Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 76
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2016.05.29 Squaw Valley i Sacramento, CA (dzień 9)
Podczas planowania wypadu w rejon Lake Tahoe natknąłem się na resort narciarski Squaw Valley, który się reklamował, że będzie czynny przynajmniej do końca maja. W tym rejonie już byłem dwa razy na nartach, ale oczywiście nie mogłem sobie odmówić wiosennych nart w tak wspaniałych górach. Jeden dzień musiał być pod tym kątem zaplanowany. Zwłaszcza, że na wschodnim wybrzeżu zima dla narciarzy w tym roku była do dupy. A poza tym, w tym sezonie byłem tylko 19 dni na nartach. To stanowczo za mało w porównaniu do innych sezonów, 20 brzmi znacznie lepiej. Godzinka samochodem z hotelu i już byliśmy na parkingu w Squaw Valley. Warto też dodać, że w 1960 roku w tym resorcie odbyła się Olimpiada Zimowa.
Oczywiście nie miałem ze sobą nart ani butów, ale sprawdziłem wcześniej i dalej wypożyczalnie były czynne. Ubranie miałem z hików, więc byłem ok, a i tak temperatury zapowiadały się wysokie. Troszkę się zmartwiłem jak się dowiedziałem, że bilet kosztuje aż $99. Zwłaszcza, że mają tylko czynne 5 wyciągów i około 10 tras. Podchodzę do okienka i mówię miłej pani, że trochę drogo tu mają. Ona z uśmiechem na ustach mówi, że jak mam bilet na następny sezon albo jak kupię go teraz, to cena będzie tylko $19. Ja jej na to, że ja ze wschodniego wybrzeża i że ja tam na nartach jeżdżę. Na to pani mówi, czy ja mam jakiś bilet na sezon ze wschodniego wybrzeża? Odpowiedziałem, że tak, ale go nie mam przy sobie..... W końcu udało się. Jeszcze chwilę pogadaliśmy i wyszedłem z uśmiechem i z biletem za $19!
Zapakowałem się do wyciągu Funitel (taka większą gondola na dwóch linach, która może jeździć nawet podczas dużych wiatrów) i pojechałem w góry. Tu już było znacznie więcej śniegu niż na dole.
Wziąłem kolejny wyciąg i wyjechałem jeszcze wyżej. Jeszcze więcej śniegu. Tak się nie mogłem doczekać zjazdów, że nawet nie oglądałem widoków tylko szybko poleciałem na dół. Było ciepło, więc wiadomo, śnieg był miękki i mokry. Noc wcześniej musieli chyba ratrakami to wszystko ładnie ubić, bo nawet muldy nie były za wielkie jak na takie wiosenne narty.
Ludzi było nawet trochę, prawie wszyscy lokalni. Ich umiejętności narciarskie były na najwyższym poziomie. Widać, że w ciągu sezonu są 50+ dni na nartach. Skoki z obrotami 360, slalom po muldach czy przez las z taką prędkością to potrafią tylko najlepsi. Czasami kolejki się robiły do wyciągów, ale ja wskakiwałem na pojedynczą linię i od razu wsiadałem na wyciąg. Jak to na wiosnę, wszyscy na wyciągach uśmiechnięci, porozpinani z piwem w ręce i gotowi na dyskusje.
Dowiedziałem się wielu ciekawostek. Jedną z nich jest ilość śniegu. W tym sezonie zima w ich rejonie jest dobra (nie najlepsza), spadło lekko ponad 400 cali śniegu (10 metrów). Jak jest najlepsza zima, taka jak była 2010 i 2011 to mają jeszcze więcej śniegu i zimną wiosnę. Wtedy zamknięcie sezonu jest na 4 lipca (Independence day), kończące się wielką imprezą, bo wiedzą, że za parę miesięcy znowu zacznie sypać śnieg i kolejny sezon się zacznie.
Wszyscy pracownicy mieli ubrane koszulki z napisem "Thank you El Nino". Oni maja za co dziękować, dostali dużo śniegu. Pamiętam jak byłem w kwietniu na zakończenie sezonu u nas w Okemo, to też widziałem ludzi w koszulkach "Thank you El Nino, for nothing". Była to najgorsza zima na wschodnim wybrzeżu od kilkudziesięciu lat.
Wyciągi mieli czynne tylko do 14:30, więc nie było czasu na żaden lunch. Lokalni na wyciągach mówili, że to w sumie dobrze, bo mają więcej czasu na imprezę, albo mają czas zagrać w golfa na dole.
Zacząłem sobie jeździć dalej od uczęszczanych tras. Trochę lasami, trochę podchodziłem, trawersowałem dalej. Fajnie było, bo tu jeszcze był taki świeży śnieg i prawie nie było nikogo. Musiałem tylko uważać żeby za daleko nie pojechać, bo dużo wyciągów była już zamknięta, a na sam dół się nie zjedzie. Musiałbym podchodzić na górę, co na tej wysokości i w butach narciarskich zajmuje trochę czasu, a muzyka i piwo na dole czeka.
Była już prawie druga po południu. Postanowiłem pomału się kierować na dół. Tym samym wyciągiem co wyjechałem na górę zjechałem na dół, gdzie było już jak w lato.
Ilonka też miała intensywny dzień na hikach, więc razem głodni i spragnieni zaatakowaliśmy pizzerię. Oczywiście nie chcieliśmy czekać z godzinę na stolik na zewnątrz, w środku zimne piwko też było zimne.
Posileni i ugasiwszy pragnienie poszwendaliśmy się jeszcze po miasteczku. Słońce świeciło, cieplutko, muzyka na żywo, lokalne browary serwowały co potrafią najlepiej zrobić, było jak w raju. Idealne zakończenie sezonu. Zakończenie? Ilonka się mnie spytała. Czy aby na pewno już w tym sezonie nie można nigdzie zjechać? Hmmm.... Niektóre resorty w Colorado są wyżej położone, może jeszcze mają śnieg! Albo to co lokalni mówili, że wyciągi może już zamkną, ale góry nie. Idealny sposób na wiosenne nartki. Hike na górę, a potem przepiękny zjazd. Trzeba to przemyśleć.
Niestety musieliśmy się pożegnać z imprezą, bo nas czekało jeszcze jakieś dwie godziny drogi do naszego kolejnego hotelu. Tym razem w Sacramento, stolicy Kalifornii. Po jakimś czasie wjechaliśmy na autostradę 80 i zobaczyliśmy fajny znak. Raczej dotyczył on samochodów ciężarowych, bo mówił żeby zredukować biegi bo będzie stromo na dół. Przez "jedyne" 40 mil (65 km).
Dwie godziny szybko zleciało i pustynne Sacramento przywitało nas przyjemną 96F (35C) temperaturą.
Szybka rejestracja w hotelu i na miasto. Nie mieliśmy za dużo czasu ani planów na miasto, więc wybraliśmy ich najbardziej popularną część, waterfront old city.
Nie nastawialiśmy się na super zwiedzanie miasta. Nawet nie mieliśmy przygotowanego planu. Skoro jednak już spaliśmy w tym mieście to dlaczego mielibyśmy nie wyjść i zobaczyć co się dzieje. I tu nasze zaskoczenie. Z hotelu podjechaliśmy samochodem w kierunku starego miasta. Jak sę okazało, miasto jest zamknięte dla samochodów ale jest duży parking blisko i nie ma problemu z parkowanie. Tak więc zaparkowaliśmy i poszliśmy w kierunku miasta a tu mały szok.....na ulicy pełno muzyki...i ludzi też. Ponieważ ulice są zamknięte dla samochodów to ludzie chodzą gdzie chcą, co krok są jacyś artyści, którzy śpiewają, tańczą czy robią inne sztuczki. Na pierwszy rzut oka przypominało mi to Nowy Orlean. Oczywiście knajpek i restauracji też nie brakowało.
Idąc w kierunku wody musisz przejść tory.....a na torach są ciufcie...w Sacramento jest muzeum kolejnictwa. Kiedyś przebiegała tędy słynna linia kolejowa Southern Pacific a teraz jest to tylko muzeum. Ale fajnie, że możesz tak sobie pochodzić między tymi pociągami.
Tak minęła nam godzinka. Stare miasto nie jest duże ale zdecydowanie fajnie się poszwendać po nim. Muszę przyznać, że zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni.
2016.05.28 Lake Tahoe, CA (dzień 8)
Ostatni dzień w Lake Tahoe, niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy. Po wczorajszych górach przyszedł czas na jezioro. Jak do tej pory widzieliśmy jezioro tylko z góry więc najwyższy czas było dotknąć wody.
Jak już pisaliśmy wielokrotnie Lake Tahoe jest największym jeziorem górskim w Północnej Ameryce. Tak więc nasz plan na dziś to objechać całe jezioro i pozatrzymywać się w miejscach widokowych, zrobić może mały spacerek no i najważniejsze dotknąć wody.
Objazd jeziora zaczęliśmy od miasteczka Stateline. Miasto jest to położone na granicy Nevady i Kalifornii dlatego z jednej strony miasta są duże hotele, kasyna itp...ale pięć minut spacerkiem dalej po drugiej stronie w stanie California są już drogie sklepy, lepsze hotele no i resort narciarski Heavenly. Niektórzy dobrze pamiętają ten resort....prawda Sis?
Nam jednak nie chodziło o kasyna ani o sklepy, więc ruszyliśmy dalej w kierunku miasteczka South Lake Tahoe i dalej na północny-zachód. Widać, że nie tylko my mieliśmy pomysł objechania całego jeziora bo turystów było multum. Większość jednak zatrzymywała się samochodem na poboczu, wychodziła aby pstryknąć zdjęcie i jechała dalej.
My jedna nie lubimy tłumów a wczoraj mieliśmy tak ładne widoki, że dziś ni musieliśmy się zatrzymywać i jechaliśmy dalej. Dopiero trasa Rubicon wydała nam się atrakcyjna. I rzeczywiście tak było. Parking był nie za duży ale też nie było na nim dużo samochodów. Polecamy tą trasę. Jest to droga ale zamknięta dla ruchu samochodowego więc się bardzo fajnie idzie. Widoki oczywiście oszałamiające i można zejść prawie do jeziora. My przeszliśmy tylko kawałek bo mieliśmy inne plany ale szacujemy, że się schodzi w dół jakieś 700 ft więc całkiem fajny spacerek, pewnie dlatego na parkingu nie było aż tyle samochodów.
Po spacerku pojechaliśmy dalej w kierunku północnym mijając kolejne małe miasteczka. Widać, że miasteczka te dopiero budziły się do życia i sezon dla nich się zaczyna W Lake Tahoe w lecie dużo ludzi uprawia sporty wodne. Oczywiście różnego rodzaju motorówki, żaglówki, jet-ski są na porządku dziennym, natomiast w zimie jest białe szaleństwo. Jest tu wiele resortów narciarskich no bo jak mogłoby być inaczej w tak wysokich górach. Niestety większość tych miasteczek przy jeziorze żyje tylko w czasie lata. Te miasteczka, które mają resort narciarski mają sezon cały rok i są zdecydowanie bardziej rozwinięte najlepszym przykładem jest Stateline i South Lake Tahoe, które mają resort Heavenly. Ale to tylko turyści zwracają uwagę jak daleko jest do wyciągu. Lokalnym nie przeszkadza czy mieszkają bliżej jeziora czy resortu narciarskiego. Oni sobie wyjeżdżają na przełęcz Mt. Rosa, wychodzą dalej z nartami na jakąś górkę i stamtąd zjeżdżają. Widzieliśmy parę ludzi, którzy w rejonach Mt. Rosa przebierali buty narciarskie. Oni muszą kochać górki...choć może tu chodzi o hike a narty pomagają tylko szybciej wrócić do auta...hmmm....
Jeżdżąc tak w około dojechaliśmy do miasteczka Incline Village. Znajduje się on po północno-wschodniej stronie jeziora i najbardziej chyba słynie z Sand Harbor. Jest to park stanowy z plażą piaszczystą i kamienistą. Ciekawie wygląda siedzenie na plaży i patrzenie na ośnieżone góry. Widać, że plaża jest dość popularna wśród lokalnych i turystów. Pewnie zjeżdżają się tu ludzie z okolicznych kempingów aby popływać, pograć w różne gry na plaży, popływać na kajakach, łódkach czy czym tylko mają ochotę i po prostu miło i aktywnie spędzić czas.
To tu wreszcie dotknęliśmy wody...była zimna.....ciekawe jak ci ludzie wytrzymują i się w niej kąpią. Było co prawda już pod wieczór ale i tak dużo ludzi nadal było w wodzie. My wybraliśmy jednak spacer na około. Przez cały park przechodzi bardzo fajny deptak z którego można podziwiać widoki na jezioro i góry. Przepiękne!
Po małym odpoczynku, piwku i relaksie, pojechaliśmy dalej w drogę. Zbliżał się koniec naszej przygody z Lake Tahoe, koniec dnia (czyt. pora kolacji) no a ja nadal nie miałam zdjęcia ładnego zachodu słońca. Tak więc wróciliśmy z powrotem do South Lake Tahoe i poszliśmy do Boathouse on the Pier. Restauracja na molo więc dość fajnie wysunięta w jezioro. Udało nam się zdobyć stolik na tarasie i tak podziwiając zachód słońca delektowaliśmy się naszą pożegnalną kolacją. Ja wybrałam rybę dnia....czyli to co rybak dziś złowił. I wybór padł na łososia....był tak pyszny jak wyglądał.
Cieszymy się, że wybraliśmy Lake Tahoe jako wypad na długi weekend z San Francisco. Inną opcją był Park Yosemite ale obawialiśmy się, że będzie tam za dużo ludzi jak na długi weekend. Tahoe było strzałem w dziesiątkę i spędziliśmy cudownie czas. Jutro jedziemy do Squwa Valley – podobno nadal mają tam otwarty resort narciarski więc Darek nie mógł przejść obok tego obojętnie. Bo przecież nie ma to jak narty pod koniec maja. Tym oto zachodem słońca żegnamy Lake Tahoe i ruszamy dalej w drogę.
2016.05.27 Mount Tallac, Sierra Nevada, CA (dzień 7)
Lake Tahoe, miejsce wypoczynku wielu amerykanów. Zwłaszcza tych mieszkających w San Francisco, Sacramento, San Jose, Reno i wielu innych lokalnych miasteczkach.
Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na nartach można jeździć przez pół roku, hiki i rowery są najbardziej popularne na wiosnę, lato i jesień. Lake Tahoe przyciąga również miłośników żeglugi, motorówek, jet-ski. Także plażowicze znajdą coś dla siebie. Jak już nic z tego nie lubisz robić to jest też wiele barów i kasyn, gdzie możesz wygrać fortunę albo ją zostawić.
Nas przyciągnęły dwie rzeczy, narty i hiki. Wszakże, byłem tu już na nartach dwa razy, ale nigdy na takich prawdziwych wiosennych. Niestety klimat nam się ociepla i jeżdżenie na nartach w Memorial weekend staje się już rzadkością. Kiedy ostatnio jeździliście na nartach końcem maja?
Drugą rzeczą są hiki. Tras na hiki w rejonie Lake Tahoe są setki, od łatwych godzinnych do wielo-tygodniowych.
Wczoraj aklimatyzowaliśmy się w rejonach góry Rose, na dzisiaj mamy zaplanowany duży hike na szczyt Tallac, 9,739 ft (2,968m). Na wspinaczkę na ten szczyt wymagany jest permit (zezwolenie). Na jeden dzień nie ma limitu osób i można nabyć permit na początku szlaku i przyczepić go do plecaka. Jest on za darmo. Natomiast jak się planuje spędzić w górach więcej niż jeden dzień to o zezwolenie trzeba się starać wcześniej i jest limit osób.
Około 8:30 rano jak wysiedliśmy z samochodu to przywitał nas wspaniały zapach sosny. Był tak intensywny, że aż staliśmy w miejscu i sobie oddychaliśmy. Wspinaczka na tą górę nie należy do łatwych, zwłaszcza w okresie wiosennym gdzie w wyższych partiach jest stromo i leży dużo śniegu. To już raczej nie jest hike tylko mountaineering. Musisz mieć raki, sprzęt do nawigacji (w wyższych partiach trasa jest zasypana śniegiem) i w niektórych miejscach jest tak stromo po śniegu, że jak się poślizgniesz to możesz sobie nieźle polecieć.
Samochód został na wysokości 6,500 ft, a my ruszyliśmy przed siebie łatwą, szeroką ścieżką. Wiedzieliśmy, że mamy do wyjścia ponad 3,000 ft i około 9 mil w dwie strony. Połowa z tego będzie w trudniejszych warunkach, bo granica śniegu zaczyna się od 8,000 ft. Piękna pogoda, słonecznie, 45-50F, ale będzie super dzień.
Na trasie spotkaliśmy parę osób, ale niewiele. W sumie wraz z nami szczyt zdobyło około 12 ludzi. Po około mili ukazała nam się górka. Jeszcze wysoko nad nami, ale pomału się zbliżaliśmy. Ścieżka zaczęła iść trochę stromiej do góry i pomału pojawiały się płaty śniegu. Na początku tak niewinnie, gdzieś w cieniu, a później coraz większe i stromsze.
Po drodze minęliśmy dwa małe, górskie jeziora. Od drugiego, Cathedral Lake, trasa zaczęła iść już stromiej do góry. Zaczęliśmy pomału wychodzić z sosnowego lasu i naszym oczom ukazywały się coraz to lepsze widoki.
Zaletą chodzenia po wysokich górach jest to, że większość czasu spędza się ponad lasami i widoki są oszałamiające. Jeszcze nawet nie doszliśmy do 8,000 ft a ilośc śniegu już była potężna i raki stały się koniecznością. Nachylenie stoku też stawało się coraz to większe i bez ich pomocy ślizgaliśmy się jak misie na lodzie.
Szlak idzie bardziej z prawej strony, południowym zboczem, gdzie niestety śnieg się często przeplata ze skałami. Częste ściąganie i zakładanie raków by zajęło za dużo czasu. Tak więc poszliśmy bardziej doliną, gdzie śnieg jest cały czas. Nie za duże nachylenie, totalny brak ludzi, bezwietrznie, słonecznie, prawie jak w raju.
Niestety dalszy spacer doliną stawał się niebezpieczny. Lewa strona doliny jest bardzo stroma, na górze wisiały wielkie zwały śniegu, które pod wpływem rosnącej temperatury w każdej chwili mogą się zerwać i spowodować lawinę. Nie chcieliśmy sprawdzać czy lawina doleci do nas, więc dalszą część hiku kontynuowaliśmy w lesie, pod osłoną drzew w razie lawiny. Tu już nie było tak łatwo, ale bezpieczniej.
Po wyjściu z lasu Ilonka usiadła sobie na kamieniu i powiedziała: WTF! ( co to k..... jest!) Przed nami ukazał się koniec doliny zakończonej z trzech stron bardzo stromymi, zaśnieżonymi ścianami. GPS nam powiedział, że jak chcemy iść dalej na Tallac to musimy jakoś tutaj wyjść.
Po odpoczynku i naładowaniu kalorii rozpoczęliśmy wspinaczkę. Niestety nie mieliśmy czekanów ani lin, więc musieliśmy tak iść, że w razie poślizgu zlecimy na płaski teren i tam się zatrzymamy, a nie wpadniemy w skały. Tak szliśmy zygzakami przez około 45 minut. Pomału, ale do przodu. Głęboko wbijając w śnieg buty z rakami dla lepszej stabilizacji. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się dla wyrównania oddechu i oglądania widoków. Trochę baliśmy się patrzeć w dół, ale musieliśmy, żeby wiedzieć czy bezpiecznie idziemy. W końcu zaczęło robić się płaściej i doszliśmy do skał.
Parę minut po skałach i już byliśmy na przełęczy. Trochę tu wiało, więc schowaliśmy się za skały. Byliśmy w okolicach 9,000 ft. Patrząc na topograficzne mapy na naszym GPS to już do szczytu poziomice nie wyglądały tak przerażająco jak przez ostatnie 1,000 ft. Postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę i odpocząć. Nie odpoczywaliśmy sami, dołączył do nas gospodarz tych skał, Świstak. Najpierw był nieśmiały i bał się podchodzić, ale jak wyczaił, że go nie chcemy zjeść to podszedł do nas i zaczął pozować do zdjęć.
Fajnie tak się siedziało w słoneczku i oglądało widoki, ale niestety wiedzieliśmy, że przed nami jeszcze dużo nieznanego terenu. Pożegnaliśmy się ze świstakiem i ruszyliśmy dalej.
Od tego momentu rzeczywiście teren był o wiele płaszczy i łatwiejszy. Niestety nasza prędkość nadal była wolna. Nie dlatego, że już byliśmy wysoko i brak tlenu powinien nas spowalniać. To nawet nas tak nie osłabiało, natomiast widoki były niesamowite.
Co chwile się zatrzymywaliśmy i robiliśmy zdjęcia, nagrywaliśmy video, czy po prostu staliśmy i się patrzyliśmy.
W końcu koło 2 po południu stanęliśmy na szczycie. Ale to było wspaniałe uczucie.... a te widoki...!!! W każdą stronę coś innego, jeziora, ośnieżone szczyty Sierra Nevada, lasy.... Oczywiście nie było nikogo na szczycie. Cala góra należała do nas.
Trochę wiało na samej górze, więc zeszliśmy parę metrów i w zaciszu skał zrobiliśmy sobie przerwę. Polska konserwa z musztardą na tej wysokości smakowała wyśmienicie.
Posiedzieliśmy chyba z godzinę. Jakoś tak nam się nie chciało z tego przepięknego miejsca ruszać. Niestety wiedzieliśmy, że przed nami jest długa droga. Droga na dół. Schodzenie po stromych, śnieżnych ścianach może nie jest takie meczące jak wychodzenie, ale bardziej niebezpieczne.
Pierwszy, milowy odcinek szybko pokonaliśmy i doszliśmy do słynnej ściany, którą musieliśmy zejść w dół. Z góry chyba jeszcze gorzej wyglądała niż z dołu.
Pomalutku, głęboko wbijając raki w śnieg zygzakami zaczęliśmy schodzić. Czasami były ślady innych ludzi, więc troszkę mieliśmy ułatwione zadanie. Po jakiś 15 minutach doszliśmy na dno doliny. Tutaj przybiliśmy sobie piątkę i prawie zbiegając dolecieliśmy do drugiego jeziora gdzie śnieg się skończył i mogliśmy ściągnąć raki.
Stąd wiedzieliśmy, że została nam już tylko godzinka do samochodu. Widoki jezior i gór w promieniach zachodzącego słońca były chyba jeszcze ładniejsze niż rano. Co zakręt to coś nowego się pojawiało, więc tempo tam spadło i do auta szliśmy ponad godzinę.
Wspaniały hike. W warunkach zimowych może nie jest łatwy, ale w lato polecamy go na 100%. Proponujemy tylko wyjść wcześnie rano, żeby w tym upale nie iść do góry. Proszę też nie zapomnieć kremu przeciw słońcu i kapelusza. Słońce na tej wysokości jest bardzo ostre, a większość czasu idzie się ponad lasami.
Na takim hiku człowiek spala 4,000-6,000 kalorii, więc trzeba to jakoś uzupełnić. W miasteczku South Lake Tahoe znaleźliśmy świetny Szkotski pub, Macduff's pub. Duże smaczne hamburgery i wiele lanych piw. Co więcej górołaz potrzebuje do szczęścia....
2016.05.26 Lake Tahoe, CA & Reno, Virginia City, NV (dzień 6)
Ostatnia część naszej wycieczki to Lake Tahoe. Po zakończeniu obowiązków służbowych, postanowiliśmy jak prawdziwi Kalifornijczycy spędzić długi weekend nad jeziorem Tahoe. Jezioro to jest największym górskim jeziorem w Ameryce Północnej, a do tego jest oczywiście przepiękne.
Na bazę wypadową wybraliśmy miasteczko Carson City w Nevadzie. Spodziewaliśmy się bardzo małego miasteczka z paroma ulicami, McDonaldem itp. A tu, ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że Carson City jest stolicą stanu Nevada i jest dużo większe niż myśleliśmy. Jakbyście się zastanawiali czemu stolicą nie jest Las Vegas czy Reno to pamiętajcie, że stolicami stanów zazwyczaj są średniej wielkości miasta i tak stolicą stanu California jest Sacramento, a stolicą stanu New York Albany.
Do tej pory na tych wakacjach wstawaliśmy dość wcześnie więc dziś postanowiliśmy się wyspać, zjeść porządne śniadanie i poszwendać się po okolicy. Mieliśmy też w planie zrobić mały hike, żeby się zaaklimatyzować i przyzwyczaić organizm do dużych wysokości. Jutro bowiem mamy w planach uderzyć na najdłuższy hike i będziemy się wspinać na niewiele poniżej 10tys feet. Tak więc nie spiesząc się, dzień rozpoczęliśmy od śniadania. Przy pomocy TripAdvisor i Pani w recepcji trafiliśmy do bardzo fajnej restauracji typu bistro: Peg's Glorified Ham'n'Eggs.
Po obfitym śniadaniu postanowiliśmy spalić kalorie i zrobić jakiś hike. Jak już wspomniałam chcieliśmy się zaaklimatyzować, więc wyjechaliśmy na najwyższy punkt w okolicy (przełęcz Mt. Rosa, 8911 ft). Wiedzieliśmy, że raczej mamy marne szanse wyjścia na sam szczyt ale chcieliśmy połazić po wyższej wysokości, więc ruszyliśmy przed siebie. Zaskoczyła nas niesamowicie ilość śniegu na trasie. Było chyba ponad 2m śniegu a sam śnieg był tak dziewiczy jak by dopiero w nocy spadł.
Dość szybko musieliśmy założyć raki a szlak który z początku fajnie lekko szedł do góry stawał się coraz bardziej stromy. My jednak nie poddawaliśmy się i szliśmy do przodu. Wiedzieliśmy, że oboje traktujemy to jako rozgrzewkę trening.
Niestety w pewnym momencie okazało się, że oddaliliśmy się od szlaku. Ponieważ cały czas szliśmy po śladach innych ludzi to widać, że nie tylko my się zgubiliśmy. Nic wielkiego się nie stało bo mieliśmy GPSa i wiedzieliśmy w którym kierunku mamy iść. Niestety przez zboczenie ze szlaku musieliśmy przejść przez małą górkę co dla nas było dodatkowym treningiem.
Po około godzinie udało nam się wejść z powrotem na szlak. Przynajmniej tak mówił GPS bo oznaczeń na drzewach nadal nie widzieliśmy. Ciekawe czy im się nie chce oznaczać czy naprawdę spadło tyle śniegu, że nawet zasypało oznaczenia szlaku. Wiem, że niektórzy nas teraz przestaną lubić ale my naprawdę w tym roku mamy za dużo śniegu. Gdziekolwiek polecimy/pojedziemy jest więcej śniegu niż się spodziewamy.
Tak więc pochodziliśmy 4h idąc co jakiś czas w dół co jakiś w górę. Zrobiliśmy ok. 1tys feet i 6 mil. Niezła rozgrzewka przed jutrzejszym dniem.
Ogólnie trasę polecam. Zresztą sądząc po wielkości parkingu jest ona bardzo popularna. Jeśli nie chcesz iść na sam szczyt, albo nie masz odpowiedniego sprzętu to nadal polecam przejść się co najmniej 1 mile (w jedną stronę) i popodziwiać widoki na jezioro i góry.
Tak więc spacer skończyliśmy w miarę szybko/wcześnie. Korzystając z wolnego popołudnia postanowiliśmy odwiedzić dwa miasta. Reno było pierwsze na naszej liście. Wszyscy mówią, że Reno to uboższa wersja Las Vegas. Skoro nigdy tam nie byłam to trzeba było tam pojechać, żeby wyrobić sobie opinię.
Tak więc, oczywiście jest tam dużo kasyn i hoteli a wszystko jest połączone tak, że można grać w paru kasynach i prawie w ogóle nie wychodzić na zewnątrz. Rzeczywiście jest to uboższa wersja Vegas ale za to ma lepszą dzielnicę mieszkalną. Nad rzeką jest zrobiony bardzo fajny deptak, widać, że obok budują się (albo już są) apartamentowce. W Reno jest też dużo zwykłych barów, kin itp. Miasto jest zdecydowanie bardziej zielone od Las Vegas, pewnie przez to, że Reno, znajduje się u zbocza gór Sierra Nevada i jest nawadniane przez wodę spływającą z gór. W przeciwieństwie do Reno, Las Vegas leży na totalnej pustyni. Widać, że normalne życie się tu toczy a kasyna to tylko dodatek dla turystów.
A wiecie dlaczego Nevada ma tak dużo kasyn i prostytucja jest tu legalna? Dawno temu, po czasach gorączki złota Nevada była bardzo wyludniałym stanem w całym stanie mieszkało 40tys ludzi. Czyli prawie nikt biorąc pod uwagę, jej powierzchnię równą prawie 300tys km2. Nevada ma przepiękne tereny i teraz zyskuje dużo poprzez turystykę ale w latach 40-stych mało ludzi podróżowało tylko po to, żeby zobaczyć jezioro czy górki. Ówczesny rząd stanu Nevada wpadł więc na pomysł aby zalegalizować prostytucję i hazard. Tymi „grzesznymi” usługami zaczęli ściągać do stanu ludzi (turystów) a także hotele i inwestorów. Takim sposobem wszystko się rozrosło i na pustyni powstały wielkie miasta jak Las Vegas czy Reno. Hazard legalny jest w całym stanie natomiast prostytucja wszędzie poza trzema miastami Las Vegas, Reno i oczywiście stolicą Carlson City. Legalna prostytucja to nie byle co. Domy publiczne muszą nie tylko płacić wysokie podatki ale też przechodzić kontrole, dbać o zdrowie i bezpieczeństwo kobiet itp. Oczywiście w Las Vegas czy Reno prostytucja istnieje ale jest nielegalna. Dlatego już pomału zastanawiają się nad zalegalizowaniem tego aby zwiększyć dochód stanu jak i mieć nad tym lepszą kontrolę....hmmm.....
Naszym ostatnim przystankiem była Virginia City. Jest to bardzo historyczne miasto. Powstało ono w czasach Gorączki złota i w ciągu paru dni ich populacja wzrosła do 25 tys mieszkańców. Był też okres kiedy to miasto było najbogatszym miastem w Stanach a kobiety ubierały na siebie sukienki ze złota. Czasy gorączki złota jednak się skończyły i populacja spadła do 400 ludzi. Miasto jednak się zachowało i teraz jest atrakcją turystyczną.
Tak naprawdę jest tam tylko kilka ulic. Jedna główna ulica zwana Ave. C, przechodzi przez całe miasto i to właśnie przy niej są wszystkie sklepy no i oczywiście Saloon's. My wybraliśmy Red Dog Saloon.
Fajny lokalny bar choć nie do końca przypomina Saloon ale można sobie wyobrazić jak to kiedyś było. Podobno mury są z lat 1840-stych i jest to jeden z najdłużej operujących Saloonów. Jak to bywa w barach.....szybko poznaliśmy 2 lokalnych i kelnerkę. Byłam zaskoczona bo prawie każdy tam podróżuje. Jedni bliżej jak San Francisco a inni dalej jak Europa. Fajnie było pogadać. Mam wrażenie, że przez chwilę to my byliśmy większą atrakcją dla nich niż oni dla nas.
Zjedliśmy pizze, wypiliśmy piwko i ruszyliśmy w drogę mijając kolejne stare „miasteczka”. Jedno nawet miało populację 69 ludzi...
2016.05.25 San Francisco, CA (dzień 5)
Jeżdżenie po San Francisco samochodem to jest naprawdę rozrywka. Chodząc na nogach po tych uliczkach to tak się tego nie czuje, ale jak się jest za kierownicą to wszystko wygląda inaczej.
Nachylenie dróg jest naprawdę duże. Na początku, się zastanawiałem czy mój samochód tu na pewno wyjedzie, albo czy wyhamuje na dole. Najgorsze jest chyba jak się jedzie do góry i się zatrzymujesz na światłach albo w korkach. Wtedy ruszanie do góry musi być bardzo energiczne. Dobrze, że tu nie mają śnieżnych zim, bo jazda by była chyba niemożliwa. Nawet jak deszcz popada to już jest ślisko.
Nawet te nowe automaty (jakim aktualnie jeździmy) ma blokadę na cofanie się do tyłu. Ale chyba producenci nie wzięli pod uwagę nachylenia ulic w tym mieście. Zawsze jak się podniesie nogę z hamulca i naciśnie się gaz, to autko zaczyna się toczyć do tyłu. Jazda biegówką to dopiero musi być zabawa. SF nie jest dużym miastem, coś jak Kraków, prawie milion mieszkańców. Niestety ma słabą komunikację miejską, więc większość ludzi jeździ do pracy samochodami albo taksówkami. Ku mojemu zaskoczeniu nawet nie było dużych korków, a jeździłem o różnych porach dnia. Płynność ruchu pewnie jest spowodowana, że duże korporacje nie mają swoich biur w centrum miasta, a także, że mają luźne godziny pracy. Nikt tutaj nie trąbi. Naprawdę nikt. Przez ostatnie parę dni nie usłyszałem żadnego klaksonu (tylko z tramwajów), a często się zatrzymywaliśmy i szukaliśmy gdzie dalej jechać. Po jeżdżeniu w Nowym Yorku to tutaj na ulicach jest naprawdę cisza
Fajnie też wyglądają samochody zaparkowane na ulicy. Wszyscy mają koła skręcone w stronę krawężnika, w razie jak coś w skrzyni biegów się zerwie, to żeby samochód nie stoczył się na dół. Często można parkować prostopadle do chodnika. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest, że aż tak nie trzeba się napocić parkując na tych stromych, ciasnych ulicach. Minusem natomiast jest wysiadanie z samochodu. Albo jesteś od dolnej strony, więc musisz uważać jak otwierasz drzwi żeby one nie poleciały i uderzyły w samochód pod tobą. Natomiast jak jesteś po górnej stronie to trzeba mieć trochę siły żeby pod taką górę z autka wysiąść.
Dzisiaj Ilonka miała tylko pół dnia konferencji, więc ja rano poszwendałem się po mieście i później są odebrałem. Dzisiaj jedziemy do Lake Tahoe, 200 mil na północny wschód od SF. Zanim to jednak zrobimy to chcieliśmy coś jeszcze więcej miasta zobaczyć.
Na początek wyjechaliśmy sobie na dwie górki które znajdują się w sercu miasta, Twin Peaks. Ze szczytów rozciąga się wspaniała panorama na całe SF. Oczywiście to miasto jest często pokryte we mgle, tak jak i dzisiaj, mgła często się przewijała przez szczyty, ale nawet czasami udało się coś zobaczyć i pstryknąć jakieś zdjęcie.
Zjeżdżając z góry postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedno ciekawe miejsce, Lands End. Jest to miejsce na samym cyplu południowej części Golden Gate. Skąd rozpościera się widok na cały kanał Golden Gate i na most o tej samej nazwie. Jest tu dużo ścieżek na spacery i na jazdę na rowerze.
Jak się ma szczęście (my niestety nie mieliśmy), to można oglądać jak mgła jest wpychana w ląd przez wiatr tym kanałem i jak otacza most. Dzięki zimnym, północnym prądom oceanicznym i ciepłemu powietrzu z lądu w ciągu paru minut z pięknej, słonecznej pogody może się zrobić gęsta mgła, która zaleje SF.
W sumie to SF ma wiele parków, jest bardzo zielonym i czystym miastem. Jak się jeszcze dołoży te wszystkie parki i góry które znajdują się wokół miasta to dla ludzi co lubią outdoor jest tu co robić. Kto wyznaje zasadę, że płaskie to nudne to proponuje tu zamieszkać.
Już było dużo po południu, a przed nami ponad 4 godziny drogi, więc postanowiliśmy opuścić San Francisco i udać się do Lake Tahoe. Jak wyjeżdżaliśmy z miasta to temperatura była 60F (15C). Gdzieś w połowie drogi, dalej od oceanu, rejony Sacramento, rozciepliło się do 80F (27C), a Lake Tahoe przywitało nas przyjemnymi 40F (4C).
Lake Tahoe zrobiło nam niespodziankę i przywitało mas przepiękną tęczą.
Te rejony są bardzo popularnym miejscem wypoczynku mieszkańców Kalifornii i Nevady, więc ceny hoteli są drogie. A teraz jest jeszcze długi weekend to ceny są jeszcze wyższe. Można znaleźć coś tańszego, ale warunki w jakich się mieszka zostawiają wiele do życzenia. My tu będziemy spać aż 4 noce (wiem, 4 noce w jednym hotelu! Jak dla nas to jest jakiś niespotykany luksus), więc chcieliśmy mieć jakieś znośne warunki i wybraliśmy Marriott Courtyard w Carson City.
Pół godziny samochodem od jeziora, już w stanie Nevada, jest Carson City (stolica Nevady). Można znaleźć ceny hoteli i restauracji znacznie taniej niż nad samym jeziorem. Carson City ma też dwie kolejne zalety. Jest blisko Reno i paru starych, zabytkowych miasteczek w Nevadzie, które zamierzamy odwiedzić. Druga zasada to aklimatyzacja z wysokością. Najszybciej się aklimatyzujesz jak chodzisz wysoko a śpisz nisko. Z tego miasteczka jest kilka fajnych hików. Tak więc jutro nas czeka pierwszy dzień aklimatyzacji z wysokością i dużą ilością śniegu, który jakoś po zimie nie chce topnieć. Po długiej trasie zjechaliśmy z jeziora w dół do miasteczka, wzięliśmy hotel Marriott, wypiliśmy winko z Paso Robles (Tablas Creek) i poszliśmy spać.
2016.05.23-24 Paso Robles i Sonoma Valley, CA (dzień 3-4)
Kalifornia to nie tylko San Francisco i potężne firmy komputerowe. To też wina i przepiękne parki narodowe.
Wiadomo, wyjazd ten zorganizowaliśmy pod kątem Ilonki Gogolowej konferencji w SF, ale jak się okazało, że z 3 dni można zrobić 10 to od razu poszły w ruch mapy i planowanie wakacji.
Postanowiliśmy odwiedzić trzy rejony słynne z produkcji win, Paso Robles, Sonoma i Napa Valley. Potem na parę dni pojechać w góry Sierra Nevada w rejon największego górskiego jeziora w północnej Ameryce, Lake Tahoe. Tam pozdobywać parę górskich szczytów a także zakończyć sezon narciarski wiosennymi nartami w Squaw Valley. Potem jak czas pozwoli to jeszcze odwiedzić Reno w Nevadzie i porównać czym się różni od Las Vegas w którym już byliśmy wiele razy.
Planów jak zwykle jest dużo, a co z tego uda się zobaczyć to nie wiemy. Miejmy nadzieję, że wszystko i ładnie na naszym blogu to opiszemy.
Rozpoczęliśmy od Rejonu położonego 200 mil na południe od San Francisco, Paso Robles. Rejon ten jest słynny z dobrych win i wielu winiarni (ponad 200). Można tu znaleźć dobrej jakości wina w cenie niższej niż te z Napa czy Sonoma.
Pierwsza winiarnia na naszej liście to Turley, znana z dobrych win Zinfandel. Mamy ich parę w sklepie, więc najwyższy czas spróbować ich więcej i może zwiększyć asortyment w naszym sklepie.
Po 20 minutach jazdy samochodem od hotelu w centrum Paso Robles dojechaliśmy do winiarni Turley. Winiarnie z reguły otwierają od 10 rano, więc oczywiście parę minut po 10 zameldowaliśmy się na parkingu. Ładnie położona winiarnia, otoczona wzgórzami które są oczywiście porośnięte winoroślami.
Testowanie win kosztuje $15 za osobę i jest wliczone około 5 win. Na szczęście pracując w businessie z reguły nic się nie płaci i często jest się lepiej traktowanym. Tak więc po standardowym testowaniu pięciu win ze szczepu Zinfandel zostaliśmy "poczęstowani" kolejnymi winami. Trochę bardziej unikatowymi, innymi, których produkcja jest bardzo mała i raczej nie są one osiągalne w sklepach. Nawet sprawdziłem czy są dostępne w NY i oczywiście, że nie, więc musieliśmy coś zakupić.
Turley słynie z Zinfandela, uważane jest za jedną z lepszych winiarni na świecie produkujących wina z tego szczepu. Piliśmy nawet wina z krzewów która mają 130 lat, one są bardzo unikatowe, a zarazem pyszne, bogate i o złożonym smaku. Szczególnie nam zasmakowało wino z Ueberroth Vineyard. Krzewy winogron do produkcji tego wina były zasadzone w 1885 roku. Super mała produkcja i raczej tylko do dostania w winiarni. Oczywiście butelka leci z nami do NY.
Następnym naszym celem była winiarnia Tablas Creek. Pół godziny samochodem po osłonecznionych wzgórzach przez winnice i już byliśmy na miejscu. Winiarnia słynie z win produkowanych ze szczepów z doliny Rhone z południowej Francji.
Jak zwykle po przedstawieniu się byliśmy potraktowani jak się należy. Nie dość, że manager otwierał i polewał nam co raz to lepsze wina to za chwilę sam właściciel się pojawił i trochę żeśmy sobie pogadali popijając dobre wina. Ich wina, jak i większość dobrych europejskich win, wymaga jedzenia, więc oczywiście kolejna butelka musiała być zakupiona żeby ją sprawdzić z jakimś dobrym mięskiem.
Fajne winka, kiedyś mieliśmy je w sklepie, ale jakoś teraz uszły nam uwadze. Oczywiście obiecałem właścicielowi, że postaram się znaleźć półkę na nie w sklepie i wznowimy ich sprzedaż. On ma być w NY w jesieni to obiecał, że nas odwiedzi z nowymi rocznikami.
Trzecią, ostatnią winiarnią na naszej liście była winiarnia Justin, która jest jedną z większych w Paso Robles.
Jak to w dużych winiarniach bywa, wielka komercja i zdecydowanie za szybka obsługa. Pięć minut na każdego i następny, następny.... Oczywiście mieliśmy za darmo testowanie win, ale nawet nie było z kimś porozmawiać o nich. Dobre wina, mamy jedno w sklepie, może niektóre za drogie, ale sposób w jaki obsługują klientów nam się nie spodobał. Po pięciu minutach wyszliśmy stamtąd i udaliśmy się na wybrzeże.
Jechaliśmy bardzo lokalnymi drogami, więc dopiero po godzinie dotarliśmy do drogi numer jeden, która idzie cały czas wybrzeżem Pacyfiku przez całą, długą Kalifornie.
Na dzień dobry przywitały nas zebry. Tak, dokładnie, zebry!!! Nie było to jakieś zoo czy safari, normalnie się pasły na łące razem z krowami.
Po kolejnych paru milach dojechaliśmy do San Simeon. Malutkiego miasteczka, gdzie główną atrakcją są gigantyczne foki morskie (elephant seal).
Jest tam ich chyba tysiące i naprawdę są potężne. Męskie osobniki dochodzą do 11 stóp długości i ważą do 1600 lb. Większość czasu leżą na plaży i się osypują piaskiem żeby słońce ich za bardzo nie spaliło. Czasami jeden czy drugi głośno zaryczał, albo się bawił z drugim, albo poszedł na chwilę do wody się ochłodzić.
Wiewiórki i chipmunki też często mówiły nam hey i zapraszały na wybrzeże.
Droga numer jeden jest jedną z najpiękniejszych dróg w Stanach. Ciągle jest przesuwana i zmieniana ze względu na trzęsienia ziemi, sztormy oceaniczne czy usuwania się gruntu. Jechaliśmy nią ponad 200 mil i co zakręt to nam się coś nowego pojawiało.
W rejonie Big Sur jest tak stromo, że góry prawie pionowo wpadają do oceanu, a tam jeszcze gdzieś tą drogę zmieścili. Fajnie to wszystko wygląda. Szkoda, że nie mieliśmy czasu iść na jakiś hike w góry i to wszystko oglądać z innej perspektywy.
Po drodze też są fajne miasteczka, jak Santa Cruz czy Half Moon Bay. W tym drugim Ilonka znalazła fajny browar z dobrym jedzeniem, Half Moon Bay Brewery, polecamy. Duży wybór własnej roboty piw (zwłaszcza IPA) i dobre jedzenie. Hamburger z Kobe beef czy pieczone kałamarnice były pyszne. Spodobał nam się kelner. Zapytałem się go jak się ma, a on powiedział: żyję w raju. Spytałem dlaczego tak mówi, kelner rozglądnął się i powiedział: pracuje w browarze. Szczęściarz, nie?
Późno dojechaliśmy do San Francisco, więc jak tylko dotarliśmy do hotelu to szybciutko poszliśmy spać.
Następnego dnia Ilonka miała konferencje Googla, więc cały dzień miałem wolny. Wyznając zasadę, że na wakacjach nie wolno się obijać tylko zwiedzać, odwiozłem rano żonę pod hotel gdzie ma być konferencja, a ja się wybrałem na wycieczkę. Wiedziałem, że szybko nie wróci, Google Ilonkę na pewno zaprosi na jakąś kolacje, więc mogłem pojechać na długą wycieczkę. Wybrałem się do Sonoma.
Sonoma znajduje się pomiędzy Pacyfikiem a doliną Napa i jest dwa razy większa niż Paso Robles. Jest tak zróżnicowana, że posiada aż 17 pod-rejonów w których są produkowane wina.
Szybko przejechałem most Golden Gate i po jakiejś godzinie wjechałem do Sonoma. Poszukałem mapy winiarni (jest ich ponad 400) i zabrałem się do roboty. Chciałem trochę połączyć winiarnie ze zwiedzaniem okolic. W Sonomie część winiarni (zwłaszcza tych lepszych), ma tylko testowania jak się wcześniej zamówi wizytę. Oczywiście nic takiego nie robiłem, bo skąd ja mogłem wiedzieć kiedy i gdzie będę. Na szczęście te lepsze mamy w sklepie, więc już nie raz je piłem.
Rzeczywiście jest tego dużo. Winiarnie są prawie na każdym zakręcie. Skupiłem się na dwóch rejonach, Russian River i Dry Creek Valley. Tak posuwałem się na północ czasami wstępując do winiarni, a czasami tylko przejeżdżając obok. Miałem tylko jeden dzień, więc nie chciałem go całego spędzić w winiarniach. I tak po jakiś paru godzinach dojechałem do Sonoma Lake.
Piękne sztuczne jezioro, położone w zalesionych górach w północnej Kalifornii. Krótka przerwa nad jeziorem i wyszukiwanie drogi którą się mogę dostać na wybrzeże. Google maps pokazało mi główne drogi, ale przecież one są mało ciekawe. Po głębszych poszukiwaniach znalazłem drogę Skaggs Spring Road, bardzo polecam. Droga jest asfaltowa, ale ma tyle zakrętów, że chyba jeszcze taką nie jechałem.
Przez około 50 mil cały czas po górach. Do góry i na dół. Na początku była duża tablica ostrzegająca, że przez następne 50 mil nie ma żadnego serwisu, żeby nie jechać żadnymi dużymi samochodami i że duża cześć drogi jest bardzo wąska, tylko na jeden samochód.
Te 50 mil jechałem przez 2 godziny. Po drodze spotkałem tylko dwa samochody i jakąś ekipę naprawiającą drogę, bo im się ziemia usunęła.
Niestety nie było za dużo ciekawych widoków bo cały czas się jechało lasami. Może i dobrze, bo było naprawdę wąsko i kręto, a potężne drzewa rosły prawie na drodze. Sekunda nieuwagi i ....... a tu nie ma serwisu na komórki.
I tak po dwóch godzinach dotarłem do Pacyfiku. Ponad 100 mil na północ od SF.
Tutaj też idzie ta słynna droga numer jeden, którą już jechałem do samego San Francisco. Ciągle oczywiście się zatrzymując i podziwiając widoki. Super, bo prawie ludzi nie było, więc całe wybrzeże należało do mnie i dosyć dużej ilości rowerzystów, którzy na swoich high-tech kolarzówkach bezszelestnie mknęli drogą.
Trochę inne wybrzeże niż na południe od SF. Mniejsze góry, więcej lasów, też pięknie. Podobały mi się skały które wystawały z wody, tworząc takie małe, pojedyncze, skalne wysepki na których ptactwo odpoczywało po obfitym łowieniu morskich żyjątek. To się dopiero nazywa świeże sushi!!!
Był już prawie wieczór, a ja dalej tylko po śniadaniu. Postanowiłem zrobić sobie w nagrodę ucztę i znalazłem lokalny In-n-Out. Animal style jak zawsze smakował wyśmienicie.
Ilonka w tym czasie była zaproszona przez Google do jednego z najlepszych steakhouse w San Francisco, Osso Steakhouse. Taki steak, dry aged z dobrym winem na pewno smakuje wyśmienicie, ale dwa podwójne, hamburgery animal style z dobrym, świeżym IPA też były pyszne.
2016.05.22 San Francisco, CA (dzień 2)
Na dzisiejszy dzień mieliśmy zaplanowaną największą atrakcję w San Francisco czyli wyspę Alcatraz. Alcatraz znane jest jako najbardziej surowe więzieine w Stanach. Istnieje nawet powiedzenie: „If you break rules you go to prison, if you break prison rules you go to Alcatraz.” (Jeśli złamiesz prawo idziesz do więzienia, jeśli złamiesz prawo więzienia – idziesz do Alcatraz).
Na wyspę Alcatraz można tylko dopłynąć statkiem. Jest tylko jeden statek któy daje Ci możliwość wejśca na ląd. Inne wycieczki tylko opływają wyspę. Tak więc upewnij się, że zarezerwowałeś swoją wycieczkę przez http://www.alcatrazcruises.com/
Nasz rejs odpływał o 10:30 rano tak, że mieliśmy czas na zwiedzenie pier 39 i zjedzenie tam śniadania. Pier 39 słynie głównie z fok, które się tam wylegują. Foki tak sobie upodobały to miejsce, że ludzie zrobili im drewniane pływające platformy. Na szczęście byliśmy tam wcześnie rano i jeszcze nie było dużo ludzi więc spokojnie mogliśmy sobie porobić zdjęcia. Popołudniu musi tam być masakra.
Na śniadanie wybraliśmy Eagle Cafe. Na jakimś blogu wyczytałam, że wśród tych wszystkich turystycznych restauracji jak Hard Rock Cafe przy Pier 39, Eagle Cafe jest najbardziej lokalna. Rzeczywiście, nie żałujemy wyboru. Jedzenie było pyszne a obsługa bardzo miła. Mieli nawet pozycję Polish Sausages (polska kiełbasa) ale niestety nie przypominała, prawdziwej polskiej kiełbasy. Za to Eggs Benedicts z Crab Cake były bardzo dobrym wyborem.
W końcu przyszedł czas na rejs. Nasz statek wypływał z pier 33 więc po krótkim spacerku ustawiliśmy się w kolejce. Wyspa Alcatraz nie zawsze była więzieniem. Na początku mało atrakcyjna i omijana przez większość, w czasach gorączki złota została przerobiona na fort. Dopiero w latach późniejszych wyspa została przerobiona na najbardziej strzeżone więzienie. Alcatraz było więzieniem już od 1859 roku z różnymi przerwami. Jednak od 1934 roku więzienie to stało się najbardziej strzeżonym więzieniem o największym rygorze. Dla bezpieczeństwa wizyty w więzieniu były bardzo limitowane i to pewnie sprawiło, że powstawały plotki o okropnych warunkach życia. Pomimo, że Alcatraz było najbardziej strzeżoną budowlą w Stanach jak i nie na świecie to warunki życia nie były najgorsze. Jedzenie było dobre a sam budynek dość czysty. Więzienie zostało zamknięte w 1963 roku ze względu na duże koszty utrzymania. Po tym okresie było wiele pomysłów jak wykorzystać wyspę. Jedni chcieli otworzyć tam molo handlowe, Indianie chcieli aby ta ziemia została im zwrócona. Na szczęście ostatecznie ziemia została w rękach rządu amerykańskiego i cały obszar został przekształcony na muzeum.
Na wyspie można spędzić tyle czasu ile się chce. Znajduje się tam nie tylko główne więzienie ale też budynek starego fortu i ruiny domów. Część pracowników więzienia wraz z rodzinami mieszkali na wyspie i prowadzili tam normalne życie. Tak więc zachęcam pochodzić i spędzić tam troszkę czasu.
Najważniejszy i najlepszy budynek to jest jednak Cell House (główny budynek więzienia). W ramach biletu zapewnione jest audio tour w paru językach. Normalnie nie jestem zwolenniczką słuchania nagrania jak oglądam jakieś muzeum. To nagranie jest jednak bardzo dobrze zrobione, opowiada o życiu w więzieniu jak i o próbach ucieczki i powstaniu więźniów. Bez tego chodzenie po muzeum jest możliwe ale nie aż tak ciekawe. Tak więc zdecydowanie polecamy wziąć audio tour na którym można również usłyszeć prawdziwe zeznania więźniów jak i odtworzone odgłosy dnia codziennego.
Chodząc po więzieniu dowiedzieliśmy się o znanych więźniach którymi byli Al "Scarface" Capone, "Doc" Barker, Alvin "Creepy" Karpis, George "Machine Gun" Kelly, Floyd Hamilton i Robert Stroud "Birdman of Alcatraz". Widzieliśmy cele więźniów, te lepsze gdzie docierało światło i można było przez okna oglądać świat zewnętrzny i te gorsze z podwójnymi drzwiami gdzie tylko mały promyk światła wpływał. Do niektórych mogliśmy wejść i choć przez sekundę poczuć to co więźniowie....choć to nigdy nie jest miłe doświadczenie.
W Alcatraz oczywiście było dużo ludzi ale każdy chodził sobie we własnym tempie i nawet tak bardzo nam to nie przeszkadzało.
Do dziś nie wiadomo czy ktokolwiek, kiedykolwiek uciekł z więzienia. Była jedna próba i trzech więźniów dotarło na dach budynku i wskoczyło do wody. Natomiast nigdy nie potwierdzono czy zginęli w lodowatej wodzie czy jednak udało im się dostać do Ameryki Południowej czy Meksyku. Podobno w więzieniu dość intensywnie uczyli się języka hiszpańskiego. Opowiadanie w głośnikach prowadzi nas do odpowiednich cel i możemy zobaczyć dokładnie przez którą dziurę uciekli i którymi rurami wdrapali się na dach budynku.
W więzieniu było też powstanie. No bo co Ci ludzie mieli do stracenia. Oni tak czy siak mieli umrzeć czy to w więzieniu czy w czasie ucieczki. Tak, że próbowali non-stop. Chodząc po budynku, słuchając nagrania i widząc te małe detale na które głos w słuchawkach każe nam zwrócić uwagę, można naprawdę wyobrazić sobie przebieg wydarzeń.
Więzienie to nie tylko więźniowie. To też strażnicy, którzy mieli rodziny i prawdziwe życie. Część z nich mieszkała na wyspie, część dopływała codziennie łódką. Na nagraniu jest głos dziewczynki, której tata był dyrektorem więzienia Która opowiadała o swoim domu. O tym jak się bawiła tuż przed budynkiem więzienia i tylko czasem słyszała głosy więźniów, którzy się buntowali od czasu do czasu.
Spędziliśmy na wyspie ponad 2h. Zdecydowanie polecamy to miejsce każdemu bo nie da się tego opisać nie będąc tam.
Pomimo, że dziś wieczorem planowaliśmy jechać do Paso Robles to nadal chcieliśmy zobaczyć trochę miasta. Tak więc będąc już na wybrzeżu podeszliśmy do Fisherman's Wharf. Jest to chyba najbardziej turystyczne miejsce z dużą ilością restauracji i sklepów z pamiątkami. Wśród tych wszystkich sieciowych restauracji jak Applebees, In-n-Out, McDonald etc. udało nam się znaleźć knajpkę Chowder Hut. Każde miasto ma swoje unikatowe jedzenie. Zazwyczaj nie jest to najlepsze jedzenie ale potrawa za którą tęsknisz jak tylko opuścisz miasto. Dla San Francisco taką potrawą jest zupa Clam Chowder serwowaną oczywiście w bułce. Miejsce, które znaleźliśmy serwuje zupę jak i inne owoce morza i pomimo, że jest bardziej restauracją typu fast-food to zupa była bardzo dobra.
Na Fisherman's Wharf jest dość ciekawe muzeum, Musee Mecanique. Jest to muzeum zabawek na monety. Najstarszy obiekt jest z roku 1889 i po wrzuceniu monety pokazuje obrazki jakby się ruszały. Zabawka ta pokazywała dziewczynkę skakającą na skakance. Proste i teraz wydaje nam się banalne ale prawie 130 lat temu to była wielka technologia.
Samo muzeum jest za darmo ale ponieważ wszystkie zabawki są na monety to ludzie wymieniają dolary na 25 centów i grają. Fajna zabawa dla wszystkich a jednocześnie edukacja czym zachwycali i bawili się nasi przodkowie.
Jest tam dużo maszyn przepowiadających przyszłość....mi wyszło, że będę popychadłem... LOL....można też iść na maszynę która powie ci jak dobra jesteś w łóżku albo zacznie się po prostu z ciebie śmiać. Nas bardziej interesowały flipery i stare poczciwe Atari.
Niby nie pozorne muzeum a jednak tyle frajdy. Cieszymy się, że weszliśmy do tego nie pozornego hangaru. W końcu przyszedł czas powrotu. Zaczęliśmy się kierować w kierunku hotelu spacerkiem. Ponieważ jednak byliśmy na wybrzeżu tak, że nasz spacer przemienił się w hike. Chyba każdy kojarzy strome ulice San Francisco. Zdecydowanie niezły trening przed hikiem. Tylko pomyśl, że mieszkasz w tym mieście i prawie w ogóle nie ma metra czyli częściej idziesz na nogach. Chyba każdy jest tu nieźle wysportowany.
Po drodze minęliśmy słynną, zakręconą Lombard street. Masakra....było tam tyle ludzi którzy robili sobie selfie, że szybko stamtąd uciekliśmy na Macondary Lane. Zdecydowanie przyjemniejsza uliczka, żeby się przejść. Ulica ta jest zamknięta dla ruchu samochodowego i jest mieszkalną uliczką, pełną drzew i ładnych widoków na zatokę.
Tak zakończyliśmy zwiedzanie San Francisco. Zostało jeszcze parę miejsc, które chcemy zobaczyć. Może wieczorem po konferencji się jeszcze gdzieś przejdziemy, może w drodze powrotnej uda nam się zrobić hike z widokiem na Golden Gate Bridge. Póki co jedziemy na jedną noc do Paso Robles poszukać nowych win do sklepu a potem dwa dni pracy – przynajmniej jak dla mnie.
2016.05.21 San Francisco, CA (dzień 1)
Google zrobiło mi prezent i zorganizowało konferencję zaraz przed długim weekendem. Mój szef zrobił mi drugi prezent i mnie na nią wysłał. Tak więc grzechem by było nie wziąć 3 dodatkowych dni wolnych i spędzić 10 dni w California. Nie ma to jak wakacje połączone z pracą. Przyjemne i pożyteczne a do tego bilet jest na koszt firmy. Konferencja jest w San Francisco więc od tego miasta zaczniemy zwiedzanie.
Nie tracąc czasu wzieliśmy samolot wcześnie rano i już o 10 wylądowaliśmy w SF. Byliśmy już wcześniej w tym mieście ale nie wystarczająco długo aby go tak naprawdę zwiedzić. Jednak z tego co go widziałam i o nim czytałam to jest to miasto do którego mnie ciągnie, do którego nawet rozważam się przeprowadzić. Zobaczymy jakie wrażenia będę mieć pod koniec pobytu i czy spodoba mi się bardziej niż NY.
San Francisco jak i cała dolina krzemowa jest najbardziej kojarzona z firmami jak Google, Facebook, Dell, Apple. To w tym rejonie powstają największe pomysły, tworzy się najwięcej start-up'ów a cały świat patrzy co nowego wymyśliła Dolina Krzemowa. San Francisco już wcześniej zyskało swoją sławę. Miasto pomimo że założone zostało w 1776 roku swój największy przyrost ludności miało w okresie Gorączki Złota (1849). W tym okresie jego populacja wzrosła z 300 ludzi do ponad 20tys. Tak nagły wzrost sprawił, że San Francisco stało się największym miastem na Zachodnim wybrzeżu. W późniejszych latach San Francisco zyskało swoją sławę jako najbardziej liberalne miasto. Każdy kojarzy dzieci kwiaty, hippis'ów itp. To właśnie tu zapoczątkowała się cała rewolucja seksualna.
My rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta od poszukiwania miejsca na lunch. Na mojej liście miałam dwa bary Saloon i Condor...oba okazały się zbyt lokalne. Condor był bardzo modnym klubem w latach 80-tych. Jest ciekawa historia związana z tym klubem. W 1983 roku ochroniarz klubu chciał mieć seks z kelnerką. Tak więc oboje zostali po godzinach i zaczęli się kochać na pianinie. Niestety w czasie stosunku poluzował się hydrauliczny przełącznik i pianino podniosło się pod sam sufit. Mężczyzna zginął na miejscu przygnieciony do sufity natomiast kobieta przeżyła ale została znaleziona dopiero nad ranem kiedy to reszta pracowników przyszła do pracy.
Saloon wyglądał bardziej na lokalną spelunę więc zdecydowanie nie chcieliśmy tam jeść. Ogólnie w San Francisco jest bardzo dużo bezdomnych. Nie zatrzepiają cię i w sumie nie żebrają ale jakoś tak nie do końca jest to przyjemne. Tak więc wylądowaliśmy we włoskiej knajpce i zjedliśmy pizze. Drugim minusem San Francisco jest komunikacja miejska. Metro jest tu bardzo małe i ciężko jest nim dojechać w każdy zakątek. Często trzeba gdzieś podejść. Tak więc i my poszliśmy na spacerek w kierunku Pier 1-3. Sam pier 3 jest dość ładny i jest to molo więc można wyjść w morze.
Jest to też miejsce dla wędkarzy. My mieliśmy szczęście bo jeden pan złowił rybę płaszczkę. Myślę, że będzie ją jadł bo spędził dobre parę minut wyciągając haczyk z niej a potem nie wrzucił jej do wody z powrotem. Biedna rybka.
Niedaleko portu jest Market street. Na której to spotykają się tramwaje, stare tramwaje (street car) i metro. San Francisco nie ma najlepiej rozwiązanej komunikacji miejskiej. Mają co prawda wszystkie rodzaje transportu: tramwaj, metro, autobusy, trolejbusy no i oczywiście słynne street car (na zdjęciu).
Problem jednak polega na tym, że metro ma mały zasięg i pomimo, że mają 4-5 linii to przez dłuższy odcinek one jadą tym samym tunelem. Autobusów jest dużo ale one z kolei muszą stać w korkach. Zostają tramwaje, których nie wypróbowaliśmy ale też mam wrażenie, że nie dojeżdżają w każde miejsce.
Tak więc my wzięliśmy metro, które jest krótkie – ma tylko 2-3 wagoniki ale dość szybko zawiozło nas pod park Golden Gate. Od przystanku do parku mieliśmy parę minut do przejścia ale trafiliśmy na bardzo ciekawą dzielnicę. Dzielnica była pod tytułem „make love not war”. Na drzwiach i oknach było dużo znaków pokoju, widać było parę miejsc gdzie uczą Cię medytacji i innych duchowych przeżyć. Ogólnie dzielnica czysta (tak jak i całe miasto), ciekawa i ładna.
Park Golden Gate jest 20% większy od Central Parku w New York. Kształtem i funkcjonalnością zdecydowanie przypomina Central Park. To co mnie zaskoczyło to ilość samochodów. Dużo jest tam dróg a ludzie przyjeżdżają samochodami do parku. Widać, że w SF prawie każdy ma samochód a nie jak w NY. Park ma do zaoferowania wiele atrakcji, jeziora, muzeum, japoński ogród, botaniczny ogród i wiele więcej. Myśmy doszli tylko do jeziora (czyli przeszliśmy 1/3 parku).
Jezioro znów zaoferowało nam parę atrakcji z dziedziny natura. Samo otoczenie jest piękne i można się tam zrelaksować, do tego jest tam dużo kaczek i złówików. Widzieliśmy nawet jak jedna kaczka złapała i połknęła całą rybę. Byliśmy w szoku, że taka mała kaczka połyka taką duża rybę i to w całości. Niestety akcja była tak szybka, że nie zdążyłam zmienić obiektywu. Z moim zapłonem udało mi się tylko zrobić zdjęcie leniwych żółwi.
W parku można spędzać godziny ale my byliśmy umówieni na kolację ze znajomymi więc musieliśmy wracać do hotelu. Wieczorem spotkaliśmy się z moim kolegom, który się przeprowadził z NY do SF. Cleo jak to Cleo zna wszystkich więc szybko zaczęło się przewijać dużo więcej ludzi. Najpierw poszliśmy do restauracji japońskiej. Na pierwszy rzut oka całkiem przyjazne miejsce. Z dużym wyborem whiskey, ciekawym jedzeniem i miłą atmosferą. Nihon Whiskey lounge był położony blisko centrum ale w bardziej mieszkalnej dzielnicy. Podobno słynie z dobrych happy hours. I rzeczywiście, drinki i jedzenie miały dość dobre ceny na promocji...natomiast my, niedoświadczeni zamówiliśmy piwo. I tu niespodzianka. Małe piwo kosztowało $12. Upsss......troszkę się przestraszyliśmy jak zobaczyliśmy rachunek. Dobrze, że nie siedzieliśmy tam za długo i przenieśliśmy się do Browaru, Southern Pacific. Zdecydowanie tańsze miejsce. Dobre piwa, które robią na miejscu, bardzo dużo lokalnych i można nawet coś przekąsić. Darkowi się bardzo spodobał dress code. Ponieważ w San Francisco jest bardzo dużo ludzi pracujących w e-commerce, IT i innych technologiach to ogólnie panuje luz. To nie to co NY i krawaty i garnitury. Tutaj najpopularniejszym strojem są jeansy i bluza z kapturem. W SF temperatura jest dość stabilna przez cały rok ale czasem zawieje wiatr więc bluza się przydaje. I tak chodzi się cały dzień. Do pracy, do baru czy do restauracji.
Tak minął nam wieczór. Do browaru przychodziło coraz to więcej znajomych Cleo bo ktoś tam miał urodziny tak, że fajnie było porozmawiać z lokalnymi, zobaczyć jak żyją. Bardzo fajni i wyluzowani ludzie. Większość z nich pracuje w tak zwanych start-upach. Czyli nowych projektach, które mają inwestorów więc na początku dużo płacą, mają fajną atmosferę pracy, są dość elastyczne jeśli chodzi o godziny pracy. Tak więc łatwo ściągają młodych ludzi i dają im dość duże pieniądze. Jednak po paru latach przychodzi czas prawdy. Albo projekt się uda i będzie wielkim sukcesem jak Facebook albo zniknie i ludzie o nim zapomną. Wtedy dla pracowników przychodzi czas na kolejny start-up. I tak się wszystko kręci. Dlatego San Francisco jest dość drogie, ceny mieszkań są porównywalne lub nawet droższe niż w New York, podobnie jest z całą reszta. Jednak jak pracujesz w e-commerce to sobie fajnie żyjesz bo odpowiednio zarabiasz.
2016.04.30 Mt. Colden - Adirondacks, NY
Adirondack Park, nasz ulubiony na wschodnim wybrzeżu. Czy wy wiecie, że ten park jest tak duży jak Dolina Śmierci, Grand Canyon, Glacier i Yosemite razem wzięte, i ma powierzchnię ponad 6 mln akrów. Góry te oddalone są od Nowego Jorku, jakieś 4h samochodem. Nie zniechęca nas to jednak aby być częstym gościem. Nie jesteśmy jedynymi, którzy uwielbiają ten park. Dużo ludzi z północno-wschodnich stanów i Kanady przyjeżdża tam odpocząć. Trudno się temu dziwić...piękne góry, jeziora, potężne, bezludne obszary a także tysiące mil ciekawych szlaków.
Na ten weekend wybraliśmy kolejny szczyt z listy 46-ciu najwyższych szczytów w tym parku. Tym razem padło na Mt. Colden, jedenasty co do wysokości szczyt. Z NY wyjechaliśmy w Sobotę nad ranem, więc na hike wyruszyliśmy dopiero parę minut przed 10. Parking na ten szlak jest w miejscu gdzie schodzi się wiele innych szlaków na bardzo popularne szczyty. W związku z tym poza parkingiem jest tam również punkt informacyjny, zajazd i kemping na którym oczywiście będziemy spać. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu kemping był prawie pełny. Mimo, że w nocy temperatury spadają poniżej zera to zapalonych górołazów nie brakuje. Wzięliśmy jedno z dwóch ostatnich miejsc, przywitaliśmy się z królikiem i wyruszyliśmy na hike.
Na szczyt prowadzą dwie trasy, krótsza-łatwiejsza i dłuższa-ciekawsza (trudniejsza). Myśmy je oczywiście połączyli i stworzyliśmy dosyć długi 13 milowy hike. Na rozgrzewkę zdecydowaliśmy się wyjść łatwiejszą trasą a zejść trudniejszą.
Pierwsze dwie mile szybko zleciały dobrze nam znaną trasą nad zaporę Marcy. Znad tamy po raz pierwszy zobaczyliśmy nasz szczyt (to ten ośnieżony po lewej stronie).
Nie tracąc czasu na przerwy ruszyliśmy nowym nieznanym nam szlakiem prosto do góry. Po kolejnej mili dotarliśmy do rozgałęzienia szlaków skąd jeden idzie na górę a drugim zejdziemy. Od tego miejsca trasa zaczynała stromiej iść do góry a co za tym idzie, śniegu przybywało.
Aby nie ślizgać się jak niedźwiedź na lodowisku ubraliśmy raczki i poszliśmy dalej szukać niedźwiedzia. Misia nie udało nam się spotkać natomiast spotkaliśmy wiele zarośniętych ludzi, po których widać, że spędzają więcej niż jeden dzień w tych górach.
Około 12:30 dotarliśmy do Arnold lake (wys. 3700 ft n.p.m.) tu można było sobie zrobić przerwę, posilić się czekoladką, zamienić parę zdań z innymi hikerami i przygotować się na zaatakowanie szczytu.
Początek drogi od jeziora na szczyt idzie południowym zboczem, więc na szczęście śniegu prawie nie było. Szlak nie był techniczny ale widać, że nie należy on do bardzo uczęszczanych bo był wąski i troszkę zarośnięty. Po około godzinie wyszliśmy na “fake” szczyt, który dużo ludzi zwłaszcza przy złej pogodzie i ograniczonej widoczności bierze za właściwy. W takiej pięknej słonecznej pogodzie jaką mamy dziś mogliśmy zobaczyć prawdziwy szczyt Mt. Colden. Widać było nasz szlak, który wspinał się północnym zboczem a co za tym idzie cały był w śniegu i lodzie.
Od szczytu dzieliła nas mała dolinka, którą pokonaliśmy dość szybko i już po kolejnych 30 min. zdobyliśmy szczyt.
Szczyt ten jest dość płaski i ma wiele skał, miejsc widokowych. Warto więc spędzić na nim co najmniej pół godziny i nacieszyć się przepiękną panoramą. Szczyt Colden znajduje się pomiędzy dwoma najwyższymi górami w Adirondack, Marcy i Algonquin. Na górze spędziliśmy ponad pół godziny, odpoczywając posilając się batonikami energetycznymi i planując kolejne hiki.
Byśmy pewnie posiedzieli dłużej ale ludzie, którzy wychodzili od drugiej strony (tej którą my planujemy schodzić) mówili, że tam jest stromo....bardzo stromo. My już dobrze znamy Adirondack, mamy nadzieję, że wy też już po naszych wpisach, więc jak mówią, że jest bardzo stromo to znaczy, że jest prawie pionowo.
Pierwsze parę minut nie były takie złe. Można było skakać po suchych skałach, w słoneczku, z pięknymi widokami. Było stromo ale nie ślisko.
Natomiast jak weszliśmy w kosodrzewinę a później w las, zaczęły się drabinki, lód, śnieg, korzenie i śliskie skały po których płynęła woda....i co jeszcze natura potrafi wymyślać. Było ciekawie, a wiedzieliśmy, że nawet jak dojdziemy do jeziora to dalej będziemy musieli się rozciągać.
Różnica wzniesień między szczytem a jeziorem Colden jest ponad 2 tysiące stóp, a zejście zajęło nam prawie 2h.. Trasa była mega techniczna.
Stworzyliśmy nowe określenie na tego typu trasy....k....jaki tu burdel. Na trasie były powywracane drzewa, woda z topniejącego śniegu i lodu lała się gdzie popadnie, śliskie błoto mieszało się z oblodzonymi skałami a ostre pousychane gałęzie wbijały nam się w ręce. Kochamy Adirondack...czasami tylko troszkę mniej.
Udało się, dotarliśmy do jeziora Colden, a zaraz później do jeziora Avalanche. Krótka przerwa i przed nami trasa zwana potocznie „Misery Trail”.
Tą trasę już znaliśmy, bo kiedyś wziąłem tam moją teściową. Nie dlatego, że jej nie kocham ale dlatego, że wtedy tej trasy nie znałem. Ona jakoś nie do końca w to uwierzyła i myślała, że chciałem ją wykończyć. (Pozdrowienia dla Iwonki).
Trasa ta biegnie zachodnim brzegiem jeziora po wielkich rumowiskach skalnych gdzie drabinki i inne ułatwienia są na szczęście często umocowane. Niestety czasem tych ułatwień brakuje i trzeba się mocno zastanowić jak pokonać te ogromne głazy skalne.
I tak nam zleciało kolejne ponad pół godziny. Przed nami kolejny odcinek – przełęcz Avalanche, ok. 300 ft. do góry. Potem ostatnie 4 mile to już z górki na pazurki. W miarę łatwa trasa z którą łączyły się szlaki z innych szczytów. Co za tym idzie coraz tłoczniej robiło się na szlaku. Ludzie szli z różnej wielkości plecakami, ale to co nas wszystkich łączyło to ubłocone nie tylko spodnie i buty, ale cała reszta, uśmiech na twarzy i ogólne zadowolenie z dobrze zakończonego dnia. Każdy się cieszył, że pogoda dopisała i że zdobył zamierzony szczyt.
Po 10h w górach zrobiliśmy kółeczko i czując wszystkie mięśnie, zadowoleni usiedliśmy na ławce na naszym polu namiotowym. Uśmiech nam nie schodził całą noc, nawet fakt, że musieliśmy rozbijać wszystko po ciemku nie zepsuł nam nastroju.
Nagrodą za pokonane mile, zdobycie 22 szczytu z naszej listy 46 szczytów w Adirondack, była przepyszna kolacja z winkiem i oczywiście ognisko.
2016.03.26-27 Phelps - Adirondacks, NY
Tego hiku nam się bardzo chciało i bardzo potrzebowaliśmy. To, że kochamy góry to żadna nowość ale jakoś tak się złożyło, że od trzech miesięcy nie byliśmy na prawdziwym, dużym hiku. Najwyższy czas aby wywiać z głowy głupie myśli. Dlatego wiedzieliśmy, że hike nie jest opcją a koniecznością. Nie można przecież nie iść na duży hike przez 3 miesiące...sami nie rozumiemy jak mogliśmy do tego dopuścić. Tak więc pojechaliśmy do Adirondack, bo te góry zawsze mają dla nas jakieś niespodzianki. Ciekawe co przygotowały tym razem.
Zima nie jest najlepsza w tym roku więc nie spodziewaliśmy się wiele śniegu na szlakach. Będąc jednak przezornym postanowiliśmy wybrać średnio długi szlak i poszliśmy na szczyt Phelps.
Szczyt Phelps ma 4160 ft. i prowadzi na niego szlak długości 4.5 mili w każdą stronę. Szlak ten po części pokrywa się ze szlakiem na Mt. Marcy (najwyższy szczyt w stanie NY). Dopiero po ok. 3 milach szlak na Phelps odbija w lewo i wtedy zaczyna się prawdziwa wspinaczka.
Hike ten jak już wspomniałam, należy do średnio trudnych więc nie spieszyliśmy się, aż tak bardzo z wyjściem i postanowiliśmy naładować kalorie i zjeść śniadanko w lokalnej knajpce w Lake Placid.
I tak po wypiciu kawki i zjedzeniu bagla wyruszyliśmy w górki. Byliśmy w szoku jak dużo ludzi poszło dziś w góry. Pogoda zapowiadała się super, ale ilość aut na parkingu i tak nas zaskoczyła. Jednak to co naprawdę wywołało wrażenie na Darku to ilość ludzi z dużymi plecakami. Wielkość plecaków zdecydowanie świadczyła, że nie planują wrócić na noc do cywilizacji. Później spotkaliśmy też dwóch chłopaków, którzy do plecaków mieli przymocowane narty. Podobno zjeżdżali ze szczytu Marcy....hmmm...oni muszą kochać narciarstwo.
Pierwsze dwie mile do Marcy Dam to po części spacerek w lesie. Teren miejscami idzie do góry, czasem w dół ale nie ma wielkich różnic wysokości a trasa w ogóle nie jest techniczna. Szliśmy jednak po zamarzniętym błocie więc raczki były przydatne...wiedzieliśmy też, że w ciągu dnia to wszystko się roztopi i droga powrotna będzie w dużym błocie.
Ale póki co szybko pokonaliśmy pierwsze dwie mile i już po godzinie byliśmy przyz tamie Marcy. Piękne słoneczko, piękne góry i dużo ludzi wylegujących się w słoneczku albo maszerujących dalej.
Kolejną milę zaczęliśmy się stopniowo podnosić. Nadal nachylenie nie było duże ale coraz więcej na trasie było wystających kamieni. Ten odcinek szedł północno-wschodnim zboczem więc dużo częściej pojawiały się płaty lodu. Tylko miejscami gdzie słoneczko dochodziło było błotko.
I takim sposobem doszliśmy do rozgałęzienia szlaków. Od rozgałęzienia do szczytu została nam tylko mila ale musieliśmy się podnieść prawie 1500 ft. Czyli tu już będzie ostro do góry. I nie rozczarowaliśmy się. Szlak na pewno nas nie rozpieszczał i prowadził prosto do góry. Im wyżej tym więcej lodu pojawiało się na naszym szlaku. Pomimo, że po bokach, po lasach nie było już śniegu to na szlaku były lodowce. Pewnie ludzie chodząc w zimie ubili śnieg i teraz on się trudniej topi. Momentami żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ze sobą raków ale jakoś przy pomocy raczków i drzew pospinaliśmy się na górę.
Śmialiśmy się nawet, że czujemy się jakbyśmy chodzili po lodowcach. Z tą małą różnicą, że tu nie ma szczelin lodowcowych a my nie mamy sprzętu na lodowce. Tak to jest....nigdy nie wolno przeceniać Adirondack. Jak już wspominałam te góry zawsze mają jakąś niespodziankę przygotowaną. Tym razem były to oblodzone, prawie pionowe skały przed którymi stajesz i myślisz....hmmm.....co teraz. Ten moment hiku jest najlepszy. Po pierwsze musisz troszeczkę pomyśleć, jak to zrobić. Po drugie masz idealne rozciąganie. A po trzecie jak to zrobisz to mówisz...”muszę się za to napić” i sięgasz po rurkę do wody.
Każda wspinaczka kończy się nagrodą. Sam hike i droga jest „nagrodą” ale jak stajesz na szczycie i widzisz ten przepiękny widok to wiesz, że jesteś we właściwym miejscu, że właśnie tu należysz i to jest twoje miejsce. My mieliśmy szczęście i pogoda nam idealnie dopisała. Przepiękny słoneczny dzień. Tak więc widok był niesamowity i spędziliśmy prawie godzinę na szczycie tak po prostu siedząc i relaksując się.
Phelps należy do czterdziestu sześciu najwyższych szczytów w Adirondack. Jest on naszym dwudziestym pierwszym szczytem. Jeszcze dwie górki i będziemy w połowie ich zdobywania! Ubywa, ubywa... Jak zdobędziemy wszystkie czterdzieści sześć, to będziemy należeć do elitarnego klubu 46-er. Nie jest łatwo wszystkie zdobyć, zwłaszcza, że na niektóre musisz wyjść zimą, a na niektóre nie ma szlaków i musisz dobrze mieć opanowaną nawigację.
Po ilości samochodów na parkingu wiedzieliśmy, że będzie dużo ludzi w górach ale szczerze nie spodziewałam się, że tak dużo wybierze szczyt Phelps. Większość ludzi uderza na Marcy bo kto nie chciałby zdobyć najwyższy szczyt w stanie Nowy Jork. A tu zdziwienie. Na naszej trasie spokojnie spotkaliśmy 25 ludzi. Pewnie, każdy pomyślał, że marnować taki dzień na siedzenie w domu to grzech.
Przyszedł w końcu czas powrotu. Po oblodzonych skałach chyba lepiej wychodzić do góry niż schodzić, ale jakoś daliśmy radę. Drzewka były naszymi najlepszymi przyjaciółmi, one sobie chyba nie zdają sprawy ile razy w życiu nam pomogły.
Po lodzie przyszedł czas na błotko....no bo tam gdzie słońce było wystarczająco mocne aby pokonać lód to powstało błoto. Najpierw staraliśmy się je omijać ale było to raczej nie realne i się poddaliśmy. Na szczęście nie udało nam się tym razem zakwalifikować do konkursu kto będzie miał bardziej brudny tyłek bo oboje dzielnie się trzymaliśmy i żadne z nas nie wpadło do błotka.....a byłoby wesoło bo błotko było zacne.
Tak więc w wybłoconych butach i nogawkach spodni po około 7h hiku dotarliśmy szczęśliwie do mazdy. Podobno idąc na parodniowy hike pytanie czy będziesz mieć odciski nie istnieje. Jest to tak oczywiste, że będziesz mieć, że właściwe pytanie brzmi: ile odcisków będziesz mieć. Po dzisiejszym hiku zrobiliśmy kolejne udoskonalenie tego pytania.....nie ważne ile ale ważne ile w jednym miejscu? Moje buciki miały dziś trochę humorzasty dzień i podarowały mi 3 odciski w jednym miejscu (jeden na drugim). Chyba przy takim obrocie spraw tenis który na jutro planowaliśmy odwołamy.
Wieczorkiem w hoteliku przepyszna kolacyjka (jagnięcina), winko no i padzioch....jakoś tak szybko nas zmogło do spania, że zaraz po kolacji poszliśmy do łóżka. Nie ma to jak długi spacerek na świeżym powietrzu.
W niedzielę planowaliśmy zagrać w tenisa ale zmieniliśmy plany i po pysznym śniadanku poszliśmy na spacerek wzdłuż rzeki Ausable. Śniadanie tradycyjnie zjedliśmy w Breakfast Club. Najlepsze miejsce na śniadanie w Lake Placid. Mają tam przepyszne jajka w stylu Benedykta.
Po takim obżarstwie poszliśmy na spacerek spalić trochę kalorii. Przy drodze 86 jest niepozorny parking „Flume Trail”, który jak się okazało oferuje dużo szlaków spacerowych. Można się przejść godzinkę wzdłuż rzeki albo wybrać trudniejsze szlaki i spędzić w lesie godziny wspinając się do góry.
Zdecydowanie fajna opcja na drugi, lżejszy dzień.
I tak spędziliśmy Wielką Niedzielę. Siedząc na kamieniu, podziwiając płynącą rzekę i piękne widoki. Wygrzewając się w słoneczku odpoczywaliśmy i planowaliśmy przyjechać tu znów za miesiąc, tym razem pewnie już pod namiot. Jednak Adirondack i Białe góry to zdecydowanie nasze ulubione lokalne górki. Mamy nadzieję, że wszyscy mieliście Wesołe, Pogodne i Słoneczne Święta bo tego Wam życzyliśmy z całego serca.
2016.03.12-13 Stratton i Okemo, VT
W tym tygodniu w NYC temperatura przekroczyła 20°C. Dla narciarzy oznacza to jedno – końcówka sezonu, wiosenne narty. W sumie to u nas, na północnym-wschodzie niewiele śniegu spadło w tym sezonie, więc nie wiadomo czy nie jest to ostatni wyjazd na narty. Tak więc uzbrojeni w krem do opalania, okulary przeciwsłoneczne i grill zaatakowaliśmy Vermont.
Na sobotę zaplanowaliśmy Stratton, resort w którym nie byliśmy już parę lat. Kiedyś Stratton nazywany był Aspen wschodniego wybrzeża ze względu na wysokie ceny mieszkań, nowe wyciągi i idealnie ubijane trasy. Ale to już było. Teraz Stratton nie ma już ogrzewanych chodników, wyciągi są już ponad 10 letnie, a dbanie o trasy też ma wiele do życzenia.
Wiem, że w tym sezonie jest mało śniegu, ale w niedzielę jeździłem w Okemo gdzie trasy były dużo lepsze. Nie tracąc czasu uderzyłem na szczyt, bo wiedziałem, że od południa będzie się już dość ciężko jeździć. Ludzi nawet było trochę, ale zaletą jeżdżenia samemu jest to, że można wchodzić poza kolejką i nie tracić czasu na stanie w niej. Było słonecznie, ciepło, z lekkim wiatrem a śniegu ubywało z każdą godziną.
Rano się nawet jeździło OK. Śnieg na trasach nie był jeszcze rozjeżdżony. Można było carvingiem szybko zlatywać i odpoczywać na krzesełkach opalając się.
Jak nasi znajomi koło południa do nas dotarli, to już niestety warunki nie były takie fajne. Narciarze zeskrobali śnieg z tras więc lód był wszędzie. Porobiły się też duże, mokre muldy co dodatkowo utrudniało jazdę. Około trzeciej po południu nogi powiedziały, że wystarczy tej zabawy i trzeba odpocząć przy grillu w hotelu. Tak też uczyniliśmy i relaksowaliśmy się cały wieczór w miłym towarzystwie zajadając przepyszną kolację.
Niedziela - Okemo
Ten resort jest już nam bardzo znany. Jeździmy tam często, bo widać, że gospodarze o niego dbają i ciągle inwestują w nowe technologie.
Niestety nie było pierwszego krzesełka, bo ktoś kiedyś wymyślił zmianę czasu na czas letni. I to nas zaatakowało dziś rano. Z lekkim opóźnieniem, ale pełen sił wyruszyłem podbijać Okemo. Trasy narciarskie były znacznie lepiej przygotowane niż wczoraj w Stratton. Znajdowało się na nich więcej śniegu, który nawet skutecznie przykrywał lód i kamienie.
W Okemo odbywały się jakieś zawody, więc dużo ludzi była w głównej części góry. Pojechałem do South Face gdzie prawie nikogo nie było. Śnieg był mokry, ale było go dużo i był fajnie przez ratraki ubity. Jeździłem tam aż do południa ciesząc się z super pogody, braku ludzi i dobrych warunków śnieżnych jak na ten okres. Na niektórych trasah widać jednak było potężne braki śniegu. Tam gdzie nie było sztucznego zaśnieżania, to wiosna już była na całego.
Później pojechałem do Jackson Gore gdzie warunki też były ok. Było już po 12, wiosenne muldy się pojawiały, ale były malutkie. Widać, że jak jest mało narciarzy to trasy o dobrej kondycji mogą nawet być do popołudnia. Tutaj też parę razy zjechałem i zacząłem się posuwać w kierunku głównej części, gdzie planowaliśmy zrobić wiosenny piknik na łonie natury.
Siedząc tak, zastanawialiśmy się czy to czasem nie będzie nasz ostatni wyjazd na narty w tym sezonie. Za trzy tygodnie planujemy jeszcze jeden wyjazd na narty, ale po ilości śniegu jaka jest w górach, to różnie z tym może być. Jak rozmawiałem z lokalnymi na wyciągach to mówili, że nie pamiętają tak słabego sezonu narciarskiego. Opady śniegu były 4-5 razy mniejsze niż średnia roczna jaka jest w tym rejonie.
Dwa tygodnie temu we Francji narzekałem na nadmiar tego białego skarbu, a teraz narzekam na jego brak. Jakoś Matka Natura w tym sezonie „troszkę” to nierówno podzieliła. Obiecałem też sobie, że już nigdy więcej nie powiem, że jest go ZA DUŻO!!! Lepiej się męczyć z jego nadmiarem, niż patrzeć na trasy jak kwiatki rosną.
2016.02.28 Turyn, Włochy
Turyn lub Torino – jak kto woli – był pierwszą stolicą zjednoczonego państwa Włochy. Już w 1870 roku stolica została przeniesiona do Rzymu jednak Turyn zawsze pozostał stolicą kulturową i literacką. Co wam przypomina ta historia? Tak zgadliście....brzmi trochę jak Kraków. Podobnie jak Kraków, Turyn był kiedyś stolicą ale zapamiętany jest najbardziej z bohemy i całego światka kultury i nauki. Tak więc po tych znikomych informacjach trochę spodziewałam się czegoś na wzór Krakowa. I może częściowo można znaleźć podobieństwa ale tylko znikome.
Jako, że Turyn jest stolicą Piemontu to nie mogliśmy nie odwiedzić sławnych tam winiarni w Barolo i Barbaresco. Tak więc jak już wiecie sobotę spędziliśmy w winiarniach i do Turynu przyjechaliśmy dopiero wieczorem. Po przygodach w zeszłym roku z jeżdżeniem po wąskich europejskich uliczkach stwierdziliśmy, że nie ma co się pchać do samego centrum samochodem i wzięliśmy hotel poza starym miastem. Tak więc w sobotę wieczorem przyjechaliśmy do Turynu ale przygodę z tym miastem dopiero zaczęliśmy w niedzielę.
Turyn jest słynny z czekolady, kawiarni i kawy...no i jeszcze z Całunu Turyńskiego. O ile całun jest ciężko zobaczyć bo wystawiany jest tylko na specjalne okazje o tyle kawiarnie można znaleźć na każdym kroku. Początkowo nas to ekscytowało ale potem jak przyszła pora lunchu i nie mogliśmy znaleźć nic otwartego poza sklepami z ciastkami to już przestało nas fascynować. Tak więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od kościoła „Santuario Della Consolata”. Kościół piękny....byliśmy tylko w tym jednym kościele więc ciężko nam stwierdzić czy najładniejszy.
Zaraz na przeciwko kościoła jest kawiarnia – mówiłam, że one są wszędzie. Jak powiedziałam Darkowi, że tam mamy iść to najpierw się zaczął śmiać a potem grzecznie stanął w kolejce. Normalnie nie lubimy chodzić po miejscach gdzie są kolejki. Ale skoro Caffe Al Bicerin jest pierwszym miejscem, które zaczęło serwować ich popularny napój to nie mogliśmy przejść obojętnie obok tego miejsca. Bicerin to tradycyjny napój wymyślony w Turynie. Jest to gorąca gorzka czekolada z kawą espresso i bitą śmietaną. Bardzo dobre. Z początku obawiałam się, że będzie za słodka ale okazała się idealna. Dla Darka może nawet była za mało słodka.
Na szczęście jest to tylko kawiarnia więc ludzie nie przesiadują tu godzinami więc udało nam się dostać stolik w miarę szybko. Kawiarnia powstała w 1763 jako sklep z kawą i czekoladami. Później około 1800 roku został zmieniony wystrój i powstała kafejka, którą znamy do dziś. Pomimo, że menu jest dość obszerne to większość ludzi pije wspomniany już Bicerin. Podejrzewam, że teraz jest to miejsce bardziej turystyczne i ludzie nie przesiadują tu godzinami. Dziesiątki lat temu było całkiem inaczej. Śmietanka towarzyska, znawcy literatury, pisarze i inni filozofowie wysiadywali tu godzinami tworząc i rozmawiając. Do najsłynniejszych gości należał Aleksander Dumas, Puccini i Nitzsche.
Kawa zdecydowanie dała nam dodatkowej energii i ruszyliśmy zwiedzać miasto. Samo stare miasto / centrum nie jest za duże. Można spokojnie je przejść wzdłuż i wszerz w jeden dzień. Było poza sezonem i pogoda nie dopisywała więc nie było tłumów na ulicach.....w sezonie musi tu być ich bardzo dużo. Przecież miasto z tak obszerną historią każdy chce zobaczyć.
Na nas to miasto wywarło mieszane uczucie. Mamy wrażenie, że nie do końca potrafi się odnaleźć. Miasto to chce być tak duże i popularne jak Rzym czy Mediolan a z drugiej strony jest małe i przypomina bardziej Aostę czy Bergamo. Tak więc zgubił już urok małego miasteczka a nie dorosło jeszcze do bycia wielkim miastem.
Turyn słynie z dużej ilość muzeów, placów (plazza) i oczywiście fabryki Fiata. W Turynie znajduje się największe muzeum Egiptu (poza Kairem). My jednak woleliśmy poznać bardziej Włochy więc postanowiliśmy się wybrać do muzeum motoryzacji. Muzeum to jest na obrzeżach starego miasta więc aby tam dojechać musieliśmy wsiąść metro. I tu zaskoczenie....o ile budynki w starym mieście są pomalowane w jakieś niechlujne graffiti o tyle metro wygrywa swoją czystością. Widać, że jest ono nowe (powstało w 2006 roku) i nowoczesne. Co prawda póki co ma tylko jedną linię ale jest ona sterowana komputerowo więc pociągi jeżdżą płynnie i punktualnie.
Po Nowojorskim metrze byliśmy w szoku jak czyste jest ich metro. Oczywiście perony są zamykane więc nie ma dostępu do torów. Zdecydowanie ułatwia to utrzymanie czystości na torach. Nie ma śmieci na torach, które łatwo się palą. Nie ma wypadków i opóźnień. A do tego w lecie stacje mogą być klimatyzowane....same plusy.
Muzeum motoryzacji bardzo nam się podobało. Są to 3 piętra pokazujące całą historię produkcji samochodów. Idzie się wzdłuż linii czasu oglądając jak zmieniało się podejście do motoryzacji, jak zmieniało się projektowanie auta i jak historia i różne wydarzenia sprawiały, że samochody rozwijały się w takim a nie innym kierunku. Szczególnie widać to podczas wojny kiedy to delikatne, królewskie (prawie karety) samochody przemieniły się w duże samochody, które poradzą sobie z każdą drogą...tak teraz znamy je jako Jeep.
Udało nam się nawet spotkać starego dobrego trabanta, który miał jeszcze naklejkę z ubezpieczenia Warta i pisało na niej po polsku. Widać, że ten eksponat odkupili od jakiegoś polskiego kolekcjonera.
W muzeum można spędzić godziny i nawet się nie czuje kiedy czas leci. Za każdym rogiem pojawia się jakiś ciekawy okaz i historia powstania. Zdecydowanie fajnie było zobaczyć całą historię motoryzacji ale to co nas zaskoczyła to przyszłość. A może nie doszła przyszłość. Czy wiedzieliście, że pierwsze samochody elektryczne były już w latach 90' tych?
A samochody na baterie słoneczne? Też już stworzyli. Coś co nam się wydaje realną przyszłością okazuje się dość świeżą przeszłością.
Muzeum nie zapomina też o ludziach, zarówno tych co tworzyli jak i tych którzy pokazują non-stop na co stać te maszyny. Mówię tu oczywiście o Formule 1.
Prawie pół piętra poświęcone jest temu sportowi. Można dowiedzieć się więcej o kierowcach i ich samochodach.
Tak więc muzeum zdecydowanie polecamy, zresztą jak całe miasto. Wiedząc, że dużo europejskich miast najlepiej wygląda nocą to wróciliśmy do centrum aby jeszcze pochodzić, zjeść jakąś kolację i poczekać do zmierzchu. Pochodziliśmy po mieście, odwiedziliśmy Porta Nuova, Piazza San Carlo, Piazza Castello i na koniec przeszliśmy się ulicą Via Po do Mole Antonelliana. Mole Antonelliana jest najwyższym budynkiem w Turynie, ma 167 m (550 ft) wysokości. Znajduje się tam muzeum filmu podobno również warte zobaczenia ale my już sobie odpuściliśmy jedno muzeum na dzień wystarczy.
Dzień ciągłego chodzenia sprawił, że zaczęliśmy dość intensywnie myśleć o jedzeniu. A tu niespodzianka....jedyna otwarta restauracja to McDonald. Upsss....... Jest dużo miejsc gdzie można usiąść ale wszystkie to ciastkarnie, cukiernie i inne kawiarnie. Co śmieszne one serwują alkohol. Z drugiej strony to fast foody, frytki i inne hamburgery. No nic, przekąsiliśmy szybkiego „szczura” i zdecydowaliśmy się na kolację w hotelu.
Turyn.....ciekawe miasto. Historycznie bardzo bogate, głównie ze względu na całun turyński jak i królewską historię. Miasto, które przeżyło bum w czasach rozwoju motoryzacji. Niestety Włochy podupadły w produkcji samochodów i zostały zepchane na dalszy plan. Aktualnie miasto ma duży potencjał i myślę, że za parę lat się odnajdzie i stanie się kolejnym pięknym europejskim miastem z bogatą historią i przepiękną architekturą.
2016.02.27 Barolo i Barbaresco, Włochy
Tak jak wczoraj Ilonka opisała, pożegnanie z Meribel było długie i intensywne. Jak dzisiaj o 5:30 rano dzwonił budzik to nam się naprawdę nie chciało wstawać. Wyznając zasadę, że na wakacjach nie wolno się wylegiwać tylko zwiedzać, to mieliśmy już zarezerwowane pierwsze spotkanie z właścicielem winiarni w Piemont we Włoszech na 11 rano. Czas jaki jest potrzebny żeby tam się dostać to około 4 godziny samochodem. Właściciele pensjonatu nawet nie chcieli słyszeć, że wyjedziemy od nich głodni, już powstawali razem z nami i przygotowali nam pożegnalne śniadanie. Croissanty oczywiście. Bardzo miło z ich strony. Są to ludzie, którzy są tak zakochani w Meribel i swoim kraju, że nawet nie chcą słyszeć, że gdzie indziej może być ładniej albo lepiej. Francja jest najlepsza i koniec!!! A Meribel jest super położone górskie miasteczko w którym się najlepiej czują. Opowiadali nam trochę o tym miasteczku. Jest małe, mieszka około 2,000 ludzi, a na zimę liczba ta się podnosi do 40,000 ludzi i jest wypełnione po brzegi (po góry).
Około 7 rano wyjechaliśmy i po 20 minutach zjechaliśmy na dół gdzie przywitała nas wiosna. Wjechaliśmy na autostradę i udaliśmy się w stronę Włoch. Geograficzna granica przebiega w 13-to kilometrowym tunelu du Fréjus. Jest to czwarty co do długości tunel samochodowy w Europie, a dziesiąty na świecie.
Wjeżdżając do tunelu od strony francuskiej było ładne słoneczko i plus parę stopni. Po stronie włoskiej niespodzianka. Zima z dużymi opadami śniegu, które towarzyszyły nam przez wiele kilometrów, zanim nie zjechaliśmy niżej. Potem był już deszcz, który lał przez cały dzień. Myślałem, że w Piemont będzie cieplutko, chyba się jednak pomyliłem.
Mieliśmy umówione dwa spotkania w dwóch najsłynniejszych wioskach jakie produkują wina w Piedmont. Jedno w Barbaresco, a drugie w Barolo. Winiarnia Cascina Bruciata w Barbaresco była pierwsza na naszej liście. Francesco, który jest odpowiedzialny za produkcję win przywitał i oprowadził nas po wszystkich zakamarkach winiarni.
Ja go już wcześniej poznałem, jak był w moim sklepie w Nowym Yorku. Bardzo dobrze mówi po angielsku (pracował przez cztery lata w winiarni w Virginii), więc ze szczegółami opowiadał nam historię winiarni, a także sposób w jaki produkuje wina.
Wina dopiero produkują od 2000 roku. Wcześniej, przez ponad 100 lat mieli plantacje winogron ale je sprzedawali innym winiarnią. Aktualnie mają pola w wielu miejscach w Barbaresco, Langhe czy nawet Barolo. Francesco nam dokładnie tłumaczył jak bardzo miejsce z którego zbierasz owoce wpływa na jakość wina.
Oczywiście inne czynniki takie jak rodzaj gleby, kąt nachylenia i kierunek stoku, wyżej czy niżej na górce, ilość zebranych winogron, czas i temperatura w jakich się zbiera......mają również duży wpływ na jakość wina. Winiarnia jest mała, produkuje około 30,000 butelek wina rocznie. Stawiają na jakość, a nie na ilość. Parę ich win już testowałem w NY, ale wszystkie niestety nie wysyłają do Stanów. Dzisiaj mieliśmy okazję spróbować ich wszystkich produktów.
Francesco co chwilę otwierał kolejną butelkę, polewał i opowiadał. Z jaką energią i entuzjazmem on to wszystko robił widać było, że wina to jego życie i pasja. Zaczęliśmy od lekkich jak Barbera D'Alba czy Lange Nebbiolo, a skończyliśmy na Barbaresco Reserva. Niektóre wina były już dobre do picia, a niektóre jeszcze wymagały parę lat poleżenia w butelkach dla lepszego balansu, zmniejszenia cierpkości i pełniejszego (innego) smaku. Próbowaliśmy też bardzo lokalnych szczepów jak Freisa. Podobne do Nebiollo, lekki czerwony kolor i dużo tannins kiedy wino jest młode.
Tak można by godzinami siedzieć i gaworzyć, ale niestety o 14 godzinie mieliśmy kolejne spotkanie w innej wiosce, Barolo. Francesco ma być pod koniec roku w NY, więc na pewno się spotkamy i po testujemy nowych roczników win. Zakupiliśmy parę butelek i udaliśmy się w dalszą drogę.
W Barolo mieliśmy umówione spotkanie z właścicielem jednej z najlepszych winiarni z tego rejonu, z panem Enzo Brezza. Wina Brezza są słynne na całym świecie i produkowane od XVIIII wieku. Wizytę oczywiście rozpoczęliśmy od zwiedzania winiarni, która jest ponad trzy razy większa od Cascina Bruciata i produkuje około 100,000 butelek rocznie. Wydawało nam się to dużą liczbą, ale jak się później dowiedzieliśmy to nie jest to wysoki numer. Są winiarnie co produkują znacznie więcej.
Enzo na początku trochę był nieśmiały, ale później się rozkręcił jak zauważył, że my fajni jesteśmy, lubimy wina i coś tam na nich się znamy. Zaczął opowiadać nam ciekawostki i zaprowadzał coraz to w dalsze zakamarki piwniczek.
W końcu zaprowadził nas do swojego biura i powiedział, że teraz czas na coś przyjemnego, czyli testowanie jego produktów. Nie pamiętam ile dokładnie rodzajów win tam było, ale na pewno było ich kilkanaście.
Próbowaliśmy nawet białe wino (Chardonnay), co jest unikatowe w tych rejonach. Nie było to WOW wino, ale jeśli chodzi o cenę do jakości to dostało dużo punktów. Jak zwykle na początek zostaliśmy "poczęstowani" lekkimi winkami, jak Barbera czy Dolcetto. Potem poszły cięższe działa z Nebbiolo a skończyliśmy na Barolo. Właściciel może wszystko, więc "dokopał" się do Barolo Riserva, a nawet do Barolo z pojedynczych plantacji. Ale to były ciężkie działa. Po paru takich winach mieliśmy tak sucho w ustach, że dużo wody trzeba było pić. Wina z Barolo, jak i z większości winiarni w Piedmont wymagają jedzenia, żeby je w pełni dowartościować. Oczywiście znowu zakupiliśmy parę i miejmy nadzieję, że celnicy w NY nie będą się za bardzo czepiać, bo już tego trochę z nami leci. A zakupiliśmy najlepsze roczniki z ostatnich 15 lat. Ciężko jest je dostać w Stanach, a jak już są to duzo..$$$!!!
Posiedzieliśmy z Enzo, pogadaliśmy, jeszcze trochę innych winek znalazł i tak nam mile płynął czas. Włosi już o wiele mniej wina piją niż kilkadziesiąt lat temu. Konsumpcja win spadła prawie trzykrotnie. Dawniej to codziennie wino w domu było otwierane i każdy pił, nawet dzieci. Teraz jest trochę inaczej. Ceny win poszły w górę, gospodarka włoska nie stoi na najlepszym poziomie, więc mniej ludzi stać na codzienną butelkę. Ludzie mają mniej czasu na popołudniowy relaks przy winie, a jak mają czas to czasami sięgają po piwo, whisky czy inne alkohole. Azja zwiększyła konsumpcje win, więc Enzo rozpoczął eksportowanie jego produktu na ten największy kontynent. Także Stany stały się już trzecim co do wielkości konsumentem wina na świecie, więc producenci z Europy szukają tam rynku zbytu. Enzo mówił, że ma parę win w Stanach. Muszę poszukać ich i mieć je w sklepie. Są naprawdę dobre.
Oczywiście jak odjeżdżaliśmy od winiarni Brezza to dalej padał deszcz. Ponoć to dobrze dla tego rejonu, bo ostatnio było sucho, a to nie jest dobre dla winnic. Niestety zwiedzanie okolic w deszczu nie należy do przyjemności, więc udaliśmy się prosto do Turynu, do którego mieliśmy jakąś godzinkę. Miejmy nadzieję, że te opady deszczu, a w górach śniegu odpowiednio nawodnią glebę i rocznik 2016 w Piedmont będzie super rokiem i za parę lat (najwcześniej w 2022, a najlepiej w 2026 lub później) otworzymy jakieś Barolo z 2016 do pysznego steaku.
2016.02.26 Les 3 Vallees, Francja (dzień 7)
Ostatni dzień naszej przygody z Alpami. Tydzień temu w Sobotę wieczorem zajechaliśmy do tego nieznanego miejsca. Przez ten tydzień poznaliśmy je dość dobrze a nadal czeka nas dzisiejszy dzień. Jak już wcześniej pisałam na którymś blogu. Resort ten żyje w tygodniowych turnusach. Tu się nie przyjeżdża na weekend tylko na tydzień. Tak więc co piątek jest impreza na ulicy aby pożegnać ludzi wyjeżdżających....ciekawe co to będzie i co nas czeka. Wiedząc, że różnie może się skończyć nasz ostatni dzień, postanowiłam spakować nas rano i wyjechać w górki dopiero później. Tak więc Darek z samego rana korzystając ze słońca poszedł w górki. I tak opisuje swoje ostatnie szusowanie w alpejskim śniegu:
“Ostatni (szósty) dzień na nartach. W końcu się rozpogodziło i wyszło słońce. Przez sześć dni miałem dwa i pół dnia z ładną pogodą. To ponoć nie jest najgorzej jak na te tereny. Przez tydzień potrafi tu sypać cały czas i narciarz ani raz nie zobaczy słońca. W wysokich górach o dobrą pogodę może być ciężko. Częste opady, chmury, mgły, no i oczywiście wiatr.
Dziewiąta rano, a ja już na jednym z pierwszych krzesełek jadących na zachód, do Val Thorens. Krzesełka jadą tak szybko jak gondole, a nie trzeba nart ściągać, a w taką pogodę to przecież chyba nikt nie chce być zamknięty w pomieszczeniu.
Droga do najwyżej położonego resortu w Europie zajęła mi 1,5 h. To nie była byle jaka droga. Parę dni temu jak tu jechałem to prawie nic nie widziałem i byłem zmuszony jechać po trasach. Dzisiaj unikałem tras, bawiłem się w puchu, którego przez ostatnie cztery dni DUŻO tutaj nasypało.
Nogi za bardzo mnie nie lubiły za ten pomysł, ale od jutra im obiecałem, że będzie przerwa od nartek. Cisza, spokój, z dala od ludzi. Czasami jakiś inny zabłąkany narciarz przejeżdżał i jechał gdzie go narty niosły. Snowbordziści by pewnie mieli raj w takich warunkach, ale tutaj, jak i w innych europejskich resortach jest ich bardzo mało. Ponoć parę lat temu było ich więcej, ale widać, że moda na jedną deskę już odchodzi od Europy. W końcu po półtorej godziny jazdy od Meribel ukazał się Val Thorens. Zupełnie inaczej wygląda w słońcu niż jak go widziałem parę dni temu w chmurach.
Moim głównym celem dzisiejszej wyprawy nie był Val Thorens. Chciałem znaleźć czwartą dolinę w trzech dolinach. Gospodarze pensjonatu w którym mieszkamy, mi o niej powiedzieli. Z Val Thorens jeszcze musiałem wsiąść trzy wyciągi dalej na zachód. Im wyżej jechałem tym bardziej wiało. Tu chyba często wieje, bo nawet wyciągi mają przystosowane na duże wiatry.
Sypało przez cztery dni, teraz przyszedł wyż, więc przyciągnął ze sobą duże wiatry. Coś zawsze musi być żeby nie było za pięknie.
Jak zwykle ze szczytów są przepiękne widoki w każdym kierunku. Wielkie pola lodowcowe, a na nich parę śladów odważnych narciarzy, które znikały gdzieś w dolinach. Ja nie zważając na wiatr wjechałem do czwartej doliny. Zdziwiłem się, bo zaledwie po paru minutach jazdy wiatr zupełnie ustał i zrobiło się tak przyjemnie cieplutko.
Po śniegu widać było, że ta dolina jest bardziej nasłoneczniona. Śnieg był cięższy, bardziej podtopiony, co utrudniało zabawę poza trasami. Ludzi tutaj było znacznie mniej, widać, że nie każdy tu trafia. A powinien, bo są tutaj potężne pola do zabawy, a także długie trasy do szybkiego carvingu.
Bawiąc się na niebieskich i czerwonych trasach dostałem smsa od Ilonki, że Meribel szykuje się na imprezę pożegnalną wakacjowiczy. Z reguły ludzie tu przyjeżdżają na tydzień, od soboty do soboty, a dzisiaj jest piątek. Wiedząc, że do mojej wioski mam jeszcze dużo kilometrów zacząłem wracać. Przejeżdżając przez Val Thorens znowu zaczęło wiać na maxa, a jak wjechałem do naszej doliny to wiatr ustał. Wysoko położony resort ma też swoje minusy.”
Pogoda dziś była przepiękna i aż grzechem byłoby siedzieć w domku. Tak więc jak naszybciej po spakowaniu nas ruszyłam na spacerek po mieście a potem na szczyt La Saulire. Tam sobie troszkę połaziłam, posiedziałam i popodziwiałam widoki. Widać, że każdemu pogoda się udzieliła i panował bardziej nastrój spring skiing. Dużo ludzi też się poprzebierało w wygodne i mniej wygodne kostiumy.
Pomimo, że Darek był na drugim końcu resortu i spotkać mieliśmy się dopiero za jakieś 2h to ja nie miałam za dużo czasu. Już o 1:30 w słynnej knajpie na stoku jest „przedstawienie”. La Folie Douce – jest restauracją/barem/klubem położonym przy trasie i środkowej stacji wyciągu Saulire. Około południa miejsce to jest przystanią na lunch. Potem jest „teatrzyk” czyli grupa tancerzy przy pomocy modern dance przedstawia jakąś historię. Trwa to około 30 minut a potem kolejne 30 minut przerwy i drugie przedstawienie.
Wiedząc, że im póżniej tym więcej będzie ludzi chciałam zobaczyć ten show jak najwcześniej. I rzeczywiście się opłacało. Zespół super tańczył, zmieniał choreografię, kostiumy, piosenki non-stop. Ogólnie bardzo mi się podobało i pomału się rozkręcałam do imprezy.
Ludzie nadal głównie jedli więc sala aż tak nie szalała. Sama knajpa wywarła na mnie dwojakie wrażenie. Z jednej strony duży fajny lokal położony w idealnym miejscu. Muzyka może trochę dla młodszych i bardziej techno ale miała też dobre momenty. To co mi się nie spodobało to po pierwsze część i to dość duża jest przeznaczona na jedzenie ale pomimo to ludzie przychodzą tu z dziećmi na lunche i zajmują miejsca przy barze. Po drugie nawet szkółki tu przychodzą. A po trzecie, jest część wydzielona dla VIP. Pewnie stolik tam się dostaje jak się uiści małą opłatę. No może nie taką małą bo widziałam jak nieśli tam wanne szampana. To jeszcze jest OK....ale troszkę śmiesznie się patrzyło na tych bogaczy. Tak więc ta knajpa chce być wszystkim. A jak wiadomo jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego.
Tak wiec nie mogąc znaleźć miejsca siedzącego, po przedstawieniu poszłam znów na trasy podziwiać widoki i latających paralotniarzy. Było jakoś tak przyjemniej. Muzyka i tak dolatywała z knajpy a ja mogłam się delektować widokiem.
W końcu Darek też wydostał się z Val Thorens i dołączył do mnie na lunch. Z wczorajszego dnia zostało nam dużo serów więc nie zastanawiając się długo zdecydowaliśmy się na piknik zamiast przepłacać w knajpie za odgrzewaną pizzę. Tak więc Darek dojechał do mnie na stok i oboje podziwialiśmy widoki i paralotniarzy (dziś latali w kółko), zajadaliśmy serki i piliśmy winko. A w tle nadal grała muzyka z La Folie Douce.
Jak to się mówi...nie możesz mieć opinii dopóki czegoś nie spróbujesz / nie zobaczysz. Tak więc wróciliśmy na chwilkę (i to naprawdę była chwilka) do La Folie Douce. Tym razem impreza się rozkręciła na dobre.
Ludzie już tańczyli na stołach, obsługa lała szampana na prawo i lewo a zespół, który wcześniej robił show teraz tańczył na balkonach czy barze. Muzyka super.....tłum ludzi niesamowity ale nadal część restauracyjna pozostała częścią restauracyjną. Żeby kupić piwo to trzeba stać w mega kolejkach. Tak więc trochę się zdziwiłam na czym oni robią kasę? Jak byliśmy rok temu w „kurczaku” w Zermatt to też impreza była super ale kelnerzy się uwijali, żeby sprzedać jak najwięcej i każdy miał drinka w ręce. Tu jednak więcej ludzi się bawiło przy samej muzyce. Może tak dużo płacą im VIP za kanapy, że reszta tłumu to tylko dodatek, żeby coś się działo....hmmm....
Ok. 16 godzinie powiedzieli „do widzenia Courchevele”. O ile ludzie z Meribel mogą spokojnie zjechać na dół nawet jak zamkną wyciągi to ludzie z Courchevele są troszkę uzależnieni od wyciągów i musieli się zmywać. Zdecydowanie ubyło ludzi w barze ale my i tak postanowiliśmy zjechać do miasteczka. Jakoś klub ten nie zachęcał nas do zostania.
Woleliśmy zjechać na dół i sprawdzić co tam się dzieje. Idąc w kierunku miasta słyszeliśmy jakąś muzykę. Darek nawet chciał wejść do dobrze znanego mu baru Barometer ale poszliśmy za dźwiękiem muzyki która skierowała nas na główny plac miasta. To tu jak się okazało był pożegnalny koncert. Zespół To The Sun fajnie grał a przy stoliku polewali grzane wino za darmo.
Byliśmy tam do końca. Nie przez wino ale przez muzykę. Naprawdę fajnie grali i aż się dziwiłam, że tak mało ludzi się bawi. Było dość dużo ludzi ale każdy stał z boku i bał się ruszyć. My za to prawie w pierwszym rzędzie bawiliśmy się wyśmienicie. Potem nawet zagadaliśmy z zespołem, który dziękował nam za przybycie. Zespół to mieszanka – Anglii, Szkocji i Francji. Ciekawe połączenie. Mówili, że dziś już więcej nie grają tylko idą świętować urodziny jednego z członków zespołu. Mówili nawet gdzie idą ale jakoś do nich nie dołączyliśmy.
Dla nas przyszedł czas na kolację. Na pożegnanie chcieliśmy jeszcze raz zjeść Raclette. Tak więc uderzyliśmy do dobrze nam znanej restauracji La Galette. I tu niespodzianka. Wchodzimy, dostajemy fajny stolik podchodzi kelnerka, która parę dni temu nas obsługiwała i mówi „Wy daliście opinię na TripAdvisor?”. Uppsss....no to nieźle pomyśleliśmy i oczywiście potwierdziliśmy. Trochę zdziwieni, że nas skojarzyła. No tak stajemy się sławni. Potem całą kolację się zastanawialiśmy co myśmy właściwie napisali w tej recenzji. Wiedzieliśmy, że dobrze ale ciekawiło nas jak bardzo chwaliliśmy kelnerkę. Chyba jednak im się spodobała recenzja bo nie dość, że dostaliśmy największy kawał sera i dużo więcej dobrych wędlin to jeszcze na koniec pani przyniosła nam po kieliszku jakiegoś lokalnego alkoholu...nie był najlepszy ale liczy się gest.
Ser był jak zwykle przepyszny i już tym razem wiedzieliśmy, że objemy się serem na maksa więc zamiast piwa które tylko nas zapełni wzięliśmy winko, znane nam już Chateauneuf Du Pape. Za wino to w restauracji zapłaciliśmy 60 EUR dla porównania tyle kosztuje w sklepie w NY, a za połowę tego można kupić butelkę w sklepie w Meribel. Wino nam to tak bardzo zasmakowało, że jedna butelka leci z nami do domu.
Wieczór skończyliśmy w Barometrze (Barometer). Parę dni temu Darek chciał wyjść z tamtąd ze szklanką ale przekonałam go żeby się spytał ile kosztuje i w końcu kupił ją za 5 EUR. Dzięki temu mogliśmy spokojnie wrócić tam i jak się okazało tu też nas pamiętali. A im jeszcze nie daliśmy oceny na TripAdvisor. Hmmm....chyba jednak jesteśmy unikatowi. Skoro już nas poznali to nie mogło się obyć bez rozmowy z właścicielem. Jak się okazało jest on Anglikiem, który pół roku jest w Meribel gdzie zarabia pieniądze a potem leci na pół roku do Californi ją wydawać.....to się nazywa życie.
I takim o to sposobem pożegnaliśmy Meribel. Żegnaliśmy cały czas mając buty narciarskie na nogach i raki w plecaku. Resort niesamowity. Ogromne tereny do jeźdżenia na nartach. Nie ma szans, żebyś się nudził i jeździł tymi samymi trasami. Widać miejscami przepych a miejscami ludzi, którzy mają swoje kanapki na lunch bo oszczędzają, żeby tylko móc jeździć po tych wspaniałych terenach. Zdziwiła mnie ilość Anglików i Rosjan. Rosjan się totalnie nie spodziewałam, Anglików nie spodziewałam się tak dużo jako właścicieli i pracowaników barów. Meribel zdecydowanie polecam jako bazę noclegową. Nie mieliśmy ski-in / ski-out ale autobusy jeździły w miarę często a na nogach też nie było daleko. Mieszkaliśmy u Pani na kwaterach prywatnych więc poznaliśmy prawdziwą Francuską gościnność. Może czasami mieliśmy dość croissantów, które codziennie dostawaliśmy na śniadanie albo pytań za każdym razem jak wracaliśmy do domu:
„So how was it? What did you do?” / „To jak było? Co robiliście?”
Ale Pani poprostu starała się być miła a my nie powinniśmy narzekać bo zawsze mówimy, że trzeba być otwartym na kulturę innych i starać się jak najwięcej rzeczy robić jak lokalni. Więc zajadaliśmy codziennie croissanty marząc o prawdziwej jajecznicy.
2016.02.25 Les 3 Vallees, Francja (dzień 6)
Czy może być za dużo śniegu? Ci z Was którzy nie lubią nart czy innych sportów zimowych pewnie stwierdzą, że oczywiście. Ale czy narciarz może stwierdzić, że jest za dużo śniegu? Chyba dziś właśnie nastąpił taki dzień, że pytanie to mocno chodziło nam po głowie....zarówno mojej jak i Darka. Całe wschodnie wybrzeże w stanach modli się o śnieg a tu sypie non-stop już od paru dni. W takiej Japonii to chyba musi w ogóle sypać od Świąt do lutego non-stop.
To jak znajomi z NY...mamy przywieść trochę śniegu w walizkach ;)
My się jednak nie poddawaliśmy i ruszylismy w drogę, odkrywać kolejne zakątki tego ogromnego resortu. Ja zrobiłam drugie podejście do słynnego resortu Courchevel. Z jednej strony myślałam, że po co będę tam jechać skoro markowe, drogie sklepy mam codziennie na 5 alei w NY ale z drugiej strony jak człowiek nie zobaczy to nie może mieć zdania...no więc pojechałam. Wzięłam największą gondolę, najbardziej wypasioną i pojechałam oglądać ten przepych.
Myślałam jeszcze zrobić jakiś hike ale pogoda nie wiele się zmieniła od wczoraj i dalej były duże mgły i słaba widoczność więc olałam hike. Ale wracając do rzeczy....Courchevel – szóste najdroższe miejsce na świecie pod kątem cen nieruchomości za metr kwadratowy. Średnia cena to 37tys EUR za metr kwadratowy. Tak – dobrze widzicie, w niektórych krajach można za to kupić mieszkanie a tu tylko metr kwadratowy. A my narzekamy, że mieszkania w NY są drogie. No to skoro miasto to przyciąga tak bogatą klientelę to nie może nie posiadać pięcio (czy sześcio) gwiazdkowych hoteli. No i oczywiście restauracji i sklepów największych projektantów mody. Resort ten posiada 11 hoteli pięciogwiazdkowych a także 2 hotele sześcio-gwiazdkowe. System 6 gwiazdek został wprowadzony we Francji dla hoteli pałacowych. W całej Francji 8 hoteli dostało to wyróżnienie z czego 2 znajdują się w Courchevel. Te pałace (6*) znajdują się w części Jardin Alpin do której już dziś nie dojechałam ale pewnie i tak hotele są tak ogrodzone, że nic się nie zobaczy.
Szczerze? Samo miasteczko nie wywarło na mnie żadnego WOW wrażenia. Jest podzielone na część tańszą ze “zwykłymi sklepami” jak Tommy Hilfighter i na tą bogatszą z Louis Vitton. Jak to bywa w takich sytuacjach większy nacisk jest położony na hotele, restauracje i sklepy a nie na wyciągi, trasy itp. Tak więc jeśli chodzi o bazę wyciągów to nawet bym powiedziała, że mają trochę stare i zdecydowanie nowsze i ładniejsze są u nas w Meribel. Nawet przy wyciągach nie ma map z trasami tylko są reklamy zegarków, samochodów i innych ekskluzywnych rzeczy.
A teraz się pewnie zastanowicie kto właściwie tam przyjeżdża. Na pewno dużo sławnych ludzi a poza tym....podobno dużo rosjan. Zwłaszcza w czasie ich świat (połowa stycznia). Rosjan tu rzeczywiście jest dużo. Śmiejemy się, że pierwszy język to angielski, drugi rosyjski a dopiero trzeci to francuski.
Teraz prawie pod sam koniec naszego pobytu tu mamy przekrój wszystkich miasteczek i zdecydowanie cieszymy się z naszego wyboru. Meribel. Nasze miasteczko, położone jest w centrum (środku) tego reosrtu. Tak więc zarówno można dojechać stąd do Courchevel jak i do Val Thorens. Nasze miasteczko upodobali sobie Anglicy więc i nie można narzekać na ilość młodych ludzi, barów i restauracji. Co nas dziwi to fakt, że w większości miejsc (tych tańszych) kelnerzy i barmani to anglicy. Że właściciel anglik to nas nie dziwi ale, że cała załoga to anglicy....hmm....wygląda, że przyjeżdżają na sezon i pracują tu. Do tego znają francuski....nadal w końcu francuzów się tu spotyka.
Inne miasteczka, niżej też nie mają najgorszego dojazdu do tras narciarskich i zdecydowanie są tańsze ale nie ma tam prawie życia i każdy jest zamknięty w swoim pokoiku. Przynajmniej takie miałam wrażenie dwa dni wcześniej w Les Allues ale mogę się mylić. Może po zmierzchu całe miasto się budzi.
Zawiedziona Courchevel postanowiłam wrócić do naszego miasteczka. Nie ma to jak małe własne podwórko. Poszwędałam się jeszcze tu i ówdzie, aż dołączył do mnie Darek i postanowiliśmy znów odwiedzić Meribar. Pomimo, że wczoraj kelnerki nie popisały się i obsługa była do kitu to ich żeberka tak ładnie wyglądały, że postanowiliśmy dać im drugą szansę. Dziś nawet nie było najgorzej. Nowe kelnerki, dużo milsze i szybsze.
Pogoda nie zachęcała nas do krzątania się po mieście więc odwiedziliśmy tylko jeszcze sklep z serami, zaopatrzyliśmy się na kolację w sery, wędlinki i wróciliśmy do naszego pokoiku. A tu czekała nas niespodzianka bo Pani przygotowała nam jaccuzi i mogliśmy się fajnie zrelaksować. No i oczywiście coś na poprawę nastroju...nie mogliśmy przejść obojętnie koło Macaroons.
No bo nie każdy miał taki lekki dzień jak ja...prawda Darek?
No tak, mój dzień znowu nie był łatwy. Znowu dużo śniegu i widoczność nie najlepsza. Nartki rozpocząłem od jeżdżenia w Meribel. Trochę już znam ten rejon, więc mapa schowana w kieszenie, a ja wyszukiwałem nowych terenów.
Poźniej przejechałem do Courchevel i tam też jechałem gdzie mnie narty poniosą. Mieliśmy z Ilonką tam zjeść lunch, ale jak się dowiedziałem, że to nie nasze klimaty to wróciłem do Meribel.
W całym Les 3 Vallees jest potężna ilość instruktorów, przewodników, zwłaszcza dla dzieci. Często i wszędzie ich się spotyka. Prywatnych i grupowych. Rodzice o 9 rano oddają swoje dzieci w ich ręce, a sami sobie szaleją po górkach aż do lunchu. Na lunch je zabierają do wcześniej zarezerwowanych restauracji i tam siedzą ze dwie godziny. Później już nie jeżdżą, bo to przecież nie ma już sensu. Z reguły rezerwuje się instruktora na cały tydzień, żeby on/ona widział postępy dzieci.
W Courchevel jest tego jeszcze więcej. Tam to prawie każde dziecko ma swojego instruktora. Ciekawe ile to kosztuje. Ale przecież to nie ma żadnego znaczenia jak się mieszka w Courchevel w pięciogwiazdkowych hotelach i co rok kupuje się nowy kombinezon narciarski a potem się go tam zostawia bo za rok już będzie niemodny....
2016.02.24 Les 3 Vallees, Francja (dzień 5)
Prognozy się sprawdziły. Dużo śniegu spadło. Chciałbym napisać ZA DUŻO...!!!! Ale przecież takie określenie dla narciarzy nie istnieje.
Oczywiście słońca dalej nie ma i raczej się nie zapowiada, że dzisiaj wyjdzie. Plan na dzisiaj? Oczywiście narty!!! Ale gdzie? Nogi już trochę narzekają na cały czas jeżdżenie po nieubitych trasach. Mimo, że ratraki całą noc ubijają to i tak jest taka ilość śniegu, że za chwilę robią się wszędzie muldy. Mgła i chmury też nie pomagają. Narciarze jeżdżą znacznie wolniej, częściej zakręcając i robią jeszcze większe muldy.
Dzisiaj postanowiłem pojechać do miasteczka Val Thorens. Jest to najwyżej położony resort narciarski w Europie, znajduje się na 2300 metrów. Odkładałem go na ładną pogodę, ale prognozy mówią, że słońca już mogę nie zobaczyć, a bardzo chciałem tam sobie parę razy zjechać. Ilonka niestety tam się nie wybiera, bo obliczyła, że z naszej wioski, Meribel, musi wziąć 12 różnego rodzaju wyciągów w każdą stronę żeby tam dojechać. Zajęło by jej to przynajmniej 2 godziny w każdym kierunku. Narciarze mają troszkę ułatwione zadanie, bo mogą znacznie więcej wyciągów używać. W sumie to i tak dopiero gdzieś po dwóch godzinach dojechałem do Val Thorens.
Nie spieszyłem się, więc nie wybrałem najkrótszej drogi tylko najciekawszą. Po drugie górne wyciągi były rano pozamykane. Za dużo śniegu spadło i zagrożenie lawinowe było wysokie. Patrol musiał ładunkami wybuchowymi trochę tych lawin spuścić na dół, żeby bezpiecznie w te rejony można było jechać. W sumie i tak nic nie było widać, ale przynajmniej mogłem więcej na nartkach pojeździć. W Les 3 Vallees to chyba żaden narciarz się nie wybiera w góry bez mapy tras. Jest tu tego tyle, że co chwilę są skrzyżowania tras. A w pogodzie jak dzisiaj, to na 100% się zgubisz.
Tak jak pisałem wcześniej, wioska jest wysoko położona, cała znajduje się powyżej górnej granicy lasów. Pomyślicie, super, wielkie otwarte tereny na białe szaleństwo. Tak, zgadza się, jest tam gdzie jeździć. Niestety są też minusy. Na górze są strome, popękane lodowce, więc raczej tam się nie da jeździć. Lasy chronią od lawin, a na otwartych terenach tony śniegu mogą lecieć znacznie szybciej niż narciarz potrafi uciec. Lasy też chronią od wiatrów, a im wyżej tym bardziej wieje. Na wiatry znaleźli sposób i pobudowali specjalne wyciągi które nawet w duże wichury mogą jechać. Wagoniki są na dwóch linach i są ze sobą połączone.
Koło południa dojechałem do Val Thorens. Klasyczny alpejski kurort. Dużo charakterystycznych górskich pensjonatów i hotelików. Na dole same bary i restauracje z dużymi tarasami do opalania. Wyciągi wyjeżdżają na ponad 3200m, skąd doświadczeni mogą dalej się wspinać nawet na 3500 metrów. Wszystko mają to co narciarz potrzebuje. Bardziej mi się ta wioska podoba niż Les Menuires, którą odwiedziłem wcześniej.
Dzisiaj pogoda nie była do opalania, więc wziąłem wyciąg Funitel Peclet i wyjechałem na ponad 3000 metrów, już pod sam lodowiec. Fajny wyciąg zbudowali. Gondola na dwóch linach, która mieści ponad 30 osób w każdym wagoniku, z tego ponad 20 osób może mieć miejsce siedzące.
Myślałem, że może wyjadę nad chmury. Znowu się pomyliłem, było jeszcze gorzej. Bardzo słaba widoczność i wiatr już był odczuwalny. Pomyślałem, że przecież nie ma złej pogody jak się jest na nartach. Jest dobra i bardzo dobra. Dzisiaj była tylko dobra, więc się zapakowałem na jakieś krzesełka co znalazłem po drodze i wyjechałem jeszcze wyżej.
Zdziwiło mnie, że prawie nikt tym wyciągiem nie jechał. Jak wysiadłem, to się dowiedziałem dlaczego. Na lewo był klif i znaki żeby nie iść bo się spadnie, a na prawo była czarna strzałka z napisem lodowiec. Nie dali mi wielkiego wyboru, udałem się na lodowiec. Było tyle śniegu, że żadnego lodowca nie widziałem. Bardzo stromą czarną trasą pomału zjechałem na dól. Dalej niestety była słaba widoczność, dopiero jak zjechałem do Val Thorens, to chmury odpuściły i mogłem jeszcze parę razy już z większą prędkością sobie zjechać.
Około 14 zacząłem wracać do Meribel. Wybrałem inne trasy i inne wyciągi żeby się nie powtarzać. Widoczność nawet się zrobiła OK, więc za godzinkę z hakiem byłem w rejonach mojej wioski.
Zmęczone nogi za bardzo daleko nie chciały iść, więc na après ski poszliśmy do Meribar gdzie przy piwku i Irish coffee Ilonka opowiedziała mi jak jej dzionek minął.
"Dzisiaj postanowiłam poszukać nowych tras i uderzyć w inną część miasta. Ogólnie nie mogę tu narzekać na brak tras do chodzenia. Jest ich dość dużo i są dobrze oznakowane bałwankami (trasy zimowe). Na trasach można tez spotkać dużo ludzi.
Jak już Darek wspominał w nocy sypnęło ostro śniegiem więc nie spodziewałam się ubitych tras. Mimo to zdecydowałam się dojść do końca miasteczka Meribel a dokładnie do miejsca Meribel Altiport. Do Altiport (lotnisko) prowadzi droga ale znacznie lepsza i przyjemniejsza jest droga przez las. Altiport leży wyżej niż Meribel Centrum więc trasa pięła się fajnie do góry.
Widoczność nie była najlepsza ale fajnie się szło ośnieżonym lasem. Nawet robiłam pierwsze ślady bo nikt przede mną tu nie szedł. Od czasu do czasu chmury się rozrzedzały i był ładny widok na dolinę Meribel.
Moja trasa szybko połączyła się z innymi trasami więc i ludzi przybyło. Każdy robił to co lubi. Jedni byli na nartach biegowych inni z dziećmi i sankami zjeżdżali w dół. Im bliżej Altiportu tym więcej ludzi przybywało. Wiadomo do Altiport dojedzie się autobusem a tam jest fajny park i dużo tras o różnym stopniu trudności.
Mi spacerek zajął jakieś 1.5h a że było cały czas pod górkę to troszkę się spociłam...tak spocona i troszkę zmarznięta jedyne o czym marzyłam to coś ciepłego....i tak padło na Meribar i Irish Coffee."
Obsługa w tym barze nie była najlepsza. Kelnerki ruszały się jak by cały dzień na nartach jeździły. Przenieśliśmy się do nas na balkon, gdzie serwis i trunki były znacznie lepsze.
2010 Chateauneuf du Pape z południowego Rhone Vallee idealnie pasował do nieustannie sypiącego śniegu. Właściciele pensjonatu polecali nam lokalne wina. Savoie, tak ten rejon się nazywa, mają OK wina, próbowaliśmy paru, ale jednak nie są tak dobre jak z Rhone czy z Bordeaux.
Dzisiejszy wieczór postanowiliśmy spędzić na zewnątrz. Wpierw udaliśmy się pod dolne stacje wyciągów, gdzie miasteczko organizowało imprezę.
Następnie w ruch poszła Ilonki lista i wylądowaliśmy w tradycyjnej francuskiej restauracji, La Flambee. Obowiązkowo na przystawkę musiały być ślimaki. Nawet udało nam się wygrzebać ze skorupek całe mięsko.
Na główne danie zamówiłem sobie oczywiście steak, a Ilonka lasagne. To w połączeniu z dobrym Bordeaux, Pauillac 2012, Baron Philipphe de Rothschild dało nam energii na jeszcze jedno miejsce. Po drodze do domu wstąpiliśmy do Barometer.
Dużo lanych piw, miła obsługa, ciekawy klimat. Podczas drogi do domu oczywiście lekko padający śnieżek umilał nam spacer.
2016.02.23 Les 3 Vallees, Francja (dzień 4)
Trzeci dzień na nartach. Pogoda na dzisiejszy dzień zapowiadała się różna. Niektórzy mówili, że może być w górach słońce, niektórzy, że chmury, że na dole deszcz albo mokry śnieg, a wyżej śnieg. Rano przy croissantach gospodarze powiedzieli, że pogoda jest nieprzewidywalna, ale że raczej nie będzie wiatru, więc wszystko powinno być otwarte. Doradzili mi też, żebym sobie odwiedził kolejną wioskę, Les Menuires. Tamten rejon też ma ciekawe tereny, a jest położony o 400 metrów wyżej, czyli śnieg będzie lepszy.
Rano w Meribel była duża mgła, ale nie padało. Byłem jednym z pierwszych ludzi na wyciągu, więc bardzo szybko wyjechałem na Roc de Fer, 2290m.
Tutaj było chłodniej, śnieg był lżejszy, bardziej puszysty, a przede wszystkim więcej go było. Widoczność niestety dalej była słaba. Chociaż już wyjechałem z mgły, to niestety dalej były chmury, które ograniczały widoczność. Mając dalej plan dojechania do Les Menuires ruszyłem przed siebie. Żeby tam się dostać to jeszcze duuuużo tras i wyciągów miałem do pokonania.
Tutaj, znacznie więcej spadło śniegu niż w dolinach. Jeszcze trasy nie były rozjeżdżone, można się było fajnie bawić. Niestety nie znam tych rejonów, więc wyjeżdżanie poza trasy wytyczone tyczkami musiałem ograniczać. Bałem się, że wpakuje się w jakieś urwiska i będę musiał dużo podchodzić w śniegu po kolana. Gęste chmury na maksa ograniczały widoczność, a przy stopniu 3 zagrożenia lawinowego (dzisiaj rano podnieśli z 2 na 3), trawersowanie terenów nie widząc co jest nad i pod tobą nie należy do mądrych decyzji.
Opady śniegu mają też swoje plusy. OK, rozumiem, każdy z nas lubi jeździć w słoneczku, ale przecież kiedyś ten śnieg musi spać. Najlepiej żeby sypało w nocy, a od rana było słoneczko, ale nasz świat niestety nie jest idealny i czasami (albo nawet cały tydzień) sypie w dzień. Nie ma tego złego co by na lepsze nie wyszło i w końcu mogłem moje szerokie nartki wykorzystać. Jeszcze mi dużo brakuje do idealnego fruwania w puchu, ale zdecydowanie szerokie nartki prowadzą mnie w tym kierunku. Znacznie wyżej jadę, nie zapadam się tak głęboko pod śnieg, co o wiele ułatwia zakręcanie.
W końcu dojechałem do Les Menuires. Miasteczko położone na wysokości 1850m. Jest mniejsze niż Meribel, a chyba ma więcej dużych hoteli. Nie do końca mi się spodobało. Nie ma takiego górskiego klimatu. W Meribel jest dużo fajnych pensjonatów, zabudowa ma górski styl, posiada wąskie uliczki z dużą ilością knajpeczek.
Les Menuires nie przyciągnęło mnie klimatem, więc przejechałem przez miasteczko na nartach (tak, wzdłuż dużych hoteli) i zaatakowałem zachodnie zbocza tej doliny. W 1992 roku w tych rejonach była olimpiada zimowa, wiec miałem zaszczyt przejechać się paroma olimpijskimi trasami. Paroma wyciągami wyjechałem na 2800 metrów z myślą, że może słońce zobaczę. Niestety nie, ale już było bardzo blisko.
Zjechałem w tej dolinie jeszcze parę razy, nawet czasami wyjeżdżając na 3000 metrów, ale niestety nad chmury nie wyjechałem. A szkoda, bo lubię oglądać biały ocean z ośnieżonymi wyspami. Robiło się coraz to gorzej, śnieg zaczął coraz to bardziej sypać, widoczność jeszcze zmalała, więc postanowiłem wrócić do Meribel i tam sobie jeszcze pare razy zjechać.
Warunki były ciężkie, dużo śniegu, wielkie muldy, słaba widoczność...... ratownicy górscy mieli pełne ręce roboty. Często się widziało jak kogoś zwozili. Ilonka już wróciła ze swojego hiku i wysłała namiary na bar gdzie na mnie czeka. Ja wiedząc, że po lunchu na pewno na nartki nie pójdę, zresztą była juz piętnasta, wyjechałem sobie na 3000 metrów i stamtąd pomalutku zjechałem do Meribel.
Do końca nie wiem jak to się stało w tej mgle, ale za pomocą węchu (GPS) udało mi się jakoś od tyłu na nartach dojechać do tego baru, który się znajdował w środku miasteczka. W końcu mogłem przy hamburgerze z lokalnych alpejskich krówek dowiedzieć się jak mojej żonie minął dzień.
"Ja dziś miałam małe opóźnienie wyjścia z domu. Chciałam trochę popracować więc dziś zaplanowałam luźny dzień. Jednak z planami jest tak, że zazwyczaj się nie spełniają. Tak więc około 10 rano się zebrałam i wyjechałam na sam szczyt z nadzieją zjechania drugą kolejką do Courchevele. I tu mój plan legł w gruzach. Po paru minutach czekania kolejka niestety nie przyjechała. Ale to nic....szybko wymyśliłam plan awaryjny.
Les Allues - mała wioska w której mieszka mniej niż 2000 ludzi. Jakoś mnie ciekawiło co tam jest, jak wygląda mała wioska francuska i dlaczego dojeżdża tam kolejka górska. Tak więc bez chwili zastanowienia wzięłam kolejkę i już po 15 minutach byłam w wiosce.
Wioska jest bardzo mała. Ma jeden sklep, ze dwie restauracje, bar, kościół i cmentarz. No i oczywiście punkt informacji. Standardowe małe uliczki i bardzo dużo kwater prywatnych. Widziałam więcej młodych ludzi....wiadomo tutaj noclegi są tańsze a też łatwo dojechać do stoków. Tak więc samo miasteczko mnie nie powaliło i jako drogę powrotną wybrałam hike przez wioski. Do Meribel z Les Allues idzie się ok. 1,5h ale większość pod górę (Super!). Szłam głównie przez wioski choć stosunkowo mało ulicami. Czasem trasa pokrywała się z ulicą ale w miarę możliwości widać było, że mam dedykowane trasy. Fajnie było się przejść przez jeszcze mniejsze wioski i zobaczyć ich zabudowę. To co mnie totalnie zaskoczyło to piece kamienne. Normalnie w centrum wioski mają tam piece w których zakładam, że robili chleb.
Hike był super, w deszczu a potem śniegu, cały czas pod górę ale zdecydowanie polecam. No i takim sposobem znalazłam się tu....trochę przemoczona, bardziej spocona i zdecydowanie spragniona picia."
Trochę nas zeszło u Scotta, więc po obiado/kolacji udaliśmy się do domu gdzie postanowiliśmy napisać bloga o dzisiejszym dniu i ewentualnie podjeść jakiś francuskich serków które zakupione wcześniej leżały sobie na balkonie. Cały wieczór śnieg sypał, czyli jutro w górach powinno być duuuuużoooooo puchu. Już się nie mogę doczekać!
2016.02.22 Les 3 Vallees, Francja (dzień 3)
Darek wczoraj rozpisał się dużo o nartkach. Nie dziwię się bo jest tu co opisywać, choć słowa pewnie nawet w połowie nie oddadzą tego co ten resort ma do zaoferowania. Dla narciarzy jest to raj na ziemi. Pomimo, że luty to szczyt sezonu nie czujesz tego, aż tak bardzo bo ludzie się rozjeżdżają po różnych zakątkach tych 3 dolin. Les 3 Vallees to również raj dla tych co dopiero uczą się jeździć na nartach, wolą spacery, łyżwy czy narty biegowe. Nie ma szans żeby ktokolwiek się tu nudził i nie mógł sobie znaleźć czegoś dla siebie.
Ja z tych wszystkich atrakcji wybrałam hiki. Nie ma to jak poszwędać się po górkach z aparatem i podziwiać widoki. Za 70 EUR można kupić kartę dla pieszych. Pozwala ona przez 6 dni korzystać z wyciągów co zdecydowanie ułatwia dostanie się w nawet najdalsze punkty. Stamtąd można już brać trasy bardzo lekkie albo stromsze, bardziej pod górkę. Może zdziwicie się dlaczego na 6 dni....tutaj chyba 90% ludzi przyjeżdża na tydzień. Bilety narciarskie jak i dla pieszych są głownie na 6 dni. Oczywiście można kupić na każdą ilość dni ale najlepsza oferta jak i największą popularność mają bilety 6 dniowe. Podobno najmniej ludzi na stokach jest w soboty – no tak tu przecież nie przyjeżdża się na weekend więc turnusy są najczęściej od soboty do soboty. Dlatego lokalni najwięcej jeżdżą w sobotę.
Dziś nie zapowiadali dobrej pogody. Słoneczko chowało się non-stop za chmurami a prognozy pogody straszyły nawet deszczem już od 12 w południe. My się jednak nie wystraszyliśmy i nie tracąc czasu wzieliśmy rano autobus, żeby już o 9:10 siedzieć w gondoli na sam szczyt Saulire. Na szczycie było zdecydowanie chłodniej ale jeszcze nie najgorzej. Wiatr i widoczność były znośne więc każde z nas poszło/pojechało w swoją stronę. Ja uderzyłam do Meribel Mottaret, żeby zrobić hike w parku Reserve Naturelle Plan de Tueda.
Do parku wchodzi się z miasteczka Meribel Mottaret. Park musi być przepiękny latem kiedy to wszystko się zieleni. W ziemie też ma swój urok i muszę przyznać, że spodziewałam się mniejszej ilości ludzi. Tak, że nie wyobrażam sobie ile tu musi być ludzi latem. W parku teoretycznie nie można jeździć na nartach ani deskach (ma to sens bo jest on dość płaski). Piszę teoretycznie bo jak wyszłam troszkę pod górkę to spotkałam jakiś zabłąkanych narciarzy. Ciekawe czy wiedzą, że się wpakują w dość płaski teren później.
Po parku są dwie trasy, 3km do jeziora i spowrotem albo dłuższa 5km. Obie to kółeczko ale jak już wspominałam idzie się dość po płaskim. Dopiero w połowie można odbić w lewo i dojść do schroniska. W tym parku są dwa schroniska. Bliższe Refuge du Plan i dalsze Refuge du Saut. Niestety do schroniska du Saut nie udało mi się znaleźć drogi więc musiałam się tylko zadowolić wyjściem do schroniska du Plan.
Pogoda pomimo, że pochmurna była dość przyjemna na spacer. Było dość ciepło, w dolince nie wiało i nadal można było podziwiać piękne górki w okolicy z przepiękną Aiguille du Fruit. Szczyt ten ma 3048 m i rozdziela dolinę Meribel od doliny Courchevel. Może byłam trochę rozczarowana trasami bo spodziewałam się czegoś bardziej zaawansowanego ale i tak było przyjemnie się poszwędać.
Tak więc połaziłam, poszwędałam się, pozaglądałam w każdy kącik i szukałam zwierzątek ale niestety nie miałam szczęścia. W tym samym czasie Darek nie zważając na pogodę szukał słońca w dolinie Courchevel.
"Wiedząc, że po południu na dole ma być deszcz, a wyżej w górach śnieg to pojechałem do Courchevel. Ta dolina słynie z drogich wiosek i ciekawych terenów narciarskich.
Schowałem mapę głęboko do kieszeni i jeździłem gdzie mnie narty poniosą. Trochę ubitymi, trochę po głębszym śniegu. Jak zjeżdżałem na dół to brałem kolejny wyciąg i dalej gdzieś w inne miejsca tej potężnej doliny.
Z ciekawostek muszę dodać, że spodobało mi się ich lotnisko położone wysoko w górach, a szczególnie pas startowy. Po raz pierwszy widziałem pas startowy pod tak dużym kątem. Ciekawie musi wyglądać jak tu coś ląduje albo startuje. Czekałem chwilkę, ale niestety nic nie chciało wylądować.
Pogoda zaczynała się zmieniać i wiatr się wzmagać. Wiedząc, że mają przyjść opady i wyżej w górach może być ciężko to postanowiłem wrócić do mojej doliny. Niestety było już za późno. Co podjeżdżałem do wyciągów żeby wyjechać na przełęcz to się dowiadywałem, że wyżej warunki są ciężkie i ze względu na potężny wiatr muszą je zamykać. Tak, spróbowałem szczęścia w paru wyciągach ale bez skutku. Na samym dole w Courchevel le Praz powiedzieli mi, że jeszcze jedna kolejka górska chodzi, ale nie wiedzą jak długo.
Żeby tam się dostać to musiałem wziąść dwie gondole i to mi zajęło jakieś pół godziny.
Udało się, Saulire jeszcze była czynna.
Oczywiście ilość ludzi jaka tam była sama mówiła za siebie. Chyba nie byłem jedyny co potrzebował się wydostać z tej doliny. Po jakiś 20 minutach stania wreszcie udało mi się wsiąść do chyba największej kolejki linowej jaką do tej pory jechałem. Nie liczyłem ludzi, ale spokojnie ich było ponad 200. Załadunek sześcioma drzwiami nawet nie wiele czasu im zajął i ruszyliśmy na przełęcz skąd mogłem zjechać do czekającej Ilonki. Kolejka jechała pomału ze względu na duży wiatr, ale i tak takiej dużej masy wiatr by tak łatwo nie mógł rozhuśtać. Zjazd na dół też mi chwilę zajął ze względu na warunki, ale już się nigdzie nie musiałem spieszyć."
Z Meribel Mottaret do Meribel zleciałam już dość szybko. Piszą, że trasa zajmie 50 minut i tyle mi zajęła wczoraj jak się bawiłam w robienie zdjęć paralotniarzy. Dziś natomiast nie było ani paralotniarzy, ani widoki się nie wiele zmieniły więc już po 30 minutach byłam z powrotem w Meribel gdzie dostałam od Darka SMS - “pozamykali wyciągi na górze i jestem trochę uwięziony w Corchevel ale się jakoś stąd wydostanę.”
I rzeczywiście wydostał się. Po pół godzinie był już na dole. Robiło się już późnawo i pogoda coraz bardziej straszyła deszczem. Zdecydowaliśmy więc iść na lunch. Tutaj lunch'e są głównie siedzące. Przy stolikach z kelnerami. Jednak to co nas najbardziej rozwaliło to jak Pani nam powiedziała, że jak nie mamy rezerwacji to tak z 30 minut musimy czekać na stolik. Za pierwszym razem nie załapaliśmy ale potem do nas doszło.....naprawdę jeźdżąc na nartach planujesz dokładnie kiedy będziesz jadł lunch i robisz sobie rezerwację? Czy tu nie chodzi bardziej o jeżdźenie na nartach a kiedy naprawdę zgłodniejesz albo się załamie pogoda to idziesz coś zjeść? Hmmm.....chyba to jest jednak trochę inny świat. Wczoraj właścicielka naszych kwater powiedziała nam, że dużo tu się kręci wokół szkółek narciarskich. I chyba jest w tym racja. Rano na 9:15 wszyscy jadą oddać dzieci do szkółek. Potem rodzice szaleją na trasach aż do lunchu kiedy to odbierają dzieciaki, jedzą i pewnie już do domku.
My nie chcieliśmy czekać na stolik 30 minut więc zdecydowaliśmy się wejść bardziej w miasteczko. Rzeczywiście, im dalej od wyciągów tym mniej ludzi w knajpach. Ale to chyba tak jest zazwyczaj wszędzie. Cały czas chodził nam po głowie Raclette, który widzieliśmy dzień wcześniej w restauracji La Galette. Raclette często robiłam w Polsce ale nie w taki sposób jak tu. Tutaj podgrzewają całą połowę sera aż się troszkę zapiecze i zrobi oleisty. Do tego oczywiście podają ziemniaki, wędliny i korniszony jako dopełnienie sera.
Ser był przepyszny. Idealnie się topił, troszkę przypiekał, można było sobie regulować czy się chce bardziej przypieczony czy ciekły. Fajna sprawa. Do tego wędlinki lokalne też były pyszne. Najedliśmy się serem jak nigdy w życiu i już wiedzieliśmy, że kolację możemy odpuścić. Ale serka zdecydowanie warto spróbować!
Zaczęło już dość ostro padać więc ruszyliśmy do domku. Na szczęście nie byliśmy daleko od domku i mogliśmy na nogach dojść. Normalnie musimy brać autobusy ale staramy się je omijać jak możemy. Spacerek z domku do wyciągów zajmuje ok. 15-20 minut co w butach narciarskich nie jest do końca fajne. Ale chyba jednak jest lepsze niż jazda autobusami. Niestety jak Francuzi coś zepsują to im to napewno wyjdzie. Autobusy wogóle nie są przystosowane dla narciarzy. Wyglądają jak autobusy wycieczkowe, maja super wygodne siedzenia ale ciężko w przejściu zmieścić się z nartami. Do tego siadać na tych siedzonkach jak masz narty i plecak jest super nie wygodne. Autobusy niby mają jeździć co 15 minut ale jakoś tego nie przestrzegają i jeżdżą jak im się podoba. No nic....nie jesteśmy w Szwajcarii gdzie wszystko jest na czas.
Wieczór spędziliśmy w domku. Odpoczywając, pijąc winko, podziwiając górki z balkonu, spadający śnieg (deszcz już zdążył się zamienić w śnieg) i nawet były fajerwerki. Tak więc kolejny przyjemny dzień sportu i odpoczynku.
2016.02.21 Les 3 Vallees, Francja (dzień 2)
Bonjour..... tymi słowami przywitali nas gospodarze pensjonatu rano na śniadanku. Na najważniejszym posiłku dnia byliśmy tylko my, fajnie, bo mogliśmy się od lokalnych dużo praktycznych rzeczy dowiedzieć. Zwłaszcza jak jeździć na nartach, żeby jak najwięcej wykorzystać dnia w górach. Główna rada jaką zapamiętałem, to żeby jechać za słońcem. Rano na wschodnich stokach, koło południa na północnych a później na zachodnich. Cały czas ma się oświetlone stoki, a po południu aż tak bardzo zachodnie ściany nie są podtopione. Kolejna rada to starać się nie być wszędzie w ciągu jednego dnia. Nie da się, Les 3 Vallées jest po prostu za duże. Mam 6 dni, są 3 doliny, matematyka jest prosta, dwa dni na każdą dolinę.
Śniadanie było ok, takie francuskie, na słodko. Dużo domowej roboty, jak np. jogurt, dżem, placek.... Mam nadzieję, że przez cały tydzień nie będę musiał jeść tych ich croissant'ów czy innych drożdżówek.
Spod naszego pensjonatu autobus w 5 minut zawiózł nas do głównej stacji wyciągów.
Byłem w lekkim szoku jak musiałem wybrać gdzie dalej jechać. Tyle gondol i wyciągów startujących z jednego miejsca to ja chyba nigdy nie widziałem. Ilonka poszła w swoje trasy, a ja pamiętając, że mam jechać za słońcem wziąłem Roc de Fer, następnie Olympic i już wyjechałem na 2290m.
Ale tu jest pięknie, widoki zapierające dech w piersiach. Odrazu widać kto turysta, a kto lokalny. Lokalny leci na dół, a turysta wyciąga wszystkie swoje zabawki, robi zdjęcia i kręci filmy.
W ramach aklimatyzacji na początek chciałem sobie parę razy zlecieć jakimiś ubijanymi trasami. Ale było super, zero lodu, dobrze przygotowane trasy, można się wcinać głęboko w zakręty. W połowie trasy się zatrzymałem i myślę, dlaczego mi jest tak gorąco, przecież jest zima i jestem wysoko...!!! No tak, ale w prostej lini do morza śródziemnego mam niecałe 200km i Monaco prawie stąd widać. "Troszkę" inny klimat niż w u nas na północno-wschodnim wybrzeżu Stanów. Musiałem zmienić rękawiczki na wiosenne, parę rzeczy ściągnąć z siebie, gogle zamienić na okulary i już prawie się poczułem jak lokalny.
Tak sobie jeździłem, posuwając się za słońcem, co jakiś czas się zatrzymywałem i jakieś fajne zdjęcia pstrykałem.
Les 3 Vallées ostatnio zainwestowały dużo kasy i powstawiali dużo ekspresowych wyciągów. Ponoć wcześniej tu były duże kolejki, tak nam przynajmniej opowiadał gospodarz pensjonatu, który jeździ tu już kilkadziesiąt lat. Mimo tego dalej musiałem czasami stać parę minut do wyciągu.
Nie ma tutaj takiego porządku jak jest w Stanach. Krzesełka są na sześć osób, a dalej po trzy, cztery osoby jadą do góry. Nie ma osoby która będzie stała i "dopełniała" krzesełka na maksa. Ludzie się wpychają, ale i tak biorą swoje krzesełko czy gondolę, mimo że wcześniejsze jedzie prawie puste. Myślę, że jakby ktoś pilnował tu porządku to pewnie nie było by żadnych kolejek.
Byłem już po paru zjazdach, nogi się rozgrzały, przyszedł czas na off pistes (poza trasami). Śniegu jest dużo w górach, ale już nie sypało parę dni i nie było takiego idealnego puchu. W ciągu dnia jest powyżej zera i śnieg jest mokry. Dalej można było fajnie się bawić, ale trochę ciężej robić zakręty niż w lekkim, suchym puchu. W dodatku wysokość też dawała się odczuć.
W między czasie Ilonka chodziła po miasteczku i po górkach szukając świstaków i innych atrakcji.
No i jak widać znalazła...może nie do końca ruchliwego ale na pewno największego jakiego świat widział. Tak więc mogliśmy koło 13 spotkać się na lunch. Ilonka wyjechała na górę i razem ruszyliśmy w poszukiwania restauracji.
Potem już razem wzięliśmy kolejną gondolę, Plattieres 3 (fajna, stara, malutka gondola na 4 osoby) i wyjechaliśmy na 3 Marches, 2704m.
Znajduje się tam przyjemna restauracja z przepięknym widokiem. Niestety po otwarciu menu jakoś przestało nam się już tutaj podobać. Ceny były kosmiczne. Za zwykłą zupę chcieli €20. Powariowali w tej Francji, wypiliśmy po piwku i ruszyliśmy dalej. Mamy plan, że będziemy sobie dzień wcześniej w sklepie kupować jakieś fajne winko, serki, wędliny, bagietkę.... Wyszukiwać świetne miejsce wysoko w górach i robić sobie pyszny lunch za znacznie mniej €€€. Zresztą dużo ludzi tak robi, rozkładają się obok tras i robią sobie piknik.
Wiedziałem, że po lunchu już mi się nie będzie chciało jeździć, więc postanowiłem jeszcze uderzyć w wysokie szczyty. Ilonka natomiast miała master-plan. Znaleźć restauracje na dole z leżakami w słońcu. Nie jest to łatwy plan, bo większość Francuzów tak od 13-14 godziny już nie jeździ na nartach. Leżą na leżakach, piją wino, jedzą serki i się opalają.
Słuchając rad gospodarza pensjonatu wyjechałem gondolą na najwyższy szczyt na jaki można wyjechać w dolinie Meribel, Mont du Vallon, 2952m. Tutaj znajdują się zachodnie stoki, które były ładnie oświetlone przez zachodzące słońce. Ludzi było już mało, więc całe góry należały prawie do mnie.
Zostało mi jeszcze trochę siły w nogach na ciekawsze trasy. Zacząłem jechać Combe du Vallon, ale szybko z niej uciekłem i trawersem podjechałem pod zbocza gór, gdzie głębokość śniegu była odpowiednia. Trochę ciepło było w promieniach zachodzącego słońca, ale co się nie robi dla fanu.
Na szczęście dostałem wiadomość, że Ilonka znalazła leżak w wiosce Meribel Mottaret. Zobaczyłem, że nawet tam dojadę bez używania żadnego wyciągu. Cały spocony wyjechałem na jakąś ubitą trasę i szybko nią zleciałem do Ilonki która dzielnie pilnowała leżaków.
Piwko mnie ochłodziło, jedzenie posiliło. Fajnie się leżało w słoneczku i podziwiało otaczające nas góry. Dobrze, że większość wyciągów jest czynna do 17 to można było chwilę posiedzieć. Żeby się dostać do naszej wioski Meribel, to Ilonka musiała godzinę iść na nogach a ja musiałem gondolą wyjechać na przełęcz i inną trasą zjechać na dół.
Już było po 17 jak znowu spotkaliśmy się w naszej wiosce. Ilonka się dobrze do wyjazdu przygotowała i ma cała listę barów i restauracji. Meribel jest często odwiedzany przez Anglików, więc na start poszedł angielki pub, Jack's bar. Rzeczywiście siedziało tam trochę Anglików, popijali piwsko i się cieszyli après ski. Poszliśmy w ich ślady i delektując się Grolsch'em i Irish coffee wspominaliśmy ten pierwszy cudowny dzień na nartach.
Zmęczenie dawało się we znaki, jet lag też zaczął dokuczać, postanowiliśmy iść do naszego pensjonatu, chwilkę odpocząć i zobaczyć co dalej. Krótka drzemka stała się ponad godzinnym spaniem. Obudziliśmy się głodni, a że w pokoju nic nie było do jedzenia to dalej poszła knajpa z listy Ilonki. Poszliśmy na francuskie naleśniki do La Galette. Naleśniki nawet im wyszły, słodkie, jak większość tutaj posiłków. Do słodkich potraw pasuje wino z winogron Gamay. Wybraliśmy lokalny wybór z pobliskich winiarni w Savoie. Nawet było OK, nie było wow, ale dało się wypić.
Na tym kończymy pierwszy dzień nartek w Les 3 Vallées. Długi, intensywny dzień, no ale przecież od tego są wakacje. Trzeba iść spać, bo jutro od rana nartki.
Zapomniałem do wczorajszego dnia jeszcze dodać, że chyba podróżowanie po wolnej, bezgranicznej Europie się kończy. Na przejściu granicznym miedzy Włochami a Francją stali celnicy i obserwowali samochody. Nie musiałem się zatrzymać, ani pokazywać paszportów, ale niektóre samochody były brane do kontroli. Nie wiem czy to ma jakiś wpływ z arabską migracją, ale coś chyba tak skoro nas, Europejczyków nie kontrolowali. Europa znowu się zmienia....
2016.02.19-20 Les 3 Vallees, Francja (dzień 1)
Przynajmniej raz w roku staramy się jeździć na zimowo-narciarskie wakacje. Byliśmy już w Japonii, w zachodnich stanach i w Europie. Po ostatnich wakacjach w Zermatt w Szwajcarii, Ilonka powiedziała, że Europa jest inna, jest bardziej przyjazna dla narciarzy i hikerów. Nie ma tyle ograniczeń i zakazów co resorty w Stanach, jest inny klimat i après ski jest zupełnie inne, ciekawsze.
Nie było innego wyboru jak znowu odwiedzić Europę. Tym razem wybór padł na Francję, na Les 3 Vallees (trzy doliny).
3 Vallees znajdują się w południowo-wschodniej Francji w prowincji Savoie. Jest to największy resort narciarski na świecie. Osiem wiosek narciarskich takich jak Courchevel, Meribel, Val Thorens jest połączonych 169 wyciągami i kolejkami górskimi w jeden wielki system. Codziennie 73 ratraki ubija ponad 600 km tras. Ratraki pracują na dwie zmiany od 17 do 7 rano. Wydaje się, że prawie wszystko ubijają. Na szczęście nie, ubijają tylko 6% całego obszaru jaki tam jest. 94% terenów zostaje nietknięta, żeby można się było wyszaleć w puchu. Ten resort jest niewyobrażalnie potężny. Cały obszar to 64,500 akrów. 12 razy większy niż Vail w Colorado, 43 razy większy niż największy resort na wschodzie stanów, Killington. 25 szczytów, 6 lodowców, setki barów.... to wszystko powoduje, że tam się powinno jechać na sezon a nie na tydzień. Miejmy nadzieję, że pogoda i kondycja dopiszą i że jak najwięcej tego raju uda nam się zwiedzić.
Będziemy mieszkać w Meribel. Miasteczko to położone jest w środkowej dolinie, więc dostęp do innych dolin nie powinien zająć aż tak dużo czasu. Trze Doliny też są idealnym miejscem na zimowe hiki. Ilonka już ma cały plan na swoje wspinaczki. Ja też zapakowałem raki do butów narciarskich i w miarę czasu i możliwości będę chciał jej towarzyszyć w hikach w wyższe partie gór żeby sobie później zjechać po dziewiczych trasach.
W sumie lecimy na 10 dni, bo mamy jeszcze w planie się dokształcić z winek i odwiedzić dwa najsłynniejsze miasteczka w Piedmont we Włoszech, Barolo i Barbaresco. Tutaj podziękowania dla mojej szefowej, bo dzięki jej znajomościom będziemy mieli możliwość poznania właścicieli dwóch słynnych winiarni, którzy obiecali nam zrobić prywatny tour. Miejmy nadzieję, że będziemy mogli wejść do "piwniczek" i odkurzyć parę butelek. Praca w winach ma swoje plusy, tak jak i praca w travel. Do Europy oczywiście lecimy jednymi z najlepszych linii, Emirates i to w dodatku prawie za darmo.
Zapowiadają się intensywne i ciekawe wakacje.
Praca w winach ma też swoje minusy. Piątek jest najlepszym dniem dla businessu. Co za tym idzie? Ilonka musiała z całym sprzętem się zapakować do taxi i jakoś dotrzeć na lotnisko. Ja prosto po pracy, wieczorem, dojechałem na JFK gdzie już razem zrobiliśmy odprawę i rozpoczęliśmy wakacje.
W Emiratach możesz mieć po dwa bagaże na osobę i nie ma znaczenia jakie. Więc narty lecą jako normalna walizka, a nie jak np. w Lufthansa gdzie za nartki musisz płacić €150 w każdą stronę.
Samolot nie był wypełniony, siedzieliśmy gdzie chcieliśmy. Ciekawe jak im to się opłaca? Pewnie tak, skoro latają.... Ten samolot po lądowaniu w Mediolanie leci dalej do Dubaju, pewnie tam jest pełny i tam robią kasę.
Największe zaskoczenie dla mnie było jak samolot odjechał na lotnisku od rękawa. Po paru minutach kapitan powiedział do załogi żeby usiedli bo startujemy. Co??? W piątek wieczorem na JFK z reguły samoloty jadą dobrą godzinę żeby dojechać do pasa startowego. Emirates w niespełna 10 minut był już w powietrzu. Zapytałem Ilonki o co chodzi, dlaczego mijamy wszystkie samoloty na lotnisku? Ilonka odpowiedziała: because they can (ponieważ oni mogą). Ale o co tu chodzi, spytałem? Nie wiem, ale jak nie wiemy o co chodzi, to chodzi o $$$, Ilonka odpowiedziała. Nie wiem ile Emirates płacą JFK za pierwszeństwo startu, ale co nas to w sumie obchodzi. Ważne, że o godzinę krócej będę siedział w fotelu. W sumie, ich siedzenia są OK. Mają o wiele więcej miejsca na nogi niż większość innych linii i się rozkładają głębiej. Zaraz po starcie dostaliśmy menu co chcemy jeść, ale my już przy rezerwacji wybraliśmy nasz posiłek. Jest to dobry pomysł, bo dostajesz o wiele szybciej niż reszta pasażerów. Menu mają bogate, zamówiliśmy krewetki i łososia. Dobre było......
Zanim reszta ludzików dostała jedzenie to my już byliśmy po i delektowaliśmy się dobrym whisky... Zacząłem oglądać film, Steve Jobs, ale tabletka na sen zaczęła działać i po paru minutach zasnąłem... Obudziłem się nad Anglią, na śniadanie. Podawali jajecznicę, która niestety nie była najlepsza. Zostało już niecałe dwie godziny lotu, przez które podziwialiśmy lot nad Alpami.
Po wylądowanie w Mediolanie na lotnisku Malpensa odebraliśmy samochód z Alamo i dalej w drogę. Mieliśmy zarezerwowany Alfa Romeo, ale niestety nie mieli go na stanie, wiec zamiast Alfy odebraliśmy Audi A3 sportback. Też fajny samochodzik, dobrze, że diesel bo ceny paliwa są okropnie wysokie we Włoszech.
Z Mediolanu do Meribel jest około 360 km. Zajęło nam to około 5 godzin, wliczając przerwę na lunch. Europa jednak jest droga. Przejazd tego odcinka wyniósł nas prawie €100. Wliczam tylko opłaty za drogę i tunele, jak bym jeszcze wliczył paliwo to fiu, fiu.....
Już z samego Mediolanu widać w oddali ośnieżone Alpy, ale droga cały czas szła dolinami wiec śniegu nie było. Dopiero ostatnie kilkanaście kilometrów cały czas jechaliśmy pod górę, aż wyjechaliśmy na 1500 metrów gdzie miasteczko przywitało nas pełnią zimy.
Było już ciemno, więc nie wiele widzieliśmy, ale udało nam się znaleźć nasz domek. To jest taki mały pensjonat (chyba ma 4 pokoje), prowadzony przez małżeństwo francuskie. Bardzo mili i uprzejmi ludzie. On nic nie mówi po angielsku, natomiast z jego żoną nawet się dobrze można dogadać. Zaprowadzili nas do naszego malutkiego pokoiku, troszkę objaśnili o co tu chodzi i zapytali się na którą jutro rano chcemy śniadanie. Pokoik mamy malutki, ale czysty, świeżo odremontowany, a najważniejsze jest to że ma dwa balkony.
Zmęczeni całą podróżą już dzisiaj nigdzie nie wychodziliśmy tylko szybko padliśmy do łóżek, bo od jutra rano zaczyna się ostra jazda po największym resorcie na świecie.
Właściciele oczywiście jeżdżą na nartach, więc jutro przy śniadaniu mają nam objaśnić jak do tego wszystkiego się najlepiej zabrać.