i gejzery wydobywające się z wnętrza ziemi. Oczywiście nie można tego porównać do parku Yellowstone. Nadal ciekawość wygrała i pomimo, że w ciężkim, mokrym śniegu i błocie szło się mało przyjemnie to widoki napędzały nas do przodu.
Jak wspominałam normalnie do punktu widokowego można dojechać samochodem a potem przejść się trochę na dół. My miałyśmy hike już do punktu widokowego. Jakoś jednak same źródła nie zachwyciły nas aż tak bardzo żeby schodzić na dół.
Ja to tam bardziej byłam zachwycona górami po drugiej strony które towarzyszyły nam w drodze powrotnej do auta.
Wycieczki trzeba było zakończyć bo chłopaki już się za nami stęsknili i pisali, że mają fajną miejscówkę na tarasie w głównej bazie. Główna baza wyciągów nie jest w miasteczku jakby się mogło wydawać. Pewnie ze względu na ilość potrzebnych parkingów, łatwiej było ją zrobić po drugiej stronie gór. Ja tam byłam kiedyś w lipcu ale chętnie odwiedziłam główną bazę i dziś.
Jak przystało na Kalifornię (podobnie jak w Kolorado) po nartach można cieszyć się słońcem i opalać się na tarasie, podziwiając górki, i wspominając kolejny fajny dzień.
2022.03.07 Mammoth Lakes, CA (dzień 3)
Jak przystało na zachodnie wybrzeże, Mammoth Lakes to nie tylko resort narciarski i piękne górki przekształcone na trasy zjazdowe. To też piękne góry Sierra Nevada po których można chodzić godzinami albo i dniami.
Tras jest bardzo dużo ale niestety wiele jest zasypanych śniegiem. W miasteczku średnio w ciągu roku spada 93 in (230 cm) śniegu. Natomiast w górach zdecydowanie więcej a też dłużej się utrzymuje. Tak więc nie wszystkie trasy są dostępne.
Lipiec 2019, te same góry. Szlak na Duck Lake
Kiedyś z Darkiem byliśmy tu w lipcu i jak poszliśmy na hike to w nadal było dużo śniegu i wyżej w górach zapadaliśmy się w śnieg. Tak więc na tym wyjeździe nie nastawiałam się na jakieś zaawansowane chodzenie po górach ale ponieważ są tu piękne tereny wszędzie, to nawet łatwe trasy są piękne.
W Mammoth Lakes nie bardzo można chodzić po szlakach narciarskich. Można kupić bilet na chodzenie ale niestety jedynie na nartach można iść do góry. Rakiety czy raki są nie dozwolone. Dobrze jednak, że mają Tamarack Center. Jest to rejon w górach gdzie można chodzić na rakietach, butach czy nartach biegowych.
My stwierdziłyśmy, że trzeba ćwiczyć więc nie poszłyśmy na łatwiznę i do Tamarack Center poszłyśmy na nogach (ok. 3 mile). Normalnie wzdłuż drogi (Mary Road) jest ścieżka dla rowerów, spacerowiczów itp. Niestety teraz jak odśnieżali drogę dla aut to cały śnieg wrzucili na “chodnik”. Nie byłyśmy pierwsze, które tędy szły bo widać było, że te hałdy śniegu są ubite.
Zajście do Twin Lakes zajęło nam jakieś dwie godziny ale nikt nie narzekał bo z takimi widokami i w słoneczku można iść jeszcze dalej. Przy Twin Lakes trochę się zdziwiłam. Byłam pewna (wg. map), że dalej jest droga na samochody. Natomiast drogi nie było widać a tylko zasypany szlak. No tak pierwotnie myślałam, że to szlak ale się okazało, że oni po prostu nie odśnieżają drogi tylko jak spadnie śnieg to po drodze można chodzić właśnie w nartach biegowych, butach czy rakach… sprytne.
Jest tu co robić od spacerku 15 minutowego po hike 8h. My zdecydowałyśmy się na coś po środku. Zaczęłyśmy od wyjścia na Panorama Dome. Nie wysoko bo tylko 300 ft (ok.100m) do góry. Warto wyjść bo się jest w środku otoczonym pięknymi górkami.
Jak sama nazwa wskazuje w Mammoth Lakes jest dużo jezior. Tak więc po zdobyciu Panorama Dome przyszedł czas na jeziora. Mary Lake (jezioro Marysi) wydawało się dobrą opcją. Jest to pierwsze z wielu jezior do których można dojść będąc w Tamarack Center. Prawdopodobnie parę late temu przejeżdżaliśmy koło tego jeziora. Tym razem trzeba było do niego dojść.
Idzie się szeroką, ubitą trasą w słoneczku. Trochę pod górę ale ogolnie nie duże nachylenie. Szłyśmy może z 30 min…i doszlysmy do … jeszcze większej ilości śniegu.
Niestety jezioro jest zamarznięte i nie robi efektu. W lecie musi być pięknie jak pobliskie góry odbijają się w tafli jeziora.
Zdziwiłam się bardzo bo parę łudzi na nartkach szło prosto przezw jezioro. No tak, wyglądało na zamarznięte ale czy naprawdę było?
Trasa od jeziora idzie dalej ale to już robi się dłuższy spacer. A my i tak nadrobiliśmy troche wysokości i odleglosci bo szłyśmy z miasteczka a nie z parkingu.
Z powrotem to samo….postawiłyśmy na nogi i podreptałyśmy spowrotem do domu. To był fajny spacerek i piekne widoki. Jeszcze jutro mam wolne więc też na pewno to wykorzystamy.
2022.03.06 Mammoth Lakes, CA (dzień 2)
Po wczorajszym długim dniu w podróży dziś miałam ochotę nigdzie się nie spieszyć. Tak więc plan był prosty - powłóczyć się po miasteczku. Darek jednak olał sen i postawił na nartki. Tylko w niedziele w Mammoth Lakes jak się ma Ikon pass to można załapać się na wcześniejsze wyciągi i skorzystać z puszku zanim cała chmara się rzuci i to rozjeździ.
Zgadza się. Możliwość jeżdżenia godzinę przed większością ludzi zdarza się tylko raz na miesiąc! W Marcu akurat jest to dzisiaj, w nasz pierwszy narciarski dzień.
Uwierzcie mi, bardzo nie chciało się wstawać. Zwłaszcza, że wczorajsze przywitanie ze znajomymi jak zwykle się przeciągnęło. Taka szansa nie przydarza się często, więc rano wszyscy trzej narciarze dzielnie i zwarcie maszerowali w butach narciarskich do dolnej bazy. Jakieś 10 minut.
Ludzi było trochę, ale bez kolejki, specjalnym wejściem dla posiadaczy biletu IKON wsiedliśmy na wyciąg.
Świetne uczucie jak siedzisz na krzesełku, jedziesz do góry i wiesz, że cały tydzień będziesz tu się bawił. Góra jest taka tajemnicza, nieznana, nieodkryta. Trochę czytałem o tym resorcie, gdzie tu jeździć, jakimi trasami obowiązkowo, a co omijać. Jednak zupełnie jest inaczej jak czytasz na internecie, a jak sam odkrywasz.
W wyższych partiach gór w nocy spadło parę centymetrów puchu. Nie jest to dużo, ale wystarczająco żeby delikatna warstwa pokryła dobrze ubite trasy.
Za mało puchu żeby wyjeżdżać poza trasy i się rozkoszować głębokim, lekkim śniegiem.
Zjechaliśmy parę razy zanim na wyciągi wpuścili większość ludzi. Mało narciarzy i idealnie ubite trasy pozwoliły nam na carvingowe, szybkie zloty w dół.
O 8:30 otworzyli resort dla wszystkich. Mimo, że była to niedziela to nawet na początku nie było tłumów.
Gdzieś tak o godzinie 10 zaczęły robić się paro-minutowe kolejki, ale wtedy myśmy już mieli inne plany. Po kilkunastu szybkich zjazdach zgłodnieliśmy na tyle żeby wrócić do naszego mieszkania gdzie dziewczyny przygotowały nam pyszne śniadanie. Ilonce udało się załatwić lokum przy trasach, więc było to idealne rozwiązanie bez tracenia dużej ilości czasu.
Po śniadanku chłopaki wróciły na stok a my z przyjaciółką poszłyśmy na miasteczko. Mammoth Lakes powstało już w 1877. Wcześniej rejony te zamieszkiwane były przez ludy zwane Mono. Natomiast w 1877 przybyli tu europejscy osadnicy. Oczywiście przyciągnęły ich potencjalne pokłady złóż mineralnych i złota. Tak, tu też była gorączka złota. Po sławetnej gorączce złota, miasteczko zaczęło trochę podupadać ale turystyka szybko podbudowała spadającą gospodarkę. Miasteczko Mammoth Lakes dostało swoją nazwę od Mammoth Mining Company, firmy wydobywającej surowce naturalne w tym rejonie.
W 1953 roku w miasteczku powstał resort o tej samej nazwie. Ponieważ najpierw było tu miasteczko a potem dopiero powstał resort narciarski to miejsce przypomina bardziej europejskie resorty narciarskie. Dość dobrze rozwinięta infrastruktura, dużo kafejek i restauracji, jest też gdzie pochodzić.
My lubimy jak resort narciarski ma miasteczko. Po pierwsze można robić zakupy jedzeniowe na bieżąco i nie trzeba planować z góry bo potem nie ma już sklepów. Po drugie jest większy wybór restauracji, a po trzecie najważniejsze, jest wtedy gdzie chodzić. Tak więc jak tylko męska część wycieczki wróciła na narty to babska część zeszła na dół. W dół między domkami fajnie się szło, potem po miasteczku też trochę połaziłyśmy, aż wreszcie wróciłyśmy pod wyciągi, a właściwie to tylko jeden wyciąg.
To tutaj przy wyciągu w bazie Center Village się najwięcej dzieje. Przede wszystkim jest ognisko - a jak jest ognisko to jest wszystko. Do tego standardowo sklepiki z pamiątkami, budki z lodami i cukierkami, restauracje i kawiarnie. Maja nawet Chase Sapphire Lounge. Zdziwiło mnie to trochę ale okazało się, że tak jak na lotniskach mamy lounge tak i tu możemy wejść, rozgościć się i rozgrzać ciepłą kawką czy czekoladą. Niestety, żeby wejść do lounge trzeba mieć dowód szczepienia, który został w apartamencie. No nic - next time!
Miasteczko Mammoth Lakes położone jest na wysokości 7,881 ft (2,402 m). W górach oczywiście wyjeżdża się jeszcze wyżej i zabawy między 8 tys a 9 tys stóp wysokości to normalka. My wynajęliśmy domek przy stokach narciarskich więc z miasteczka mieliśmy do góry trochę drałowania. Fajnie się schodziło ale wychodzenie to już nie tak prosto. Dobrze, że jeździ gondola to można podjechać z miasteczka do innej bazy Canyon Lodge, A z Canyon do domku mamy już prawie rzut beretem.
Jednak jak się chłopaki dowiedziały, że my będziemy w Canyon to oni też chcieli i takim oto sposobem zrobiliśmy sobie przerwę i w słoneczku każdy opowiadał o swoim dniu.
W bazach narciarskich są jakieś restauracje ale zazwyczaj jedzenie mają dość słabe i drogie. Dwa kawałki pizzy (żadna rewelacja) i sprite to jakieś $26. Podziękowaliśmy im i poszliśmy do Austriaka. Austria Hof
Austria Hof to hotel, restauracja i apartamenty. Największe jest przy bazie Canyons, choć mają też apartamenty w wiosce na dole i innych miejscach. Powstali oni w 1972 roku jako klub narciarski dla zapalonych narciarzy z Południowej Karoliny. Nie szło im to jednak za dobrze i kiedy przebranżowili się na zakwaterowanie to działają do dziś.
Można u nich zjeść specjalności kuchni niemieckiej - więc Winnerschnitzel musiał być, jak i inne amerykańskie dania ale przyrządzone na styl Europejski. Darek postawił na żeberka z jelenia kanadyjskiego (elk). Wszystko było pyszne i chyba tu jeszcze wrócimy.
Objedzeni i zmęczeni po aktywnym dniu wróciliśmy do domu i… nie nie było tym razem polaków długich rozmów po nocy. Każdy z nas padł - chyba jeszcze jet lag nas trzyma. Na pewno nas trzymał.
2022.03.05 Mammoth Lakes, CA (dzień 1)
Przez cały miesiąc luty jakoś nie udało nam się wyskoczyć na narty. Wiem, luty to dobry miesiąc na białe szaleństwo ale niestety życie jest życiem i czasami nie można robić to co się chce.
Nadrabiamy, nadrabiamy straty i już mamy w planie trochę ciekawych wyjazdów.
Pierwszy z nich jest do Kalifornii, do resortu Mammoth Lakes w górach Sierra Nevada.
Mammoth Lakes jest jednym z większych resortów w stanie Kalifornia i wysoko położonym, 11,000 stóp (3,300 metrów). W związku z tym ma dużo dobrego śniegu i sezon narciarski trwa aż do lata. Osobiście jeździłem tutaj w lipcu parę lat temu.
Lecą też z nami znajomi, więc myślę, że tygodniowe wakacje w tym resorcie spędzimy na intensywnym narciarstwie i poznawaniu okolicznych górek.
Niestety Los Angeles to nie Denver i lot na drugą stronę Ameryki trwa aż 6 godzin, a nie 4 jak do Denver. Dobrze, że często na tą trasę latają większe i wygodniejsze samoloty, które są używane na międzykontyeanalne loty, więc poranny lot zleciał na spaniu, relaksie i lekkiej pracy.
Dzięki strefom czasowym, w mieście aniołów wylądowaliśmy już w południe. Między Nowym Jorkiem a Kalifornią jest 3 godziny różnicy. Dzisiaj nie mamy w planie zwiedzać miasta ani też nic po drodze w góry. Wracając chcemy spędzić w Los Angeles dwa dni i coś tam zobaczyć.
Droga do Mammoth Lake wiedzie przez ciekawe, górzyste i pustynne tereny i trwa około pięciu godzin. Jechaliśmy już nią parę razy, a nawet udało nam się raz trzęsienie ziemi na niej przeżyć.
Do Mammoth Lakes przyjechaliśmy już jak było ciemno. Poza zakupami po drodze to niewiele robiliśmy, ale jednak 500 km zajmuje trochę czasu. Kalifornia to duży stan.
Kolację z przyjaciółmi zjedliśmy w mieszkaniu. Nie chcieliśmy za bardzo nigdzie wychodzić na miasto bo jutro mamy zrobioną rezerwacje na pierwsze ślady. Możemy już od 7:30 rano używać wyciągów. Godzinę wcześniej niż większość ludzi. Ciekawe czy wstaniemy….
2020.01.28 Squaw Valley, CA (dzień 4)
Dużo ludzi narzeka na pracę w korporacji. Mówi się, że wyzysk, że wyścig szczurów, że liczą się numerki a nie ludzie. Może jestem corporate rat a może ludzie którzy najbardziej komentują nigdy nie spróbowali albo może wolą inną drogę kariery. Prawda jest taka, że ja to lubię, odnajduję się w tym i nawet jak czasem po 12h w pracy mam wszystkiego dość to potem sobie przypominam, że mogę nastawić budzik na 9 rano i pojawić się w pracy o 11 rano.
Właśnie za tą dowolność, elastyczność i łączność lubię korporacje. Ja mogę sobie pracować z resortu, budzić się i patrzyć na piękny wschód słońca albo wieczorem cieszyć się z innymi pijąc drinka na patio. Są też inne plusy, nie limitowane wakacje, które pozawalają mi wziąć 30 dni wolnego w roku. Wiem dla Europejczyków to prawie standard ale uwierzcie mi - amerykanie jak wykorzystają 20 dni to jest cud.
Ale co to wszystko ma wspólnego ze Squaw Valley? Dużo…. Po pierwsze nie ma większej różnicy czy jedziemy na sobota - niedziela na wschodnie wybrzeże, czy na sobota - wtorek na zachodnie. Po drugie rano muszę się wdzwonić w jakieś konferencje ale potem mogę poświęcić czas na pakowanie, spacer w górach czy piwko z widokiem na góry.
Tak własnie zaczęłam dzisiejszy dzień, konferencja przez telefon, spakowanie bagażu do auta, spacer po lesie i na koniec piwko...nie do końca na tarasie. Dziś już niestety musimy wracać. Samolot mamy dopiero koło 10 w nocy więc chłopaki jeszcze poszły poszaleć na nartach. Ja po spakowaniu samochodu poszłam się przejść do Shirley Canyon. Jest to szlak górski, który dochodzi do górnej stacji kolejki. Szlak jest super w lecie. W zimie - zwłaszcza teraz po zwiększonych opadach jest tam trochę dużo śniegu. Tak więc przeszłam się tylko kawałek. Super jest być w lesie i oglądać tą dziewiczą zimę.
Początek trasy widać, że jest często odwiedzany przez ludzi z psami więc nawet bez sprzętu można było iść. Natomiast im wyżej tym trasa była mniej przetarta a i śniegu przybywało. Tak więc po 30 minutach zawróciłam i podreptałam do miasteczka. Darek nie zmordowany dalej jeździł i korzystał z każdej minuty. Tak więc na przerwę spotkaliśmy się dopiero koło pierwszej.
"Trzeci dzień na nartach w Squaw Valley, niestety ostatni. Dzisiaj musieliśmy zjechać z gór najpóźniej o godzinie 14 żeby zdążyć na samolot.
Pogoda dzisiaj była różna. Rano było nawet jeszcze ok, słońce przebijało się przez chmury. Niestety później chmury wygrały i zeszły bardzo nisko, zasłaniając wszystko.
Na dodatek zerwał się potężny wiatr i czasami zaczął sypać śnieg. Nie są to idealne warunki do narciarstwa, ale na to niestety nie mamy wpływu. Zapięliśmy kurtki po samą szyję i kontynuowaliśmy białe szaleństwo.
Dzisiaj tak jak i wczoraj praktycznie nie było nikogo w górach. Dalej większość tras była otwarta, za wyjątkiem tych które wymagały podejścia wyżej, albo wyjechania poza resort. Patrol obawiał się, że jest słaba widoczność i ludzie pobłądzą w górach.
Jest to nasz trzeci dzień w tym resorcie, więc coś tam go już znamy. Jeździliśmy gdzie nas oczy (a raczej narty poniosą). W nocy chyba wyżej w górach spadło trochę śniegu, bo można było znaleźć nawet puszyste odcinki.
Później zerwał się już naprawdę potężny wiatr. Niektóre wyciągi pozamykali, ale dalej dużo było jeszcze czynnych. Widzę, że na zachodzie mniej się przejmują przepisami czy bezpieczeństwem niż na wschodzie. Czasami ostro krzesełkami huśtało, aż się trzeba było trzymać.
Mi jednak pogoda nie straszna i po krótkiej przerwie zrobiłem jeszcze kilka zjazdów, żeby spalić co wypiłem i zjechałem do auta. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy."
Ruszyliśmy w kierunku San Francisco. Po drodze podrzuciliśmy kolegę do Truckee. Z miasteczka Truckee do Reno jedzie pociąg i jest to podobno najbardziej widokowa trasa kolejowa w Stanach. Ciekawe… Przebiega ona przez góry Sierra Nevada więc pewnie widoki ma ładne ale, że aż najładniejsza? Trzeba to kiedyś sprawdzić. Niestety nie da się objechać nią w jeden dzień tam i z powrotem (trzeba nocować w Reno) albo przejechać tylko one way. Nam Reno jednak nie jest do niczego potrzebne więc ograniczyliśmy się tylko do zjedzenia lunchu w tym miasteczku.
Jak tylko wjechaliśmy do miasteczka Truckee to przypomniała mi się książka, którą ostatnio czytam o Whiskey i dzikim zachodzie. Pisało w niej dużo o miastach które powstawały tylko dlatego, że odkryto tam złoto albo tworzyła się sieć kolejowa. Truckee nie jest miastem widmem (ghost town) ale zabudowę z lat 1800 jeszcze ma. Miasto bowiem powstało dzięki kolei i nadal jest węzłem komunikacyjnym dla pobliskiego resortu Squaw Valley.
Miasteczko malutkie, jedna ulica, parę budynków na krzyż. Ale knajpkę (1882 Bar and Grill) z lokalnym BBQ nawet mieli nie najgorszą. Co prawda byliśmy tam jedynymi gośćmi ale zakładamy, że to ze względu na porę bo jedzenie naprawdę mieli dobre.
Niestety czas nas gonił. Musieliśmy zdążyć na samolot a w Kalifornii nigdy nie wiadomo jak będzie z korkami. No i były korki - na szczęście nie w naszym kierunku. Coś się rozwaliło i 4 pasy stały kilometrami. Ciężarówki to już nawet nie stały w korku tylko się na poboczu poustawiały pewnie, żeby sobie odpocząć.
Nasze pasy na szczęście szły płynnie i zamiast wkurzać się na korki mogliśmy podziwiać chmury i zachody słońca.
Dobranoc Kalifornia - do następnego razu. My też wskakujemy w samolot i idziemy spać, żeby za 5h obudzić się po drugiej stronie kontynentu. Nie ma to jak iść do pracy z myślą, że teoretycznie jeszcze dziś było się w Kalifornii.
2020.01.27 Squaw Valley, CA (dzień 3)
Po wczorajszej śnieżycy dzisiaj mieliśmy dzień z „normalniejszą” pogodą.Czasami było słonecznie i bez wiatru, a za parę minut wpadały chmury i wiało, tylko po to żeby za chwilę zniknąć i pozwolić słoneczku poświecić przez jakiś czas.
Widoczność była znacznie lepsza od wczorajszej, więc od razu zabraliśmy się za zwiedzanie terenów, tych których wczoraj ze względu na brak widoczności baliśmy się zjechać. Nie chcieliśmy się zgubić w tych potężnych górach.
Jest poniedziałek, więc ilość ludzi w górach jest wyjątkowo niska. Praktycznie czasami przez 5-10 minut nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy żadnego innego narciarza. Do wszystkich wyciągów były zerowe kolejki. Tak to można jeździć. Dalej było dużo świeżego śniegu w górach po wczorajszych opadach.
Chyba całe Reno, San Francisco czy Los Angeles wróciło do pracy i w górach zostali sami lokalni. Do tego stopnia, że już o 10 rano obsługa wyciągów z piwem w ręce nas witała i oferowała. My jeździmy z plecakami i też coś tam mamy, ale jednak było na te przyjemności za wcześnie.
Około 10 rano byliśmy już po paru łatwiejszych zjazdach, więc byliśmy rozgrzani i gotowi na zwiedzanie ciekawszych terenów.
Nawet z niektórych przełęczy i szczytów widać było kawałek ogromnego jeziora Tahoe.
Na zdjęciu może tego tak nie widać, ale to jezioro jest wielkie i głębokie. Badacze obliczyli, że jakby rozlać wodę z jeziora Tahoe na stan California, to pokryła by cały stan grubością 14 cali (35 cm) Stan California jest wielki, o 36% większy niż Polska.
Praktycznie, poza rejonem Silverado wszystko było otwarte. Patrol pozwolił narciarzom wjeżdżać i się wspinać we wszystkie możliwe miejsca. Nawet słynne Palisades zostały otwarte. Jest to miejsce do którego trzeba się wspinać gdzieś przez 20 minut z górnej stacji wyciągu Siberia. Potem bardzo stromymi i wąskimi wąwozami zlecieć w dół.
Lokalni i bardzo dobrzy, odważni narciarze, którzy znają każdy kamień w tych górach wychodzą tam po to żeby sobie po prostu zjechać i potem wystawić filmek na YouTube. Nam oczywiście życie jest nadal miłe, więc my tylko z dołu popatrzyliśmy jak to wszystko wygląda i pojechaliśmy dalej.
Przy dobrej widoczności wszystko znacznie lepiej widać. Jadąc jednym z wyciągów zobaczyłem polanę wysoko w górach i tylko 4 ślady na niej. Stanowczo za mało, przynajmniej powinno być 6 śladów. Szybko wymyśliłem jak tam się dostać i udaliśmy się w tamtym kierunku. Wyciągiem Emigrant na samą górę i potem w lewo. Troszkę trzeba podejść w miarę płaskim terenem i już prawie jest się na miejscu. Napisałem prawie, bo jednak tutaj przekonaliśmy się dlaczego są tylko 4 ślady. Żeby tam wjechać to trzeba skoczyć ze skarpy. Nie jest może tak wysoko, jakieś dwie długości nart (3-4 metrów), ale lądowanie jest na bardzo stromym terenie. Wiedząc, że za 3 tygodnie lecimy do Szwajcarii na narty to nie chcieliśmy się uszkodzić. Polak zawsze coś wymyśli i nam też się udało tam dostać. Trochę trzeba było podejść do góry, skoczyć z mniejszej skarpy (tylko jedna długość nart) i już byliśmy na szczycie polanki.
Nie była to jakaś długa polana, ale nawet dla paru zakrętów w dziewiczym puchu warto było się tu wybrać.
Było tak fajnie, że zaciągnęliśmy języka gdzie jeszcze można takie tereny dzisiaj znaleźć. Lokalni powiedzieli żeby odwiedzić Sun Bowl.
Żeby dostać się do Sun Bowl trzeba wyjechać wyciągiem Headwall i potem podążać za znakami.
Przed wjazdem do doliny oczywiście była tabliczka z napisem, że te rejony są dla ekspertów. Była dobra widoczność i patrol już dzisiaj rano sprawdził zagrożenie lawinowe. Uznał, że nie powinno nic się wydarzyć, więc wpuścili narciarzy. Im dalej w głąb się wjechało tym było mniej śladów. Trzeba było tylko uważać żeby za daleko nie pojechać, bo znowu trzeba będzie podchodzić jak wczoraj.
Rzeczywiście było super. Cisza, dużo śniegu i oczywiście prawie nie było nikogo. Było już tutaj trochę narciarzy przed nami, więc śnieg był lekko rozjeżdżony, ale i tak wciąż można było znaleźć ciekawe odcinki.
Po tych zabawach nogi powiedziały dosyć i musieliśmy zjechać na dół odpocząć i się ochłodzić. Dobrze się złożyło, bo Ilonka też w tym samym czasie znalazła się w wiosce, co spowodowało, że przerwa się lekko przedłużyła. Wszyscy zasługiwaliśmy na parę piwek i odpoczynek.
Parę minut przed 15 słonko wyszło zza chmur i zrobiło się przyjemnie, za przyjemnie. Bardzo nie chciało nam się wstawać, ale szkoda marnować czasu. Pojechaliśmy w jedno z ciekawszych i jeszcze przez nas nie odkrytych miejsc.
Jest to trudny rejon z przepięknymi widokami. Lokalni polecają to miejsce tylko podczas dobrej widoczności i bezwiecznej pogody. Żeby tam się dostać trzeba wyjechać wyciągiem KT22 i na górze skręcić w lewo. Minąć ostrzegawczą tablicę mówiącą, że ten rejon jest tylko zaawansowanych narciarzy i już się jest na miejscu.
Na początku jedzie się płaską granią, która kończy się ostrym urwiskiem. Widoki po obu stronach są wspaniałe. Dobrze, że nie ma wiatru bo pewnie jak tutaj zawieje to musi być ciekawie.
Po lewej stronie widać cały resort Squaw Valley a po prawej jest inny resort narciarski, Alpine Meadows. Aktualnie te resorty jeszcze nie są połączone ze sobą, ale już są plany którędy ma przebiegać gondola która je złączy. Powstanie dosyć spory Mega Resort.
Jak na razie w prawo nie można jechać, więc musieliśmy skręcić w lewo do Squaw Valley. Nie ma tutaj wyznaczonych tras. Po prostu trzeba znaleźć miejsce gdzie będzie ciekawie zjechać i się bawić. Tak jak pisało na tabliczce, że nie będzie łatwo i nie było.
Ostro i stromo w dół. Trochę lasami, czasami polanami. Dobrze, że dalej było dużo śniegu to narty nas łatwo utrzymywały na ścianie. W promieniach zachodzącego słońca ładnie to wszystko wyglądało i nawet nie zauważyliśmy jak zjechaliśmy na dół. Było parę minut przed godziną 16 także załapałem się prawie na ostatnie krzesełko. Kolegę chyba ten zjazd za bardzo zmęczył i już sobie odpuścił.
Chyba już nikt nie jechał na wyciągu, ani też praktycznie nikogo nie spotkałem w górach.
Samotnie, bez pośpiechu w promieniach zachodzącego słońca przemierzałem opustoszałe góry. Była taka cisza i spokój, że aż „musiałem” się często zatrzymywać i robiłem zdjęcia.
Była już chyba 16:30 jak zjechałem do wioski i prosto na nartach dojechałem do baru gdzie już Ilonka z kolegą „odpoczywali”. Dołączyłem do nich i wspólnie przy dobrym hamburgerze wspominaliśmy kolejny udany dzień w górach.
Trochę nam tam zeszło. Potem oczywiście musieliśmy sobie troszkę pospacerować po miasteczku w poszukiwaniu ogniska. Znaleźliśmy.
Tam też troszkę zabawiliśmy ogrzewając buty narciarskie przy ognisku.
Dzień zakończyliśmy w kondominium próbując szczęścia w grę planszową „The National Park”. Ilonka wygrała.
Jutro już niestety wracamy na wschód, do NY. Nie tak do końca szybko wracamy, bo praktycznie cały dzień jeszcze jeździmy na nartach i dopiero koło 14 - 14:30 zjeżdżamy z gór i jedziemy do San Francisco.
Po tym i wielu innych pobytach na zachodzie Stanów utwierdzam się w przekonaniu, że narciarstwo na zachodzie to zupełnie inna bajka niż wschodnie Stany. Nawet nie ma co porównywać i punktować różnice. Nie ma sensu. Po prostu będziemy starali się w miarę możliwości więcej czasu spędzać w zachodnich górach. Mój bilet na narty tam też działa w większości resortów, a i bilety lotnicze stają się tańsze jak się więcej lata.
No i jeszcze pogoda zaczyna świrować. Coraz częściej na wschodzie w zimie w górach mamy deszcz zamiast śniegu. Gdzie w wyższych, zachodnich górach jak pada deszcze w dolinach to bierzesz kolejne wyciągi i jedziesz dalej, wyżej w góry. Ach ten zachód......!!!
2020.01.26 Squaw Valley, CA (dzień 2)
Narciarstwo ma wady. Jedną z nich niewątpliwie jest wczesne wstawanie. Jesteś na upragnionych wakacjach i zamiast wylegiwać się do południa musisz wstawać około 7 rano. Każdy narciarz wie, że nie ma to jak ranne jeżdżenie po jeszcze nie rozjeżdżonych stokach, więc wstawanie jest niestety konieczne.
Na szczęście dzisiaj rano nie obudził nas dźwięk budzików, tylko dobrze znane odgłosy wysokogórskich resortów. Huki, które mówią, wstawaj zapowiada się wspaniały dzień.
Mowa tu oczywiście o ładunkach wybuchowych które są zrzucane na strome tereny i wywołują lawiny śnieżne. Jest to konieczne, aby lawiny nie spadały potem na narciarzy. Dużo lepiej i bezpieczniej jest zrobić kontrolowane lawiny przed otwarciem wyciągów, niż jakby potem coś się obsunęło prosto na ludzi. Huki trwały przez prawie dwie godziny. Widać, że patrol chce mieć pewność, że lawiny nie polecą w ciągu dnia, jak w górach są tysiące narciarzy. Oczywiście pewności nigdy nie ma, ale na pewno zmniejsza to niebezpieczeństwo. Niestety tydzień temu nie wszystkie lawiny przewidziano i zginęły tutaj dwie osoby, zostały zmiecione przez lawinę w Alpine Meadows.
Huki też oznaczają jedno, w górach spadło dużo śniegu. Raporty mówią o 20+ cm i dalej sypie! Nie mogliśmy się doczekać kiedy wyjdziemy z hotelu i zapniemy nartki.
Ilonka jak zwykle świetnie ogarnęła położenie hotelu i parę minut po 8 byliśmy już pod wyciągami. W dosłownym słowa tego znaczeniu. Nad naszym hotelem jeżdżą gondole i kolejki górskie. Dobra robota Dziubdziuk!
Ze względu na zagrożenie lawinowe wyciągi dzisiaj dopiero otwierają o 9 a nie o 8:30. Mieliśmy jakieś 30 minut do zabicia, wykorzystaliśmy to do zwiedzania miasteczka i obserwacji jak resort narciarski budzi się do kolejnego dnia.
O 8:45 ustawiliśmy się w kolejce do jednego z wyciągów (słynnego KT22, który to podczas olimpiady w 1960 obsługiwał większość zawodów) i punktualnie o 9 rano zaczęli wpuszczać ludzi. Dobrze, że byliśmy wcześniej, bo była już spora kolejka.
Na dole było bezwietrznie i z opadami śniegu, natomiast na górze było zupełnie inaczej. Mgła, wiatr i o wiele więcej śniegu. Za wiele nie znam tego resortu i byliśmy też jedni z pierwszych narciarzy na górze, więc za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie jechać.
Ruszyliśmy za lokalnymi którzy i tak za chwilę rozjechali się w swoich kierunkach. Tutaj raczej nie jeździ się po trasach, a zwłaszcza nie w dni kiedy spadł śnieg.
Polanami i lasami jechaliśmy w dół. Widoczność była kiepska, natomiast warunki śnieżne wspaniałe. Mięciutko i cicho. Żadnego skrobania nartami po lodzie. Czasami ciszę przerywały radosne okrzyki narciarzy, którzy cieszyli się z warunków jakie tutaj panowały.
Zjechaliśmy na dół i kolejnym wyciągiem wyjechaliśmy w inną część gór. Postanowiliśmy odwiedzić Gold Coast. Jest to miejsce gdzie dojeżdża Funitel. Kolejka ta zabiera narciarzy z miasteczka i zawozi ich w góry. Coś w rodzaju gondoli tylko że większa i na dwóch linach. Każdy wagonik może zapakować do 30 narciarzy i dzięki dwóm liną może jechać w góry nawet podczas wielkiej wichury.
Z Gold Coast narciarz ma wiele opcji. Może iść do baru, może zjechać na dół, albo może wsiąść na kolejne wyciągi i jechać dalej. Myśmy oczywiście wybrali kolejny wyciąg i pojechaliśmy dalej w góry.
Tak jak przypuszczaliśmy im wyżej tym było gorzej z widocznością. Na górze już nic nie było widać, a na dodatek dalej były intensywne opady śniegu. Ale na co tu narzekać jak w około pełno miękkiego i świeżego śniegu.
Zjechaliśmy parę razy. W Squaw Valley mają zasadę, że jak jest świeży śnieg to nie wolno go ubijać. Także wszystkie trasy miały głęboki, po części rozjeżdżony śnieg, ale nadal można było się w nim głęboko zanurzać.
Po paru męczących zjazdach postanowiliśmy się dalej zapuścić i pojechaliśmy do Silverado/Granite Chief rejon. Tu już prawie nikogo nie było. Puste, leśne tereny i ogromne ilości śniegu. Widoczność była trochę lepsza.
Wyszukiwaliśmy zjazdów w lasach i cieszyliśmy się każdym udanym zakrętem w tych pustkowiach. Ciekawość nowych terenów poniosła nas „lekko” za daleko i niestety musieliśmy za to zapłacić.
Zajechaliśmy za daleko i musieliśmy trochę podejść do dolnej stacji kolejki. W głębokim śniegu i na tej wysokości nie należy to do łatwych zadań, no ale czego się nie robi dla przyjemności.
Zrobiliśmy jeszcze parę zjazdów i wróciliśmy do głównej części resortu.
Ilonka wyjechała do High Camp i chciała nam porobić trochę zdjęć. Niestety pogoda na maksa się załamała i nie było sensu się w to bawić. Weszliśmy do środka i przy piwku regenerowaliśmy siły.
"Niestety w Squaw Valley nie można chodzić po szlakach narciarskich. Zaczyna to być typowe dla dużych gór. Pewnie się boją, że jakiś włóczykij się zapląta i zajdzie gdzie nie powinien. Albo obawiają się za dużo nowicjuszy. Te góry to jednak nie przelewki. Można za to wyjechać kolejką. Zdziercy chcieli $50 za wyjazd no ale cóż, pewnie szybko tu znów nie będę więc bez większego marudzenia kupiłam bilet i wyjechałam na górę. Miałam szczęście, że akurat chmury przegonił wiatr i mogłam porobić jakieś zdjęcia.
Niestety w górach pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie więc trzeba korzystać póki można. Zanim chłopaki dojechały to już wszystko pokryte było chmurami i mgłą. Nawet przerwa nie pomogła i chmury pokryły całą górę. Tak więc wskoczyłam do kolejki i już po 8 minutach byłam na dole. A na dole piękne słoneczko i można się na tarasie opalać."
Po przerwie wróciliśmy na narty. Pogoda już na maksa nie współpracowała. Niskie chmury, wiatr i gęste opady śniegu. Oczywiście nie przeszkodziło nam to w kontynuowaniu narciarstwa do zamknięcia wyciągów. Niestety nie zawsze mamy okazję jeździć w głębokim śniegu.
Później nawet się rozpogodziło, widoczność się poprawiła i można było większymi prędkościami pokonywać te wspaniałe tereny.
O 16 zamknęli wyciągi. Mniej więcej w tym samym czasie dostaliśmy wiadomość od Ilonki gdzie jest najlepsza impreza w mieście po nartach i tam też się udaliśmy.
Le Chamois, to jest bar gdzie większość lokalnych po nartach wstępuje na piwko i opowiada co dzisiaj ciekawego zrobili w górach. Fajny klimat, dobre piwko i ciekawa muzyka, czego trzeba więcej...
Na koniec odwiedziliśmy Meksykanką restaurację aby uzupełnić kalorie. Niestety jedzenie było pyszne, a porcje tak wielkie, że po kolacji udaliśmy się do hotelu i padliśmy do łóżek. Dzień był intensywny i wyczerpujący.
Jutro mamy kolejny dzień przygód i niespodzianek.
2020.01.25 Squaw Valley, CA (dzień 1)
"Dziubdziuk, dziubdziuk, patrz… tu każdy ma narty! Co tu się dzieje?"
"Dziubdziuk, dziubdziuk, pośpiesz się bo w okienku gdzie nadaje się narty nie ma już miejsca."
Ilość narciarzy w kolejce do odprawy Delty przerosła nasze oczekiwania. Dobrze, że my też mieliśmy narty, bo Darek by chyba mnie zwolnił jakby musiał lecieć na Florydę kiedy w koło tylu narciarzy.
"Dziubdziuk, dziubdziuk, czy już nikt nie jeździ na nartach na wschodnim wybrzeżu?"
No chyba nie…..resorty na wschodnim wybrzeżu niestety nigdy nie mogły konkurować z resortami w Sierra Nevada, Alpach czy innych wysokich górach. Niestety ostatnio pogoda wariuje i albo jest -15C albo na drugi dzień +15C. Niestety te wahania powodują, że robi się lodowisko. Deszcz, przymrozek i lód gotowy. Dlatego i my postanowiliśmy uciec od deszczowego Nowego Jorku do śnieżnej Kalifornii.
"Ladies and gentlemen the flight number DL123 to Jackson Hole is ready to board…."
[Panie i Panowie, samolot linii lotniczych Delta o numerze DL123 do Jackson Hole jest gotowy do przyjęcia Państwa na pokład..."]
"Dziubdziuk, dziubdziuk….to nasz samolot." - Darek gotowy był do wejścia na pokład.
Niestety to nie nasz samolot. Tym razem lecimy do San Francisco a stamtąd jedziemy ok. 4h do Squaw Valley. Samolot do Jackson Hole jednak zabrzmiał kusząco. Jest to bowiem bardzo fajny resort narciarski, który nie ma (a raczej nie miał) połączenia non-stop z NY. Hmmmm… dało nam to do myślenia.
Lot minął spokojnie. Prawda jest taka, że dużo bardziej wolimy lecieć niż spędzić 6-7h jadąc do jakiegoś resortu w New England. Pomyślicie, że w głowach się poprzewracało ale nie do końca. Mając TSA pre, dostęp do lounge na lotnisku i upgrade do lepszych siedzeń z większym miejscem na nogi latanie to nawet przyjemność. Można się wyspać, film oglądnąć albo książkę poczytać. Dużo lepiej niż jechać tą samą drogą gdzie zna się każdy zakręt.
W Kalifornii też musimy trochę jechać samochodem ale droga jest nowa i ciekawsza.
San Francisco - good to be back (dobrze być tu znowu). Niestety dziś nie mamy czas ani planów uderzyć na miasto ale i tak podstawowe elementy wizyty w SF zostały zaliczone. Mgła i In-n-out. Oczywiście Golden Gate też jest typowy dla SF. My jednak nie przejechaliśmy słynnym mostem tylko odbiliśmy w bok na Sacramento. Nie jest to Golden Gate ale most też nie głupi. Natomiast mgła przywitała nas od razu. SF bez mgły to jak Kalifornia bez In-n-out.
In-n-out jak już parę razy pisaliśmy to słynna sieć hamburgerów. Nie weszli oni na wschodnie wybrzeże więc jemy je tylko jak jesteśmy w Kalifornii albo Nevadzie. Tak więc jak zobaczyliśmy palmy, zjedliśmy in-n-out i ściągnęliśmy bluzy dresowe (t-shirt wystarczył na tą pogodę) to poczuliśmy się jak w ciepłej, słonecznej Kalifornii. Tylko nasze zimowe buty świadczyły, że chyba jedziemy w głąb stanu w poszukiwaniu śniegu.
Jakieś dwie godziny, może dwie i pół i wyjechanie na jakieś 6000 ft (1800 m) doprowadziło nas do pierwszego śniegu. Górki zaczęły się wynurzać za każdym zakrętem a droga stawała się ciekawsza z każdym kilometrem.
Do resortu Squaw Valley dojechaliśmy niestety jak już się ściemniało i zamykali wyciągi. Musimy przyznać, że nasz kolega lepiej obczaił samoloty. Do Squaw Valley można dojechać w godzinę z lotniska Reno. Co prawda trzeba się przesiąść ale z przesiadkami (jeśli żaden samolot się nie opóźni) to do 7h można już być w resorcie. Przy wylocie o 6 rano i trzy godzinnej zmianie czasu można w resorcie już być w południe i załapać się na parę zjazdów. No nic… trzeba będzie nadrobić jutro i wsiąść na pierwsze krzesełko.
Squaw Valley może nie jest największym resortem w USA (6 miejsce) ale jest zdecydowanie większe niż jakikolwiek resort na wschodnim wybrzeżu. Ale o ogromie Squaw Valley świadczyła ilość samochodów wyjeżdżających z resortu. Normalnie wyciągi są czynne do 4 pm. Więc jak myśmy wjeżdżali koło 5 pm to akurat wszyscy opuszczali resort. Koreczek niezły - chyba lepiej przeczekać przy piwku czy kawie i wyjechać o 6 - 7 bo na to samo wychodzi.
Dojechaliśmy - i pierwsze słowa jakie usłyszeliśmy od naszego kolegi to: “Ale tu fajnie, ale to duże, ale tu mięciutko, ale tu jest dużo barów….”
No tak wszystko się zgadza. Pięknie tu, wysokie górki, dużo terenów do jeżdżenia, mięciutki śnieg no i infrastruktura. Na narty było za późno ale... po długiej podróży albo po ciężkim dniu na nartach nie ma nic lepszego niż zimne lokalne piwko…
Nadal Stany to nie Europa i miasteczka tu są dość małe w porównaniu do Zermatt czy Meribel, Trzech Dolin itp. Ale Resorty jak Squaw, Vail, Park City, ogarniają to i wiedzą, że kasę robi się nie tylko na bilecie na narty ale też na całej otoczce. Około ósmej zaczęło padać - w miasteczku deszczem ale w górach wiedzieliśmy, że sypie piękny śnieg. Tak więc szkoda było marnować siły i czas w barach - lepiej się wyspać i jutro z samego rana uderzyć na stok. Tak więc jak grzeczne dzieci po kolacji do domku i do łóżeczka. Jutro będzie piękny, “biały” dzień!
2019.07.08 Wschodnia Sierra Nevada, CA (dzień 5)
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Również nasz przedłużony weekend w pięknych górach Sierra Nevada dobiegł końca. Często wylatując z Kalifornii, czy zachodniego wybrzeża bierze się tak zwany red-eye. Jest to samolot, który startuje dość późno w nocy i ląduje w NY wcześnie rano. Tak, że można jeszcze iść do pracy. To połączenie jest bardzo fajne bo nie dość, że się ma jeden dzień więcej na zwiedzanie, to i można noc wykorzystać na przelot.
Ważne tylko, żeby jednak wyspać się w samolocie...a z tym niestety czasem są problemy. Ale pamiętajmy o jednym. Po paru dniach zapomnimy o nie wygodach i zarwanej nocy a pamiętać będziemy tylko mile spędzony dzień. No więc jak my wykorzystaliśmy ten czas?
Zaczęło się od szukania szczęścia, a właściwie to drogi. Wschodnie Sierra Nevada to nie jest już park narodowy, więc można było porobić wiele dróg off-road. W 2009 roku, w dolinie pomiędzy East Sierra Nevada i White Mountains, zaprojektowano i stworzono sieć dróg przeznaczonych na off-road. Długość wszystkich tras wynosi 2,200 mil (3,540 km) i rozciąga się na terenie o powierzchni prawie jednego miliona akrów.
Stworzenie tak ogromnej sieci dróg wymagało lat analiz i planowania aby nie zakłócić spokoju mieszkańców ale przede wszystkim przyrody. Dolina w której znajduje się miasteczko Bishop otoczona jest pięknymi górami z dwóch stron. Od zachodu Sierra Nevada, a od wschodu White Mountains (nie mylić z Białymi Górami z New Hempshire).
Darek co prawda kierowcą jest znakomitym, auto też miał nie najgorsze ale zdecydował się na drogę dla początkujących. Czytaliśmy, że podobno najfajniejsze są drogi Buttermilk OHV Road, i Silver Canyon OHV Road. Ale pomimo, że stopień trudności był Średni (Moderate) to stwierdziliśmy, że wolimy jednak zdążyć na samolot a nie ryzykować, że będziemy musieli wulkanizatora szukać.
Przejechaliśmy się Casa Diablo Road w kierunku Volcanic Tableland. Trasa polecana dla początkujących. Cała trasa ma 52 mile. My może zrobiliśmy 10 mil. Droga off-road ale bez żadnych trudności, piach, żwir, dość szeroko a po bokach tylko jakieś krzewy. Trzeba przyznać, że nas tam wytrzepało. Widoki nie głupie, ale na dłuższą metę to droga się nudziła. Wiadomo, jak się chce poszaleć, pokręcić, poskakać to miejsce idealne. Ale jak się człowiek boi, żeby jednak gumy nie złapać to zabawa staje się nudna. Tak zresztą zawsze jest. Za duża ostrożność psuje zabawę.
Liznęliśmy drogi off road i wiemy gdzie trzeba wrócić z ATV albo Jeepem. Natomiast nadal spragnieni jakiejś ciekawej drogi zboczyliśmy na Kennedy Meadow.
Kennedy Meadow znamy z różnych pism dla górołazów ale głównie zapamiętaliśmy je z filmu Dzika Droga. Kennedy Meadow znane jest jako kemping przez który przechodzi słynna trasa PCT (Pacific Crest Trail). To tutaj zbierają się wszyscy zmęczeni górołazy. Byłoby grzechem przejechać tak blisko i nie odbić w bok.
Nie spodziewaliśmy się zobaczyć wielu ludzi z PCT w Kennedy Meadows. W Lipcu większość z nich jest już bardziej na północy w okolicy Oregon. Natomiast z czystej ciekawości chcieliśmy zobaczyć jak to wygląda no i postawić nogę na sławetnym PCT.
Do Kennedy Meadows prowadzi droga, przepiękna droga. Ma 24 mile (38 km) i wyjeżdża się do góry około 5000 ft. (1524 m). Dla porównania nie tak dawno byliśmy na Mt. Washington w White Mountains w New Hempshire i nie dość, że się niżej wyjeżdżało to jeszcze trzeba było zapłacić $50. Tutaj droga jest za darmo a do tego widoki są o niebo ładniejsze. No nic, różnice między wschodnim a zachodnim wybrzeżem są widoczne na każdym kroku.
Jadąc w kierunku Kennedy Meadows zobaczyliśmy w oddali pożar. Paliło się w górach. Niestety Kalifornia ma piękne tereny ale ma też ciężkie przeprawy z naturą. Albo mają dzikie pożary lasów, albo trzęsienia ziemi, albo suszę, a jak nie susza to powódź też się od czasu do czasu zdarzy. Jednym słowem natura pięknie ich obdarzyła, ale też ciągle daje o sobie znać. Z matką ziemią nie ma przelewek. Pożar wydawał się daleko więc jechaliśmy dalej przed siebie. Zastanawialiśmy się tylko czy trzeba to jakoś zgłosić. Potem, jak dojechaliśmy na pole namiotowe, okazało się, że pożar gaszą już drugi dzień. Czyli nie trzeba było nikogo informować. Drugi dzień - nieźle bo myśmy myśleli, że on dopiero wybuchł.
Kennedy Meadows samo w sobie to małe, bardzo małe miasteczko. Ciężko to nawet nazwać miasteczkiem - prędzej jakąś wioską. Domów tu trochę jest i każdy dom ma dość duży teren ziemi. Widać, że dużo ludzi to nie mieszka ale ci co mieszkają na pewno cieszą się, że mają święty spokój od cywilizacji. W Kennedy Meadows są też kempingi. Jest jeden, stanowy przez który przechodzi trasa PCT. Natomiast widocznie jest potrzeba na więcej bo przejeżdżając widuje się mniejsze prywatne kempingi. Nawet jacyś zabłąkani brodacze tam siedzieli. Widać nie wszyscy zaczynają PCT w tym samym czasie. Każdy idzie kiedy chce i jak szybko chce. Dlatego ludzie na PCT często się spotykają przecinają wspólne drogi ale ogólnie każdy idzie w swoim tempie. A największe szanse na przejście masz jak pójdą tylko dwie osoby.
Jak wyszliśmy z klimatyzowanego auta to przestaliśmy się dziwić dlaczego jest puściutko na kempingu. Upał dawał się we znaki. Zdecydowanie nie chce się iść w góry w taką pogodę. Z drugiej strony im później zacznie się iść tym mniej śniegu będzie w wysokich górach. Dwa lata temu śledziliśmy Kamilę Kielar z Polski, która szła PCT. Wspominała, że w niektórych miejscach trasa PCT była nie do przejścia ze względu na duże roztopy, bo poprzedniej zimy spadło bardzo dużo śniegu. W tym roku śniegi były rekordowe. Biedni hikerzy, kolejny rok muszą walczyć z kolejną przeszkodą, głębokim śniegiem albo podniesionym poziomem wody w rzekach.
PCT jest zdecydowanie dla najbardziej wytrwałych, nie tylko kondycyjnie ale przede wszystkim mentalnie.
Kennedy Meadows było ostatnią atrakcją tego dnia. Niestety LA, poza wieloma innymi rzeczami, słynie głownie z korków na drogach. Także jak musisz zdążyć samochodem na lotnisko w LA to zawsze lepiej wziąć sobie odpowiedni zapas czasu i wyjechać wcześniejszej. Nas korek dopadł nawet pomimo, że jechaliśmy w kierunku przeciwnym do głównej fali samochodów. My troszkę staliśmy, ale to co się działo w drugą stronę, jak wszyscy ludzie wyjeżdżali po pracy z miasta to masakra. Zderzak przy zderzaku i tak kilometrami. Podziwiam tych ludzi.
Jadąc autostradą podziwialiśmy nie tylko korki. Podziwialiśmy, też infrastrukturę jaką zbudowali aby wykorzystywać energię, ze źródeł naturalnych. Największe wrażenie na nas zrobiły plantacje solarów. Tak dużo paneli jeszcze nie widzieliśmy w jednym miejscu. Były też wiatraki i elektrownie wodne w górach ale solary wygrały. No tak na brak słońca to oni narzekać nie mogą.
Szczęśliwie dotarliśmy na lotnisko. Uradowani, że sobie pójdziemy do lounge na lotnisku. Siądziemy wygodnie, wypijemy piwko i poczekamy na samolot. Niestety nie pomogło ani, że mamy kartę Priority Pass na lounge na lotniskach, ani, że lecimy pierwszą klasą. Alaska Airlines remontuje swój salon i musieliśmy się zadowolić pizzą i piwkiem. Z tą pierwszą klasą to tak bardzo nie musicie zazdrościć. Pomimo, że nazywa się to pierwsza klasa to bardziej przypomina to premium. Fakt, fotele są szersze i troszkę bardziej się rozkładają ale do pierwszej klasy jaką się zawsze widuje na reklamach to trochę im brakuje. Ale jak to się mówi - darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Najważniejsze, że udało nam się jako tako wyspać, bo z lotniska prosto do pracy. Nie ma lekko.
2019.07.07 Mammoth Lakes, CA (dzień 4)
Resort narciarski Mammoth leży w miasteczku Mammoth Lakes, który z kolei jest położone w Inyo National Forest. Inyo to ten sam las, który jest koło Bishop. Po wczorajszych nartach, stwierdziliśmy, że pora znów przejść się na hike w górki. Tym razem wybraliśmy trasę Duck Lake.
Była to spontaniczna decyzja ale alltrails.com nam szybko pomogło wybrać idealną trasę w Mammoth Lakes. W pierwotnym planie myśleliśmy wyjechać gondolą z resortu narciarskiego na górę i tam iść jeszcze wyżej ale jak to bywa w resortach, tras na chodzenie to tu za dużo nie ma.
Duck Lake natomiast było polecane jako jeden z lepszych spacerków. Jest to kolejne jezioro położone w górach więc, aby się do niego dostać mieliśmy do pokonania 2100 ft w pionie i 9.5 mil odległości.
Szlak wychodzi z pola namiotowego Coldwater. Skoro jest tak blisko kempingu i jest długi weekend to spodziewaliśmy się tłumów na trasie. Wygląda jednak, że śnieg przestraszył ludzi. Na tej trasie zdecydowanie więcej było śniegu i częściej gubiliśmy trasę.
Z początku trasa zygzakami szła do góry więc nawet jak był śnieg to skróciliśmy sobie drogę i cięliśmy prosto na skróty. Ostatnie trzy dni zaaklimatyzowały nas i nawet nie mieliśmy problemów z oddychaniem.
Po około godzinie dotarliśmy do pierwszego jeziora Skelton. Spotkaliśmy pare ludzi. Spotkaliśmy trzy różne osoby (grupy ludzi) i każda miała inne plany. To jest najlepszy dowód jak bardzo rozległe i urozmaicone te góry są. Pierwsza grupa to dwie Panie które przyszły sobie tylko nad jeziorko. Godzinny spacer i już takie widoki….czemu nie?
Druga para to lokalni bo znali tu prawie każdy kamień ale oni szli tylko do jeziora Barney. My też tam planujemy dotrzeć ale planujemy iść dalej. Tu nas pan uświadomił, że pomiędzy jeziorem Barney a Duck Lake jest przełęcz. Wiedzieliśmy, że będzie góra dół ale myśleliśmy, że to tylko morena jeziora, a okazało się, że to przełęcz. Zwał jak zwał, ważne, że trzeba się wyspinać, zejść i znów wyspinać.
Trzeci człowiek to samotnik, wojujący z misiami. Spray na misie za paskiem, raki przyczepione do plecaka i "idę". On wyglądał jakby spędził w górach parę dni. To on nam powiedział, że Duck Lake jest zamarznięte...i… i w tym momencie Darkowi zapaliła się kolejna lampka, muszę to zobaczyć. Prawda jest taka, że ja też chciałam to zobaczyć. Nie spodziewałam się, że w lipcu jeszcze jakieś jeziora mogą być zamarznięte i w sumie chyba nigdy takiego nie widziałam. Więc ruszyliśmy przed siebie przepełnieni ciekawością co dalej.
Tutaj niestety szlak gubiliśmy częściej. Na szczęście Darek miał nasz szlak na GPSie więc co jakiś czas korygowaliśmy nasz azymut. Niestety szlaki na West Coast są tak dobrze zrobione, że w lecie nie potrzebują oznaczeń. Niestety jak większość trasy przykrywa jest śniegiem, do tego po szlaku płynie rzeka bo śnieg topnieje to oznaczenia by się przydały. No cóż, nic i nikt nie jest idealny.
Udało nam się jednak i po kolejnej godzinie z hakiem doszliśmy do kolejnego jeziora Barney. Tutaj normalnie wiele ludzi się rozbija ale chyba śnieg ich przegonił, bo namiotów nie widzieliśmy. Zrobiliśmy sobie przerwę na orzeszki, sprawdzenie mapy i wyrównanie oddechu.
Po dość krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej w górę. Teraz już nie było zabawy. Szlak wspinał się prosto do góry. Dobrze lokalni mówili, że przełęcz trzeba przejść. Widzieliśmy, że jacyś ludzie idą przed nami. Z początku się zastanawialiśmy jak oni doszli na skały pośrodku góry ale nie traciliśmy na rozmyślanie czasu tylko ruszyliśmy przed siebie. Tu znów szlak miał formę zygzaków i nawet nie miał tak dużo śniegu. Miejscami tylko gubiliśmy trasę, wchodziliśmy na śnieg ale po 10 minutach znów wchodziliśmy na ładnie przygotowany szlak. Problemy zaczęły się bliżej przełęczy.
Tutaj większość ilość śniegu, zero ludzi i w ogóle nie wydeptany szlak trochę nas opóźniły. Wiedzieliśmy natomiast, że musimy zejść do jeziora więc poszliśmy w kierunku brzegu. Jezioro rzeczywiście było zamarznięte. Robiło to wrażenie. Z jednej strony lipiec, słoneczna, gorąca Kalifornia, a z drugiej odludzie, śnieg, pozamarzane jezioro. Mi się chciało przerwy. W sumie cały dzień nic nie jedliśmy a szliśmy ponad 4h cały czas pod górę. Przerwa na Gatorade i batonik była wskazana. Darek jednak motywował mnie dalej i dalej aż doszliśmy do brzegu jeziora. Tutaj oklapłam na kamieniu. Jezioro hipnotyzowało swoim pięknem. Nie był to jednostajny lód. Miejscami już popękał i przemienił się w kry lodowe. Jednak było tego tak dużo, że całe jezioro było nimi pokryte.
Darek chciał iść jeszcze dalej do kolejnego jeziora Pika. Widzieliśmy je z góry i w porównaniu do Duck Lake to jest jakiś mały ochłap. Ja natomiast oczami wyobraźni widziałam tam misiolandię. Było za spokojnie, żadnych ludzi, śnieg, drzewka i spokój...idealne warunki dla misów i innych zwierzątek.Śnieg stawał się coraz głębszy a szlaku jak nie było tak nie ma więc postanowiliśmy zrobić przerwę i podziwiać Duck Lake. Nawet Ci ludzie co szli przed nami tu nie doszli. Po drodze ich minęliśmy ale nigdy nie zdecydowali się dojść. No tak zejście to nie problem...potem trzeba się znów wspinać na górę.
Po przerwie i z myślą, że z każdym krokiem oddalam się od misiów ruszyliśmy w drogę powrotną. Wyjście na przełęcz nie było już tak ciężkie bo szliśmy po własnych śladach. Tak też było ze schodzeniem w dół. Zlecieliśmy szybko i znów byliśmy przy jeziorze Barney w słoneczku.
Dobrze staliśmy z czasem więc zrobiliśmy sobie kolejną dłuższą przerwę. A co tam, w końcu nam się nigdzie nie spieszy. Siedzieliśmy tak, podziwialiśmy widoki i cieszyliśmy się, że mamy możliwość być w tym odludnym miejscu, nie zniszczonym przez cywilizację, w miejscu w którym nadal musimy zakładać bluzy w lipcu.
Droga powrotna niby powinna być łatwiejsza ale okazało się, że trasa jaką doszliśmy do jeziora Barney, nie jest prawdziwym szlakiem. Tak więc tym razem próbowaliśmy iść po szlaku. Znów zygzaki przykryte były śniegiem. Niby nic wielkiego….ważne aby iść w dobrym kierunku, nawet jak się człowiek pośliźnie to daleko nie poleci. Wiem sprawdziłam to na własnej skórze a właściwie na własnym tyłku.
Cały hike zajął nam około 7.5h. Był to zdecydowanie miło spędzony czas i długo będziemy pamiętać ten "spacerek" i oglądać zdjęcia. Jednak Sierra to są fajne górki. Z gór zeszliśmy koło piątej po południu, więc nadal mieliśmy czas pojeździć po okolicy i coś zobaczyć. Zajechaliśmy do Devils Postpile. Pomimo, że droga jedzie prawie pod samą formację skalną to nie można tak łatwo dojechać. Normalnie trzeba zapłacić wjazd, zostawić samochód na większym parkingu i przesiąść się w autobus. Dobrze, że my byliśmy po piątej godzinie, więc nie dość, że nie musieliśmy płacić to jeszcze mogliśmy zjechać własnym autkiem.
Devils Postpile, jest formacją skalną. Wygląda to jak pionowe kamienne klocki ułożone jeden obok drugiego, które ktoś kiedyś przewrócił. Te bazaltowe kolumny powstały około 100 tysięcy lat temu. Cały proces jest dość skomplikowany aby opisać, więc jak chciecie zrozumieć jak to się stało to zapraszam na oficjalną stronę parku: https://www.nps.gov/depo/learn/nature/geology.htm
Po skałach oczywiście nie można skakać i choć nasz pobyt przy tym cudzie natury ograniczył się głównie do popstrykania zdjęć, to muszę przyznać, że warto było tu zajechać. Niesamowite rzeczy natura potrafi stworzyć. I brawa dla Stanów, że potrafią odizolować takie cuda i zachować po dzisiejsze czasy.
To już nasz ostatni dzień w tych pięknych górach. Jutro jedziemy na lotnisko i do domku. Pewnie po drodze jeszcze co nieco zobaczymy ale póki co zakończyliśmy dzień kolacją w pobliskiej restauracji. Było tak zimno, że nawet Darek w krótkich spodenkach zamarzał. Dobrze, że z restauracji do domu mieliśmy dosłownie pięć minut.
2019.07.06 Mammoth Lakes, CA (dzień 3)
Parę miesięcy temu, będąc na nartach ze znajomymi wpadliśmy na świetny pomysł i kupiliśmy sezonowe bilety narciarskie na następny rok. Trochę nam w tym pomógł internet wysyłając nie do odrzucenia ofertę cenową.
Wtedy jeszcze nie myślałem, że mój następny sezon narciarski tak szybko się rozpocznie.
Mój nowy bilet narciarski, Ikon Pass działa na wiele resortów na wschodzie i na zachodzie Stanów, jak i na innych kontynentach. Mało tego, po zakupie biletu możesz go używać już w tym sezonie, aż do zamknięcia resortów.
Tak się złożyło, że w tym roku były rekordowe opady śniegu w Stanach i resorty narciarski są dalej czynne mimo, że już jest lipiec. W górach Skalistych, a dokładnie w Sierra spadło ponad 16 metrów śniegu!
Będąc na parodniowym wyjeździe w tym rejonie wielkim błędem by było nie zjechać sobie parę razy na nartach. Oczywiście nie wiozłem swoich nart przez cały kontynent dla paru zjazdów. Wziąłem tylko buty a resztę sprzętu wypożyczyłem na miejscu.
Do resortu Mammoth Mountain przyjechaliśmy nawet wcześnie, już przed 9 rano byliśmy na miejscu. Pierwsze co nas zdziwiło to ilość ludzi. Samochód musieliśmy zaparkować spory kawałek od głównej bazy i 10 minut iść na nogach żeby się dostać do wypożyczalni i wyciągów. Nawet nie myślałem, że tyle ludzi dalej będzie jeździło na nartach. Przecież jest lipiec!!!
Ale z drugiej strony co się dziwić, jak w ten weekend tylko w 3 miejscach można jeździć na nartach w Stanach z możliwością użycia wyciągów.
Na szczęście do wypożyczalni nie było żadnej kolejki i w ciągu paru minut miałem cały sprzęt skompletowany.
Kolejnym „problemem” było jak się ubrać. Ja wiem, jest lipiec i gorąca Kalifornia, ale przecież idę na narty. Na dole jest lato, ciepło, ludzie wyrozbierani się opalają, a na górze jest dużo śniegu i wiatr. Pomyślałem, że przypatrzę się jak jeżdżą lokalni i tak też się ubiorę. Oni też mi niewiele pomogli. Niektórzy byli w strojach kąpielowych, a niektórzy ubrani w kurtki narciarskie, kaski, gogle jak by był styczeń.
Ubrałem się jak na wiosenne nartki i wsiadłem na wyciąg.
Mimo, że jest koniec sezonu to i tak było trochę tras i wyciągów otwartych. Nie znam tego resortu. Nigdy tu nie jeździłem, więc za bardzo nie wiedziałem gdzie jechać. Wprawdzie dali mi jakąś mapę na dole, ale i tak wolałem jechać za lokalnymi. Oni przecież najlepiej wiedzą gdzie jeszcze można zjechać i co jest otwarte.
Warunki narciarskie były porównywalne do wiosennych nart na wschodzie. Oczywiście tylko śniegiem a nie terenem. Śnieg był sypki i przypominał cukier. Na nasłonecznionych stokach zaczynał się topić i robił się ciężki. Czyli klasyczne wiosenne narty. Natomiast teren, to wspaniałe doliny i granie po których można jeździć gdzie się chce, albo gdzie jest śnieg!
Ludzi nawet było trochę i do niektórych wyciągów parę minut trzeba było postać.
Wysokość i mokry śnieg dawał się we znaki i nogi zażądały przerwę. Zjechałem na sam dół, znalazłem Ilonkę i oczywiście zimne napoje.
Tutaj było ciepło. Jak na lipiec to ok, ale jak na narty +20C to chyba za dużo.
Schłodzony od wewnątrz wziąłem gondolę i po 10 minutach znowu wróciłem do zimowych krajobrazów.
W lato resort zamykają o godzinie 13. Pewnie dlatego, że później jest za ciepło i śnieg jest super ciężki. Takie warunki mogą być niebezpieczne dla początkujących narciarzy. Załapałem się na prawie ostatnie krzesełko i parę minut po 13 znowu byłem na samej górze.
Trasy były już prawie puste, śnieg ciężki, więc ostrożnie zjechałem na dół gdzie Ilonka znowu dzielnie pilnowała stolika. Dziękuje.
Długo nie siedzieliśmy, bo w planie było jeszcze wiele do zwiedzania. Głodni zjechaliśmy na dół do Mammoth Lakes. Miasteczko to jest główną bazą wypadową w pobliskie góry i resort narciarski. Bardzo fajnie położone, ma górski klimacik i wszędzie jest blisko. Coś jak Vail w Colorado, albo nawet Zermatt w Szwajcarii.
Ilonka znalazła najlepsze hamburgery we wsi i mimo, że trzeba było trochę czekać na stolik to warto było. A knajpa dla ułatwienia nazywała się Burgers.
Pół funta świeżej, soczystej wołowinki ze wszystkimi dodatkami zaspokoiło nasz głód na jakiś czas. Fajnie tam mają, bo możesz zamienić frytki na zieloną sałatę. Wydaje się to takie proste i logiczne, ale w większości knajp nie zamieniają, albo za dopłatą. Dlatego dużo amerykanów ma „nadwagę”.
Była dopiero 15, mamy jeszcze przynajmniej 5-6 godzin światła dziennego, więc trzeba to wykorzystać.
W drodze do jeziora Mono odwiedziliśmy miejsce gdzie podczas trzęsienia Ziemi 600 lat temu ziemia pękła i zrobiła spory wąwóz.
Jezioro Mono jest wysoko alkalicznym i hiperhalinowym słonym jeziorem. Na środku jeziora znajdują się wyspy wulkaniczne i mnóstwo tufowych formacji skalnych, które powstały wskutek reakcji słonych, zasadowych wód jeziora ze słodkowodnymi źródłami na dnie.
W niecałą godzinę z Mammoth Lakes dojechaliśmy do jeziora. Nie do końca do jeziora tylko do punktu widokowego z którego widać całą dolinę.
Mając Jeepa obowiązkowe jest wyszukanie małych dróżek i dojechanie do jeziora. Ilonka, jako najlepszy nawigator stanęła na wysokości zadania i powiedziała damy radę, coś znalazłam.
Nie było nawet tak źle i po 15 minutach mogliśmy samochodem wjechać do jeziora. Oczywiście nie zrobiliśmy tego, ale spróbowaliśmy tej słynnej wody. Tak jak mówili, woda jest słona, śliska, coś jak olej. Dzieje się tak bo świeża woda z wierzchu miesza się ze słoną wodą z jeziora.
Słynne skały powstałe z soli, która się na nich osadzała przez lata są z drugiej strony jeziora Mono. Oczywiście Ilonka znalazła ciekawą „drogę”, która prowadzi wokół jeziora i którą można tam dojechać.
Niestety dobry samochód to nie wszystko. Potrzebne jest też doświadczenie i umiejętności kierowcy. Mało mam doświadczenia w jeżdżeniu samochodem po rzekach.
Na drodze napotkaliśmy strumyk, albo raczej górską rzekę. Nie była za głęboka, może miała pół metra (ten samochód może jechać w wodzie do 75 cm), ale szybkość z jaką płynęła dała mi dużo do myślenia. Oglądałem już trochę filmików jak samochody zostały spychane przez nurt rzeki. Szkoda samochodu i ewentualnych naszych pieniędzy. Mieliśmy pełne ubezpieczenie, ale ono nie obejmuje zabaw poza drogami asfaltowymi. A po drugie jak by coś się stało, to telefony tu oczywiście nie działają, pewnie już tędy nikt dzisiaj nie pojedzie a do cywilizacji jest kawałek.
Wróciliśmy na główną drogę i na około dojechaliśmy do tego słynnego miejsca. Tu już oczywiście było dużo ludzi, płatny parking i wydeptana ścieżka do atrakcji turystycznych.
W tym miejscu znajdują się największe tufy. Kiedyś jezioro Mono było znacznie większe a teraz te paro metrowe solne kopczyki sięgają, aż w głąb lądu.
Pochodziliśmy jak rasowi turyści z aparatem w ręku i podziwialiśmy te ciekawe formacje.
Można było iść dalej i jeszcze więcej ich oglądać. Za bardzo nie było sensu, bo wszystkie były podobne. Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku domu.
Nie lubimy jeździć tymi samymi drogami, więc Ilonka szybko się wzięła do roboty i znalazła ciekawszą drogę przez góry i inne jeziora.
Droga o wiele ciekawsza niż prosta i nudna autostrada.
Do Mammoth Lakes wróciliśmy już wieczorem. Górskie miasteczko przywitało nas rzeźkim powietrzem (12-15C) i pyszną kolacją.
Poszliśmy do kręgielni na kolacje, Mammoth Rock Brasserie. Co?!? Taka też była nasza reakcja jak weszliśmy do środka i było bardzo głośno, jasno, a kule do zbijania kręgli latały w powietrzu.
Dopiero pan w recepcji powiedział nam, że mają drugie piętro gdzie jest znacznie lepsza atmosfera do spożycia kolacji. Zamówiłem sobie Łosia. Naprawdę był pyszny. Niewiele „śmierdział” dziczyzną i idealnie pasował do ziemistego, czerwonego wina z południowej Francji.
2019.07.05 Bishop, CA (dzień 2)
Bishop, małe miasteczko z olbrzymim ogródkiem. Tak się reklamuje miasteczko w południowej Kalifornii, w którym aktualnie przebywamy. Na początku nie zrozumieliśmy o co chodzi. Przecież w okolicy miasteczka jest Inyo National Forest a nie jakiś park narodowy. Szybko jednak się przekonaliśmy, że nie zawsze trzeba zwiedzać parki narodowe, żeby było ładnie. Nasza decyzja aby zwiedzić wschodnie Sierra Nevada była całkiem dobra.
Kupując bilety do LA mieliśmy w planie odwiedzić Kings Canyon NP. Przepiękny park narodowy położony pomiędzy dobrze znanym Yosemite i Sequoia NP. Przyćmiony przez te dwa parki, Kings Canyon często jest niedoceniany. I to właśnie dodaje mu uroku. Skoro mieliśmy jechać na narty do Mammoth to stwierdziliśmy, że poszukamy hiku po wschodniej stronie gór. Nie jest to co prawda już Kings Canyon (granica przebiega szczytami) ale to przecież też Sierra czyli piękne górki. I takim oto sposobem wylądowaliśmy w Bishop.
Od pierwszego wrażenia miasteczko nam się spodobało. Przede wszystkim jest to naprawdę miasteczko, ma hotele, restauracje, sklepiki, wszędzie można dojść na nogach, ma chodniki i parki. Wiem dla ludzi ze Skawiny to żadna nowość, ale uwierzcie nam, jak na Amerykę to jest dużo. Do tego wszystkiego dochodzi podwórko. Podwórko mają niesamowite. W niecałe 30 min można podnieść się 5tys feet (1500 km) i iść w górki jeszcze wyżej.
My w planie mieliśmy wyjść z Jeziora Sabrina i iść jak najdalej się da. Chcieliśmy na pewno dojść do Jeziora Blue, a potem jeszcze dalej do innych jezior. Tutaj powinnam przestać pisać i wstawić jakieś sto zdjęć bo było tak pięknie, że ciężko to opisać, ale spróbuję.
Niecały tydzień temu byliśmy w New Hampshire, w jednych z lepszych gór na wschodnim wybrzeżu. Nie umywa się to jednak w żaden sposób do Sierra. Zachodnie wybrzeże ma piękne wysokie góry sięgające ponad 4000 metrów / 14000 ft. Mają świetnie przygotowane szlaki i widoki które z każdym krokiem są coraz piękniejsze. No i co najważniejsze, tu rzadko pada deszcz. Z jednej strony szkoda bo Kalifornia potrzebuje deszczu ale z drugiej masz gwarantowaną pogodę.
Nasza trasa zaczynała się z wysokości 9000 ft i planowaliśmy wyjść ok. 2000 ft. Przy tej wysokości odczuwa się pomału brak tlenu, ale widoki były tak piękne, że nawet nie zwracaliśmy uwagi na wysokość tylko szliśmy wyżej, dalej i dalej.
Szlaki na zachodnim wybrzeżu są super przygotowane głównie zig-zagi. Wcześniej jakoś się nie zastanawiałam czemu tak jest i tylko się cieszyłam. Dziś zrozumiałam. W pewnym miejscu koło jeziora zgubiliśmy szlak. Skakanie po skałkach i ciągłe stawianie wysokich kroków dla kogoś kto mieszka na poziomie 0m n.p.m jest nie najlepszym pomysłem na tej wysokości.
W tym roku w Sierra spadły jedne z rekordowych opadów śniegu. Resorty narciarskie wykorzystują to aby zwiększyć zyski, natomiast dla górołazów oznacza to więcej wody w strumykach na szlaku, śnieg na trasie i inne przeszkody. My sobie z przeszkodami poradziliśmy, ściągnęliśmy buty i pokonaliśmy strumyk. Ale była zimna woda...ale na końcu był kamień na którym można było się szybko wysuszyć. Bo słoneczko grzało, jak na Kalifornię przystało.
Pierwsze jezioro do którego doszliśmy to Blue Lake (10400 ft / 3169 m). Nie można przejść koło tego jeziora obojętnie. Miejscówka na małą przerwę była idealna. Komary nas tylko trochę przepędziły. Zdziwiliśmy się, że na tej wysokości one jeszcze żyją ale z drugiej strony mają jezioro, ciągły dopływ świeżej krwi w postaci ludzi, no i nie najgorsze widoki.
Z początku myśleliśmy, że jesteśmy sami ale jak tylko wyszliśmy zza skały to zobaczyliśmy kilka namiotów. Trzeba przyznać, że nie najgorszy widok na dzień dobry mają.
Po Niebieskim Jeziorze ruszyliśmy dalej w kierunku jeziora Dingleberry. Po drodze minęliśmy parę mniejszych jezior, doszliśmy do śniegu i podziwialiśmy kolejne piękne widoki. Czasem też się gubiliśmy ale szybko znajdowaliśmy trasę. Szlaki tu są bardzo dobrze przygotowane ale czasem duża ilość śniegu przykrywała trasę i łatwo można zgubić szlak.
Po około 4.5h od wyjścia na szlak doszliśmy do jeziora Dingleberry. Ale tu pięknie powiedziałam, tupnęłam nogą i powiedziałam ja tu zostaję…. na myśli miałam zostaję na lunch. Darek trochę się wahał i chciał iść dalej ale ludzie powiedzieli nam, że dalej jest 100% pokrycia śniegiem więc przeanalizowaliśmy dystans do następnego jeziora, zmianę wysokości i stwierdziliśmy, że tu jest pięknie i zostajemy.
To była słuszna decyzja. W górach tych można iść w nieskończoność i zawsze będzie jakieś jeziorko. Ja się zakochałam w Dingleberry i tak tu zostaliśmy.
Po godzinnej przerwie, zrobieniu tysiąca zdjęć, stwierdziliśmy, że można pomału wracać.
Droga w dół była łatwa. Zlatywaliśmy po serpentynach na dół. Tylko słońce dawało nam w kość. Smażyło jakbyśmy byli w jakiś niskich górkach. Woda pomału nam się kończyła więc przyspieszyliśmy, żeby jak najszybciej znaleźć się przy aucie w którym była woda i piwo.
Zlatując w dół nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy doszliśmy do skrzyżowania szlaków. Chcieliśmy iść dalej a tu lokalny włóczykij mówi "a gdzie junction talk?". Junction to po angielsku skrzyżowanie i jak się dowiedzieliśmy, krótka wymiana zdań na skrzyżowaniu jest mile widziana wśród innych górołazów. Gostek był obeznany i nazwał wszystkie szczyty, które nas otaczały. Nawet jakby się pomylił to byśmy nie zauważyli ale chyba jednak znał je wszystkie.
Po dotarciu do auta okazało się, że niestety wszystkie płyny oczywiście się zagrzały, ale najlepszy Daruś skoczył do zimnego strumyka i ochłodził napoje. Dawno tak szybko nie wypiłam butelki zimnej wody.
Coraz bardziej zaprzyjaźniamy się z naszym Jeepem. Jak widać na powyższym obrazku, nawet położyć w nim się można. Ochłodziliśmy się zimną wodą i piwem i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Po drodze tylko Darek chciał pobawić się autkiem po żwirowych drogach więc zjechaliśmy na bok.
Takim sposobem odkryliśmy Południowe i Północne jezioro. Południowe było dużo ciekawsze ale z obu było multum tras dalej w góry. Tutaj ludzie chyba się nie nudzą. My już hike zrobiliśmy więc grzecznie zawróciliśmy….aż się zakurzyło i pojechaliśmy w kierunku hotelu.
Kolacji daleko nie szukaliśmy i zdecydowaliśmy się na BBQ nie całe 10 min spacerkiem od hotelu. To co nam się jeszcze w Bishop podoba to wybór restauracji i fakt, że wszędzie można dojść na nogach.
Usnęliśmy dość szybko. Koło jedenastej w nocy z pół snu wyrwał nas dźwięk syren. Rzuciłam okiem na aplikację, która mówi gdzie są trzęsienia ziemi i uspokoiłam się bo to znów było koło Ridgecrest. Tym razem trzęsienie przekroczyło 7 stopni w skali Richtera. Współczuję tym ludziom. My znów nic nie poczuliśmy i grzecznie wróciliśmy do spania. Jutro uciekamy od tych trzęsień ziemi i jedziemy jeszcze bardziej na północ do Mammoth Lakes.