Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 66
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2019.06.29 Boston, MA & Białe Góry, NH (dzień 1)
Nadrabiamy zaległości z kempingami. Dwa tygodnie temu byliśmy w Catskills, teraz jedziemy znacznie dalej, w Białe Góry, NH.
Ściągnęliśmy posiłki z Londynu i w trójkę pokonujemy 500 km autostradami, żeby dostać się w północne rejony stanu New Hampshire. Marcin, kolega mieszkający na obrzeżach Londynu powiedział, że w Stanach są duże odległości. 500 km w Anglii może go zaprowadzić już do Szkocji.
W NY już jest lato. Temperatury zaczynają przekraczać 30C w cieniu. Tam, na kempingu Moose Brook Campground w nocy temperatura spada do 10C. Przyjemnie będzie tak usiąść w ciepłej bluzie i ogrzać się wokół ogniska.
Mając turystę w samochodzie nie da się tak prosto jechać w góry. Obowiązkowo musieliśmy zahaczyć o Boston, który jest mniej więcej w połowie drogi. Zanim to jednak nastąpiło musieliśmy zadbać o kierowcę (czyli mnie) i wstąpić do mojej ulubionej francuskiej piekarni.
Po takim śniadaniu mogę prowadzić non-stop nawet poza koło polarne. A z ciekawostek mogę dodać, że już dokończyli słynny Dempsyer Highway. Kiedyś jechałem tą drogą i dojechałem „tylko” do Inuvik. Teraz droga jest zrobiona do samego końca czyli do Tuktoyaktuk, położonego nad Oceanem Arktycznym. Jest to już spory kawałek poza koło podbiegunowe. Oczywiście już planujemy zamoczyć palec w zimnych wodach arktycznych. Ktoś jeszcze się wybiera?
Około 10:30 dojechaliśmy do Bostonu, zaparkowaliśmy Subaru na parkingu w centrum i ruszyliśmy zwiedzać miasto.
Pierwszym punktem wycieczki był oczywiście bar. Nie był to byle jaki bar, tylko Cheers.
Jest to słynny bar, który swoją sławę zyskał po słynnym serialu o tej samej nazwie. Nie wiem czy to Boston, czy lato, czy to sobota, czy słynny bar, ale byliśmy tam parę minut przed otwarciem, a już była spora kolejka na zewnątrz.
W środku bar się jednak różnił od tego z serialu. Był, o wiele mniejszy, miał inny wystrój, ale tak samo miał dobre i zimne piwko. Ochłodziliśmy się paroma i ruszyliśmy zwiedzać zabytkową część Bostonu
Boston wpadł na świetny pomysł i zrobił Freedom Trail . Jest to szlak ułożony z kamieni na chodniku, który prowadzi wokół najważniejszych zabytków miasta.
Koło każdej jest tablica informująca w paru zdaniach co to jest i co tu kiedyś się odbywało. Bardzo dobry pomysł, nie trzeba się za wiele przygotowywać czy kupować przewodników. Wystarczy trafić na początek szlaku i podążać jego śladami.
Nasza podróż szlakiem historii Bostonu trwała około dwie godziny. Niestety zwiedzanie miast w lato nie należy do najlepszych pomysłów. Upał, wilgotność i ilość ludzi zaczęły nas pomału drażnić. Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do części portowej na ponoć pysznego Homara.
Niestety nie udało się go zjeść. Była sobota popołudniu i nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Nawet nie udało nam się nigdzie zaparkować, tyle ludzi było w tej części miasta. Nawet nie próbowaliśmy iść do restauracji, bo pewnie kolejka była na wiele godzin, a oczywiście nie można było zrobić wcześniej rezerwacji. Co prawda znaleźliśmy parking, ale chcieli $40 za godzinę. Powariowali......
Przekonaliśmy kolegę z Londynu, że najlepsze Homary i tak nie są w Bostonie tylko w stanie Maine i jak przyjedzie następnym razem to tam się wybierzemy.
Z Bostonu do naszego kempingu mieliśmy jakieś 3 godziny. Droga minęła bez większych przygód i przy dobrej pogodzie można było podziwiać piękne Białe Góry. Niestety jak to w górach, pogoda zmienia się co chwilę. O 19 zajechaliśmy na nasz kemping, który przywitał nas deszczykiem. Park Ranger powiedział, żebyśmy przeczekali deszcz i nie rozbijali namiotów. Tak też zrobiliśmy i po kilkunastu minutach przestało padać.
Niestety o czym Ranger zapomniał nam powiedzieć, to o zbliżającej się burzy. Wielka, czarna chmura przyszła nagle i nas zaatakowała. Udało nam się rozbić plandekę chroniącą nas przed deszczem. Rozbijałem namiot i już prawie był gotowy. Brakowało tylko śledzi po które poszedłem do auta. W tym momencie zerwał się tak silny wiatr, że musiałem gonić namiot. Dobrze, że zatrzymał się na ławce. Na szczęście nie było jeszcze deszczu. On przyszedł za parę minut jak już większość rzeczy była rozłożona i zabezpieczona.
Bezpieczni, schowani pod plandeką mogliśmy zabrać się za posiłek. Na kolację zrobiliśmy sobie polędwicę wieprzową z komarami. Tak, zgadza się, mięsko z dodatkowym mięskiem. Po burzy było tyle komarów, że nie pamiętam czy kiedykolwiek mieliśmy taką ilość tego paskudztwa na kempingach. Chyba tylko jak byłem na Alasce, ale tam mieliśmy siatki ochronne na twarz. Chcieliśmy łono natury to mamy.
Po kolacji burza przeszła i nawet udało nam się zapalić ognisko (patyki mieliśmy wcześniej zakupione, więc były suche). Komary już się napiły więc nawet dały nam spokój i można było spokojnie usiąść koło ogniska. Nie za długo, bo czasami przelotne deszcze wyganiały nas pod plandekę, ale ognisko cały czas było podtrzymywane. Za długo też nie siedzieliśmy bo jutro czeka nas ciężki dzień. Chcemy się wspiąć na pobliski szczyt, Jefferson.
2019.06.22-23 Catskills, NY
Jest już połowa czerwca, a my dopiero jedziemy na nasz pierwszy kemping w tym sezonie. Wiem, „przespaliśmy” wiosnę. W sumie to aż tak się nie obijaliśmy. Zima w tym roku była wyjątkowo dobra, więc początek wiosny spędziliśmy na nartach i zimowych hikach. W maju mieliśmy trochę pracy, potem 10 dni w Portugalii i już mamy połowa czerwca.
Jedziemy tylko na jedną noc w związku tym nie chciało nam się nigdzie daleko jechać. Wyruszyliśmy do Catskills oddalone na północ o 150km od NY. Robiąc rezerwacje na kemping dwa tygodnie temu zdziwiłem się, że większość pól namiotowych jest już zarezerwowana. Po długiej zimie ludzie na maksa nie mogą doczekać się lata i już w czerwcu uciekają z miast.
My też uciekliśmy w miarę szybko i już przed 7 rano nasze Subaru pędziło na północ pustą autostradą. Wyjechaliśmy wcześniej bo chcieliśmy wyjść na hike jeszcze jak jest w miarę chłodno w dolinach. Później może być dość ciepło, natomiast wyżej w górach zawsze jest chłodniej i większy wiatr.
Wychodzimy na Hunter, drugą co do wysokości góra w Catskills. Byliśmy już na niej dwa razy, ale zawsze innym szlakiem. Teraz też wyszukałem nowy szlak. Rozpoczyna się z drogi Spruceton, wychodzi na szczyt i schodzi innym zboczem, tworząc dosyć spore kółeczko. Do tego, jak siły i czas dopiszą to mamy jeszcze w planie zejść ze szlaku i zdobyć inną górkę, Southwest Hunter. Tam nie ma szlaku, ale jest w miarę wydeptana ścieżka przez ludzi i zwierzęta.
Tak jak planowaliśmy to zrobiliśmy i o 9 ruszyliśmy pod górę. Parking był w miarę pełny, ale nie spotkaliśmy dużo ludzi na szlaku. Musieli iść na inne szczyty.
Nawet nie wiedzieliśmy, że wyjście na Hunter z tej strony jest takie łatwe. Dalej trzeba się wspiąć 700 metrów, ale idzie się cały czas leśną drogą. Oczywiście droga jest zamknięta dla ruchu kołowego (pewnie tylko leśniczy w odpowiednim terenowym samochodem może tędy jechać), ale jest szeroka i nie za stroma.
Do tego poranna, niska temperatura, ładna pogoda i można iść non stop. Z ciekawostek można dodać, że ten szlak (droga) jest też przystosowana dla koni. Wprawdzie nie widzieliśmy żadnego, ale ślady nam mówiły, że ludzie tutaj się wybierają na przejażdżkę.
Na dole i na górze są podesty do wsiadania, albo wysiadania z konia. Po drodze można spotkać specjalne uchwyty do ich wiązania, a także miejsca gdzie konie mogą napić się wody.
Myśmy nie mieli koni, a i tak w 1.5h wygalopowaliśmy na szczyt Hunter. Mimo, że jest połowa czerwca, to był tu zimny wiatr i bluzy były wymagane.
Na szczycie jest mała chatka, która niestety nie przypomina europejskich schronisk. Nie można nic zjeść, a tym bardzie napić się zimnego piwka. Wiedząc o tym wynieśliśmy nasz prowiant w plecakach, znaleźliśmy wolny stoli i zrobiliśmy sobie ucztę z piwkiem i prosciuttem.
W Catskills jak i w wielu innych górach w Stanach dawniej na szczytach budowano wieże obserwacyjne. Kiedyś służyły one jako punkty obserwacyjne ewentualnych pożarów lasów w górach. W dzisiejszych czasach, w dobie nowoczesnej technologii bardziej służą jako atrakcja turystyczna niż obserwator pożarów. Na wieżę można wyjść i poobserwować góry z ponad lasów, co znacznie polepsza widoki.
Po około godzinnej przerwie na szczycie, ruszyliśmy w dół inną trasą. Teraz szlak szedł znacznie węższą, mniejszą ścieżką niż ta co wychodziliśmy do góry. Bardziej przypominał górski szlak niż drogę dla koni.
Gdzieś w pół godziny doszliśmy do rozgałęzienia. Przechodzi tędy jeden z najbardziej popularnych i trudnych szlaków w Catskills, mowa o Devil’s Path (ścieżka diabła). Jest to szlak o długości 39km i przechodzi przez wiele szczytów. Większość ludzi, którzy chcą zrobić cała trasę potrzebuje dwa dni i śpi gdzieś pod namiotami w lasach. Zdarzają się też twardziele, którzy robią to w jeden długi dzień.
Wschodnią część szlaku dobrze już znamy, natomiast w zachodniej nigdy jeszcze nie byliśmy. Dobrze się składa, bo akurat tam gdzieś mamy samochód.
Ruszyliśmy w dół na zachód szlakiem diabła. Długo nią nie szliśmy, bo sobie przypomniałem, że tu gdzieś jest ścieżka na szczyt Southwest Hunter.
Udało nam się znaleźć kopczyk z kamieni, który oznajmiał, że tutaj zaczyna się ta ścieżka. Mieliśmy dobry czas, więc nawet Ilonka za bardzo nie marudziła, że zapuszczamy się w las do niedźwiadków. Ustawiłem GPS, że w razie jak się pogubimy to łatwiej będzie tu wrócić. W sumie nie idziemy szlakiem, więc o pobłądzenie nie trudno. Ilonka upewniła się, że ma gaz na niedźwiedzie i ruszyliśmy w głąb.
Na początku ścieżka trawersował zbocze góry Soutwest Hunter. Była dobrze wydeptana, więc o zabłądzeniu nie było mowy. Gdzieś po 1km ostro skręciła w lewo i zaczęła prosto do góry wspinać się na szczyt. Tu już było stromiej i znacznie mnie wydeptane, ale dalej w miarę łatwe do znalezienia.
Prosto, albo zygzakami wyszliśmy na szczyt. Niestety widoków nie było żadnych, wszystko zalesione na maksa. Za długo nie można było odpoczywać, bo ilość komarów i małych muszek była ogromna. Ilonka zamiast spray na niedźwiadki powinna wziąć na komary. W sumie byliśmy na odludziu, na całej trasie spotkaliśmy tylko jedną grupę ludzi. „Niestety” zero misiów.
Szybko, bez pomocy GPSa zeszliśmy na dół i wróciliśmy na szlak, którym zeszliśmy w dół. Szlak był łatwy, czasami tylko wymagał użycia rąk do schodzenia. Jego wschodnia część jest znacznie trudniejsza, od zachodniej gdzie pamiętam często ręce były wymagane.
Po drodze zrobiliśmy sobie mały odpoczynek nad rzeczką i wróciliśmy do samochodu. Na camping, który znajduje się w zachodnim Catskills mieliśmy jakieś 1.5h samochodem.
Droga wiodła przez sam środek rejonu i nas bardzo pozytywnie zaskoczyła. Mimo, że nigdzie nie mieliśmy serwisu na telefon, czyli dalej są to mało zagospodarowane rejony, to jednak inwestorzy widzą w Catskills potencjał. Często przejeżdżaliśmy koło jakiś nowo-wybudowanych pensjonatów, dworków, centrum rekreacji, stadniny koni.... Dobrze, niech się rejon rozwija i wyciąga ludzi z pobliskiego, zatłoczonego Nowego Jorku.
Kemping mamy nad jeziorem Mongaup, nad którym byliśmy już parę razy. Mimo, że był to nasz pierwszy kemping w tym sezonie to i tak szybko i sprawnie wszystko rozłożyliśmy.
Dobrze, bo gdzieś od 22 zaczął padać deszcz, który towarzyszył nam aż do niedzieli jak się składaliśmy. Nie przeszkadzało nam to w niczym i na kolację zrobiliśmy sobie pyszną cielęcinkę z kością, która świetnie pasowała do wina Gamay z Beaujolais.
Deszcz ostro padał, ale oczywiście ognisko musiało być. Utrzymywaliśmy je spore, więc żaden deszcz mu nie przeszkadzał.
2019.05.26 Azory, Portugalia (dzień 9)
Wczoraj zwiedzaliśmy samochodem wschodnią część wyspy Sao Miguel, więc dzisiaj przyszedł czas na jej zachodnie ziemie.
To, że wschodnie Azory przypominają nam Polskę sprzed wielu lat to już wiecie ze wczorajszego dnia. Oczywiście piszę, to w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Cisza, spokój, nikomu nigdzie się nie spieszy, brak dużych miast. Parę małych miasteczek, gdzie każdy każdego zna i ma czas się zatrzymać i zamienić parę zdań.
Zachodnia część wyspy ze względu na jej atrakcje turystyczne jest bardziej turystyczna i więcej widać zabłąkanych pieszych z aparatami w rękach koło drogi niż pasących się krów, które występują na każdym kroku na wschodzie.
Poza paroma miejscami na dzisiaj nie mieliśmy żadnego napiętego planu. Wsiąść w samochód, pojeździć po ich krętych dróżkach i zaglądnąć tu i tam. Na początek chcieliśmy zobaczyć najbardziej odwiedzany rejon na wyspie czyli Sete Cidades Caldera.
Jest to miejsce gdzie przez ostatnie 40,000 lat następowało wiele wulkanicznych erupcji. Ostatnia była zaledwie 600 lat temu. W związku z tym powstał wielki wulkaniczny krater, gdzie teraz na jego dnie znajdują się dwa wielkie jeziora.
Ze względu na ciekawe reakcje zachodzące na dnie jezior woda w nich ma różne kolory. W jednym jest zielona a w drugim niebieska. Miejsce jest na maksa przygotowane turystycznie, posiada wiele dróg, punktów widokowych i szlaków turystycznych.
Niestety Azory nie mają dobrej pogody. Ponad 200 dni w roku są tu chmury, mgła lub pada deszcz. Dzisiaj oczywiście mieliśmy ich tradycyjną pogodę, więc widoków nie było. Na dodatek była taka ogromna wilgoć w powietrzu, że po 20-to minutowym spacerze wróciliśmy do samochodu się ochłodzić.
Postanowiliśmy samochodem zwiedzać dalszą część rejonu. Zjechaliśmy w dół do miasteczka Sete Cidades w celu wstąpienia do lokalnego baru na ochłodę. Chcieliśmy usiąść gdzieś nad brzegiem jeziora, wypić chłodne piwko i podziwiać widoki. Niestety tego typu „atrakcje” nie dotarły jeszcze do tej części wyspy. Wprawdzie znaleźliśmy jedno miejsce, które być może serwuje piwo, ale wyglądało bardziej jak McDonald z placem zabaw niż bar, więc nawet nie chciało nam się wysiadać z samochodu.
Wzięliśmy mapę (czytaj: google maps) i znaleźliśmy drogę na obrzeże kanionu z ponoć ładnym punktem widokowym. Wyjechaliśmy wysoko, na 540 m i dotarliśmy do punktu widokowego Mira Douro. Mieliśmy szczęście do pogody, bo właśnie w tym momencie wiatr przegonił chmury i mogliśmy podziwiać cały wulkaniczny krater z jeziorami w dole.
Co nas bardziej zaciekawiło to betonowy moloch który stoi na szczycie. 5-6 piętrowy budynek bez okien, drzwi, futryn, sam beton! Niestety tak byliśmy nim zainteresowani, że nie udało nam się żadnego zdjęcia mu zrobić. Później dopiero poczytaliśmy o tym budynku troszkę więcej. Był to hotel Monte Palace, który był wybudowany na początku lat osiemdziesiątych. W tych czasach był on jednym z najlepszych hoteli w całej Portugalii. Przepych, bogactwo, pięcio-gwiazdkowe restauracje, bary, baseny. Niestety ze względu na klimat na Azorach (ciągłe chmury i deszcze) w krótkim okresie został zamknięty. Przez kolejne 10 lat mieszkał tam strażnik z psem, który pilnował tej posesji na odludziu. Niestety pieniądze na strażnika się skończyły, więc hotel został sam, bez ochrony. Długo nie trzeba było czekać, aż lokalni wtargnęli na posesje i rozgrabili wszystko. Ukradli wszystko, co można było ukraść. Począwszy od wyposażeń pokoi, kuchni poprzez dywany, okna, drzwi, futryny a skończywszy na wielkich lodówkach i windach.
Stoi taki pusty, wielki budynek i tylko odstrasza ludzi i rozkręca wyobraźnie amatorów horrorów. Ciekawe czy coś tam już nakręcili. Ostatnio ponoć już znalazł się kupiec, który chce przywrócić hotelowi dawny wizerunek. Chce go odremontować i otworzyć na nowo. Teraz Azory są bardziej popularne niż kilkadziesiąt lat temu, więc pomysł może się udać. Inwestor oczywiście jest z Chin.
Zdjecie znalezione na: https://i.ytimg.com/vi/e9KSgWhMD3s/maxresdefault.jpg
Pochodziliśmy tam jeszcze chwilę, wróciliśmy do samochodu i ruszyli przed siebie. Wyjechaliśmy z turystycznej części to natychmiast ubyło samochodów i ludzi. Zaczęły się pojawiać pastwiska i małe, ciche miasteczka. Pojeździliśmy wokół nic ciekawego nie znajdując, więc Ilonka wzięła się do roboty i znalazła fajną skalistą plaże.
Była niedziele, miejsce bardzo lokalne, więc było nawet trochę ludzi. Większość to okoliczni mieszkańcy, którzy grillowali i odpoczywali na świeżym powietrzu.
Niestety do wybrzeża trzeba było spory kawałek iść. Jakiś czas temu ziemia się usunęła i zniszczyła drogę, została tylko ścieżka. Nie był to jakiś duży odcinek, natomiast był stromy. Powrót był o wiele gorszy, bo stromo pod górę i w słońcu, ale dla tych widoków warto było się przejść.
Wzburzony ocean, który walczy z wąską cieśniną. Staliśmy tak dobrą chwilę, popijaliśmy piwko i obserwowali to ciekawe zjawisko. Co chwilę przychodziła duża fala i potężną energią rozbijała się o czarne, wulkaniczne fale
Szkoda, że człowiek nie potrafi jeszcze dobrze wykorzystywać energii z morskich fal. Ilość energii jakie te fale ze sobą niosą pewnie by wystarczyła na zaspokojenie wielu potrzeb.
Do naszego hotelu w stolicy Azorów, Ponta Delgada mieliśmy jakieś pół godziny samochodem. Droga minęła szybko, co niestety nie można było powiedzieć o parkingu. Mimo, że hotel ma swój parking to i tak z miejscem była masakra. Ludzie parkowali wszędzie. Na chodnikach, trawie, skrzyżowaniach, placach, przejściach dla pieszych...... gdziekolwiek tylko był skrawek wolnego miejsca, żadne zakazy nie obowiązywały. Ciężko było przejść ich wąskimi uliczkami, nie mówiąc już o przejechaniu samochodem.
Udało nawet nam się zaparkować pod hotelem, akurat ktoś wyjeżdżał. Głodni na maksa zaczęliśmy szukać restauracji na kolacje. Dzisiaj jest wielkie święto na Azorach festiwal Jezusa Pana od Cudów (wolne tłumaczenie Christ Lord of Miracles), więc zanim gdzieś pójdziemy musimy się upewnić, że knajpa jest czynna i ma dla nas wolny stolik. Hotel ma restauracje, ale jak już zapewne wiecie, my staramy się nie jadać kolacji w hotelach, chyba, że już nie ma innego wyjścia. Internet nam mówił, że wiele restauracji jest dzisiaj zamknięta albo ma zmienione godziny otwarcia. Wybraliśmy jedną, która ponoć jest otwarta i ruszyliśmy na miasto.
Ciężko się szło. Nie dość, że chodniki mają mniej niż pół metra szerokości to na dodatek samochody były tam zaparkowane. Oprócz tego tłum ludzi szedł w naszym kierunku świętować. Wieloma ulicami szła procesja i praktycznie nie dało się ich przejść. Nie doszliśmy do restauracji. Trwało by to za długo, a pewnie i tak by była zamknięta, albo by nie miała wolnego stolika. Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy do hotelowej restauracji. Ze stolikiem też był mały problem, ale gdzieś po 10 minutach udało nam się usiąść. Tak jak przypuszczaliśmy, jedzenie nie było dobre. Znaczy się było ok, ale nie takie żebym jutro tu chciał wrócić. Ta restauracja gdzie jedliśmy wczoraj kolacje była świetna w porównaniu do hotelowej.
Nie chciało nam się już wychodzić w te tłumy, więc poszliśmy do hotelowego baru i tam przy piwku (i innych atrakcjach) uzupełnialiśmy zaległości z blogiem i żegnaliśmy się z Portugalią. Jutro już niestety wracamy do domu.
Od tego weekendu (Memorial Day weekend) Delta wznowiła na sezon bezpośrednie połączenia pomiędzy Ponta Delgada a Nowym Jorkiem, więc bez przesiadek w 5 godzin można się dostać ze środka oceanu do domu.
Mieliśmy wczesny lot, więc nie dużo pospaliśmy i pewnie ze zmęczenia nie ogarnąłem moich paszportów i pan celnik mnie nie wypuścił z Portugalii. Zabrał mi amerykański paszport i kazał dać paszport na którym wjechałem do Portugalii, czyli Polski. Oczywiście ja go nie miałem tylko Ilonka, która już przeszła celników i sobie gdzieś poszła z wyłączonym telefonem. Wszystko się dobrze skończyło, znalazłem Ilonkę, wróciłem z paszportem do celnika i odzyskałem wszystkie dokumenty.
Lot był krótki i szybko zleciał. Jest to nowe, sezonowe połączenie, więc samolot był pusty. Można się było wyłożyć, przespać, bloga napisać....
2019.05.25 Azory, Portugalia (dzień 8)
Udało się, udało nam się zaliczyć kolejną strefę czasową. Każdy prawdziwy podróżnik ma jakiś cel. Jedni chcą zaliczyć jak najwięcej krajów, dla innych liczą się cuda świata, inni chcą być w każdym kraju lub zdobyć najwyższy szczyt na każdym kontynencie (czy kraju). Cokolwiek to jest powoduje, że ludzie znajdują sposoby aby pojechać dalej i wbić kolejną pinezkę na mapę. Dla nas takim bodźcem są strefy czasowe.
Za czasów jak byliśmy tylko parą i przez ponad rok mieliśmy związek na odległość to każda nasza randka była w innej strefie czasowej. Tradycję postanowiliśmy kontynuować i naszym podróżniczym celem jest być w każdej strefie czasowej. Darek dodatkowo utrudnił zadanie i stwierdził, że trzeba zaliczyć każdą strefę na każdej półkuli. Tak więc z 24 stref zrobiło się 48.
Azory stały się naszą 22 strefą czasową, a 17 nie biorąc pod uwagę podziału na północ - południe. Szczerze, nie wiem czy byśmy się wybrali na Azory. Dla nas była to wyspa na środku oceanu, która jakoś do nas nie przemawiała.
Portugalia jako kraj to nie tylko kraj na kontynencie Europejskim. Portugalia słynęła z dużej floty morskiej i podbiła w swojej historii wiele wysp jak i terytoriów. Największą kolonią Portugalii była oczywiście Brazylia. Po ówczesne czasy Portugalii ostała się tylko wyspa Madera oraz archipelag wysp Azory. Tak więc jak chcesz zaliczyć całą Portugalię to na Azory też trzeba się wybrać.
Zanim jednak wylądujemy na Azorach, wypożyczymy nasze małe autko Volkswagen Golf i ruszymy na odkrywanie wyspy to musimy wylecieć z Madery. Po śniadanku z pięknym widokiem na ocean ruszyliśmy na lotnisko. W końcu mamy dostęp do lounge. Im mniejsze lotnisko tym mniejszy lounge ale wodę i kawę można wypić za darmo więc nie można narzekać tylko korzystać. Samo lotnisko jest atrakcją turystyczną w naszym mniemaniu. Oczywiście lotnisko nazywa się Cristiano Ronaldo. Najsłynniejszy piłkarz Portugalii urodził się na Maderze, więc nic dziwnego, że lotnisko nazwane jest na pamiątkę najsłynniejszego obywatela tej wyspy. Zresztą koszulki i inne gadżety z Ronaldo można spotkać tu na każdym kroku.
Wybudowanie lotniska na wyspie, która ma dość ograniczoną powierzchnię, do tego strome i skaliste urwiska, na pewno nie należało do łatwych rzeczy. Dlatego lotnisko wybudowane jest na palach. W miejscu gdzie klify schodzą stromo do oceanu a pas startowy powinien dalej biec, wybudowali asfalt na palach. Dzięki temu i oszczędzają miejsce i sprawiają, że wybudowanie lotniska stało się możliwe.
W pewnym momencie życia, jak chcesz podróżować i zdobyć kolejne lądy to napotykasz na dziwne sytuacje. My doskonale wiedzieliśmy, że kolejny samolot to będzie coś małego, może nawet ze skrzydełkami. Wiedzieliśmy też, że pewnie zrobią nam przeszkolenie z kamizelek itp. Nie spodziewaliśmy się jednak zobaczyć maski tlenowej przygotowanej na naszym stoliku....powodów do paniki jednak nie było - to było tylko w celu przeszkolenia.
Po szczęśliwym starcie wylądowaliśmy szczęśliwie na jeszcze mniejszym lotnisku na Azorach. To lotnisko nazywa się na cześć naszego papieża, Jana Pawła II. Ogólnie Portugalia jest bardzo wierząca, ale Azory chyba wygrywają. Udało nam się wylądować na Azorach akurat w czasie ich największego święta, festiwal Jezusa Pana od Cudów (wolne tłumaczenie Christ Lord of Miracles). Święto to przypada na piątą niedzielę po Wielkanocy i epicentrum jest właśnie w Ponta Delgada na wyspie Sao Miguel.
Na początku nie bardzo rozumieliśmy o co chodzi z tymi wszystkim ołtarzykami. Moja pierwsza reakcja była - ale oni są wierzący - i skojarzyło mi się z Indiami gdzie ołtarzyki są na każdym rogu. Potem Pani w hotelu wytłumaczyła nam, że jesteśmy w idealnym momencie bo wszyscy świętują. Ulice w mieście będą zamknięte i ciężko będzie przejść ale za to poza miastem nie będzie nikogo.
Zostawiliśmy bagaże w hotelu, zrobiliśmy naradę przy mapie i piwku i zdecydowaliśmy wyruszyć w drogę. Jakie było nasze pierwsze wrażenie? Skawina i Radziszów 40 lat temu… Ołtarzyki kojarzyły mi się z procesjami i drogą krzyżową. Azory zawsze jednak będą nam się kojarzyć z zielonymi pagórkami, krowami gdzie nie spojrzysz i cwaniakami na rogu pod sklepem, prawie jak w Skawinie lata temu.
Azory mają ok dziewięć wysp w swoim archipelagu. My wybraliśmy Sao Miguel bo po pierwsze wyczytaliśmy, że ma jakieś szlaki górskie do zaoferowania, a po drugie ze względu na bezpośrednie połączanie do Nowego Jorku. Tak dobrze czytacie. Z tej wyspy lata non-stop samolot na JFK.
Hiki mieliśmy zaplanowane na jutro. Niestety najfajniejszą trasę nam zamknęli, bo osunęła się ziemia i szlak jest nie do przejścia. Dziś skupiliśmy się na objechaniu wyspy, zobaczeniu co w trawie piszczy i rozeznaniu się w terenie. Wzdłuż wybrzeża przebiega droga, która non-stop ma punkty widokowe. My stanęliśmy na dwóch. Na pierwszym zobaczyliśmy nawet, że mają budkę z coca-colą więc poszliśmy sprawdzić czy nie mają Red Bulla bo Darkowi się coś przysypiało. Niestety Red Bulla nie mieli ale… mieli piwo, i to takie lane prosto do plastikowych kubeczków. Oczywiście już jakiś lokalny tankował, tym razem siebie a nie samochód.
My mało lokalni bo tylko pstryknęliśmy zdjęcie i pojechaliśmy dalej. Na kolejny punkt widokowy. Tym razem nie było budki ale biznesu pilnowało dziesięć bezdomnych kotów. A miały co pilnować, bo punkt widokowy składał się z mini tarasu ale przede wszystkim z miejsca na piknik. Były tam przygotowane grille na węgiel drzewny, stoliki no i daszek, żeby zjeść spokojnie w cieniu. Wygląda, że tak właśnie lokalni spędzają weekendy.
My na grilla się nie załapaliśmy ale widokiem i kwiatkami się zachwycaliśmy. Azory zaskoczyły nas kwiatami. Jest ich dużo, są bardzo kolorowe, rosną czasem w nietypowych miejscach i zdecydowanie są miłym urozmaiceniem i dekoracją.
Niedaleko miejsca widokowego był zjazd na plażę. Robiło się późno więc dla nas idealny czas żeby odwiedzić plażę. Spodziewaliśmy się pustek i ładnego zachodu słońca. Po zjechaniu w dół około 200 metrów niestety nie doznaliśmy niczego z tego. Po pierwsze to zdziwiłam się, że niektórzy dopiero teraz idą popływać i tachają swoje ręczniki i inne zabawki na dół na plażę. A po drugie to słońce zachodziło po innej stronie wyspy więc zostało nam tylko obserwowanie fal.
My odeszliśmy kawałek od ludzi i znaleźliśmy swoją prywatną plażę. Zrobiliśmy sobie przerwę na piwko i wreszcie uzmysłowiliśmy sobie gdzie my tak naprawdę jesteśmy. A byliśmy dokładnie po środku niczego.
Zachód słońca zobaczyliśmy dopiero z autostrady wracając do hotelu. Dla nas jednak dzień się nie kończył. Priorytet numer jeden to było odstawienie auta, a nie było to łatwe bo do miasta zjechały się tłumy i każdy parkował gdzie popadnie. Nawet już nikt nie zwracał uwagi na znaki zakazu parkowania. Byleby się tylko dało przejechać. Nam się udało jakoś wcisnąć na parking hotelowy, który i tak był zawalony samochodami lokalnych idących do miasta.
Dopiero teraz Darek mógł zapomnieć o wąskich krętych uliczkach i o parkowaniu na zapałkę, samochodem z automatyczną skrzyniuą biegów. Mógł wreszcie się zrelaksować i pomyśleć o jedzeniu. Jak zwykle w znalezieniu miejsca pomógł nam TripAdvisor. Zdecydowaliśmy się iść do Tasquinha Vieira. Na początku się cieszyliśmy jak wszyscy szli w innym kierunku niż my. Jednak po przejściu 10 ulic zastanawialiśmy się co tu może być. Ulice pustoszały, w tle było słychać jakieś strzelanie (mam nadzieję, że były to sztuczne ognie), sklepów i restauracji ubywało. Na chwilę włączył się tryb panika ale szybko minął jak tylko stanęliśmy przed drzwiami restauracji i zobaczyliśmy tłum ucieszonych i delektujących się jedzeniem ludzi.
Ja się tyle napatrzyłam dziś na krówki, że postawiłam na wołowinę. Darek jako, że Azory słyną z tuńczyka postawił na steak z tej ryby. Oba wybory były wyśmienite i przy dobrej butelce wina świętowaliśmy zaliczenie kolejnej strefy czasowej.
Po pysznej kolacji spacerkiem przez centrum miasta wróciliśmy do hotelu. Imprezy na mieście się skończyły i ludzie wracali do swoich aut, domów itp. I tylko czasem na ulicy słychać było polską mowę mieszającą się z hiszpańską. Tak dobrze czytacie. Polacy też tam byli….szczerze? Chciałam im zadać pytanie Why??? Ja mam swój powód, żeby przylecieć na Azory, ale dlaczego inni Polacy tu zalecieli? Przecież jest tyle innych ciekawych miejsc? Pytania nie zadałam więc chyba nadal pozostanę nie uświadomiona.
2019.05.24 Madera, Portugalia (dzień 7)
Wczoraj zrobiliśmy sobie przepiękny hike skalistym wybrzeżem północno-wschodniej Madery. Dzisiaj przyszedł czas na to co wyspa ma najlepsze. Odwiedzenie jej środka i hike w niepowtarzalnej i unikatowej scenerii.
Wiele ludzi jedzie na Maderę połazić po górkach. Taki cel myśmy też obrali. Nie jest to łatwe do zrobienia bo jest tyle wspaniałych tras, że cieżko jest wybrać tą najlepszą. Wybraliśmy jeden hike na wybrzeżu i jeden w sercu wyspy. Postanowiliśmy wyjechać samochodem na Pico do Areeiro i przejść szlakiem na Pico Ruivo który jest najwyższym szczytem na wyspie i trzecim w całej Portugalii.
Pico do Areeiro ma wysokość 1,818 metrów i prowadzi na niego nawet dosyć dobra asfaltowa droga na sam szczyt.
My mieszkamy dokładnie nad samym oceanem, czyli prawie na wysokości 0 m.n.p.m. Wyjechaliśmy rano spod hotelu i 20 km później byliśmy już w zupełnie innej scenerii. Na dole palmy i ciepło, po drodze lasy iglaste a na górze bezleśny krajobraz wysokogórski z temperaturą 13C. W zimie czasami nawet tutaj śnieg sypie. Tak, na Maderze są opady śniegu!
Parking na górze jest mały i oczywiście już był pełny. Dużo turystów tu wyjeżdża zrobić zdjęcie ponad chmurami, kupić pamiątkę, czy coś zjeść i wypić. Zdziwiłem się, bo jednak spora część ludzików ubiera lepsze buty bierze plecak i rusza w góry. Szlaków jest wiele, oczywiście najpopularniejszy jest ten nasz i większość ludzi szła w tym samym kierunku.
Tak jak wspomniałem, na górze nie było miejsca i musieliśmy zjechać 400-500 metrów w dół i zaparkować na trawie. Nie było z tym większego problemu tylko dołożyło nam to kolejne 0.5 km w każdym kierunku.
Wyszliśmy na szczyt, znaleźliśmy nasz szlak i ruszyliśmy w dół w kierunku szczytu Pico Ruivo (1862m). Tak, żeby wyjść na szczyt trzeba wpierw zejść do doliny i potem wspiąć się na kolejny szczyt. Można iść innymi, łatwiejszymi szlakami na Pico Ruivo, ale ten jest najciekawszy i ma najładniejsze widoki.
Ogólnie do zejścia mieliśmy około 500 metrów. Muszę wam powiedzieć, że szlak jest przygotowany super. Szło się jak po chodniku. W miejscach gdzie było większe urwiska i można by polecieć w dół są założone liny zabezpieczające.
Szło się cały czas ponad chmurami, które przykrywały ocean i niższe części wyspy. Cudowne widoki!!! Jedyne co nam dokuczało to wiatr. Czasami był tak porywisty, że czapki i kapelusze musiały być trzymane rękami. A musiały być ubrane, bo słońce na tej wysokości geograficznej i nad poziomem morza jest mocne.
Weszliśmy trochę w dolinę, wiatr się uspokoił, a naszym oczom ukazały się jeszcze piękniejsze krajobrazy. Ilonka określiła je jak z filmu Władca Pierścieni.
Strome, wulkaniczne zbocza porośnięte bujną, zieloną roślinnością, a do tego surowe, spalone do czarności wulkaniczne skały, które przeplatały się z wiosennymi żółtymi kwiatami. No po prostu bajka...!!!
Co zakręt to inne widoki i oczywiście musiało polecieć zdjęcie i minuta filmu. Każdy tak robił, nie byliśmy wyjątkami.
To, że na Maderze kochają tunele, to już wiemy z wczorajszego dnia, ale, że budują ich wiele na hikach to dopiero dzisiaj się dowiedzieliśmy.
Na tym szlaku przeszliśmy chyba pięcioma. Niektóre były krótkie, ale niektóre były tak długie, że w środku panowało 100% ciemności. Dobrze, że zawsze na hiki bierzemy ze sobą światła, więc nie było dużego problemu.
Weszliśmy na dno doliny. Na dole było bezwietrznie i dosyć ciepło, a nawet można by powiedzieć gorąco. Niestety teraz mieliśmy do góry, jakieś 500 metrów w pionie. Na szczęście jak tylko zaczęliśmy podnosić się do góry to wiatr się wzmagał i nas ochładzał.
Spora część szlaku szła w cieniu i była dobrze przygotowana. Było stromo, ale dzięki metalowym schodom z poręczami było w miarę łatwo i bezpiecznie.
Wyszliśmy na przełęcz, gdzie przywitał nas ogromny wiatr, ale to dobrze, bo byliśmy zalani potem. Po krótkie przerwie zeszliśmy lekko w dół na drugą stronę i weszliśmy znowu w inny klimat.
Spokój, cisza, mnóstwo żółtych kwiatów i stare wyschłe drzewa. A to wszystko znowu ponad chmurami. Kolejna bajka...!!!
Tu już było dużo ludzi. Dogoniliśmy wielką grupę ludzi i poczuliśmy się jak na Orlej Perci w Tatrach, albo jak na Evereście podczas okna pogodowego. Rzeka ludzi.
Szliśmy za nimi noga za nogą chyba przez 15 minut, aż w końcu Ilonka nie wytrzymała, „włączyła lewy migacz” i zaczęła wyprzedzanie. Nawet jej to skutecznie poszło i za jakieś 10 minut doszliśmy do schroniska pod szczytem.
Czy ja już wam mówiłem, że lubię hiki w Europie? Wchodzisz do schroniska, siadasz, zamawiasz zimne piwo i odpoczywasz. W Stanach nie zamówisz piwa bo nie wolno, bo przepisy, bo głupota.
Od schroniska na szczyt jest jakieś 20 minut łatwym szlakiem. Im wyżej tym bardziej wiało. Tutaj znowu były potrzebne przeciwwietrzne bluzy, ale przynajmniej nie było gorąco. Przy podejściu na szczyt spotkaliśmy polską grupę, która przyjechała na Maderę na 8 dni. Dopiero dzisiaj, pod koniec ich wakacji można było wyjść na szczyt. Wcześniej panowały tutaj bardzo złe warunki. Potężny wiatr, deszcz, chmury i zimno. Szczyt nie był zamknięty, ale w takich warunkach staje się to ciężkie i niebezpieczne. A z drugiej strony jak masz zerową widoczność to po co tam iść. Mówili nam, że mamy szczęście i trafiliśmy idealnie w okno pogodowe.
Jest! W końcu stanęliśmy na szczycie Pico Ruivo! Góra składa się z trzech szczytów oddalonych od siebie 1-2 minut spacerkiem. Widoki oczywiście były wspaniałe w każdą stronę. Fajne uczucie jak stoisz na najwyższym punkcie na wyspie i widzisz ją cała. Może nie do końca całą bo niektóre dolne części dalej były w chmurach.
Zejście nie było takie szybkie, bo jednak znowu musieliśmy się wspiąć 500 metrów na Pico Areeiro. Mało kto robi ten szlak tak jak my. Dużo ludzi idzie tylko w jedną stronę a potem z najwyższego szczytu schodzi innym szlakiem do miejsca znacznie bliżej i wyżej gdzie ma zorganizowany jakiś transport. Myśmy o tym innym miejscu nie wiedzieli więc musieliśmy przejść trasę w dwie strony. Ale nie żałujemy bo było pięknie. Idąc w drugą stronę widzi się zupełnie inne krajobrazy.
Jedno miejsce nas tylko dobiło, gdzie w słońcu musieliśmy się wspinać do góry po nagrzanym stoku. Skały były tak nagrzane przez cały dzień, że jak się ich dotykałeś to czułeś ich wysoką temperaturę. Czarne, wulkaniczne skały potrafią się w słońcu nagrzać na maksa. Było bardzo gorąco, jakieś 40C i bezwietrznie.
Przypominało nam to jak byliśmy w Indonezji i wspinaliśmy się na wyspie Padar. Też było strasznie gorąco. Wtedy nie wyszliśmy na szczyt bo się nie dało, było za gorąco. Teraz nie mieliśmy opcji nie wyjść. Pomalutku, pijąc dużo niestety już ciepłej wody posuwaliśmy się do przodu, aż doszliśmy do zimnego tunelu. W tunelu było może 12-15C co nas szybko ochłodziło i ruszyliśmy dalej.
Reszta wspinaczki przebiegła bez większych emocji i około 18 dotarliśmy na Pico Areeiro. Zmęczeni, ale szczęśliwi zamówiliśmy sobie zimne piwko, usiedli na tarasie i podziwiali te wspaniałe góry w promieniach zachodzącego słońca.
Obydwoje stwierdziliśmy, że to był jeden z tych hików które będziemy pamiętać do końca życia. Myślimy, że jest w dziesiątce najlepszych hików jakie do tej pory zrobiliśmy, a „parę” już zrobiliśmy. Bardzo polecamy, ale ostrzegamy, że nie będzie łatwo. Trasa nie jest techniczna i nie jest długa (13 km), ale pogoda, wiatr i upały mogą zniechęcić albo nawet uniemożliwić przejście tej trasy. Czasami na okno pogodowe można czekać nawet i tydzień.
Nam zostało tylko jakieś 500 metrów do zejścia już pustą asfaltową drogą gdzie czekał nagrzany do czerwoności nas samochód.
To nie był koniec zabawy. Trzeba jeszcze zjechać prawie 2km w dół. Mamy biegówkę terenową Renault z większym silnikiem (musiałem za tą zabawkę trochę dopłacić), więc było się czym bawić.
Zjechaliśmy w dół, zaparkowaliśmy i poszliśmy w końcu coś zjeść.
Staramy się nie jadać w hotelach i nie przepłacać za masowej produkcji jedzenie. Zawsze chcemy zjeść lokalnie i wspomagać miejscowe, małe biznesy, chyba, że nie ma innej opcji i musimy jeść w hotelu. Poszliśmy do lokalnej knajpki Cris. Dobry wybór.
Tatar z krówki może nie był najlepszy jaki jadłem w życiu, ale świnka i kurczak były wyśmienite. Do tego kelner doradził nam ciekawe, portugalskie wino, potem wino Madeira na koniec i była uczta na całego.
Kiedy byliście ostatni raz w restauracji w której cukier podawany jest w kryształowej cukierniczce z łyżeczką? Taka to była lokalna knajpka!
Po kolacji obowiązkowy i pożegnalny spacerek z Maderą. Jutro dalej zwiedzamy portugalskie wyspy. Lecimy na Azory na wyspę San Miguel.
2019.05.23 Madera, Portugalia (dzień 6)
Madera, wulkaniczna wyspa po środku oceanu Atlantyckiego. Słyszeliśmy, że jest piękna, nadal mało popularna ale łatwo dostępna, pełna pięknych gór wulkanicznych i spacerów na te “pagórki”.
Wylądowaliśmy wczoraj bardzo późno więc nic nie widzieliśmy poza lotniskiem, autostradą (przez 3 minuty) i recepcją hotelu. Hotel Albatroz od razu przypadł nam do gustu. Żałowaliśmy, że jesteśmy tu tylko jedną noc. Wzięliśmy go bo był blisko lotniska ale tak naprawdę chcieliśmy spać w mieście Funchal. Jest to bowiem największe miasto na tej wyspie.
Po śniadanku na świeżym powietrzu zrobiliśmy obchód po hotelu. Hotel położony na klifie ale z dostępem do oceanu. Tylko, żeby dojść do oceanu trzeba zejść z 50 albo 100 schodów, wskoczyć do basenu i z basenu wejść do oceanu. Jak się potem dowiedzieliśmy na Maderze jest dość mało typowo piaszczystych plaż. Większość wybrzeża to skały, klify i strome zbocza.
Skoro tak piękne widoki mieliśmy z hotelu to nie mogliśmy się doczekać, aż wsiądziemy w autko i odkryjemy wyspę we własnym tempie. Biurokracja trochę zajęła bo najpierw Darkowi powiedzieli, że to co on pierwotnie wybrał to ma tak słaby silnik, że na tych górach to będzie zdychał. A po drugie to szukali automatycznej skrzyni biegów ale niestety się nie udało i Darek wyjechał z lotniska terenowym Ranault z manualną skrzynią biegów.
No to w drogę, Darek szybko przypomniał sobie co to jest sprzęgło. Więc sru przed siebie, GPS ustawiony, aparaty przygotowane, baterie pod ręką bo przecież będę pstrykać tysiące zdjęć…
A tu zonk. Jedziemy a tu tunel, spoko przejechaliśmy tunel, dwie minuty na powietrzy i znów tunel. Pięć minut można popatrzyć na widoki i znów tunel. Tak, na Maderze kochają tunele. Jeśli chodzi o widoki to nie jest to najlepsze rozwiązanie ale przyspiesza poruszanie się. Bez tuneli to by było ciężko na tych krętych dróżkach pod górę. Żeby podziwiać widoki tak czy siak trzeba się przejść na hike więc myśmy tak bardzo nie narzekaliśmy i cieszyliśmy się z kolejnego tunelu, który przybliżał nas do szlaku nad wybrzeżem.
Na Maderze jest bardzo dobrze rozwinięty system szlaków. Są one bardzo dobrze przygotowane, i oznaczone. A na końcu każdej trasy jest schronisko. Nie we wszystkich można spać, ale w każdym można uzupełnić zapasy wody czy schłodzić się chłodnym piwkiem. Wg. strony http://walkmeguide.com/en/madeira/trails-list/ na Maderze jest ponad 50 tras. Tak więc spokojnie można spędzić tygodnie w tych górach i połazić.
My na dziś zaplanowaliśmy Vereda da Ponta de São Lourenço (PR8). Jest to szlak zaplanowany na 2-3 godziny, ale tego szlaku nie chce się “przelecieć”. Nam cała trasa zajęła 5h ale “straciliśmy” dużo czasu na podziwianiu widoków i pstrykaniu zdjęć.
To, że Polacy są wszędzie to wiadomo. To, że Polak zawsze gdzieś polezie, żeby sprawdzić co jest za zakrętem przekonaliśmy się po raz kolejny na tym spacerku. Szlak idzie na koniec wybrzeża na ostatni cypelek, ale ciągnie się po wyższych partiach skał więc ciężko jest dotknąć wody. W dwoch natomiast miejscach trasa schodzi na dół. Jedno z takich miejsc dochodzi do “polskiej plaży”. Polskiej dlatego, że oprócz nas na plaży było tylko trzech innych polaków. Wiadomo - my nie jesteśmy lenie i jak tylko jest szlak to trzeba sprawdzić co jest za zakrętem.
Po krótkim odpoczynku, ruszyliśmy dalej w górę. Trasa non-stop zaskakiwała nas nowymi widokami, formacjami skalnymi czy kolorem oceanu. Na trasie było bardzo dużo ludzi, w każdym wieku i chyba z każdego kraju. Piękne jest jak przyroda łączy ludzi.
Na końcu trasy jest oaza. Prawdziwa oaza, która wydaje się fatamorganą. Ogólnie trasa idzie przez tereny dość suche, nasłonecznione, z zerową ilością cienia i niesamowicie wietrzne. Natomiast oaza to domek, otoczony palmami, które dają cień. Byliśmy tak spragnieni cienia i czegoś zimnego, że zlecieliśmy z górki na pazurki i rzuciliśmy się po piwko.
Wiadomo, tu piwo kosztuje 5 EUR a na początku trasy 1.50 EUR. Ale z drugiej strony 3.5 EUR za to, że nie trzeba nosić a przede wszystkim, że dostaje się idealnie schłodzone piwko to nie jest tak źle. Niestety rozrabiać tu się nie da bo po pierwsze za schroniskiem trasa ciągnie się dalej i wyżej na punkt widokowy. A po drugie trzeba pamiętać, że trzeba wrócić. A droga powrotna jest tak samo ciężka jak droga tu bo trasa idzie góra, dół, góra, dół cały czas.
Zregenerowaliśmy siły, pogadaliśmy z jaszczurkami, których tu trochę jest i ruszyliśmy na szczyt. Pomimo, że były jakieś tabliczki, że trasa jest nie polecana to i tak szedł tłum ludzi a trasa była bardzo dobrze przygotowana i zabezpieczona linami. Ciekawe czemu nie polecają dalszego wspinania się.
Warto się wyspinać i popatrzyć na wszystko z góry. Widać koniec cypelka a potem już tylko ocean i długo długo nic.
Pomimo, że wracaliśmy tą samą trasą co tu przyszliśmy to nadal nas widoki zaskakiwały. Było inne światło, mniej ludzi, my patrzyliśmy na wszystko z drugiej strony i znów pstrykaliśmy tysiące zdjęć.
Zmęczeni upałem ale bardzo zadowoleni dotarliśmy szczęśliwie do samochodu i zrobiliśmy to co każdy włóczykij lubi najbardziej….ściągnęliśmy ciężkie górskie buty i założyliśmy lekkie klapki...to jest chyba najlepszy moment. Satysfakcja zrobionej trasy i pozbycie się ciężkich buciorów.
Odpoczęliśmy w bagażniku samochodu - przewaga SUV nad sedanami, i ruszyliśmy dalej w drogę. Chcieliśmy wykorzystać dzień jak najbardziej się da. Na szczęście dni są tu dość długie i słońce zachodzi dopiero koło dziewiątej wieczorem.
Darek stwierdził, że trzeba wypróbować autko na górskich krętych drogach i ruszyliśmy odkrywać wyspę omijając tunele. Wskakiwaliśmy tylko do tunelu jak stara, lokalna droga była zamknięta. Niektóre trasy były zamknięte ze względu na bezpieczeństwo. Często tu ląd się obsuwa albo drogi są tak wąskie, że już jest nie bezpieczne po nich jeździć. Wtedy drogi zamykają i nie masz wyjścia tylko wskoczyć w tunel.
Znaleźliśmy (dość spontanicznie) fajną miejscówkę Ribeira da Janela. Chyba, żadne blogi nie polecają tego miejsca bo poza nami były tylko jeszcze dwie pary. Natomiast, parking jest przygotowany na dużo więcej samochodów. Plaża standardowo kamienista ale widok klifów, skał wystających z wody no i fal jest piękny.
Zbliżał się wieczór i zdecydowaliśmy się pojechać do hotelu. Jak już wspominałam na początku chcieliśmy być bliżej miasta więc hotel wzięliśmy w mieście. Dojazd do hotelu nawet nie był tak zły. Oczywiście standardowo ostro w dół - gorzej niż w San Francisco - ale przynajmniej ulice w miarę szerokie. Natomiast parking pod hotelem to byłą masakra. Dobrze, że mam najlepszego kierowcę bo parkowanie na milimetry to standard w Europie.
To co zauważyliśmy na Maderze to, że ludzie parkują gdzie popadnie. Byle by się samochód zmieścił. Byleby inni przejechali. Cała reszta to tylko sugestia, jakieś pasy na parkingu czy wydzielone miejsca to tylko sugestia.
Była już dziewiąta wieczór i internet nam powiedział, że większość miejsc jest zamknięta więc postanowiliśmy zjeść kolację w hotelu. Kolacja taka sobie ale po hiku nie narzekaliśmy bo byliśmy dość głodni. Natomiast jutro poszukamy czegoś lepszego. Jutro czeka nas większy spacerek więc trzeba się oszczędzać i grzecznie iść spać.
2019.05.22 Porto, Portugalia (dzień 5)
Po wczorajszym długim zwiedzaniu miasta Porto jakoś bardzo nie chciało nam się dzisiaj rano wstać. Ledwo co zdążyliśmy na śniadanie. Ale żeby dobrze miasto poznać to i w dzień i wieczorami trzeba się po nim wałęsać i zaglądać tu i tam.
Wczoraj był odpoczynek od samochodu, więc dzisiaj nadszedł czas na odwiedzenie garażu, odpalenie Merola i w drogę. I to w nie byle jaką drogę. Najpierw odwiedzenie jednego z najważniejszych rejonów produkujących wina na świecie, mowa to o Douro i winie Porto, a potem mamy zamiar pojechać do miasta w północnej Portugalii w celu odwiedzenia kogutów.
Dlaczego wino Porto jest takie sławne, pyszne, ciekawe? Na pewno, każdy kto pija wina zna Porto. Wino z północnej Portugalii, z doliny rzeki Douro o niepowtarzalnym smaku. Wino Porto tak jak Tokaj i Chianti są jednym z najstarszych chronionych rejonów na świecie. Ludzie sadzili tutaj winorośl od tysięcy lat, ale dopiero dzięki Anglikom kilkaset lat temu wina Porto nabrały sławy.
Anglia prowadziła wojnę z Francją i dostawa francuskich win do Anglii została ograniczona. Anglicy zaczęli szukać innych rynków i natrafili na Portugalię gdzie się dogadali i zaczęli sprowadzać wina Porto. Żeby te wina nie psuły się w transporcie zaczęli do nich dolewać brandy i tak powstało 19-21% wino Porto.
W 45 minut samochodem od Porto wjechaliśmy w rejon Douro gdzie znaleźliśmy winiarnie Sandeman. Małą wąską drogą wyjechaliśmy pod górę i wjechaliśmy do pięknie położonej winiarni.
Parę z ich win mam w sklepie (Tawny 10 i 20 letni) ale chciałem popróbować starszych roczników. Poszliśmy do pomieszczenia gdzie się testuje wina i zamówiliśmy 30 i 40 letnie Porto, a także ich nowsze roczniki.
Dostaliśmy deskę serów i można się było bawić. Wygrało 30 letnie. Bardzo złożone, ciekawe suszone owoce, orzechy i miało jeszcze trochę owocowy smak. Natomiast 40 letnie też było dobre, ale jak dla mnie to już za dużo dębu, wanilii i przypraw a za mało owoców.
Posiedzieliśmy chyba z godzinę, odpoczęliśmy i poszliśmy się przejść po winiarni. Odjechaliśmy około 70 km od wybrzeża, więc było już „trochę” ciepło. W cieniu było ok, ale w słońcu już się czuło południową Europę, mimo, że to dopiero maj.
Wspomniałem na początku, że jedziemy szukać kogutów. Dlaczego kogutów? Bo koguty są tu wszędzie. Na każdej pamiątce, magnesie czy koszulce. Jest to najbardziej popularny element folklorystyczny i dekoracyjny w Portugalii. Oczywiście wszystko przez legendę. Oni mają koguty my mamy smoka. A legenda brzmi:
W małym miasteczku popełniono morderstwo. Nie wiedzieli kto to zrobił, a że w mieście pojawił się pielgrzym, który szedł do Santiago do Compostela to od razu został posądzony i skazany na śmierć. Jako ostatnie życzenie poprosił o kolację u sędziego, który go skazał. Pielgrzym próbował przekonać sędziego, że jest nie winny, ale sędzia był nie ubłagany. Pielgrzym zakończył kolację słowami "Jestem tak nie winny jak pewne jest to, że ten kogut co przygotowaliście na kolację jutro jak mnie powiesicie zapieje". Nikt nie wierzył bo przecież kogut był już upieczony ale na drugi dzień w momencie jak wieszali pielgrzyma kogut zapiał. Sędzia szybko poleciał pod szubienicę i na szczęście udało się uratować pielgrzyma.
Niestety pomyliliśmy miasteczka i zajechaliśmy do Braga, a nie Barcelos. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Braga jest fajnym, małym, historycznym miasteczkiem. Zaciekawili nas ludzie handlujący na ulicach. Dużo z nich było poprzebieranych za królów, księżniczki, chłopów, ogólnie ubrani byli w średniowieczne stroje. Dodawało to fajnego uroku straganom i starym uliczką.
Powałęsaliśmy się troszkę po uliczkach, przekąsili coś i niestety musieliśmy się zbierać. Czas na drugą część wakacji, na portugalskie wyspy.
Oddaliśmy samochód na lotnisku w Porto i w końcu mogliśmy wypróbować naszą nową kartę kredytową z Chase, Sapphire Reserve.
Nie użyliśmy jej na JFK bo dopiero przyszła jak byliśmy w Portugalii. Nie było ją łatwo dostać, troszkę trzeba było się postarać i udowodnić bankowi, że jest się fajnym. Opłata za nią wynosi $450 rocznie. Pomyślicie, za kartę płacić? Po co? Też tak myśleliśmy, ale jak odpowiednio i umiejętnie ją używasz to możesz zarobić $2,000-2,500 rocznie. Karta ma wiele plusów i dużo masz w niej wliczone rzeczy, na dzień dobry oddają ci $300 jak kupisz jakiś bilet lotniczy albo hotel. Potem dostajesz zwrot 3% za wszystkie wydatki związane z podróżami i restauracjami. Do tego wszystkiego masz wejście do lounge na lotniskach. Już nie musimy z tłumami siedzieć tylko wygodnie, komfortowo się relaksować. W dodatku masz za darmo jedzenie i picie (alkohol też). Wiedząc, że często ceny za wszystko na lotniskach są chore to jak się często lata to można zaoszczędzić.
Pożyjemy, zobaczymy i zdamy relacje czy się opłaca. Jak do tej pory mamy kartę Barclay dzięki której rocznie zaoszczędzany do $1,000 a płacimy tylko za nią $90.
Lot na Madeira trwał dwie godziny i wylądowaliśmy na lotnisku o nazwie..... co najbardziej Portugalczycy kochają? ...... piłkę nożną! Więc oczywiście, że lotnisko dostało nazwę Christiano Ronaldo, który tutaj się urodził i po raz pierwszy kopał piłkę. Więcej o lotnisku i jak można zbudować pas startowy na górzystych i wulkanicznych wyspach w następnych odcinkach. Była już prawie północ, więc nie braliśmy samochodu tylko spaliśmy obok w hotelu Albatroz, który jest 3 minuty od lotniska a zarazem znajduje się na skalnym urwisku nad oceanem. Jutro będą zdjęcia. Póki co dobranoc!
2019.05.21 Porto, Portugalia (dzień 4)
Nie rozumiem ludzi którzy zwiedzają Europę odwiedzając tylko jej stolice. Odwiedzić Lizbonę i powiedzieć, że się było w Portugalii to tak jak odwiedzić Nowy York i powiedzieć, że się widziało Stany. Jak się przekonaliście we wczorajszym wpisie my lubimy wziąć samochód, pokonać kilometry trasy i zobaczyć coś poza stolicami.
Niestety czasem kilometrów jest za dużo i na drugi dzień nie mamy ochoty w ogóle wsiadać do samochodu. Tak właśnie było dzisiaj. Dziś był dzień relaksu i bez pośpiechu. Dziś zwiedzaliśmy Porto.
Porto jest drugim co do wielkości miastem w Portugalii. Sławę wśród turystów zyskało głównie przez wino porto. Niedaleko miasta jest dolina rzeki Douro. W dolinie tej znajdują się najsłynniejsze winiarnie produkujące głównie wino Porto. My winiarnie planujemy odwiedzić jutro ale jak ktoś woli pozostać w Porto to też może spróbować wiele win porto jak i dowiedzieć się o historii największych winiarni.
Całe wybrzeże w dzielnicy Vila Nova de Gaia Porto to albo restauracje albo budynki należące do winiarni. Rożnego rodzaju porto można spróbować tu na każdym kroku, ale przoduje Sandeman. Bardzo lubimy Sandeman'a 20 letniego tawny. Kiedyś dostaliśmy butelkę w prezencie i tak nam zasmakowało, że Darek zamówił do sklepu. Porto za często nie pijamy bo jednak jest to słodkie wino ale od czasu do czasu po kolacji na lepsze trawienie można się napić kieliszek.
Nas jednak upal dobijał i wybraliśmy chłodne piwko w cieniu a nie ciężkie porto. Życie w Porto toczy się nad rzeką. Po pierwsze lekki chłodek sprawia, że miło się siedzi a po drugie pełno jest tam grajków, knajpel, restauracji no i oczywiście sklepów z pamiątkami.
Jest tez dużo prania. My nauczeni do używania suszarki zapominamy, że nadal niektórzy wywieszają wyprane ciuchy na zewnątrz. Śmiesznie to trochę wygląda jak gacie wiszą w samym centrum miasta.
Porto jest bardzo górzyste. Już Lizbona zaskoczyła nas pagórkami po których się wspinaliśmy ale Porto miało tego więcej. A do tego temperatura była dużo wyższa i prawie zero wiatru.
Oba brzegi połączone są mostem Louis I, którym można przejść. Most jest dwu poziomowy. Na górze mogą chodzić ludzie i jeżdżą tramwaje. Na dole jest pas dla pieszych i samochodów. Przejście się górą mostu robi wrażenie. Jest niesamowicie wysoko i widać całe miasto z góry. Muszę przyznać, że mój lek wysokości troszkę dal o sobie znać. Wracaliśmy już dolnym poziomem i efektu nie było żadnego.
Centrum miasta jest dość małe i można spokojnie przejść wszystko na nogach. Natomiast jeśli kondycja nie pozwala ci na chodzenie góra dół to zawsze można wziąść kolejkę która wywozi ludzi na górne ulice.
Dopiero jak słońce zaszło to zrobiło się przyjemnie chłodno i nawet zdecydowaliśmy się zjeść kolacje na zewnątrz. Oczywiście poleciała rybka. Knajpkę wybraliśmy po ilości ludzi a nie jak zazwyczaj po Tripadvisor. I tu chyba był nasz mały błąd bo jedzenie było tak przesolone, że nie bardzo czuliśmy smak ryby. Dobrze ze przynajmniej kelner był wesoły a na ulicy fajnie grali to i na przesolone jedzenie nie zwracaliśmy uwagi.
A tak na marginesie....widzieliście Darka promującego Statuę Wolności? Myślę, że tym zdjęciem można podsumować nasze rozrabianie w Porto...
2019.05.20 Albufeira & Sintra, Portugalia (dzień 3)
Kolejny dzień w Portugalii i kolejne przygody. Dzisiaj większość czasu spędziliśmy na przemieszczaniu się. Siedząc przy piwie po całym dniu w prawie pustym hotelowym barze w Porto, pisząc bloga wspominaliśmy ten długi dzień, który rozpoczął się wcześnie rano 700 kilometrów na południe.
Spaliśmy w Lagos. Wiedząc, że dzisiaj przed nami długa droga na północ wzięliśmy sobie wczesne poranne atrakcje i już o 9 rano byliśmy na morskim pontonie ze sternikiem i przewodnikiem.
Południowa Portugalia słynie z niesamowitych oceanicznych grot, urwisk skalnych i niedostępnych plaż. Z lądu tego nie widać, więc łódka stała się przyjemną koniecznością. Pomyślicie, południowa Portugalia, tropik, gorąco.... dobrze, że w maju mieliśmy ciepłe bluzy z kapturami bo inaczej byśmy zamarzli. Ponton tak szybko leciał na falach, że aż byliśmy w szoku.
Po wypłynięciu z portu skręciliśmy w prawo i płynęliśmy wzdłuż wybrzeża. Naszym oczom ukazały się wspaniałe rezydencje które z lądu nie widać. Niestety większość z nich to nie domy lokalnych, tylko obcokrajowców, a zwłaszcza Anglików. No tak, w Anglii zimno przez prawie cały rok, a tu mają raj.
Wypłynęliśmy na 3 godziny. Pierwsze 1.5h to plaże i groty a druga połowa to poszukiwanie delfinów. My nie należymy do plażowych ludzi, ale takie klimaty to nam odpowiadały. Brak tłumów, nie za gorąco i ciekawe opowieści przewodnika. Każda grota i plaża ma swoją nazwę z ciekawą historią albo legendą. Tam nam upłynęła pierwsza część podróży. Wpływaliśmy do wielu grot a także przypływaliśmy na bezludne plaże.
Skalisty brzeg z wody wygląda zupełnie inaczej niż z lądu. Tutaj coś w końcu widać. Aż by się chciało wyskoczyć na jedną z tych plaż, usiąść i wypić chłodne piwko, ale niestety mieliśmy napięty „plan zajęć” i musieliśmy płynąć dalej.
Sternik znał teren, miał wysokie umiejętności a w dodatku był odpływ więc mógł wpływać głęboko w jaskinie. Czasami tak głęboko że było ciemno na 100%.
Większość plaż jest dostępnych tylko z wody, ale i tak było już na nich sporo ludzi. Część na kajakach a część była przywożona przez firmy które robiły tam grilla, miały przenośne lodówki z zimnymi napojami i pewnie zbierali za to odpowiednie opłaty. W Portugalii nie można mieć prywatnych plaż, więc każdy tam mógł się rozbijać jak sobie tylko jakoś dopłynął.
Poza jaskiniami i schowanymi plażami podziwialiśmy też skały wystające z oceanu. Jaka ta natura jest przewrotna, żeby tak pozostawiać skały gdzie nie gdzie. Oczywiście lokalni mają nazwy na większość z nich. A to żółta łódź podwodna (bo skała przypomina kształtem ubota), albo po prostu jakiś łuk czy słoń.
Po około 1:45 przewodnik powiedział, że wystarczy zwiedzania grot i wypływamy na otwarty ocean szukać Delfinów. Powiedział żeby się wyzapinać, ubrać kaptury bo będziemy płynąc daleko i szybko. Kapitan rozpędził ponton i rzeczywiście zaczęło ostro wiać przenikliwym zimnym powietrzem.
Wypłynęliśmy dosyć daleko, lądu już prawie nie było widać, a po Delfinach ani śladu. Jest tam ponoć wiele firm które zajmują się oglądaniem Delfinów i jak któraś firma je znajdzie to przez radio daje innym namiary gdzie są. Niestety w tez dzień nikomu się nie udało. Popływaliśmy, poszukaliśmy, ale niestety bo ssakach ani śladu. Tylko statek rybacki spotkaliśmy otoczony plagą ptaków. Pewnie polują na rybki. Trochę zmarznięci i lekko zawiedzeni wróciliśmy do portu gdzie w słoneczku i przy piwku mogliśmy się ogrzać.
Nie mogliśmy za długo odpoczywać, bo dzisiejszą noc śpimy w Porto, a to jest po drugiej stronie kraju, jakieś 700 km od nas. Na szczęście Portugalia ma dosyć dobrze rozwiniętą sieć autostrad i nie są bardzo zatłoczone więc w krótkim czasie drogi zaczęło ubywać. Po drodze zaciekawiły nas gniazda bocianów. Pomyślicie, co w tym dziwnego, gniazda Boćka nie widziałeś? Widziałem, widziałem, ale nie tak dużo i nie w jednym miejscu. Było ich bardzo dużo na słupach wysokiego napięcia przy autostradzie. Ciekawie to wyglądało. A czy bociany z południowej Portugalii odlatują na zimę do ciepłych krajów? Kto zna odpowiedź na to pytanie?
Po paru godzinach dojechaliśmy w okolice Lizbony. Będąc tutaj w pierwszy dzień brakło nam czasu na odwiedzenie miasteczka Sintra. Jest to małe, historyczne miasteczko w którym kiedyś królowie wypoczywali i jeździli na polowania.
Sintra jest najdroższym i najbogatszym miastem w Portugalii jak i na całym półwyspie Iberyjskim. Miejsce to wygrywa w rankingach jako miejsce gdzie najlepiej mieszkać, jest tu bardzo dużo restauracji z najwyższymi ocenami a ceny nieruchomości są masakrycznie wysokie.
Turysta w tym rejonie spokojnie może spędzić cały dzień. Do odwiedzenia jest wile zamków, ogrodów i innych fortyfikacji. Niestety jeżdżenie pomiędzy tymi wszystkimi atrakcjami jest nie wskazane. Lepiej jest zaparkować w jednym miejscu i resztę pokonać na nogach. Niestety wąskie uliczki z ostrymi zakrętami nie są niczym przyjemnym.
My ograniczyliśmy się do odwiedzenia Sintra National Palace. Największe wrażenie na nas zrobiły kafelki. To, że w Portugalii wszystko jest wyflizowane to zdążyliśmy zauważyć. Nadal jednak po tych paru dniach spędzonych tu podziwiamy te arcydzieła.
Zwiedzanie zaostrza apetyt więc przed dalszą drogą wylądowaliśmy w lokalnej knajpce na późny lunch i dobrą, mocną kawę dla kierowcy.
Do Porto zostało nam jakieś 350km. Po wyjechaniu z okolic Lizbony autostrady znowu stały się puściejsze i można było sunąć. Zaskoczyła nas cena za drogi. Są oczywiście płatne, ale nie jest to aż tak drogie jak w pozostałej zachodniej Europie. Francja, Włochy, Austria.... już na maksa przesadzają. Prawie tyle samo płacisz za drogi co za okropnie drogie paliwo. W Portugalii za 700 km wyszło jakieś €45, gdzie w pozostałej części Europy by było pewnie 2x więcej.
Nie ma to jak w Stanach. Dużo autostrad jest za darmo, a te co są płatne są o wiele tańsze niż w Europie. No i to tanie paliwo w Stanach sprawia, że można jeździć do woli. Około godziny 22 dotarliśmy do hotelu w Porto. Zmęczeni i spragnieni po całej podróży szybko wylądowaliśmy w barze na czymś chłodnym. Póki cały dzień mamy jeszcze świeży w naszych głowach chcieliśmy to jak najszybciej przelać na „papier”.
O północy bar zamknęli, więc kontynuowaliśmy pisanie w hotelowym lobby. Śpimy w tym hotelu dwie noce (rozpusta, nie?), więc jutro rano można się wyspać. Nie bierzemy też samochodu tylko cały dzień na nogach zwiedzamy miasto Porto. Oj będzie się działo....
2019.05.19 Lagos, Portugalia (dzień 2)
Przez Darka pracę zapomniałam już dlaczego zawsze tak bardzo chciałam odwiedzić ten kraj. Zboczenie zawodowe, które z mojego męża przeszło na mnie, sprawiło że myśląc gdzie polecieć myślimy też o winach. Oczywiście Portugalia słynie z Porto, i Madera też ma podobno całkiem niczego wina ale na pewno jest wiele poza tym. Do tego szukaliśmy kraju który pomógłby nam zaliczyć nową strefę czasową.
Padło na Azory jako jedyne wyspy w strefie -1 UTC. Padło też na Portugalię bo Madera, bo Porto, bo fajne winiarnie. Zapomnieliśmy tylko z czego tak naprawdę słynie Portugalia.
A słynie z wybrzeże Algarve - z tego tak naprawdę słynie Portugalia. Przepiękne skaliste wybrzeże, piękne plaże schowane między skałami i potężne klify. To wszystko sprawia, że urok tego miejsca przyciąga rocznie około 7 milionów ludzi. Przyciągnęło też nas i nie spędzając dużo czasu w Lizbonie, kolejną noc postanowiliśmy spędzić w Lagos.
Zanim jednak na dobre opuściliśmy Lizbonę to postanowiliśmy odwiedzić Belem a szczególnie zobaczyć wieżę i pomnik na cześć wypraw morskich. W XV - XVI wieku Portugalia jak i inne mocarstwa Europy miała potężną flotę i rozpoczynała morskie wyprawy w celach handlowych z Indiami czy Chinami. Wieża Belem służyła nie tylko jako forteca ale również jako miejsce powitalne dla zmęczonych podróżą żeglarzy.
Niedaleko wieży jest również pomnik upamiętniający te śródziemnomorskie wyprawy. Pierwotnie pomnik ten został postawiony w 1939 jako część tymczasowej wystawy. Nie postał on za długo bo już w 1943 roku go rozebrali. Natomiast pomysł tego pomniku tak się spodobał władzom, że w 1958 pomnik przywrócili ponownie nad wybrzeże rzeki Tagus.
Muszę przyznać, że pomnik robi wrażenie. Architektonicznie wieża podobałą mi się bardziej ale pomnik jest ogromny. Jego wielkość aż daje do myślenia jak duże statki wypływały z portu w XV czy XVI wieku.
Spacer po wybrzeżu był super przyjemny. Ogólnie Portugalia ma idealną pogodę jak dla nas. Jest słoneczko, jest piękne niebieskie niebo bez żadnych chmurek a jednoczenie nie jest za gorąco. Można spokojnie przejść się wybrzeżem w południe bez uciekania do cienia przy najbliższej okazji. Na nas przyszedł jednak czas i musieliśmy ruszać w drogę na prawdziwe wybrzeże. Południe Portugalii czekało na nas.
Portugalia może jest małym krajem ale zdecydowanie jest długim. Z Lizbony na wybrzeże było ponad 3h samochodem. Do tego wpadliśmy na genialny pomysł, żeby wziąć mniejsze drogi niż autostrady, bo przejedziemy się wybrzeżem i więcej zobaczymy, a Google mówi, że tylko 20 min dłużej pojedziemy. No chyba jednak jechaliśmy dłużej niż 20 min, bo Google nie bierze pod uwagę, zakazów wymijania, innych kierowców, którzy wolniej jadą itp. Ale jakoś dotarliśmy na sam koniec, dotarliśmy do miejsca zwanego “Last Sausages before America”. Tak naprawdę dotarliśmy na Przylądek Świętego Wincentego. Jest to punkt wysunięty najbardziej na południowy zachód kontynentalnej Europy. Jest to też początek trasy długo dystansowej trasy E9 która idzie wybrzeżem Europy od Św. Wincenta aż po Narva-Joesuu w Estonii. Trasa ta ma długość 5 tys km - szacun jeśli ktoś ją przeszedł.
Niedaleko przylądka jest oczywiście twierdza. Twierdza w Sagres wybudowana w XV wieku niestety uległa zniszczeniu w 1578 i ponownie przez trzęsienie ziemi w 1755. Twierdza zostałą odbudowana później w latach 40-stych XX wieku.
Z XV wieku ostał się tylko kościół Matki Bożej Łaskawej, położony w środku twierdzy.
Już tylko 30 minut dzieliło nas od najważniejszej atrakcji dzisiejszego dnia. A przynajmniej wydawało nam się, że od najładniejszej. Wybrzeża i plaż Portugalii. Ci co nas znają to wiedzą, że za plażami to my nie przepadamy ale za takimi pięknymi, skalistymi to szalejemy i moglibyśmy łazić tam godzinami.
Praia do Camilo, czyli plaża Camilo, zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Po pokonaniu ze stu schodów zeszliśmy na plażę, a potem tunelem w skałach przeszliśmy na kolejną plażę. I tak można by dalej. W Portugalii jest multum malutkich plaż otoczonych skałami. Na niektóre z nich wybudowane są schody, inne dostępne są przez tunele w skałach wykopane między plażami, a jeszcze inne dostępne są tylko prze ocean. Można wpłynąć na nie różnego rodzaju łódkami, kajakami itp.
Najpiękniejsze w tych plażach są widoki na skały wystające gdzie nigdzie z oceanu. Dziś po długiej podróży mogliśmy się zrelaksować, oglądać jak zachodzące słońce pięknie oświetla skały i wypić piwko.
Niedaleko Praia do Camilo jest inna plaża, Praia dos Pinheiros którą można dojść na sam koniec cypelka. Kolejne piękne formacje skalne spowodowały, że lataliśmy z aparatami jak chipmonki.
Chyba to miejsce jest nie tylko ważne turystycznie ale też militarnie bo radar jaki tam postawili i ilość kamer która go chroni nas zaskoczyła.
Dzień zakończyliśmy oczywiście na przepysznej kolacji. Rybka musiałą polecieć. Knajpka O Camilo, pomimo, że położona na słynnej plaży wcale nie okazała się pułapką turystyczną. My na stolik musieliśmy poczekać ok 20 minut ale podobno w lecie ludzie czekają godzinami. To już trochę przesada, żeby w środku lata przy 40C czekać ponad godzinę na stolik. Po raz kolejny potwierdzamy się w przekonaniu - rezerwacje są konieczne. Sprawiają one, że troszkę trzeba liczyć się z czasem i czasem skrócić zwiedzanie, żeby zdążyć do restauracji ale z drugiej strony czekanie godzinami w kolejkach nie należy do przyjemnych czynności.Relaks nad wodą przy pysznej rybce, winku a na koniec Porto był idealnym zakończeniem dnia.
2019.05.18 Lizbona, Portugalia (dzień 1)
Zaskoczenie, zaskoczenie, i zaskoczenie po raz trzeci…..tylko czy można być zaskoczonym jak nie wie się co oczekiwać? Technologia przybliża świat, doświadczenie przybliża świat, podróże przybliżają je jeszcze bardziej. Aktualnie takie wyjazdy jak do Europy czy po Stanach już nie planujemy. Chcielibyśmy…. ale nie mamy zazwyczaj na to czasu. Tak więc nasze planowanie ogranicza się do hoteli, samochodów, lokalnych samolotów i tyle….. Reszta…. Resztę załatwia nasza mapa pod tytułem “bucket list” na którą regularnie wrzucamy punkty warte zobaczenia.
Ograniczone do minimum planowanie wakacji sprawia, że nie bardzo mamy wyrobioną opinię przed zobaczeniem miejsca. I wiecie co….to nawet dobrze. Lepiej jest jechać na pół spontanie, odkryć miasto we własnym tempie i zrzucać kalorie pokonując miliony schodów aby wspinać się na jakąś ulicę.
Tak właśnie wyglądał nasz wyjazd do Lizbony. Bilety kupione, hotele zarezerwowane i tyle…… resztę się zaplanuje później. Ale później nie ma czasu, a to się zrobi jutro i tak mija dzień po dniu i nawet nie oglądając się jest piątek 18:45 a ja uzmysławiam sobie, że chyba najwyższa pora wziąć metro z pracy na lotnisko. Szybki telefon do Darka, który wysłał już parę smsów w stylu, chłodzić szampana w sklepie, kiedy będziesz...aż w końcu….czy ja nie powinienem już jechać na lotnisko….
Tak powinniśmy. Szybko umówiliśmy się na Fulton Street, wsiedliśmy w linię A i z każdą stacją jak ubywało lokalnych a w wagonie zostawali tylko ludzie z walizkami docierało do nas, że gdzieś lecimy…
Szybka odprawa, bo przecież mamy TSA pre, bo ja znam terminal bo latam z niego co miesiąc do Washington, bo mamy mobile check-in i…..i wreszcie można zjeść kolację…..Steak na lotnisku, to się nie zdarza za często. Weszliśmy do Palms Steak house i....jak na NY ten stek to nie był WOW ale jak na lotnisko to był pyszny…ale w mieście raczej ominiemy Palms Steak, wybierając Ruth Chris czy Wolfgang.
Pyszne niestety nie można powiedzieć o moim winie i jedzeniu w samolocie…..po raz pierwszy w życiu lecieliśmy Deltą do Europy. Jedna z lepszych linii lotniczych w Stanach niestety nie popisała się w ogóle jeśli chodzi o loty transatlantyckie. Ja często piję tanie samolotowe białe wino (ale tylko w samolotach)….. ale jak zobaczyłam jak pani nalewa mi wino z plastikowej, półtoralitrowej butelki to się przeraziłam. Nadal nie oceniałam dopóki nie spróbowałam….a jak spróbowałam to się skrzywiłam, zawołałam stewardessę, powiedziałam, że wino jest okropne i zamówiłam piwo….. Delta….naprawdę potrafisz lepiej. Nie dość, że jedzenie i picie jest do kitu to jeszcze nie do końca posprzątaliście samolot i Darek znalazł przenośny głośnik Bosa, który ktoś z wcześniejszych pasażerów zostawił….masakra….do tego ciasne siedzenia, toalety nie sprzątane w czasie lotu...tak to jest jest jak się weźmie lokalny samolot i wypuści się go na międzykontynentalne trasy.
Po siedmiu godzinach lotu wylądowaliśmy w Portugalii i usłyszeliśmy Bonjour…. przynajmniej tak nam się wydawało. To w jakim kraju my naprawdę wylądowaliśmy? Wylądowaliśmy w Lizbonie, ale akcent portugalski jest tak zbliżony do Francuskiego, że dla laika, który nie zna żadnego z tych języków zaczyna to brzmieć trochę jak Francuski.
Lotnisko to zawsze bezpieczne miejsce, przygoda się zaczyna jak wyjdzie się przez bramki….my odważniaki postawiliśmy na metro - 6.50 EUR na osobę i mamy nielimitowane przejazdy metrem przez 24h. Metro nie duże ale efektywne….czyste, pewnie nadal szybsze niż taksówka stojąca w korkach, i tańsze. Pół godziny później byliśmy w hotelu. Tym razem nie Marriocie (za drogi był), ale w konkurencji, w Hotelu IBIS.
Było południe, ja starałam się zdobyć pokój wcześniej a Darek wybrał ławkę szyderców i siadł w barze przy piwie...miał rację, bo moje załatwianie pokoju i tak spełzło na niczym. No tak jak check-out jest o 12 pm to jak można się zameldować o tej samej porze. Kolektywnie doszliśmy do wniosku, że trzeba iść zobaczyć miasto i zjeść śniadanie. Skręciliśmy w prawo, potem znów w prawo i zgadnijcie co….i w prawo….i wylądowaliśmy na jajkach Benedykta.
Czas wrócić do pierwszego zdania….zaskoczenie. Jakie mamy pierwsze wrażenie o Lizbonie? Miasto nas zaskoczyło kilkoma rzeczami. Po pierwsze spodziewaliśmy się bezdomnych, syfu i śmieci na ulicy. Nic z tego nie spotkaliśmy przez parę godzin włóczenia się po mieście. Tak od czasu do czasu pojawiało się graffiti, ale to po części dodawało uroku. Ulice pełne graffiti do głównie ulice gdzie tramwaj wywoził ludzi na górę.
Kolejna rzecz która nas zaskoczyła to schody i góry. Nigdy nie spodziewałam się, że Lizbona jest tak pagórkowatym miastem. Wspinaliśmy się na wzgórze zamkowe - to oczywiste. Ale schody i górki są wszędzie. Idziesz ulicą a tu nagle schody na górę, potem na dół a na koniec znów na górę.
Najbardziej jednak zaskoczyła nas temperatura. Po dotarciu do hotelu doszliśmy do wniosku, że zostawimy bagaże, przebierzemy się i pójdziemy coś zjeść. Idąc z metra do hotelu tak się zgadzaliśmy, że pierwsze co zrobiliśmy to wskoczyliśmy w krótkie spodenki i zostawiliśmy bluzy w hotelu. To był błąd. Lizbona pomimo, że ma palmy, jest bardzo na południe, i powinna być bardzo gorąca - jest bardzo wietrzna. Wiatr sprawia, że pomimo, że jest koniec maja to nadal warto mieć bluzę dresową. W słońcu jest ciepło ale w cieniu i jak zawieje to szukasz kurtki.
Prawie jak w San Francisco, nie? A w tym podobieństwie na pewno pomaga most…. No i oczywiście pagórki i ulice pod dużym kątem.
W Lizbonie jest parę miejsc wartych zobaczenia ale jak, każde europejskie miasto najlepiej się zgubić w jej uliczkach. Konieczne jednak jest odwiedzenie Castelo de San Jorge. Jest to zamek w Lizbonie a dokładnie jego mury. Fajnie jednak powspinać się po murach obronnych, popatrzeć na miasto z góry a przede wszystkim wypić piwo z pawiami.
Najstarsze pozostałości murów są nawet z 7 wieku przed nasza erą natomiast to co najbardziej się ostało jest datowane na XI wiek. Ruiny zamku ograniczały się do murów obronnych i paru zabudowań ale i jak na Europę przystało potrafili urozmaicić zwiedzanie na maksa. Przede wszystkim wygrały pawie które plątały się wszędzie ale które jednocześnie latały i przeskakiwały z dachu na ziemię aby potem przelecieć na drzewo.
Ostatnią rzeczą jaka nas zaskoczyła to ilość ludzi na ulicach….Pomimo, że jest sobota to chodząc po ulicach czuliśmy sie komfortowo. Poza ludźmi oferującymi nam cocaine, trawkę, czy inne narkotyki to nikt nas nie zaczepiał, można było spokojnie przejść i dopiero na Rossio Square zderzyliśmy się z tłumem. To był jednak przyjemny tłum...każdy tańczył, dobrze się bawił, niektórzy kupowali pamiątki a inni kupowali piwo.
Połaziliśmy trochę po mieście, przeszliśmy obok barów sprzedających 16 shoot’ow za 6 EUR...nieźle po tym musi się wymiotować….i skończyliśmy w kameralnej restauracji nad wodą. Barów w Lizbonie jest trochę ale nastawione one są na duże i tanie picie. Nie do końca nasze klimaty. Tak więc po kolacji wróciliśmy spacerkiem do hotelu gdzie w barze pisaliśmy bloga.
Oczywiście Polaków w Lizbonie jest dużo….nas zawsze, wszędzie można spotkać. Ale wygrały Polki w hotelu na recepcji. Darek czekał na mnie przy barze i usłyszał komentarz: “Popatrz jaki biedny, tak sobie sam siedzi i jeszcze dwa piwa zamawia…” LOL, jak to zawsze trzeba uważać bo nie wiadomo gdzie jest inny Polak i zrozumie co się mówi…
Jak już Darek przestał być biedny i do niego dołączyłam to dowiedzieliśmy się dlaczego tak mało ludzi było na ulicach. Okazało się, że dziś był wielki mecz i Lizbona grała w piłkę nożną i wygrali puchar. Nie jesteśmy pewni czego puchar ale najważniejsze, że całe miasto się cieszyło, były sztuczne ognie, koncert, muzyka, krzyki i impreza. Niestety pseudo kibice też byli ale to widzieliśmy tylko w TV. Na szczęście my nie byliśmy w tym tłumie i tylko z baru hotelowego przez okna obserwowaliśmy jak kibice wracali do domu. I tak zakończyliśmy pierwszy dzień w Portugalii. Udany dzień ... pełen nowych widoków i kolejnych zdjęć. Przygoda, przygoda....wakacje oficjalnie rozpoczęte!
2019.04.27-28 Killington, VT
Wszystko co dobre niestety się kończy. Nawet zima która trwa pół roku też się kiedyś kończy. Kończy się kwiecień a wraz z nim sezon narciarski na półkuli północnej. Chcąc wykorzystać sezon na maksa wybraliśmy się na wiosenne narty do Killington.
Killington, jako jedyny resort narciarski na wschodzie jest jeszcze czynny. Lepiej, planują mieć go otwartego do końca Maja albo nawet do Czerwca. Oczywiście zależy to od pogody.
Czy im się opłaca tak długo mieć czynne? Z finansowego punktu widzenia to nie wiem, ale dla nas, narciarzy na pewno tak. W zimę i na wiosnę robią potężną ilość śniegu na paru trasach która topnieje aż do lata.
Tradycyjnie z miasta wyjechaliśmy wcześnie rano, po drodze odwiedziliśmy francuską piekarnie i koło 10 rano zajechaliśmy pod hotel w Killington. Przebraliśmy się i już prosto z hotelu ruszyliśmy na nogach w górki.
Na pierwszy dzień nie planowaliśmy nartek. Zimowy hike bardzo nam chodził po głowach. Dawno razem w zimie nigdzie nie szliśmy. Postanowiliśmy wyjść trasami na jedną z gór w Killington, na Ramshead a potem trawersem dojść do głównej bazy (K1) gdzie miała być impreza. Dzisiaj w Killington organizują triatlon (narty, rower, bieganie) więc ilość ludzi powinna być duża.
Pojechali z nami znajomi, więc było wesoło. Najbardziej chyba przy zakładaniu sprzętu. Część w rakach, część w rakietach ruszyliśmy pod górę. Na dole po kałużach i po błocie, a później po śniegu.
Im wyżej tym go było więcej. W połowie góry śniegu już było tyle, że cieszyliśmy się, z zabranych ze sobą śnieżnych rakiet. Szliśmy niebieską trasą, więc nie było za stromo. Łatwo, spacerkiem po 45 minutach wyszliśmy na szczyt gdzie na krzesełku, przy piwku można było odpocząć i podziwiać widoki.
Na górze zima w pełni. Przypominało to bardziej Marzec niż koniec Kwietnia.
Po przerwie dalej trasami ruszyliśmy w dół w kierunku głównej bazy. Killington dostał chyba duży zastrzyk gotówki, widać było nowe wyciągi, tunele narciarskie, nowe trasy. W tym sezonie nie byłem w Killington, więc dla mnie było to wszystko zupełnie nowe. Ale nie jest źle, mam już nowy bilet sezonowy, Ikon pass, na którym jest Killington, wiec w następnym sezonie wszystko to sprawdzę.
K1 jest główną bazą w Killington w której odbywa się większość imprez. Tak i tym razem było. Muzyka grała na żywo, piwo się lało, a na zewnątrz na zmianę przeplatało się słońce z lekkimi opadami śniegu.
K1 też ma iść do rozbiórki. Widzieliśmy już szkice nowej bazy, fajna będzie. Ciekawe czy zdążą na następny sezon. To wszystko zależy pewnie jak bogatego mają sponsora, albo kto ich kupił. Myślę, że w Listopadzie na otwarcie sezonu zdam relacje.
Około godziny 18 bar zaczęli zamykać, więc i ludzie się zebrali a my wraz z nimi. Wpierw poszliśmy na kolacje a na koniec w hotelowym barze tradycyjnie rozegraliśmy partyjkę Ryzyka.
W niedzielę znowu nie miałem wiosennych nart. Miało być słońce, ale jak to w górach bywa pogoda się zmieniła i czasami sypał śnieg. Ludzi nawet było trochę jak na koniec Kwietnia. Mieli czynny jeden wyciąg i 11 tras. Na szczęście był to duży ekspresowy wyciąg i kolejek nie było.
Niestety nie było krótkich spodenek, słonecznych okularów ani kapelusza. -2C i opady śniegu. Bardziej to przypominało zimę niż wiosnę.
Zjechałem parę razy. Część tras była ubijana a część nie. Później to już na wszystkich zrobiły się ogromne, miękkie muldy. Prawie jak na wiosnę.
Tyle było śniegu, że nawet jeszcze w lasach można było się pobawić. Oczywiście musiałem to wykorzystać i parę odwiedziłem.
Ja się bawiłem na nartach, a w tym czasie Ilonka też ćwiczyła i zdobywała góry. Na jednym szczycie udało nam się spotkać i wspólnie odpocząć.
Fajnych ludzi można spotkać na wyciągu o tej porze roku. Już raczej nie ma „niedzielnych” narciarzy, sami zaawansowani i spragnieni białego szaleństwa narciarze. Mimo, że Maj za parę dni, a dużo z nich dalej planuje narty w tym sezonie. Z jednym nawet umówiłem się na narty na 4 Lipca. Tak, narty w Lipcu....!!!! Zgadnijcie gdzie? Nie półkula południowa, nie Grenlandia. Stany i nie jest to Alaska.
Pojeździłem gdzieś do godziny 14, zjechałem do bazy, odpocząłem i ruszyliśmy w drogę powrotną do NYC.
Znajomi po raz pierwszy byli w stanie Vermont więc powrót nie był taki prosty.
Odwiedziliśmy parę ciekawych i oryginalnych miejsc w VT. Na start poleciały ich słynne kryte mosty, a potem głęboki kanion Quechee.
Na pożegnanie z tym pięknym stanem odwiedziliśmy dobrze nam już znany browar Whetstone Station
Jest on położony na południu VT na granicy z NH. Mówiąc dokładnie, granica przebiega przez środek baru.
Robią tam swoje piwo, które jest naprawdę pyszne i idealnie pasowało do żeberek które jak to kelner określił „mięsko samo odchodzi od kości.”
Teraz pewnie będzie przerwa od nartek na jakieś dwa miesiące. Maj i Czerwiec są dobrymi miesiącami na hiki, mam nadzieję, że na parę się wybierzemy.
Za trzy tygodnie mamy wakacje w Europie także pewnie będziemy częściej coś pisać.
Do usłyszenia.
2019.04.07 Washington DC & Philadelphia, PA
Washington DC jest miastem w Stanach, w którym byłam najwięcej razy. Oczywiście nie licząc Nowego Jorku. Można powiedzieć, że zaczynam poznawać stolicę jak własną kieszeń. Jednak po tym pobycie, gdzie mogłam troszkę na spokojnie przyjrzeć się miastu wyrobiłam sobie opinię.
Po pierwsze to nie jest to typowa stolica. Większość z nas na słowo stolica ma przed oczami Warszawę, z dużą ilością biurowców i drogich restauracji. To dostaniecie w NY. Inni pomyślą, że Washington DC to tylko białe budowle (z Białym Domem na czele) i pełno pomników. Tu będą mieć troszkę racji. Ale Washington to też miasto pełne restauracji, barów, parków, przyjemnej bryzy z nad oceanu i wysokiej temperatury z południa. Zdecydowanie kwiecień jest najlepszym miesiącem, żeby odwiedzić DC. Jest już ciepło ale nie za gorąco. Nam dodatkowo się poszczęściło i zamiast deszczu mieliśmy piękny słoneczny dzień.
Tak więc ranek (a raczej wczesne przed południe) rozpoczęliśmy od spacerku do restauracji gdzie miało być najlepsze w mieście śniadanie. A skoro jest najlepsze to oczywiście o stoliku można zapomnieć - ehhh - ciągle zapominam, że trzeba robić rezerwacje. Ale jak można robić rezerwację na śniadanie. Jak człowiek może przewidzieć o której wstanie na wakacjach po nocnym łazikowaniu.
Udało nam się szybko znaleźć inna restaurację. Open Table pokazał nam od razu gdzie można zarezerwować stolik na 4 osoby więc wcisnęliśmy przycisk rezerwuj, potem pokieruj i już po 10 minutach byliśmy pod inna knajpą. Tutaj mały szok. Okazało się, że restauracja jest w jakimś wypasionym hotelu. Trochę nasze sportowe ubrania nie pasowały do wystroju ale co tam, w końcu my turyści. Weszliśmy do knajpy a tam puściutko. Niby nie najlepszy znak, ale ryzyk fizyk i było stoliczku nakryj się. Poleciały jajka Benedykta (albo w koszulkach jak kto woli), kawa i owoce.
Nawet kawy nie dokończyliśmy jak knajpa zapełniła się do końca. Nagle jakoś tak dużo ludzi się zjawiło. Nie dziwota bo śniadanie było dobre i wcale nie takie drogie na jakie wyglądało.Po śniadaniu i krótkiej naradzie doszliśmy do wniosku, że Washington ładny jest ale czemu w drodze powrotnej nie podjechać na Philly Cheese Steak. I takim oto sposobem w GPS został wpisany kierunek Philadelphia.
Wyjazd z miasta nie był ciekawy - niestety, w Washington, Baltimore i innych okolicznych miastach wszyscy mają samochody więc korki są niemiłosierne. Już chyba w NY nie można narzekać na korki tak jak na południu. Zawsze jak jeździmy na północ to korków raczej nie ma, a na południe to tylko raz na 5 lat więc zapominamy i znów popełniamy błąd i zamiast pociągiem, jedziemy autem. Ale daliśmy radę. Po około 3h dojechaliśmy do Philadelphia.
Pierwszy przystanek to schody - nie byle jakie schody bo schody Rockiego! W sławetnym filmie Rocky, Sylvester Stallone biegał po schodach muzeum sztuki pare razy dziennie. My też wybiegliśmy - a raczej wyszliśmy aby popatrzeć na Philly z góry.
Muszę przyznać, że rozrosła się ta Philadelphia w górę. Ostatni raz byliśmy w Philadelphia 4 lata temu i wydawało mi się, że wieżowców za dużo to tam nie mieli. Nadal można je policzyć na palcach dwóch rąk ale jakoś tak nowocześniej się zrobiło.
Być w Philadelphia i nie zjeść Philly Cheese Steak to tak jak być w Japonii i nie zjeść sushi. Nie długo trzeba było namawiać wycieczkę, żebyśmy poszli spróbować o co tyle szumu. Wybraliśmy bar-restaurację, która miała dobre opinie. Nie szukaliśmy “która restauracja ma najlepsze Philly Cheese Steak”. Stwierdziliśmy, że jak restauracja dobra to i lokalnego przysmaku nie powinna zepsuć. No i wyszło im - było przepyszne!
Bardzo pozytywne zaskoczenie. Nie jest to kanapka z nawaloną cebulą. Połączenie steak’a, cebuli i sera daje fajne połączanie i smakuje wyśmienicie. Zaczynało się już ściemniać więc wskoczyliśmy w subaru i ruszyliśmy w kierunku domku. Niestety jutro znów do pracy - ale takie krótkie wakacje są jak najbardziej wskazane od czasu do czasu. Aż trudno uwierzyć, że tyle nowego zobaczyliśmy w niecałe 48h.
2019.04.06 Washington DC
Zachciało mi się kwiatków.... Koniec marca i początek kwietnia to okres kiedy zakwita wiśnia. Wszyscy na pewno słyszeli, że Japonia to kraj kwitnącej wiśni. Niestety do Japonii mamy kawałek ale Japonia przyjechała do nas.
W 1912 roku Stany Zjednoczone otrzymały od Japonii w ramach przyjaźni między narodowej. Dokładnie 14 lutego, 3020 drzew wiśni, w 12 odmianach zostało wysłanych z Yokohama do Seattle. Następnie zostały one przetransportowane do Washington DC. Ceremonia zasadzania drzew odbyła się 27 marca i dwa drzewa, które zostały wtedy zasadzone nadal zdrowo rosną nad Tidal Basin.
W Washington DC byliśmy tylko raz, więc trzeba było powtórzyć wycieczkę. Z Nowego Jorku do stolicy można zajechać samochodem w 4 godziny. I tak też zrobiliśmy. W pewien piękny wiosenny dzień wskoczyliśmy w nasze subaru, zabraliśmy znajomych i cała wycieczka ruszyła na południe. Im dalej na południe tym cieplej się robiło więc jak dojechaliśmy do Moxy to już okulary przeciwsłoneczne i krótkie rękawki były obowiązkowe.
Hotele Moxy są dość hipsterskie. Darkowi najbardziej się podoba proces zameldowania. Przebiega on przy barze i na dzień dobry dostaje się drinka albo piwo. Biorąc pod uwagę, że mieliśmy zniżkę na pokój i darmowe piwa na dzień dobry to zastanawiamy się jak im się to opłaca. Ale w sumie to nasz pobyt po kosztach jest pewnie opłacany przez tych co płacą $450 za noc.
W Washington wszystko co warte zobaczenia jest w okolicy National Mall. Zwiedzanie zaczęliśmy od odwiedzenia Pana Trump’a. Biały dom podobno można zwiedzać ale my nie ogarnęliśmy wszystkich zasad jak się dostać do środka. Tak więc się ograniczyliśmy się do oglądania domu przez płot. To co nas rozwaliło to protesty. To, że ludzie protestują pod Białym Domem to nic dziwnego ale ale, że emigranci z Iraku protestują bo chcą, żeby rząd amerykański pomógł im przy powodzi to trochę już przesada. Dlaczego Amerykańskie podatki ściągnięte od biednych ludzi mają iść na pomoc całego świata....bez przesady. Ameryką to nie chodzący portfel gdzie każdy kto zapłacze dostanie kasę. Poza tym Trump i tak nie ma pojęcia, o co krzyczą ludzie pod jego domem.
Po rezydencji prezydenta przyszedł w końcu czas na kwiatki. Oczywiście pół Stanów się zjechało na oglądanie drzew tak, że tłumy były nieuniknione. Ale i tak muszę przyznać, było lepiej niż myślałam. Po spacerku wokół wody, postanowiliśmy iść w kierunku Waterfront. Już wcześniej od kumpla słyszałam, że jest to spoko dzielnica pełna restauracji i barów. Nie spodziewałam się jednak, że to jest cały deptak, zaraz nad wodą gdzie bar jest na barze.....niestety tam każdy kończył zwiedzanie i tu było więcej ludzi niż przy drzewach. Nawet po głupie piwo była kolejka. Poza tym wszyscy czekali na sztuczne ognie. Nam zaczął doskwierać głód więc olaliśmy fajerwerki (i tak najładniejsze są w NY na 4th of July) i pojechaliśmy na drugą stronę miasta do meksykańskiej knajpki El Centro. Tak się rzuciliśmy na jedzenie, że poleciało caviche z krewetek, kałamarnice, kurczaki i inne przysmaki. Oczywiście wszystko super ostre i z dużą ilością awokado. Ale wszystko przepyszne.
Pojedzeni ruszyliśmy w miasto zbadać lokalne bary. Parę miejsc poleconych mi przez lokalnego kolegę naniosłam na mapę. W pierwszym jednak jak zwykle natrafiliśmy na ochronę, która powiedziała - tylko z rezerwacją - zaczęło nas to niepokoić ale poszliśmy dalej i wylądowaliśmy w beer garden. Ogólnie w Washington, poza rzeką, bary są troszkę pochowane. To znaczy się znajdzie się ulica gdzie jest większe natężenie barów i restauracji ale ogólnie to jest fajne miejsce, potem parę bloków nie ma nic i znów coś się wyłania. Nie najgorszy pomysł bo przynajmniej można się przejść z miejsa do miejsca i zaciągnąć świeżego powietrza.
Beer garden niestety zamykali wcześniej bo już o północy, więc poszliśmy w kierunku hotelu - nic ciekawego nas nie wciągnęło a sami też byliśmy już dość padnięci więc szybko wskoczyliśmy do łóżeczek. Jutro kolejny dzień i kolejne przygody.
2019.03.24 Vermont, USA
Dawno nic nie pisaliśmy, ale to wcale nie oznacza, że się obijamy i nigdzie nie jeździmy. Po Styczniowym białym szaleństwie w Utah w sumie nie było żadnych większych wypadów. Mieliśmy kilka paro-dniowych narciarskich weekendów w VT, ale je już parę razy opisywaliśmy i nie chcieliśmy się powtarzać.
W tym roku zima dopisała. Wiadomo, zdarzały się deszcze w górach, ale na szczęście w małych ilościach. Większość opadów była w postaci śniegu co dawało nawet dosyć dobre warunki narciarskie jak na wschodnie wybrzeże.
Oczywiście zachód znowu wygrał i ich opady były rekordowe. Do tego stopnia, że niektóre resorty nie mogły uruchomić wyciągów krzesełkowych po były zasypane. Takie „problemy” to można mieć, nie? Resorty w Colorado, Utah czy Kalifornii planują być otwarte nawet do Lipca. Hmmm.... ciekawe czy zgadniecie co planujemy na 4 Lipca?
W tym roku mam sezonowy bilet Epic. Dużo resortów z zachodniego wybrzeża jest na nim (dlatego byliśmy w Park City), a także parę u nas, na wschodzie. Z ciekawszych można wymienić Okemo i Stowe. Okemo jest nam dobrze znane, często tam jeździmy. Jest w miarę blisko NYC i ma nawet ok tereny jak na południowy Vermont.
Niestety bliskość wielkich metropolii powoduje, że jest tam dużo ludzi w fajne weekendy. Czasami kolejki do głównych wyciągów osiągają 10-15 minut stania. Za długo...!!!
Stowe to zupełnie inna bajka. Dawno tam nie byliśmy i w sumie to nie wiem dlaczego. Resort znajduje się w północnej części VT, więc podróż samochodem wydłuża się do 5.5h. Ale jest warto.
Stowe znajduje się w rejonie najwyższej góry w stanie VT, góra Mansfield, 4395 stóp (1340m). Posiada ciekawe i zróżnicowane tereny, znacznie większe opady śniegu niż południowe VT (do tej pory spadło już tam 295 cali śniegu (7.5 metra)) i wspaniałe lasy.
Jedyne co nie ogarnęli to parkingi. W weekendy trzeba się nieźle naszukać żeby coś naleźć. Pewnie jest to spowodowane brakiem miejsca. Stowe leży w wąskiej dolinie między dużymi górami i za bardzo nie ma gdzie ich budować. Ale jak się wsiądzie na pierwszy wyciąg to szybko się zapomina o problemach z parkingiem, bo oczom ukazują się wspaniałe góry.
W Stowe byliśmy 3 dni. Z chęcią bym tam dłużej zabawił, ale wystarczyło żeby poznać resort. Po tych 3 dniach mogę stwierdzić, że należy on do czołówki resortów na wschodnim wybrzeżu. Spokojnie można go porównać do Killington czy Sunday River. Sugarloaf dalej prowadzi, ale tylko wtedy jak jest dużo śniegu i wszystko jest otwarte, inaczej nie ma sensu tak daleko jechać.
Stowe jest takie trochę dzikie i surowe. Tak jak by czas zatrzymał się w miejscu parę lat temu. Dużo wyciągów jest starych i wolnych, mało ubijają tras, schroniska są z lat 80...
Ma to swój urok. Zwłaszcza jak coraz więcej resortów musi być idealnych, wszystko musi się świecić, a trasy ubijane jak stół. Jednak najlepszą zaletą i plusem Stowe są lasy. Chyba jedne z lepszych na wschodzie. Ludzie specjalnie tam przyjeżdżają specjalnie tylko dla tych terenów.
Zjechaliśmy paroma. Muszę przyznać, że ludzie mieli rację. Są imponujące. Zwłaszcza jeden obszar pod szczytem Mansfield. Żeby tam się dostać to trzeba wyjechać gondolą i potem trawersując cały czas na lewo aż do momentu gdzie już jest fajnie żeby zjechać w dół. Polecam, ale ostrzegam, że nie jest łatwo. Wąsko i stromo.
Pod koniec Marca byliśmy znowu w Okemo. Pojechała nas duża grupa, więc było wesoło. Udało nam się z pogodą. Mieliśmy 3 różne jej rodzaje. W sobotę była zima z dużymi wiatrami. W niedzielę była wiosna i miękki śnieg. Natomiast w nocy z niedzieli na poniedziałek przyszedł mróz i wszystko zamarzło co spowodowało wielkie oblodzenia na początku dnia. Potem wszystko puściło i było znowu super.
Kupiliśmy już nowe bilety na następny sezon i niestety Okemo już na nich nie jest, więc musieliśmy się z nim godnie pożegnać i zjechać większością ciekawych tras.
W tym roku mam sezonowy bilet Epic. Na następny rok kupiłem sezony bilet Ikon. Ma lepsze resorty na wschodzie. Takie jak Sugarloaf, Killington, Sunday River.... i też wiele na zachodzie. Musiałem kupić do 15 Kwietnia żeby mieć super cenę. Jak się jedzie nawet tylko 3 razy w sezonie to już się opłaci. Wielu moich znajomych na tym wyjeździe też zakupiło ten bilet. Oj będzie się działo. Niseko w Japonii i Valle Nevado w Chile też na nim jest.
Siedząc wieczorami w domku zasypanym śniegiem nie mieliśmy co robić tylko bilety kupować....
W ten weekend były też mojego taty urodziny, więc oczywiście pojechał z nami i przez 3 dni nie dawał nam spokoju tylko cały czas "kazał" nam jeździć z góry na dół, bez odpoczynku oczywiście!
Planujemy jeszcze przynajmniej raz pojechać na narty w tym sezonie. Zima jest dobra, więc resorty będą długo czynne. Końcem Kwietnia w Killington dalej powinno być jeszcze trochę śniegu i dużo wiosennej zabawy. Pewnie będzie się dużo działo, więc zostawię to na osobny wpis.
2019.01.07-08 - Park City, UT (dzień 7 & 8)
Ostatni dzień cały jeździliśmy w Park City. Przez ostatnie dni dużo czasu spędzaliśmy w Canyons, więc najwyższa pora pozwiedzać swój resort. Nawet jak byśmy chcieli dostać się do Canyons, to sprawa była utrudniona. W wyższych partiach gór był silny wiatr, więc gondola łącząca Park City z Canyons była zamknięta. Nie pokrzyżowało nam to planów, bo i tak nie chcieliśmy tam jechać.
Śnieg dalej sypał. Czasami mocniej, czasami słabiej. Tyle go nasypało, że chyba każdy lokalny wygrzebał swoje puchowe narty i ruszył w góry. Było to na maksa widać, zwłaszcza w wyższych partiach gór.
My do lokalnych nie należymy, ale już tu tydzień jeździmy i wiemy gdzie są fajne rejony. Dalej to już wystarczy jechać za miejscowymi i oni już cię wyprowadzą w ciekawe tereny.
Dzisiaj większość czasu spędziliśmy w rejonach szczytu Jupiter. Było tu tyle śniegu i tyle terenów do zwiedzania, że aż dnia brakło. W sumie to spadło 60 centymetrów. Bajka, nie?
Teraz dopiero można było wyróżnić dobrego narciarza od bardzo dobrego. Widać było ludzi, którym ten śnieg nie sprawiał żadnego problemu. Latali po nim jak ci, których czasami ogląda się na internecie. My do nich jeszcze nie należymy, ale dawaliśmy radę. Nie było najgorzej. Trzeba przecież trenować żeby zostać mistrzem.
Tereny narciarskie w rejonie góry Jupiter są tak ogromne, że każdy zjazd mieliśmy inny. Każdy z niespodziankami.
To jakieś urwisko, to jakiś gęsty las, to jakaś płaska polana po której się super ciężko szło. Ogólnie wesoło i ciekawie. Każdy napotkany narciarz był szczęśliwy i mówił, że dzisiaj ma najlepszy dzień w tym sezonie.
Narciarz spala dużo kalorii, a narciarz jeżdżący po puchu dwa razy więcej. Po południu byliśmy już tak głodni, że musieliśmy wyjechać z raju i zjechać troszkę niżej na posiłek.
Po południu wyszła duża mgła i powrót w wyższe partie gór mijał się z celem. Było za niebezpiecznie, można pobłądzić. Zostaliśmy w niższych partiach gdzie w sumie też było fajnie. Może nie tak jak na górze, ale nogi już potrzebowały odpoczynku.
Góry pożegnały nas ciekawymi chmurami przeplatającymi się przez ten rejon.
Dzień zakończyliśmy w naszym mieszkaniu. Dzisiaj już nikt nie miał siły na włóczenie się po miasteczku. Oczywiście nie próżnowaliśmy tylko zdobywaliśmy świat w grze planszowej Ryzyko.
Do tego stopnia nas ta gra wciągnęła, że nawet na lotnisku podczas posiłku musiała polecieć jedna rozgrywka.
Niestety znowu wakacje dobiegły końca. Kolejny resort narciarski odkryty i poznany. Co o nim myślimy? Myślimy pozytywnie. Sam Park City jest trochę mały jak na tygodniowe wakacje narciarskie. Dobrze, że się połączył z Canyons tworząc największy resort w Stanach. Tereny narciarskie są zróżnicowane. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Mieliśmy też szczęście do pogody i spadło wiele śniegu. Miasteczko też jest ok. Nie jest to może Vail czy Whistler, ale jest o wiele lepsze od Snowbird czy Killington.
Z lotniska w Salt Lake City w ciągu 30-40 minut możesz być na stoku, super, nie?
Dopiero jest początek sezonu, kto wie co on przyniesie. Miejmy nadzieję, że dużo wyjazdów z dużą ilością śniegu.
2019.01.06 - Park City, UT (dzień 6)
W Utah przez pierwsze trzy dni miałem piękną, słoneczną pogodę. Każdy powie, ale masz szczęście z tą pogodą. Nie do końca się z tym zgodzę. Oczywiście każdy lubi jak jest ciepło, bezwietrznie i słonecznie. Ale każdy narciarz potrzebuje śniegu, dużo śniegu. Im więcej tym lepiej.
Wczoraj, czwarty dzień był cały pochmurny, ale bez opadów. Wszyscy na wyciągach rozmawiali o następnych dniach. W nocy ma przyjść potężna śnieżyca. Mają być rekordowe opady śniegu w tym sezonie.
Po nartach poszliśmy do baru i siedząc przy piwku obserwowaliśmy co się dzieje na zewnątrz. Gdzieś o 10 wieczorem zaczęło sypać. Były to jednak, małe prawie niezauważalne opady śniegu.
Idąc do domu praktycznie nic nie sypało. Zastanawialiśmy się gdzie ta śnieżyca. Dopiero następnego dnia rano jak się obudziliśmy to wszystko się wyjaśniło. Śnieg przyszedł w nocy i ma jeszcze sypać do następnego dnia.
Długo się nie zastanawiając wzięliśmy narty i ruszyliśmy w góry.
Pierwszą część dnia chcieliśmy jeździć w puchu w Canyons. Był to świetny wybór, śniegu tam było znacznie więcej.
Śnieg sypał cały czas i coraz to więcej. Wyjechaliśmy w wyższe rejony resortu i jeszcze było go więcej. Z nieba leciały duże białe śnieżki i bezszelestnie osiadały na coraz to rosnącej warstwie tego białego skarbu.
Oboje nie mamy wiele doświadczenia z jeżdżeniem w takim puchu. Niestety u nas, na wschodnim wybrzeżu takie dni się nie zdarzają. Ale jak na niedoświadczonych narciarzy w takich warunkach to i tak nam nieźle szło. Wjeżdżaliśmy wszędzie gdzie się dało.
Ludzi było trochę. Na szczęście wszystkie wyciągi i trasy były otwarte, więc ani nie było kolejek do wyciągów, ani tłumów na stokach.
Większość ludzi wyszukiwała lasów i polanek żeby zanurzać się w puchu. Czasami przez parę minut nie widzieliśmy, ani nie słyszeliśmy nikogo. Świetne uczucie.
Niestety ani nasze narty, anie nasze nogi, ani nasza kondycja nie pozwalała spędzać nam całego dnia w raju. Czasami wyjeżdżaliśmy na trasy żeby odpocząć.
Nie do końca był to odpoczynek, bo tam też sypało i z każdą godziną śniegu przybywało. Oczywiście żaden ratrak nie ubijał puchu, więc na trasach robiły się ogromne muldy. Czyli został nam odpoczynek tylko na wyciągach.
Tak nam się dobrze jeździło, że oczywiście „zapomnieliśmy” o lunchu, a także o powrocie do Park City. Dosłownie prawie przez zamknięciem gondoli udało nam się tam wrócić. A tu niespodzianka, tutaj też ostro sypało i dalej sypie.
Zjechaliśmy jeszcze dwa razy i na „szczęście” wybiła 16 i zamknęli wyciągi. W końcu spokojnie mogliśmy zjechać do miasteczka gdzie Ilonka już trzymała dla nas stolik w destylarni High West.
High West jest to ciekawa destylarnia, która ma unikatowe Whisky. Często miesza różnego rodzaju trunki tworząc coś pysznego. Mam ich wiele rodzajów u mnie w sklepie. Niektóre są bardzo limitowane i ciężko jest je dostać. Tutaj listę mieli bogatą, więc oczywiście musieliśmy ich trochę popróbować.
Trochę nas zeszło to testowanie, ale nie za długo, bo jutro jest kolejny dzień. Trudny i ciężki dzień, bo dalej w górach śnieg ostro sypie.
2019.01.05 - Park City, UT (dzień 5)
Ten wyjazd totalnie nie jest w moim stylu. Niestety nie dostałam wolnego bo mój szef już miał zaplanowany wyjazd. Na szczęście w dzisiejszych czasach istnieje coś takiego jak praca z domu i nie zawahałam się tego użyć. Tak wiec plusy i minusy…. jestem w górkach a urlop mi nie ucieka…..tylko jak może uciekać urlop który jest unlimited….hmmm….
Tak wiec pogodziłam się już z faktem, że w górki pójdę tylko w sobotę i niedziele. Pocieszeniem za to jest fakt, ze 2h różnicy czasu pozwala mi dołączyć na apres ski. Akurat mój koniec 8h zmiany przypada na Darka koniec 8h jazdy na nartach - grunt to się dobrze dograć w małżeństwie.
Niestety znalezienie dobrego apres ski graniczy z cudem. Stan Utah słynie z dużej populacji Mormonów. Oni jako bardzo wierzący ludzie ograniczają wszelkiego rodzaju używki. Niektóre przepisy maja bardzo chore. Np. w barze lane piwo może mieć tylko 4% alkoholu. Pomimo, że widzisz, że dostępne są znane marki jak Heineken, Blue Moon to nie możesz się pomylić bo one są rozwodnione i specjalnie wyprodukowane na potrzeby tego stanu.
Ja tam nie twierdzę, że piwo musi być mocne. Tak naprawdę wolę piwa w okolicy 5%, ale problem jest w smaku. Żeby piwo spełniło wymagania procentowe to musi być rozcieńczone a co za tym idzie traci smak. Kolejna rzecz która jest bardzo myląca to zakupy w sklepie. Idziesz do supermarketu, kupujesz chleb, jajka i nagle widzisz cale lodówki z piwem. Pierwszy odruch - spoko kupujemy. Jak się zapomnisz ze jesteś w Utah to masz przekichane. W sklepach jest pełno piwa. Ale niestety wszystko jest z obniżonym alkoholem. Chyba każdy z nas popełnił błąd i kupił kiedyś skrzynkę piwa nie patrząc na procenty i zapominając, że ten stan jest smieszny. Jeśli piwo jest takie złe to po co w ogóle sprzedają je w supermarketach. Mogliby sprzedawać tylko w sklepach monopolowych i nikt by się nie mylił. A tu jakieś podstępy nam robią.
Kolejny smieszny przepis to ze w barze nie możesz zamówić alkoholu jak nie zamawiasz jedzenia. Teraz się to trochę zmienia i coraz bardziej luzują ten przepis ale to tez było dość chore. Podobno możesz mieć miejscówkę tylko z alkoholem nikt niepełnoletni tam nie możne wejść. Biorąc pod uwagę, że Park City jest bardzo rodzinnym resortem to barów tu nie ma za dużo.
Nie do końca obczailiśmy przepisy dotyczące muzyki na żywo ale coś dziwnego tam się też dzieje. Wczoraj poszliśmy do baru Legends, fajna miejscówka i obiecywali muzykę na żywo przez 2h. Nie dość, że gostek zaczął grać 30 min później, to skończył 30 min wcześniej a jeszcze w między czasie zrobił sobie przerwę na 20 min. Jak już udało mu się grać to grał i śpiewał tak cicho ze myśleliśmy, że to jakieś radio gra w tle.
Dziś się nie poddając daliśmy szansę kolejnej miejscówce. Tym razem w Canyons Village. Do Canyons można dojechać na nartach albo autobusem. Oczywiście można tak jak my połączyć środki transportu i w jedna stronę na nartkach a jak już zamkną wyciągi to autobusem. Na nogach jednak byłby kawałek.
Umbrella bar - tu już było tak normalnie. Dostali bardzo dużego plusa za ognisko (no dobra brakowało ognia) ale za to miałeś piwko, muzykę, siedziało się na zewnątrz a wokół ogniska były ogrzewacze więc nawet nie czuło się ze jest środek zimy.
Pieski też były…aż tyle fajnych rzeczy było to jakoś im wybaczyliśmy ten drobny szczegół jakim jest ogień w ognisku. Trzeba przyznać, że to była miejscówka. Prawie jak w Europie… pamiętajcie "prawie robi dużą różnicę". Niestety koło szóstej chłopaki się zebrały więc i my wskoczyliśmy do Cabrioleta (nazwa gondoli która jedzie nad miasteczkiem) i zjechaliśmy na dół łapać autobus. Sobota ma swoje prawa… tak więc po małym odpoczynku ruszyliśmy do miasta - brzmi nieźle nie?
I nawet nie było złe. Dzień wcześniej nastraszyliśmy kumpla, że tu jest masakra, że te ich przepisy jakoś nie sprzyjają tworzeniu fajnych knajpek. I wszystko to drogie sklepy butikowe albo jeszcze droższe restauracje. Trzeba jednak walczyć do końca. I takim sposobem wylądowaliśmy w No Name Saloon. No i kolejny raz zdziwko…
Takiej atmosfery to się na pewno nie spodziewaliśmy. Mieliśmy miejscówkę w loży szyderców na maksa. Wygodne siedzonka z uchwytami na piwo, a wszystko zaraz przy kominku. Dużo lokalnych tu przychodziło… nawet takich w wieku 70 lat... każdy wspominał jak było na nartach więc i Darek się rozmarzył i zaczął opowiadać gdzie to szaleli… a szaleli dużo.
Wczoraj wieczorem dotarł do mnie kolega i od dzisiaj jeździliśmy razem. Ja już przez trzy dni tu jeździłem i w miarę poznałem ten resort, więc dzisiaj pobawiłem się w przewodnika i pokazałem mu ciekawsze rejony.
Pierwsze parę zjazdów było w Park City i około 11 rano udaliśmy się do gondoli, która nas przerzuciła do Canyons. Chcieliśmy się dostać na szczyt Ninety-Nine 90. Po drodze oczywiście zjeżdżając fajnymi trasami albo oglądać widoki z wyciągów.
A było co oglądać. W Canyons zbudowali osiedle domów luksusowych. Nazywa się The Colony i ciągnie się aż pod szczyty.
Każdy dom to villa z wieloma sypialniami, potężnym pokojem gościnnym i innymi wypasami. Oczywiście wszystkie domy są zaraz przy trasach narciarskich.
My takich domów „nie potrzebujemy” więc pojechaliśmy dalej i dalej... aż w końcu dotarliśmy na szczyt gdzie można było odpocząć.
Tutaj nam trochę zeszło, ale Ilonka już kusiła muzyką na żywo więc szybko do niej dołączyliśmy."
Jak chłopaki doszły do opowiadania jakiego dobrego hamburgera jedli na lunch to aż, trochę zgłodniałam więc ruszyliśmy odkrywać miasto dalej. Nie wiem czy to dobry węch Damiana czy po prostu szczęście, ale znów trafiliśmy do fajnego miejsca. Podreptaliśmy do The Spur Bar & Grill. Nie powiem, że mieliśmy wiele wyboru jak chcieliśmy coś zjeść bo już większość miejsc zamykali ale trafiliśmy super.
No i ja też doczekałam się swojego hamburgery z wagu beef….tu jest to bardzo popularne….w sumie to ciekawe czemu. Ale nie bedziemy tracic czasu na rozkminianie tylko na delektowanie sie….bo hamburgery naprawde sa dobre i maja cos w sobie.
Wiecie, że czasem warto iść do toalety…. pomyślicie no wiadomo ale czemu o tym piszą na blogu. Bo właśnie dzięki temu, że poszliśmy do jednej, to odkryliśmy w barze drugą salę… a tam się już działo. Chyba całe Park City przyszło na imprezę. Pierwsza sala to dość spokojna, cicho, muzyka z radio i ogólnie nie za tłoczno. Druga sala natomiast to muzyka na żywo, laski w miniówkach, banie z nart i ogólnie impreza na całego. My tam trochę nie pasowaliśmy ale nie wiele nam to przeszkadzało, żeby posłuchać dobrej muzyki. Bo zespół grał klasycznie.
Zmęczenie po całym dniu przygód nas dopadło więc zdecydowaliśmy wracać... wyszliśmy na zewnątrz a tu magia….stał się cud i zaczęło padać. Śnieg sypał równiutko pokrywając każdy milimetr ziemi…zasnęliśmy więc z uśmiechami na twarzach marząc o świeżym puszku jutro w górach...to będzie kolejny cudowny dzień!
2019.01.03-04 - Park City & Canyons (dzień 3 & 4)
Kolejny dzień na nartach. Wczoraj cały dzień spędziłem w Park City, więc dzisiaj najwyższa pora odwiedzić Canyons, które jest znacznie większe.
Szybko dwoma wyciągami dojechałem do gondoli Quicksilver, która przerzuca narciarzy między resortami. Gondolę tą otwarli dopiero dwa lata temu. Wcześniej narciarz jak się chciał przemieszczać między resortami to musiał autobusami się tułać. Na szczęście te czasy już minęły i w ciągu 10 minut znalazłem się w innym resorcie.
Canyons resort jest bardzo szeroki, potrzebujesz dobry plan jak chcesz dojechać do końca i wrócić do Park City. Gondolę między resortami zamykają o 15:30. Oczywiście ja nie chciałem tylko zaliczyć resortu, chciałem też go poznać i pojechać w ciekawe miejsca. Jak nie zdążę to zawsze są autobusy. Większość ludzi na wyciągach mówiła, że Canyons jest lepszy niż Park City. Też mówili, że Canyons uratował Park City, dokładając mu znacznie więcej terenów narciarskich.
Z gondoli zjechałem do pierwszego wyciągu, potem drugiego, trzeciego..... i tak zacząłem poznawać resort. Wydawało mi się, że jest znacznie mniej ludzi niż w Park City. Może dlatego, że jest to bardziej rozłożyste i ludzie się rozjeżdżają po wszystkich zakamarkach.
W końcu dojechałem do słynnego wyciągu Ninety-Nine 90. Nazwa pewnie pochodzi od szczytu na jaki on wyjeżdża. Szczyt ma wysokość 9,990 stóp i jest on najwyższy w Canyons. Pogoda była idealna, więc widoki też były cudowne.
Ze szczytu jest tylko jeden rodzaj tras, wszystkie podwójne diamenty, więc nie było za wielkiego zastanawiania się którą trasą mam jechać.
Zjechałem na dół i tak fajnie było, że znowu wsiadłem na ten sam wyciąg i wyjechałem na górę. Wtedy zobaczyłem, że wyżej są ślady ludzi i można wyjść na sam szczyt i zjechać na drugą stronę.
Niewiele się zastanawiając, odpiąłem narty, rozpiąłem buty, ściągnąłem kurtkę i ruszyłem do góry. Od razu było ciepło. Spacer w słońcu, w południe, stromo do góry po śniegu na 3,000 metrów wymagał trochę wysiłku. Po 12-15 minut zdobyłem szczyt.
Warto było. Bezwietrzna, słoneczna pogoda i te cudowne widoki. Postałem chwile, odpocząłem i zacząłem się zastanawiać jak tu zjechać. Mogłem wrócić do resortu, albo jechać dalej w ciekawsze tereny.
Świetna pogoda, niskie zagrożenie lawinowe i dobra widoczność nakłoniły mnie żebym wyjechał z resortu i pobawił się na otwartych terenach.
Dobrze, że tu pojechałem, było jak w bajce. Może nie było za wiele puchu, ale i tak było miękko i bez lodu. Gdzieś pod koniec usiadłem sobie w śniegu, otworzyłem piwko i podziwiałem widoki przez parę minut.
Chciało by się pojechać jeszcze raz, ale niestety czasu nie było. Przede mną jeszcze wiele zjazdów o wybiła już godzina 13.
Znowu musiałem wziąć parę wyciągów żeby dojechać do samego końca Canyons.
No może prawie do końca. Na samym końcu jest fajna ściana, która niestety też wymagała „spacerku” do góry. Wyglądała zachęcająco, a zwłaszcza zjazd z niej.
Niestety była już późna godzina i bałem się, że nie zdążę na gondole do Park City. Wrócę tu za parę dni.
Nawet nie było czasu nigdzie żadnego lunchu zjeść, tylko szybko trzeba było wracać do domu. Parę wyciągów i parę zjazdów i już byłem przy gondoli która mnie przerzuciła do mojej wioski.
Było już prawie koło 16, ale jeszcze załapałem się na ostatnio krzesełko na samą górę.
Teraz już spokojnie, pomału, po prawie pustych trasach zjechałem na dół gdzie już Ilonka czekała i znalazła fajną knajpkę na odpoczynek. W Utah jest nadal ciężko z après ski. Dalej mormońskie przepisy są mocne i ciężko jest cokolwiek zmienić. Ale o tym już Ilonka opisze w następnych wpisach.
Ja byłem tylko o śniadaniu a była już 17. Pierwsze co zrobiłem to rzuciłem się na mięso. Lunch i kolacja w jednym. Oszczędność czasu i kasy. W sumie nie było to byle jakie mięsko. Załapałem się na Wagyu Beef. Było pyszne. W sumie to byłem tak głodny, że nawet byle jaki kurczak by mi smakował. Ach ta dieta narciarska. Najlepsza ze wszystich diet....!!!
PIĄTEK, 4 STYCZEŃ.
Po wczorajszych wojażach po resortach dzisiaj postanowiłem sobie, że tylko będę jeździł w Park City. Spokojnie, delikatnie, bo nogi dalej bolały.
Po paru zjazdach nogi wróciły do normy i znowu zacząłem wyszukiwać ciekawszych terenów.
Wyciąg Jupiter idzie na najwyższą górę w Park City, którą jeszcze do końca nie poznałem. Trzeba się z nią lepiej zaprzyjaźnić.
W tym rejonie spędziłem dzisiaj większą część dnia. Czasami przez pomyłkę wjeżdżałem na zmuldzone trasy,
a czasami na stromsze odcinki.
Pogoda cały dzień była słoneczna, dobra widoczność, więc można było się bawić.
Nie sypało już parę dni i zaczynają pojawiać się czarne plamy. Jutro i w niedzielę ma spaść dużo śniegu. Miejmy nadzieję, że też będę miał okazje pobawić się w tym słynnym, lekkim, suchym puchu w Utah.
Dzisiaj wieczorem dolatuje mój kolega z NY, więc od jutra już będę miał partnera do wyszukiwania ciekawych tras.
2019.01.02 Park City (dzień 2)
Do Park City przyjechaliśmy na tydzień. Pierwszą noc "niestety" spaliśmy w Marriott hotel. Piszę niestety, bo hotel nie znajduje się przy trasach narciarskich i musiałem ich autobusem 10 minut dojeżdżać do centrum. Wiem, 10 minut to nic, ale dzień wcześniej musiałem zrobić na niego rezerwacje i podać dokładną godzinę który autobus chcę wziąć. Są limitowane miejsca i jak nie masz rezerwacji to nie pojedziesz. Ja nie wiem co będę robił dzisiaj wieczorem, a tym bardziej jutro rano. Jestem na wakacjach i chyba nie muszę aż tak tego ustalać, prawda?
Pozostałe 6 nocy śpimy w kwaterze przy samym resorcie i nie ma nic piękniejszego niż wyjście prawie przed domek, zapięcie nart i już się jest na wyciągu.
Dwa lata temu Park City połączył się z Canyons tworząc największy resort w Stanach. Dzisiaj postanowiłem tylko jeździć w Park City, zwłaszcza, że mam nowe narty i za bardzo nie wiem jak będą się sprawować.
Park City, jak większość dużych resortów na zachodzie Stanów ma różne trudności tras narciarskich. Na początek z nowymi nartami nie wybierałem się w „ciekawe” rejony, raczej starałem się w dolnych partiach zobaczyć co one potrafią.
Wyjechałem pierwszym wyciągiem i zacząłem pomału niebieską w dół zjeżdżać. Nowe, ostre nartki idealnie wcinały się w zmrożony śnieg, ale nic nie było takiego WOW. Dwie płyty tytanowe w każdej narcie powinny to jeszcze lepiej robić. Wiem, dużo o tym wcześniej czytałem, muszę się nauczyć na nich jeździć zanim je w pełni wykorzystam.
Pierwszą połowę dnia jeździłem na w miarę łatwych trasach ucząc się nowych nart. Dobrze, że byłem sam, bo pewnie by mnie każdy dobry narciarz okrzyczał za prędkości i wybór stoków.
Na lunch zjechałem do starej części miasteczka i na Main Street w Starym Mieście przy piwku i kanapce w końcu sobie odpocząłem.
Po lunchu nabrałem odwagi i ruszyłem dalej w góry. Wyciągiem Jupiter wyjechałem na ponad 10,000 stóp (3,000 metrów). Tutaj najłatwiejsza trasa to podwójny, czarny diament.
Powiem wam szczerze, że za bardzo nie wiedziałem jak zjechać. Oczywiście nie chciałem się ześlizgiwać, a nachylenie stoku było dobrze strome. Twarde narty nie chciały się między wielkimi muldami wyginać. Ogólnie to ja nie lubię muld, ale jakoś sobie na nich radzę. Dzisiaj miałem pewne trudności z pokonaniem tych ścian. Wiem, moje narty nie są na muldy. One są przystosowane do dużych prędkości na ubitych trasach.
Zjechałem gdzieś, wziąłem jakiś inny wyciąg i pojechałem do lasu. Lubię laski. Oczywiście tam też są muldy, ale o wiele mniejsze. I zawsze jest dreszczyk emocji jak się przejeżdża blisko drzew.
Oczywiście jeździłem do końca i około 16:15 zjechałem na sam dół.
Dzisiaj za bardzo nie było czasu na apès ski. Musieliśmy zrobić tygodniowe zakupy w supermarkecie i potem jeszcze odwiedzić główną ulicę w mieście.
Zakupy się udały, lodówka pełna, więc czas na odwiedziny głównej ulicy w mieście i na kolację.
I tu trochę się zawiedliśmy. Niestety Park City nie ma tak fajnego centrum jak Vail, Whistler czy Zermatt. Na start są samochody. Ja uważam, że centrum miasteczek powinno być wyłączone z ruchu kołowego, tylko piesi. Wtedy jest taki fajny klimacik. Ulice pełne ludzi, oświetlone choinki, stragany, muzyka na żywo, gorące wino.......
Tutaj tego nie było. Dużo ludzi przeciskających się na wąskich chodnikach i uważających jak wchodzisz na drogę żeby cię samochód nie przejechał. Nie spodobało nam się to, więc weszliśmy do restauracji na kolacje.
Udało nam się trafić na dobre jedzenie. Nie było z tym łatwo. Albo knajpy nic nie miały fajnego, albo były super drogie. Jesteśmy z Nowego Jorku, więc przyzwyczajaliśmy się do wysokich cen, ale tutaj czasami to już przeginali na maksa.
Nam się udało i wylądowaliśmy w Alpine Distilling. Jest to miejsce gdzie testujesz wiele rodzajów whiskey, ale też mają restauracje.
Tatar z tuńczyka i świnka były przepyszne.
Park City ma wiele autobusów które jeżdżą dość często i wszystkie są za darmo. Ale nie ma nic lepszego niż spacer po górskim miasteczku po obfitej kolacji. Także w 20 minut po wąskich, słabo odśnieżonych, nieoświetlonych chodnikach (niestety nie mamy zdjęć, było za ciemno) wróciliśmy do naszego mieszkanka. Może kiedyś Park City zmieni swój plan rozwoju i bardziej się nastawi na pieszych niż na samochody i komunikację publiczną.