Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 76
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2021.05.29 Keystone, CO (dzień 1)
Sobota, lontnisko, piwko….i nie ma laptopa. Nie ma laptopa w zasięgu ręki i nie będzie przez następne 8 dni. Przez tą całą pracę z domu granica między pracą a wakacjami trochę się zatarła. Łatwo jest teraz wyjechać daleko, zabrać laptopa i dalej pracować. Człowiek jednak potrzebuje się czasem wyłączyć. Dlatego tym razem laptopy zostały w domu a my z książką, słuchawkami, żeby oglądać filmy no i oczywiście nartami ruszamy na zachód!
Chyba latanie wraca do normy. Nadal wydaje mi się, że jest grupa ludzi którzy latają teraz częściej bo mają większą wolność co do miejsca pracy. Do tego są to ludzie, którzy przywykli do latania i teraz pewnie wykorzystują wszystkie uzbierane punkty itp. My też lecimy w promocji 2 za 1. Darek wyczytał, że ten weekend pobił wszystkie dotychczasowe weekendy i od czasu COVIDa najwięcej ludzi gdzieś poleciało, ok. 2 mln. Jest to 90% tego co dwa lata temu. Nasz samolot wygląda na pełny i jak potem stewardesa potwierdziła, tylko 10 miejsc jest wolnych…i dobrze! Niech wszystko wraca do normy! Obawiając się tłumów na lotnisku i po ostatnich przygodach Co poniektórzy mieli lecąc do Montany, postanowiliśmy wyjechać z domu trochę wcześniej. Jak się okazało trochę za wcześnie…. Dlatego mieliśmy czas na lotnisku na piwko. Dobrze, że jest taka możliwość.
Darek zdziwił się trochę jak po zamowieniu Corona dla siebie spytałam się czy chce czekoladowy koktajl mleczny bo podobno ludzie zamawiają to najczęściej razem… sławetne Why??? Polecialo! No właśnie, dlaczego amerykanie tak kochają koktajle mleczne. Nawet do hamburgerów je zamawiają…czego nigdy nie zrozumię.
Siedzimy tak sobie, gadamy, cieszymy się, że znów gdzieś lecimy, że wreszcie częstotliwość naszych wylotów wraca do normy, aż tu nagle elektroniczny barman się pyta czy jeszcze jeden… no to jak w piosence Taco Hemingway…. “Bardzo Proszę!” Wirtualny kelner pytał się tak chyba co pięć minut…my tak szybko nie pijemy więc niestety częściej było ”nie dziękuję”.
A właściwie to gdzie lecimy? Na nartki…. Do Denver. W Stanach jest teraz dlugi weekend. Moja firma to wogóle poszła po bandzie i z 3 dniowego weekendu zrobili nam 5 dniowy weekend. Chyba muszą nas lubić i to jak pracujemy. Tak więc wolne, ostatnia szansa na narty a do tego przecież mamy roczny pas do parkow narodowych i ja mam pass sezonowy żeby chodzić po górkach w Arapaho Basin. Jak to wszystko się poskładało do kupy to wyszedł następujący plan:
Keyston - A-Basin - Durango - Mesa Verde - Great Sand Dunes - Denver
Zapowiadają się super wakacje … bez pracy!
Lubimy Denver i Colorado. Jest to chyba najkrótszy lot w fajne górki. Pomimo jednak, że lubimy ten stan i górki tu, to jakoś nie byliśmy tu w lato. To znaczy, Darek był lata temu ale ja zawsze zimą. Czas to zmienić i zwiedzić troszkę dalsze rejony, bardziej na południe. Planujemy dojechać prawie pod granicę ze stanem New Mexico.
Widzicie jak ścigamy sie z drugim samolotem?
Już z samolotu zaskoczyło mnie jak tu jest zielono. Wiedziałam, że snieg jest tylko wysoko w górach ale chyba spodziewałam się bardziej brazowej, zwykłej zieleni, a przywitała mnie soczysta zieleń, prawie jak w Nowej Zelandii.
Dolecieliśmy szczęśliwie, nawet trochę przed czasem. Doczekaliśmy się nawet na narty….jedyne narty. Jak w sezonie karuzela na narty jest wyładowana na maksa. Tak dziś tylko jedne narty kręciły się w kółko. Najlepsze narty, najlepszego narciarza. No to skoro mamy już narty i inne bagaże to czas po samochód!
National - wypożyczalnia samochodów dziś wygrała. Od wylądowania do zapalenia samochodu zajęło nam to nie wiecej niż 30 min….i to z wyborem auta. Ostatnio braliśmy w Sixt i była masakra. Czekaliśmy na autobus, potem kolejki przy obsłudze klienta a tu… autobus czekał. Grzecznie wsiedliśmy, pan szybko zawiózł nas do wypożyczalni, spytał się tylko czy Emmerald Club - powiedzieliśmy, że tak, więc kierowca wysadził nas na krawężniku. Na szczęście szybko pojawiła się pani, spytała się o imię i nazwisko i powiedziała… weźcie co chcecie! Najpierw nie do końca do nas dotarło ale potem sobie przypomnieliśmy, że jak masz drugi poziom w ich programie lojalnościowym to wchodzisz na parking i bierzesz co chcesz. Darek latał jak chipmonk i tylko było ale tam jest BMW, a tam Mercedes a tam…. Tylko nie wszędzie się narty zmieszczą więc poszliśmy za moim wyborem i padło na starego dobrego Wollswagen!!! To znaczy na Wollswagen Atlas!!!!
Obeznani już w Denver nie jeździliśmy od sklepu do sklepu tylko pojechaliśmy do mięsnego po żeberka. Edward Meats, czyli mięcho u Edka to jest nasza destynacja. Tym razem śpimy w większości w hotelach ale żeberka na którąś z pierwszych kolacji muszą być. Pierwsze trzy noce śpimy w Keystone i tylko tu mamy mieszkanko z kuchnią. Potem wspomagamy Marriotta. Darek jak zobaczył wybór mięsa i tomahawk steak (najlepsza część krowy) za $20 za funt to nie mógł przeżyć, że nie mamy więcej noclegów z kuchnią. No nic…kolejny powód, żeby tu wrócić.
Niedaleko Edka jest nasz ulubiony browar New Terrain do którego wstąpiliśmy na lunch. Jakby na to nie patrzyć to w NY już była 7 pm więc coś rzucić na ząb najwyższa pora. Jak byliśmy parę miesięcy temu w Steamboat to Darek na prawie każdy lunch w górach miał taco z łosia. Od tego czasu taco stało się typową potrawą stanu Colorado. Prawie jak omlet jako azjatyckie śniadanie (wtajemniczeni, albo uważni czytelnicy zrozumieją).
Wszystkie sprawunki załatwione to można ruszać w drogę. Keyston jest stosunkowo blisko Denver więc do przejechania mieliśmy nie całe 2h. Było wczesne popołudnie więc Darek zaproponował wziąć dłuższą drogę (nie wiele dłuższą) przez przełęcz Loveland.
Piękna droga. Serpentynami wyjechalismy na prawie 12tys ft (3,655 m). Jak wysiedliśmy na szczycie, żeby porobić jakieś zdjęcia to kurtki puchowe trzeba było ubrać.
Ubrani w kurtki, czapki, rękawiczki ruszyliśmy parę metrów do góry. Na punkt widokowy może było do pokonania 50 schodków ale wysokość i chyba osłabienie po szczepiące dało się weznaki i poczuliśmy, że nie jesteśmy w Central Parku…. Zresztą takich widoków w Central Parku nie uświadczysz.
Skoro tu jest tyle śniegu to zapowiadają się fajne nartki jutro. Wygląda, że trochę tras powinno być otwarte.
Stąd to już z górki na pazurki. Pomimo, że zjeżdżaliśmy w dół to nadal widoki były piękne.
Droga schodzi prosto do resortu Arapahoe Basin (A-Basin) w którym to jutro mamy zamiar pobawić się na śniegu. Darek na nartach a ja na rakach.
Tak, to właśnie tam. Z A-Basin do Keystone już jest rzut beretem, nie całe 10 min jazdy. Tak pojedliśmy taco, że nawet o kolacji nie myśleliśmy. Poszliśmy się jednak przejść po miasteczku. Taki spacerek przed snem jest wskazany. W końcu nadal jesteśmy na Nowojorskim czasie więc dziś szybko padniemy.
Keystone też jest resortem narciarskim, ale niestety już nieczynnym. Szkoda bo miasteczko (baza) była dość wymarła i tylko kilku ludzi spotkaliśmy na spacerze. W hotelach za to się świeciło więc trochę turystów mają. Baza do dużych nie należy. Parę uliczek, sklepów, kafejek i restauracji. W porównaniu do Vail czy Breckenridge to jest malutkie.w porównaniu do resortów na wschodnim wybrzeżu to jest duże. Nigdy nie zrozumiem czemu wschodnie wybrzeże nie ma takich mini miasteczek jako bazy. Po spacerku spaloy się wyśmienicie!
2021.04.13-14 Big Sky, MT (dzień 4-5)
Po paru dniach leniuchowania wreszcie trzeba było się zabrać do roboty i pójść gdzieś w górki. Podobno w Montanie nie można chodzić po trasach narciarskich. To znaczy jest to wszystko bardzo dziwne. Po pierwsze to możesz kupić pass na chodzenie po górach. Pas kosztuje $5 na sezon i wygląda, że jest tylko formalnością. Niestety jeśli chodzi o trasy to te którymi można chodzić są wysoko w górach więc trzeba do nich dojechać wyciągiem. Czyli pass pomimo, że dla górołazów jest bardziej dla narciarzy.
Po drugie to jest trasa która nazywa się Snowshoe (na rakiety) tylko, że tam każą iść z przewodnikiem. Nie bardzo chciało mi się płacić $100 za przewodnika bo trasa znów nie wyglądała na trudną. Kazałam Darkowi obczaić temat i on stwierdził, że tu w górach nikogo nie ma, że trasa fajna i w ogóle to jak pójdę dalej to dojdę do fajnej knajpki położonej w dolince ale w samym sercu gór.
Rozmyślając dalej doszliśmy do wniosku, że we wtorek, pod koniec sezonu na pewno nie będzie dużo patrolu i może nikt się do mnie nie przyczepi. A jak się przyczepi to co mi zrobią - najwyżej każą mi zawrócić. Tak więc nie wiele mając do stracenia z samego rana ja i moja nowa towarzyszka (eng. hiking buddy brzmi jakoś lepiej) wędrówki (Dorotka) ubrałyśmy rakiety/raki i poszłyśmy w górę. Plan był iść ile się da, podziwiać widoki, pstrykać zdjęcia i zobaczyć co w lesie piszczy.
Zaczęłyśmy delikatnie od trasy Moose Tracks. Jest narysowany hipek idący? Jest - czyli trasa dla łazików a nie narciarzy. Pomimo, że trasa idzie zaraz obok trasy narciarskiej to na samej trasie Moose Tracks nie spotkaliśmy, żadnego narciarza. Tak naprawdę nawet nie spotkaliśmy, żadnego innego człowieka. szłyśmy w lesie, dość wąską trasą i tylko czasem widywaliśmy ślady zwierząt.
Na śladach się jednak skończyło. Chyba jednak za dużo ludzi jest w resorcie i zwierzęta wychodzą tylko nocami. Od czasu do czasu słyszeliśmy jakiś narciarzy w oddali ale trasy nie widzieliśmy i ciężko by było się z nią połączyć. Szłyśmy więc do góry przed siebie. Trasa nie była za stroma i delikatnie podnosiłyśmy się do góry.
W pewnym momencie po nie całej godzinie doszłyśmy do drogi. Oczywiście zaśnieżonej drogi która bardzie przypominała nartostradę albo drogę na snowmobile niż szlak. Szybkie sprawdzenie mapy i okazało się, że tu się szlak kończy. My jednak miałyśmy nie dosyt. Szłyśmy głównie w lesie więc widoków za dużo nie było a do tego było jeszcze przed południem więc szkoda zawracać. Nawet nie musiałyśmy się długo zastanawiać tylko skręciłyśmy w prawo i podążyliśmy drogą mając nadzieję, że dojdziemy tam gdzie Darek nam polecał.
Technologia to fajna sprawa. Już tak do niej przywykliśmy, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ją używamy i jak bardzo jest przydatna. Dawniej ludzie spędzali godziny czytając mapy - teraz wystarczy otworzyć Google Maps i od razu kropeczka pokazuje dokładnie gdzie jesteśmy. Kropeczka też może być wysłana na inny telefon i takim oto sposobem Darek mógł łatwo śledzić jak szybko się poruszamy, gdzie jesteśmy i do nas dojechać. Tak więc jak wyszliśmy z lasu na trasę narciarską to interakcje z resztą ekipy były częstsze.
Zdecydowanie oni poruszali się na nartach dużo szybciej niż my ale już była lepsza ocena czasu i częste sprawdzanie jak nam idzie. A szło nam się dobrze. Widoki były przepiękne i zapominało się o całej reszcie. Dorotka pomimo, że pierwszy raz z nami poszła w góry (a to nigdy nie jest łatwe) to dzielnie szła i tylko pstrykała zdjęcia na prawo i lewo.
Mój aparat też nie próżnował. Na szczęście nikt nas nie zaczepił. Czasem ktoś z obsługi przejechał obok nas ale tylko pomachał, uśmiechnął się i każdy skierował się w swoją stronę. Jak to się mówi - lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie.
Wiadomo, że jak przystało na trasę narciarską to troszkę musiało się iść do góry ale ogólnie trasa była dość płaska. Pewnie dlatego tak mało było tu narciarzy bo oni wolą większe nachylenie. Czasem tylko z lasu jakiś wyskoczył ale szybko przejechał naszą trasę i znów gdzieś wskoczył w las. W Montanie ogólnie jest tyle terenu, że nie spotyka się za dużo ludzi. Dla nas to było idealne bo mogłyśmy sobie spokojnie iść do góry i nikt nam nie wjeżdżał pod nogi.
Wyjście zajęło nam może troszkę dłużej niż powinno ale to nic. Dzień był piękny i nigdzie nam się nie spieszyło. Nawet lepiej było spędzić go na górze w tych pięknych górach, w ciszy i spokoju niż na dole w bazie gdzie jest gwar i raban.
Pod koniec trasy dołączyli do nas narciarze i już wszyscy razem doszliśmy do knajpki. Narciarze się poświęcili bo na ostatnim odcinku musieli iść przeciwnie do kierunku zjazdu więc musieli trochę podejść. Ale piwko i polska kiełbasa już pachniało więc mobilizacja była.
Darek zaciągnął nas w to miejsce bo podobno są tu najlepsze hamburgery i polska kiełbasa. Ostatnio jadł tu hamburgery więc dziś postawił na kiełbasę. Jeśli o mnie chodzi to jakoś nie byłam głodna więc hamburgera nie udało mi się spróbować ale wierzę Darkowi na słowo. Jeśli o mnie chodzi to cieszyłam się, że mogę usiąść w miejscu otoczonym takimi pięknymi górami. Stąd jest super widok na ściany Lone Peak (głównego szczytu) z tych ścian można zjeżdżać. Oczywiście jest to dla wprawionych narciarzy ale ściany robią wrażenie. To właśnie tu jest słynna trasa nazwana Lenin - fajnie, że ją zobaczyłam.
Super siedziało się na tarasie, zajadało polską kiełbasę, podziwiało widoki i piło pyszne piwko. Bo kiełbasa była taka sobie. Była OK, ale nie jest to typowa polska grillowana kiełbasa. Jednak w tej kwestii amerykanie muszą się jeszcze troszkę podszkolić. Tylko jak im powiedzieć, że akurat kiełbasa musi być dobrze wypieczona (well done) jak w ich kuchni wszystko się je pół wypieczone (medium raw).
Nie brakowało też opowieści o zabawach w białym puszku. Zwałaszcza Darek miał dużo do poopowiadania bo jeździł sam po nowych terenach.
”Tak, jakoś ekipa dzisiaj rano nie mogła się z domku o czasie wybrać. Po drugie chciałem jeszcze na szczyt wyjechać i tam coś ciekawego zrobić.
Rano, bez większej kolejki wyjechałem na górę. Niestety wiatr i chmury nie pozwoliły mi na samotne zapuszczanie się w nieznane tereny. Po drugie i tak nic nie widać, więc nie ma sensu jechać.
Fakt, że nam kurtkę z nadajnikiem SOS (Recco) jak bym gdzieś wjechał, pobłądził i Ilonka z goprowcami mnie szukała. Mam nadzieję, że nigdy tego nie będę używał.
Początek zjazdu zrobiłem w znanym już mi Libery Bowl. Potem jak wyjechałem z chmur to znalazłem ciekawy zjazd.
Zjechałem Vuarnet Cliffs. Stromo, ale bezpiecznie, no i w końcu coś widać. Do końca nie wiem czy to były dwa czy trzy diamenty, ale było fajnie.
Na górę jak narazie nie było sensu jechać (wiatr i chmury), więc pojechałem w rejon wyciągu Challenger. Raz tylko tędy zjechałem w pierwszy dzień. Challenger jest to duży i ciekawy rejon. Ma wiele dobrych tras i nie jest wysoko, więc już nie był w chmurach.
Dziewczyny pisały, że już są wysoko w górach i za jakąś godzinę dojdą do knajpy. Wróciłem w ich rejon, spotkałem brygadę, pokazałem im parę ciekawych zjazdów żeby lunch i piwko lepiej smakowało. No i smakowało!”
Zejścia nie bardzo pamiętam. Gdzieś po 10 minutach od opuszczenia knajpki dostałam smsa od kolegi z pracy. Jest on moją prawą ręką i raczej nie zawraca mi głowy na wakacjach pytaniami więc się zdziwiłam widząc smsa od niego. Stwierdziłam, że musi być to coś ważnego. Spodziewałam się jakiegoś pytania dotyczącego jakiegoś ważnego projektu na które odpowiem szybko i wrócę do pstrykania zdjęć.
Tak się jednak nie stało - po przeczytaniu wiadomości ciężko mi było odłożyć telefon i aż do kolejnej przerwy z narciarzami próbowałam zalogować się do intranetu. Wiadomość była najlepszą wiadomością dnia. Okazało się bowiem, że wreszcie dostaliśmy awans. Zarówno ja jak i mój kolega. To trochę był efekt domina. Ja awansuję i biorę więcej odpowiedzialności od mojego szefa, mój kolega ode mnie itp. Tytuł tytułem ale oczywiście byłam ciekawa jaka podwyżka się z tym wiąże. Tak więc przez kolejne 20-30 minut próbowałam wejść przy użyciu różnych przeglądarek na firmowy intranet. Nie było to łatwe. Jakoś zabezpieczenia, ograniczone możliwości telefonu vs. komputera nie ułatwiały zadania. Ale udało się i wiedzieliśmy już, że na dole to ja stawiam pierwszą kolejkę!
Takie wiadomości to ja lubię. Przerwę z narciarzami zrobiliśmy mniej więcej w miejscu jak wyszłyśmy ze szlaku na trasę narciarską. Tym razem jednak stwierdziłyśmy, że zejdziemy do końca trasą narciarską. Zawsze to coś nowego, innego a i pewnie szybciej.
Nartostradą to się zbiegło szybciutko do bazy i nawet udało nam się zdobyć miejsce przy ognisku. Siedzieliśmy tu wczoraj i tak nam się spodobało, że i dziś postanowiliśmy właśnie tu pożegnać się z resortem.
Zrelaksowani, szczęśliwi, zadowoleni z siebie wspominaliśmy ostatnie 4 dni. Niby nie wiele ale tak dużo się wydarzyło, tak dużo zobaczyliśmy, że jeszcze długo będziemy wspominać ten wyjazd. Każdy z nas pragnął się wyrwać z Nowego Jorku, każdemu marzyły się wakacje, i każdy na nie zasłużył. Tak więc nikt nie zwracał uwagi, że jak się wstawało z krzesełka to było duże “ała…ała” i uśmiech z twarzy nie schodził.
Na pożegnalną kolację każdy wybrał to co lubi. Część ekipy nas olała i wybrała jakieś rancho i kawał dobrej krowy. Inni nie mogli zapomnieć hamburgerów z restauracji przy ognisku i chcieli jeszcze raz przypomnieć sobie smak z pierwszego dnia, a ja wybrałam jakiś eksperyment. Kanapka robiona na styl azjatycki. Niby zwykła bułka z kurczakiem a jednak warzywa i przyprawy dopełniały smaku.
Po kolacji doczłapaliśmy się do domku. Nie jest to łatwe zdanie. Posiadanie domku przy trasie narciarskiej niestety oznacza, że popołudniu jak zamkną już wyciągi, a człowiek zjechał na dół wyciągu, to trzeba iść na nogach pod górę. Można iść trasami, można iść drogą. Jaką drogę się nie wybierze to zawsze będzie pod górę. Ale jak już doszliśmy do domku to było ciepło, był kominek, była muzyka, była gra planszowa i były długie Polaków rozmowy do rana.
Rano troszkę gorzej się wstawało po tych rozmowach bo jednak budzik dzwonił z samego rana. Ale to nic, wyśpimy się w samolocie. Niestety nie ma bezpośredniego lotu z Bozeman do NY więc podróż nam trochę zajmie. Miejmy nadzieję, że nie tyle co niektórym w tą stronę. Tak więc w środę rano, po przespaniu 5h jak budzik zerwał nas z łóżka wiedzieliśmy, że nie ma leniuchowania tylko trzeba się pakować, posprzątać troszkę domek i w drogę.
Kawka na lotnisku i znów wzbijemy się w powietrze. Polubiliśmy bardzo lotnisko w Bozeman. Małe, kameralne ale ma wszystko. Bardzo sprawnie przechodzi się proces odprawy, wystrój jest bardzo przyjemny i nawet czekanie na samolot jest przyjemne. Można sobie nawet usiąść przy kominku.
Tym razem lot do domu każdemu zajął tyle ile powinien. Nikt się nie spóźnił na samolot a samoloty też nie miały opóźnień. Dopiero w NY jak to w NY zdenerwowaliśmy się na taksówki. Nikomu nie chce się pracować, bo rząd tylko rzuca pieniędzmi na prawo i lewo więc i taksówkarzy jest mało. Tak więc na taksówkę czekaliśmy około 30 minut bo albo kierowca nas olał i pojechał w totalnie innym kierunku, nawet nie kasując kursu, albo stał w korkach, albo mylił zjazdy i droga zajęła mu dłużej niż powinna. Masakra co się dzieje z tymi ludźmi. Niestety tak łatwo firmy tracą kontrolę nad jakością i potem się dzieje jak się dzieje.
2021.04.12 Big Sky, MT (dzień 3)
Dzisiaj jest ten dzień. Jesteśmy gotowi na zaatakowanie szczytu Lone! Tylko we dwóch, ja i mój kolega Damian. Reszta narciarzy miała na dzisiaj inne plany. Zresztą zjazd ze szczytu Lone wymaga zaawansowanych umiejętności a nie wszyscy je mają albo czują się na siłach to zrobić.
Rano przy śniadaniu było trochę roboty. Po pierwsze trzeba było wcześniej wstać, żeby za długo nie stać w kolejce do kolejki górskiej. Sprawdzić pogodę i czy kolejka linowa działa. Pogoda jak to w górach, na dole ładnie i słonecznie, a na szczytach chmury, słońce i nawet nie duży wiatr. Szczyt otwarty! Patrol uznał, że warunki są OK.
Sprawdzenie i spakowanie sprzętu. Raki na buty narciarskie mogą się przydać. Nigdy nie wiadomo co nam do głowy strzeli, albo co góry wymyślą. Na bardzo stromych ścianach gdzie jest skorupa śnieżna zdarzają się wywrotki. Raczej wszystko jest ok. Poleci się na dół i pewnie gdzieś się narciarz zatrzyma. Powrót na górę po sprzęt albo na trasę bez raków jest super ciężki a czasami wręcz niemożliwy.
Wszystko spakowane, gotowi na wyprawę!
9 rano, a my już z paroma lokalnymi (wszyscy z plecakami) wsiadamy na pierwszy wyciąg. Każdy spogląda w jedno miejsce, na dymiącą górę Loan. Większość ludzi którzy siedzą na tym wyciągu teraz tam zmierza.
Wysiadamy z pierwszego wyciągu i kierujemy się na drugi. Po drodze sprawdzamy czy Bone Crusher jest otwarte. Jest! Teraz nie ma czasu, ale później to miejsce musimy odwiedzić i przejść się na „spacer”.
Kolejnym wyciągiem , Powder Seeker wyjeżdżamy wyżej.
Tutaj niestety dowiadujemy się, że kolejka górska ma opóźnienie z 20-30 minut. W nocy spadło trochę śniegu i patrol musi parę lawin spuścić w dół, żeby było bezpiecznie. Co chwilę było słychać takie przytłumione, donośne wybuchy.
Mieliśmy troszkę czasu więc zrobiliśmy sobie rozgrzewkę i szybciutko zlecieliśmy w dół do tego samego wyciągu.
Nogi się zagrzały na idealnie ubitej i lekko przysypanej świeżym śniegiem trasie. Większość ludzi, którzy zmierzają na szczyt zrobiła to samo, więc jak wróciliśmy pod kolejkę na Loan to dalej było niewiele ludzi.
Wyciąg na szczyt otwarty! Jedziemy! Odstaliśmy swoje 10-15 minut i załadowaliśmy się do małego wagonika. Tutaj już nikt nie przestrzega przepisów Covid 19. Wagonik jest na 12 osób więc 12 wchodzi. Zastanawiałem się dlaczego nie zrobią więcej wyciągów albo większe wagoniki. Odpowiedź jest prosta, nie chcą tłumów na górze. Tam jest naprawdę trudno, a jeszcze jak się pogoda zmieni w ciągu paru minut i wyjdą chmury, mgła to może być ciężko. Niedoświadczony i nieprzygotowany narciarz może zabłądzić albo gdzieś spaść. Przy dużym wietrze kolejka linowa na górę nie pojedzie, a to jest jedyny sposób żeby ratownicy po ciebie się dostali. Pod warunkiem, że masz radio i im zgłosisz swoje położenie. Komórki często tutaj nie działają.
Drugim powodem małej ilości ludzi na górze jest śnieg. Lokalni nie chcą, żeby im go szybko rozjeździli. Nawet parę dni po opadach śniegu na górze można znaleźć puch jak się wie gdzie go szukać. W Montanie średnio spada ponad 10 metrów śniegu w sezonie, więc puch na górze w pełni zimy jest zawsze.
Oczywiście Polacy są wszędzie, więc w wagoniku spotkaliśmy rodaka z Żywca. Mieszkał kiedyś w Chicago, teraz już jest w Polsce. Mówi, że mimo tego, że w Polsce wyciągi są zamknięte to on ma dobry sezon, bo on i tak nie używa wyciągów. Wychodzi na szczyty i z nich zjeżdża. Zachciało mu się prawdziwych gór, więc przyleciał do Montany.
Ze szczytu chce zjechać The Big Couloir, w skrócie „The Big One”. Jest to najtrudniejsza „trasa - żleb” która wymaga najwyższych umiejętności i błąd może kosztować cię wiele. Bardzo wąska i super stroma, otoczona skałami. Powiedzieliśmy mu, że my na ten zjazd jeszcze nie jesteśmy gotowi i że lubimy życie. Na szczycie się rozstaliśmy. On poszedł zjechać The Big One, a my za bardzo nie wiedzieliśmy co robić.
Chmury przeplatały się ze słońcem, więc widoczność była nawet ok. Na pierwszy zjazd z Loan chcieliśmy coś łatwiejszego, wybraliśmy Liberty bowl. Jest te czarna, szeroka dolina z głębokim śniegiem. Zanim jednak zjechaliśmy, chcieliśmy sprawdzić inne możliwości i ogólnie zapoznać się ze szczytem.
Oczywiście za chwilę spotkaliśmy pana z Żywca. Powiedział, że patrol go nie wpuścił na ten zjazd. Nie ma odpowiedniego sprzętu ratowniczego. Może go wypożyczyć za darmo od patrolu, ale musi się wpisać na listę i swoje odczekać. Ze względu na bardzo trudne warunki wpuszczają tylko limitowaną ilość osób. Dostajesz goprowskie radio i zakładają ci nadajnik sos. Jak coś ci się stanie albo gdzieś wpadniesz to szybciej można cię odnaleźć i uratować. Rodakowi nie chciało się czekać na jego kolej.
Tak jak pisałem, lubimy życie więc tam nie jedziemy. Pan z Żywca stwierdził, że chce zjechać z Lenina. Jest to też trudny podwójny diament ale szeroki. Na dole nie ma skał, więc jak coś nie wyjdzie to raczej nie rozwalisz się o skały jak na wąskich potrójnych diamentach. Lenin jest w naszych planach, ale nie na pierwszy zjazd.
Pojechaliśmy Liberty bowl w dół. Nie za stromo i szeroko. Głęboki, rozjeżdżony śnieg, czasami jeszcze puch trochę utrudniał zakręcanie, ale nie było aż tak ciężko.
Zjechaliśmy z drugiej strony góry Lone. Tutaj jest mniej tras a bardziej otwarte i duże przestrzenie. Z tej strony znajdują się dwa wyciągi, Dakota i Shedhorn. Niestety ten pierwszy się zepsuł parę tygodni temu i naprawę jego przewidują dopiero na lato. Na szczęście z Shedhorn można dostać się w wiele rejonów.
Tutaj jeździliśmy aż do lunchu. Trochę na ubitych dla ochłody a trochę lasami i polanami żeby się znowu zagrzać. Na lunch wybraliśmy Shedhorn grill. Jest to fajna, klimatyczna knajpka w środku gór.
Można siedzieć na zewnątrz jak jest ciepło w słońcu, albo w środku gdy pogoda nie sprzyja. Dzisiaj trochę było zimno i wiało więc lunch mieliśmy w środku.
Hamburger z lokalnej krówki i piwko z lokalnego browaru. Pyszne i świeże. Czego trzeba więcej na nartach.
Po przerwie przyszedł czas na Lenina. Wiedzieliśmy, że jak nie zrobimy tego teraz to nie wiadomo czy na tym wyjeździe nam się uda. Pogoda była ok. Trochę wyżej w górach wiało, ale dalej był to na tyle słaby wiatr, że kolejka mogła jeździć.
Niestety o tej porze trzeba było swoje w kolejce odczekać. Myśle, że 40-45 minut staliśmy. Czego się nie robi dla ciekawego zjazdu.
Na górze już dobrze wiało, ale jeszcze ludzi nie przewracało, było ok. Ruszyliśmy w stronę Lenina. Po drodze minęliśmy fajną bramkę.
Szkoda, że nie mamy ze sobą jakiegoś lokalnego, albo że nie znamy lepiej tych gór. Ciekawe tereny tam dalej się wyłaniały, ale niestety nie znając co tam może być lepiej się nie zapuszczać. Można pobłądzić, albo nie wiadomo gdzie wyjechać. Lenin stawał się pewniejszym wyborem.
Trawersem dojechaliśmy do dwóch tras, Lenin i Marx. Co za ciekawe trasy tu się znajdują. Wybraliśmy Lenina, wyglądał na ciekawszego.
Trasa jest bardzo stroma z głębokim śniegiem. Na szczęście jest szeroka i na dole nie ma skał, więc jak coś nie wyjdzie to raczej nic złego się nie stanie. Pomału z ostrymi zakrętami zjeżdżaliśmy w dół.
Gdzieś w połowie trasy było odbicie na wąskie, trzy-diamentowe odcinki. Na szczęście było zamknięte. Może to i dobrze.
Pod koniec zjazdu Lenin stawał się bardziej płaski, więc można było usiąść i sobie odpocząć. Trasa nie była aż taka ciężka jak ją opisywali. Było stromo i długo, ale do zrobienia przy zachowaniu odpowiedniej prędkości. Dzisiaj już nie ma czasu na Marxa, może jutro się uda.
Do końca dnia jeździliśmy już w głównej części resortu. Nogi za bardzo nie chciały już nic ciekawego robić. Na niebieskich, ubitych trasach zakończyliśmy ten intensywny dzień.
Mimo, że byliśmy padnięci to oczywiście obowiązkowe ognisko musiało być. W słoneczku, na tarasie z przepięknym widokiem na ośnieżone góry.
Nawet kawałek Video się załapał.
Za długo nie można było siedzieć, w planach na dzisiejszy wieczór jest uczta. Mamy zamiar podjechać gdzieś do jakieś restauracji która serwuje lokalne potrawy. Czytaj: mięsa!
Lokalny na wyciągu wskazał parę knajp. Wybór padł na RiverHouse BBQ.
Duża restauracja z przepięknym widokiem z baru. Około 15-20 minut samochodem od resortu.
Na szczęście było jeszcze wcześnie i był poniedziałek dlatego szybko dostaliśmy stolik na 8 osób.
Wziąłem wieprzowe żeberka. Były pyszne! Odchodziły od kości za każdym dotykiem. Nie wiem czy były to najlepsze żeberka jakie kiedykolwiek jadłem, ale na pewno są w czołówce.
Objedzeni do syta wróciliśmy do naszego domku. Zapaliliśmy w kominku i wspominaliśmy ten intensywny dzień. Jutro już niestety ostatni dzień w tych górach. Oczywiście cały mamy zamiar spędzić na nartach, a Ilonka na długim szlaku. Miejmy nadzieję, że pogoda i warunki dopiszą.
2021.04.11 Big Sky, MT (dzień 2)
Wieczorem albo późno w nocy reszta ekipy dotarła do resortu. Po ciemku, ale udało się. Big Sky ma certyfikat czarnej nocy (tak jak Dolina Śmierci). Nie może być żadnych mocnych ulicznych czy miejskich świateł po zmierzchu. Dzięki temu można oglądać gwiazdy a czasami nawet i zorze polarne jak wszystkie parametry są wysokie.
Myśmy wszyscy byli zmęczeni, więc gwiazdy i zorze tylko we snach widzieliśmy. Przed nami 3 dni intensywnych nart w największym resorcie w Stanach. Trzeba mieć siłę i energię.
Resort ma wiele tras i terenów. Ciężko jest wszystkie zjeździć w cztery dni. Jedno co na początku zauważyłem to brak ludzi. Tutaj na prawdę nikt nie jeździ. Nawet dzisiaj, czyli w Niedzielę. Ja wiem, że jest koniec sezonu, ale przecież zima jest w pełni, prawie wszystko jest otwarte. Praktycznie bez kolejek na wszystkie wyciągi się wsiadało. Poza oczywiście kolejką na sam szczyt na Lone, 11,166 stóp (3,403 metry). O tej kolejce to później.
Mapa tras i wyciągów do ręki i w drogę. Pierwszych parę porannych zjazdów zrobiłem sam. Ekipa po podróży musiała dłużej pospać. Plusem jeżdżenia samemu są cenne informacje jakie się zdobywa na krzesełkach. Jak się jest grupą to się zajmuje całe krzesło i nikt lokalny się nie dosiada.
Wczoraj w nocy spadło trochę śniegu i dalej czasami sypało. Lokalny mi powiedział gdzie jedzie i dlaczego. Jedzie w rejon Wilków i Łosi. Są to trasy gdzie już naprawdę nie ma nikogo i nie rozjeżdżony puch można nawet znaleźć koło południa.
Zjechałem tutaj parę razy czekając na resztę załogi. Nie był to może ten słynny puch co jest w Montanie (400” - ponad 10 metrów w ciągu sezonu), ale można było się ciekawie pobawić. Na trasach które nie są ubijane, dalej były wyczuwalne muldy i lód (wczoraj było słonecznie i ciepło) pod puchem. Natomiast na trasach, które wczoraj po zamknięciu wyciągów ratraki ubiły było super. 10cm śniegu na ubitym śniegu. Bajka....!!!
Ekipa dołączyła i już w 4 osoby jechaliśmy dalej. Ale ten resort jest wielki. Dojechaliśmy do jego południowych krańców. Do miejsca gdzie niestety zwykłym ludziom dalej jechać nie wolno.
Prywatny teren klubu Yellowstone. Największy i chyba jeden z najbardziej prestiżowych prywatnych klubów na świecie. Wiele gwiazd, aktorów, ludzi sławnych i super bogatych należy do niego. Wpisowe to minimum 5 milionów dolarów i potem jakaś „niewielka” opłata roczna. Żeby się załapać to trzeba tu kupić jakąś posiadłość i być zaakceptowanym przez klub.
Posiadają potężne tereny z własnym resortem narciarskim, polem golfowym, lądowiskiem helikopterów (obok jest lotnisko Bozeman gdzie widzieliśmy trochę prywatnych samolotów) i pewnie jeszcze wieloma innymi rzeczami. Oni mogą jeździć w Big Sky, ale my u nich niestety nie. Czasami z tras narciarskich widać te potężne i przepiękne domy w których oczywiście nikt nie mieszka. Ludzie z takimi pieniędzmi mają wiele posiadłości w których średnio tylko spędzają do dwóch miesięcy a reszta stoi pusta. Szkoda, że ich nie wynajmują. Po pierwsze pewnie nie mogą, a po drugie nie muszą. Jak chcesz zaprosić gości do siebie to możesz, ale wcześniej musisz wysłać listę do klubu i oni muszą sprawdzić czy możesz ich zaprosić.
Z nami nie było tego problemu, bo nikt nas nie zaprosił. Zjechaliśmy parę razy w tym rejonie, w większości w lasach. Fajnie tutaj mają laski. Nie za strome, drzewa rzadko rosną i dużo nierozjeżdżonego śniegu w nich jest. Można było się pobawić. Wszystkim się podobało. Kolega ma piętnasto-letniego syna, który powoli staje się dobrym narciarzem. Wychodzi ze średnio-zaawansowanego narciarza, a staje się bardziej doświadczonym i zaawansowanym miłośnikiem nart szukającym przygód. Dalej ma braki w technice, sile, orientacji, ocenianiu terenów i dopasowaniem bezpiecznej prędkości do tego, ale się uczy. Jeszcze parę wyjazdów w takie duże góry a pewnie już nie będzie potrzebował „wujków” do pomocy. Samotnie będzie się zapuszczał w te wielkie i puste przestrzenie.
Na lunch umówiliśmy się z dziewczynami totalnie z drugiej strony resortu, w bazie Madison. Mieliśmy do pokonania wiele kilometrów. Wybraliśmy drogę przez Afrykę! Tak, Afrykę. Zjechaliśmy takim trasami jak Africa, Congo, Safari, Nil, Madagaskar…. Tereny te nie były dawno ubijane, więc było ciekawie. Trochę lasami, trochę muldami, trochę stromo, trochę płasko..... ale się udało. Podróż trwała 1.5h. Nogi pod koniec to już nas na maksa nie kochały.
Baza Madison ma piękny wjazd ale niestety restauracja przy stoku nie była taka ciekawa jak ją opisywali. Dzisiaj jest jej ostatni dzień w którym jest czynna. Zamykają ją na sezon (cały resort zamykają za tydzień). Bardzo mały wybór jedzenia i jeszcze mniejszy lanego piwa. Normalnie ponoć jest zupełnie inaczej, zabawa na całego. Trzeba będzie kiedyś tu przyjechać w pełni sezonu i porównać.
Dziewczyny dojechały do nas i wspólnie przy piwku, każdy opowiadał swoje przeżycia
“My spędziłyśmy dzień na zwiedzaniu miasta Big Sky. Poniżej resortu Big Sky (jakieś 15 minut autem) jest miasto Big Sky. Jest to dość malutkie miasto z dużą ilością apartamentów na wynajem. Pewnie w sezonie, kiedy wszystko przy stokach jest obłożone i drogie tutaj ludzie nocują. W sumie 15 minut autem do resortu to znów nie tak źle. Na dole w miasteczku jest zdecydowanie więcej sklepów, tras na rowery, chodników i tras w głąb lasów. Jak tylko wysiadłyśmy w Meadow Village to od razu znalazłyśmy jakiś szlak w dół i poszłyśmy go sprawdzić.
Trasa nie długa bo po niecałych 15 minutach byłyśmy na dole ale fajna jak ktoś chce się przebiec z pieskiem albo odwiedzić plac zabaw z dzieckiem. Chyba najładniejsze miejsce w jakim widziałam kiedyś plac zabaw.
Spacerek, krótki ale zawsze jakieś urozmaicenie. Poszłyśmy więc zobaczyć “miasteczko”. Tutaj niestety dwie ulice na krzyż, sklep spożywczy, browar (zamknięty) i sklep z dekoracjami do domu. Jeszcze bank i restauracja się znalazły. Ogólnie to mini mini więc też dużo czasu tu nie spędziłyśmy. Zrobiłyśmy tylko zakupy bo nadal market większy niż ten co mamy w resorcie. Chyba jednak jak się chce zrobić naprawdę duże zakupy to trzeba podjechać do Bozeman. Te sklepiki to bardziej jak się czegoś zapomni.
W Meadows nie wiele było więc pojechaliśmy do Mountain Village. Chyba centrum miasteczka Big Sky. Może więcej tu jest apartamentów do wynajęcia, jest też hotel Marriotta (Residence Inn) ale poza tym to nie wiele więcej. My natomiast miałyśmy już wypatrzony szlak na wodospady Ousel.
Szlak ładnie przygotowany i dość łatwy (niecała godzinka w jedną stronę). Natomiast, teraz w zimie był troszkę oblodzony miejscami. Dobrze, że wzięłam ze sobą raki to bez problemu pokonałam kolejne lodowiska. Reszta ekipa pomagała sobie drzewkami albo pokonywała większe nachylenia na tyłku. Nie było to nic nie bezpiecznego więc spokojnie. Może tylko czasu się troszkę traciło na tych bardziej oblodzonych odcinkach. Szkoda, że nie wzięliśmy raczków bo byłyby idealne na te warunki.
Zanim dojdzie się do głównego wodospadu to pojawiają się mniejsze, niektóre zamarznięte wodospadziki. Nie sądzę, że są to wodospady na trenowanie w rakach i z czekanem wspinaczki ale kto wie. Spotkaliśmy takich jednych chłopaków po których stroju widać było, że robią coś więcej niż spacerek w parku.
Szło się przyjemnie wśród drzew, szumu wody i pięknych widoków. Trasa może była miejscami do góry albo na dół ale nie było to nic dużego. Może w sumie zrobiłyśmy 300-500 ft różnicy wzniesień. Tak więc można uznać, że trasa dość płaska i lekka, nawet dla dzieci.
Doszliśmy do głównego wodospadu a tam znak, że w górę jeszcze można iść na szczyt wodospadu. No to poszłyśmy. Ale niestety widok z góry jest zerowy. No nić wyszłyśmy/zeszłyśmy no i wróciłyśmy do podnóża wodospadu porobić zdjęcia.
Super to wyglądało. Takie trochę zamarznięte, trochę nie - bajka! Spędziłyśmy troszkę czasu na pstrykaniu zdjęć i podziwianiu co matka natura potrafi zrobić i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tutaj nadal miejscami się ślizgałyśmy ale w między czasie koleżanka założyła drugie raki więc dwie osoby miały zabezpieczanie i pomagały pozostałym dwóm. Tak że nawet udało się pokonać drogę powrotną w normalnym tempie. Po wodospadach wróciliśmy do resortu i do bazy Madison na spotkanie z chłopakami. Tak minął nam kolejny fajny dzień na świeżym powietrzu!
Jedynie Dennis (syn kolegi) milczał. Chyba dzisiejszy dzień ostro dał mu się we znaki. Widać było, że jest zmęczony, ale zadowolony.
Lunch trwał gdzieś do piętnastej. Została nam już tylko godzinka jeżdżenia. Siły po przerwie wróciły i ruszyliśmy na narty. Szybki zjazd na dole na rozgrzewkę i wyjechaliśmy wyżej. Wyciąg Headwater wywiózł nas na ścianę doliny Stillwater.
Wiedzieliśmy, że to już jest nasz ostatni zjazd. Jak zjedziemy na dół to wyciągi będą już zamknięte. Pomału, nigdzie się nie spiesząc jechaliśmy na dół.
Pomału, bo oczywiście nie był to łatwy teren. Rejon Stillwater to podwójne i potrójne diamenty. Na potrójne już nas patrol nie wpuścił, bo było za późno, więc została nam zabawa „tylko” na podwójnych.
Szczęśliwie i bezpiecznie zjechaliśmy na dół. Nawet udało nam się znaleźć trasę która dokładnie zaprowadziła nas do samego domku.
Dzisiaj wieczorem nie planowaliśmy wychodzić z domu. Każdy był zmęczony. Jutro sprawdzimy co dobrego w Montanie gotują. Ten stan słynie z mięsnych dań, więc jakieś BBQ odwiedziny.
Dzisiaj odpaliliśmy naszego grilla…..
2021.04.10 Big Sky, MT (dzień 1)
Z czym wam się kojarzy stan Montana?
Z przestrzenią, lasami, preriami, misiami, odludziem, górami, dobrymi steakami..... lista jest długa.
A komu się kojarzy z resortami narciarskimi? Do Montany na narty? Nie, przecież jak na narty to do Colorado, Utah.... a nie do Montany! Tak też myślałem do momentu gdy nie zacząłem się interesować resortem Big Sky.
Będąc miesiąc temu w Colorado poznałem gostka który właśnie mi o tym resorcie powiedział. Wiedziałem, że Big Sky istnieje, ale jakoś nigdy nie byłem nim na tyle zainteresowany, żeby bardziej zaciągnąć języka. Do Montany na narty? Po co....
Zacząłem więcej wyszukiwać informacji o Big Sky i im więcej czytałem tym bardziej chciałem tam pojechać. Nie było innej możliwości jak polecieć i na własne oczy (nogi) się przekonać.
Resort niestety zamykają w połowie kwietnia. Nie ze względu na brak śniegu (jego tu mają dużo), tylko na migracje zwierząt. Które to boją się dużej ilości ludzi zwłaszcza na wiosnę jak są z małymi.
Ze względu na Covid i na mniejszą ilość podróżujących nie ma aktualnie non-stop połączenia z Nowego Jorku do Bozeman. Musi być przesiadka, co w sumie jest OK, bo można zjeść śniadanie albo się zbadać jak ktoś potrzebuje albo musi.
Jak się wszystko dobrze zorganizuje to w ten sam dzień można już jeździć na nartach. Koło południa wylądowaliśmy w Bozeman, wzięliśmy samochód i w ciągu godzinki dojechaliśmy do resortu Big Sky.
Góry przywitały nam wspaniałą słoneczną pogodą i zimą z dużą ilością śniegu. Nasz domek nie był jeszcze gotowy. Za bardzo to mi nie przeszkadzało. Samochód zaparkowałem pod domem, szybko się przebrałem, zapiąłem narty i wsiadłem na wyciąg, który przebiega tuż obok nas.
Dziewczyny poszły sprawdzić co się w miasteczku dzieje, a ja co to za góra ten Big Sky.
Wiedziałem, że mam może tylko jeszcze dwie godziny jeżdżenia, więc nie chciałem się zapuszczać daleko w góry. Na pierwszy rzut oka, to bardzo przyjaźni są tutaj ludzie. Tyle co ja dostałem cennych informacji przez te dwie godziny od lokalnych na wyciągach to na cały tydzień może starczyć.
Resort ma dwie góry. Lone i Andesite. Lone jest to ta słynna duża góra z której można zjeżdżać ale trzeba być dobrym narciarzem. Na pierwszy dzień odpuściłem sobie jej szczyt i jeździłem od połowy Lone albo na Andesite. Ta druga góra jest niższa i ma łagodniejsze stoki.
Dwie godzinki szybko zleciały, ale i tak zjechałem ponad 10 razy różnymi trasami.
Oddałem narty do naprawy (jeszcze od Colorado nic z nimi nie robiłem), spotkałem dziewczyny w dolnej bazie i już w trójkę zwiedzaliśmy to malutkie niestety miasteczko.
Od jutra przez kolejne 3 dni już większą grupą będziemy zwiedzać ten potężny resort i zaglądać w jego wszystkie zakamarki.
2021.04.10 Big Sky, MT (dzień 1)
“Dzisiaj za wiele już nie chodziliśmy po miasteczku. Wróciliśmy do hotelu trochę się spakować i obowiązkowo odwiedzić hotelowy bar i pożegnać się z barmanką. Oczywiście jak to w barze, nie można tak wejść na jedno piwko. Lokalni nam nie pozwolili szybko wyjść, więc się „trochę” przeciągło. Ale przynajmniej dowiedzieliśmy się paru cennych informacji, gdzie można jeszcze jechać na wiosenne narty. ”
Taki paragraf wylądował na naszym ostatnim blogu o Steamboat. A zaraz obok takie zdjęcie…
Czarno to widzę oj czarno…
Skoro VT ma chore przepisy i trzeba mieć kwarantanny, testy i nie wiadomo co jeszcze, skoro w Montannie jest więcej misiów niż ludzi (misie nie przenoszą COVIDa), skoro mamy dużo nie wykorzystanych kredytów na Delta Airlines, skoro Big Sky jest wschodzącym resortem w którym można rozważyć inwestycje i skoro prawie wszyscy nasi przyjaciele zdecydowali się pojechać z nami to jaką mogliśmy znaleźć wymówkę, żeby nie polecieć do Big Sky, MT tylko do Killington?
Big Sky jest największym resortem narciarskim w Stanach. Tak naprawdę podium i pierwszą pozycję dzieli z Park City, które już trochę poznaliśmy w 2019 roku. Big Sky ma 250 km tras i powierzchnię przekraczającą 5,800 akrów. Troszkę duży nie?
Jak zwykle od słowa do słowa, i wzajemnym wymienianiu argumentów dlaczego powinniśmy pojechać na wiosenne narty własnie do Montanny, zanim jeszcze wylecieliśmy z Colorado, wiedzieliśmy gdzie będzie nasz następny lot. W końcu wracamy do normy - jeden lot na miesiąc. Tak więc dziś jest 5 rano a my w przeciwieństwie do 90% Nowojorczyków nie zamawiamy taksówki, z baru do domu tylko z domu do baru… tylko do naszego baru trzeba jechać taksówką, potem dwoma samolotami, znów samochodem, potem nartami i gdzieś za jakieś 14h będziemy mogli napić się piwa. Ale przecież nie o piwo chodzi… chodzi o nartki, o górki, o śnieg, o słońce, o dobre towarzystwo i czas pełen uśmiechu. No to w drogę…
Na ten wyjazd trochę nas się zebrało. Już bardzo dawno nie lecieliśmy nigdzie, aż taką ekipą. Chyba ostatni raz były to Darka urodziny w Meksyku. O wow - tam to się działo, nawet bloga nie ma bo nie da się tego opisać. Myślę, że na tym wyjeździe jednak będzie czas na pisanie ale to się jeszcze okaże. Tym razem też mamy okazję do świętowania. I to nie byle jaką okazję. Parę dni temu Stany Zjednoczone wzbogaciły się o nowego obywatela a ja wzbogaciłam się o kolejny paszport…
Poziom ekscytacji każdego sięga zenitu. Niektórzy z ekipy nie byli jeszcze w tym roku w dużych górach, inni mają zawsze niedosyt i szukają puchu, są też tacy co nie lecieli nigdzie przez ponad rok (wow) i są też tacy co bardziej cieszą się z nowego biletu niż nowej pary butów. Tak, że ekipa 8 osób z uśmiechami od ucha do ucha…
Do 2 w nocy pisaliśmy sobie smsy bo każdy nie mógł się doczekać wyjazdu na lotnisko i bał się zaspać. Niestety Ci co najdłużej pisali jednak zaspali. Ale wracajmy do nas. My grzecznie o 5 rano zapakowaliśmy się w taksówkę i ruszyliśmy na lotnisko.
A na lotnisku masakra. Od 1 kwietnia w NY nie wymagana jest kwarantanna ani testy więc chyba wszyscy spragnieni podróży rzucili sie na samoloty. My sobie dobrze obliczyliśmy więc byliśmy spoko ale parę ludzi w kolejce panikowało i chciało się przeciskać ale wszyscy mieli smoloty mniej więcej o tej samej porze więc przepuszczanie raczej nie wchodziło w gre.
40 minut zajęło nam od wyjścia z taksowki, przez oddanie bagażu do przejścia przez bramki. Nie nastawialiśmy się na śniadanie na lotnisku bo jest zazwyczaj drogie, bez smaku a też czasu nie bardzo na nie mieliśmy. Postawiliśmy za to na domowej roboty muffinki. Kochana koleżanka co leci z nami, upiekła przepyszne czekoladowe muffinki - dziękujemy!!!
Pierwszy lot minął spokojnie i po nie całych 3h wylądowaliśmy w Minneapolis. Udało nam się przespać cały lot bo organizm potrzebował snu. I dobrze - jak się śpi to szybciej czas mija. W Minneapolis byliśmy w lipcu. Lecieliśmy dokładnie tym samym połączeniem. Wtedy lecieliśmy do Yellowstone i Grand Teton. Bardzo lubimy przesiadać się w Minesocie. Lotnisko jest fajnie wyremontowane, czyste, nie za duże ale wystarczające, żeby obsłużyć wszystkie połączenia.
Mamy tu już swoją miejscówkę nawet na śniadania. Jak na lotnisko to wcale nie drogie a łososia mają całkiem całkiem. Godzina przerwy jaką mieliśmy w zupełności wystarczyła nam na śniadanko i kawkę. W między czasie wiedzieliśmy już, że jedna osoba z naszej grupy spóźniła się na samolot i teraz sobie pozwiedza stany…. NYC - Atlanta - Salt Lake City - Bozeman (Montana). Wow - to sie nazywa kochać latać!
My sprawnie, jak w szwajcarskim zegarku zapakowaliśmy się do samolotu i bez żadnych opóźnień wystartowaliśmy. Nasz ostatni odcinek podróży to około 2.5h. Po wypitej kawie już nam nie chciało się spać więc skupiliśmy się na pracy i podziwianiu widoków. A podziwiać jest co.
Lądując w Bozeman ma się przepiękne widoki gór. Samo miasteczko położone jest w dolince i otoczone jest pięknymi górami do których właśnie jedziemy. Tym razem podziwianie widoków zostawiłam Darkowi a sama odliczałam kiedy będziemy już na ziemi.
Ci co mnie znają to wiedzą, że kocham latanie, starty, lądowania, nawet turbulencje czasem lubię ale ogólnie mi nie przeszkadzają. Niestety, tym razem poczułam się bardziej jak na statku niż samolocie. Boczne wiatry były dość duże i bujało na każdą stronę. Aż dostałam choroby lokomocyjnej.
Na szczęście lotnisko w Bozeman jest małe więc szybko odebraliśmy autko i bagaże i mogłam pooddychać świeżym powietrzem. Od razu lepiej!
Lotnisko w Bozeman
Do resortu mamy tylko godzinke jazdy. Nie musieliśmy robić zakupów bo znajomi za nami zrobią (jak wylecą z Texasu). Okazało się, że połowa grupy utknęła na lotnisku w Dallas. Niestety cały czas przekładali czas odlotu więc ciężko powiedzieć kiedy do nas dołączą. Darek spragniony nartek wziął azymut resort i pojechaliśmy przed siebie. Pogoda była idealna. 3/8 osób (czyli, ja, Darek i nasza przyjaciółka) dojechaliśmy bez problemów i po szybkim przebraniu już o 14:30 byliśmy na stoku. Darek na nartach a my na butach…
Każdy poznawał okolicę na swój sposób. Darek trasy i stoki narciarskie a my zaliczyłyśmy miasteczko, punkt informacyjny, zakupy. Jednak reszta ekipy nie zrobi zakupów… czekanie na samolot się przeciąga. Dobrze, że serki, parówki, prosciutto i inne smakołyki przyleciały z NY to z głodu nie umrzemy.
Baza Big Sky, jest dość mała. Typowe zaplecze resortu. Dużo sklepików ze sprzętem, restauracji, hoteli i parkingów. Ładne oczywiscie jest bo jak może nie być jak jest otoczone takimi górami. W porównaniu ze Steamboat które ma większe miasteczko, mniejsze góry… chyba wybieram Big Sky na wakacje/inwestycje a Steamboat do miaszkania na dłużej.
Około czwartej jak już zamknęli wyciągi wszyscy się spotkaliśmy i przy piwku podziwialiśmy piękne górki i planowaliśmy co dalej. Niestety nie pozwalają tu za dużo chodzić po górach. Jest trasa Moose Tracks przeznaczona na rakiety. Szlaki są ale bardziej z miasteczka Big Sky do którego trzeba podjechać jakieś 10 min. Myślę że do zrobienia i uda nam się zaliczyć wodospady Ousel. Czyli dwa dni spacerki, jeden praca i wakacje miną.
Zaczynało się robić zimno więc po dobrym hamburgerze i piwku ruszyliśmy do domku. Mamy ski in ski out ale to oznacza, że na trasy łatwo się wyjeżdża ale za to z bazy do domku trzeba pod górę drałować.
Niby górka nie duża ale na tej wysokości (resort położony jest na 7,500 ft/2,286 m) to każda aktywność fizyczna jest wyczynem.
Domek mamy cudowny, drewniany, duży z kominkiem. Tak więc przy kominku czekaliśmy na resztę załogi i rozmawialiśmy o tym jak fajnie znów móc podróżować. Reszta załogi doleciała bliżej północy. Chyba kochają nartki bo 18h w podróży to już poświęcenie. Najważniejsze, ze wszyscy bezpiecznie dotarli.
2021.03.11 Steamboat, CO (dzień 13)
Dziś żegnamy się ze Steamboat. Ale myślimy tu wrócić, nie wiemy jeszcze kiedy ale tak jak Darek pisał we wczorajszym wpisie Steamboat bardzo nam się spodobało. Zdecydowanie miasteczko ma potencjał, ma fajny resort narciarski i ludzie też są przyjaźni. Wczoraj wieczorem poszliśmy pożegnać się z naszą barmanka, w barze spotkaliśmy Joe, którego znacie jako lokalny z pierwszego dnia. Wiem też, że w Steamboat mieszka jeszcze jedna osoba którą znam z pracy. Tak więc świat jest mały a Steamboat wystarczająco duży dla nas wszystkich.
Dziś wstaliśmy bardzo wcześnie. Z hotelu chcieliśmy wyjechać o 8 rano, lepiej wcześniej wyjechać jakby droga była zaśnieżona. Zapowiadają dość duże opady śniegu w nadchodzący weekend ale pomału już śnieg zaczyna sypać. Wiedząc, że mamy do pokonania przełęcz i może być tam trochę śniegu woleliśmy wyjechać wcześniej. Zresztą rano i tak nie wiele się zrobi. Za to wczesne wstawanie się opłaciło bo przywitał nas piękny wschód słońca. Bardzo miły prezent na pożegnanie.
Dobrze, że wyjechaliśmy wcześniej. Niestety tak jak podejrzewaliśmy droga nie była najlepsza i niestety miejscami było dość ślisko więc musieliśmy trzymać małą prędkość.
Na szczęście o tej porze ruch samochodów był mały choć czasem znalazl się jakiś lokalny wynalazek któremu się spieszyło.
Mam najlelszego kierowcę na świecie więc spokojnie i bezpiecznie przejechaliśmy przełęcz. Za przełęczą już było dobrze, odśnieżony asfalt itp.
Po raz kolejny przejeżdżaliśmy przez miasteczko Kremmling i zastanawialiśmy się o co tu chodzi. Miasteczko niby wymarłe, widać jakieś domki ale ludzi na ulicach prawie wogóle natomiast z trzy hotele można naliczyć jak nic. Z pozoru miasteczko aby tylko przejechać, a okazuje się, że ma wiele do zaoferowania. Podobno slynie ono z paru atrakcji dla ludzi kochajacych nature. Są górki, są spływy kajakowe, są rancho i rodeo. Może być tam ciekawie latem….
Nastepnym razem będziemy musieli to lepiej obczaić. Póki co kierowaliśmy się dalej na lotnisko. Po drodze już nigdzie się nie zatrzymywaliśmy. Pojechaliśmy prosto oddać auto, żeby móc jeszcze zjeść jakis lunch na lotnisku…
Nie było to takie proste jakby się mogło wydawać. Większość restauracji jest nadal limitowana a ludzi podróżujących przybywa z każdym dniem. Tam, że musieliśmy oddstać swoje w kolejce. Opłacało się jednak bo mieli świeżo ważone piwo i hamburger też calkiem sobie. Przed nami 4h lotu, potem przeprawa na lotnisku wiec pewnie był to nasz ostatni posiłek dziś…
Uwielbiam oglądać świat z okien samolotu. Tym razem pilot mnie bardzo mile zaszkodził. Bardzo żadko mam okazję lecieć nad Manhattanem. Za zwyczaj ladujemy od strony Long Island. Tym razem miała m możliwość podziwiać Manhattan i jego wystające budynki. Widzicie Empire State Building?
Tęskniłam za tym widokiem. Ja naprawdę uwielbiam latać a dla kogoś kto latał co miesiąc wylot raz na pół roku to za mało. Zobaczymy jak nam pójdzie z testami. Lądując w NY musisz wypełnić forme i oddać na lotnisku. My na szczęście byliśmy przygotowani i formę mialam wydrukowaną wcześniej i wypełnioną w samolocie. Więc nam poszło szybko. Teraz tylko 3 dni kwarantanny, test i znów będziemy mogli planować następny wyjazd…
Małe uaktualnienie. Po 3 dniach siedzenia w domu i nie wychodzenia nawet po zakupy (dobrze, że jest dostawa na telefon) poszliśmy na test. W pierwszym miejscu kazali nam płacić więc niestety musieliśmy szukać innego punktu ale na szczęście po drugiej stronie ulicy był i nawet szybko nam poszło. Bezbolesny test a wyniki mieliśmy na email zanim doszliśmy do domu. Dodatkowo podobno od 1 kwietnia można przylatywać do NY i nie trzeba robić testów czy kwarantanny. Przez te trzy-cztery dni nie dostaliśmy żadnego smsa, telefonu i nikt nas nie sprawdzał. Smsy zaczęłam dostawać po tygodniu ale po potwierdzeniu że mam dwa negatywne testy się odczepili. Czyli da się jak się tylko chce!
2021.03.10 Steamboat, CO (dzień 12)
Dzisiaj już niestety jest to ostatni narciarski dzień w Colorado na tym wyjeździe. Spędziłem go w Steamboat, odwiedzając wszystkie zakamarki resortu.
W nocy trochę posypało. Spadło jakieś 10 cm. Nie jest to dużo jak na Colorado, ale wystarczająco żeby tak ładnie wszystko pokryć świeżą warstwą puchu. Dzisiaj jest środa, czyli mało ludzi w górach, czyli tak szybko tego nie rozjeżdżą!
Pogoda dzisiaj była ciekawa. Trochę słońca, trochę chmur, mgła, wiatr, opady śniegu.... cokolwiek tylko natura wymyśliła to rzucała to na Steamboat. Ciekawe widoki i kontrasty się tworzyły.
Czasami była tak gęsta mgła, że nic nie było widać. Dobrze, że jest to już mój piąty dzień w tym resorcie, więc aż tak często nie błądziłem. Chociaż czasami się jechało i jechało..... a tu dalej nic. Dobrze, że mają dobry serwis w górach z mapami na telefon i mogłeś dokładnie określić swoje położenie. Jak jechałem lasem już parę minut i nikogo nie widziałem lub nie słyszałem to telefon stawał się moim najlepszym przyjacielem!
Większość porannych godzin spędziłem po drugiej stronie góry, w rejonie Morningside. Jakoś ten rejon mi wcześniej nie przypadł do gustu. Za płasko i tylko jeden wolny wyciąg na końcu z reguły z dużą kolejką. Dzisiaj dałem mu kolejną szansę i dobrze zrobiłem. Morningside odbudowało swoje negatywne punkty. Odważniej wjechałem w głębsze rejony doliny, gdzie stromsze zbocza i więcej śniegu sprawiło ciekawsze zjazdy. Na dole przy wyciągu też prawie nikogo nie było, więc parę porannych fajnych zjazdów udało mi się zrobić. Pożegnałem się z obsługą wyciągu i wróciłem do głównej części resortu.
Zjechałem sobie paroma ciekawszymi trasami w głównej części resortu. Niestety nie pojechałem w super strome rejony. Nikogo tam dzisiaj nie było. Nie chciałem ryzykować i samotnie się zapuszczać w te tereny.
Natomiast obowiązkowo pojechałem w południowe rejony resortu z chęcią odwiedzenia najlepszego Tacos w górach. Niestety nie udało mi się ich znaleźć. Nawet śladu po nich nie było. Chyba przy tak małej ilości ludzi i złej pogodzie nie opłacało im się odpalać ratraka i wyjeżdżać w góry. Poszedłem do schroniska odpocząć. Nawet tu było bardzo mało ludzi. Tak jak mówił lokalny, środa jest najlepsza w górach. Prawie nie ma nikogo.
Po przerwie zjechałem sobie tutaj parę razy. Troszkę śniegu znowu sypnęło, co przy tak małej ilości ludzi powodowało zabawy w mini puchu.
Wróciłem do głównej części resortu która przywitała mnie słońcem. Co za zmienna pogoda dzisiaj.
Zbliżała się godzina 16. Ilonka już pisze, że dochodzi do głównej bazy, więc najwyższy czas zjechać na dół.
Zjeżdżałem bardzo pomału. Dopracowywałem każdy zakręt i chciałem się nacieszyć każdą sekundą w tych górach. Nie wiem kiedy tu znowu będę zjeżdżał. Kiedy znowu wrócimy do Steamboat na dłuższy weekend czy na tydzień albo dwa.
Na dole słoneczko, ale nie za ciepło. Myślę, że było koło 0C. Dalej dobra pogoda żeby usiąść gdzieś na piwku i coś przekąsić.
Steamboat to nie Vail czy Whistler nie ma setek knajpek ale zawsze coś można znaleść. Usiedliśmy w Traffle Pig i przy nóżkach z kaczki i chłodnym, lokalnym piwku żegnaliśmy się z resortem. Wspominaliśmy ostatnie 12 dni jakie tu spędziliśmy.
Ogólnie jesteśmy bardzo zadowoleni z wyboru Steamboat na nasze główne wakacje zimowe. Góry może nie są tak wielkie jak Whistler, Vail czy Zermatt ale mają też swój urok. Dużo ciekawych tras i terenów, które jak się pozna to można się dobrze zabawić. Mniejsza ilość narciarzy z dalekich krain też ma swoje plusy i nie ma dużo ludzi w górach. Chyba, że spadnie śnieg i jest puch, ale wtedy w każdym resorcie są potężne kolejki.
Ogólnie bardzo polecam Steamboat i z chęcią tu kiedyś wrócę na narty.
Dzisiaj za wiele już nie chodziliśmy po miasteczku. Wróciliśmy do hotelu trochę się spakować i obowiązkowo odwiedzić hotelowy bar i pożegnać się z barmanką. Oczywiście jak to w barze, nie można tak wejść na jedno piwko. Lokalni nam nie pozwolili szybko wyjść, więc się „trochę” przeciągło. Ale przynajmniej dowiedzieliśmy się paru cennych informacji, gdzie można jeszcze jechać na wiosenne narty.
Także może jeszcze w tym sezonie uda nam się wrócić na zachód Stanów. Będziemy próbować. Jak narazie za tydzień czeka nas rodzinny wyjazd na narty do Windham. Resort ten jest położony w górach Catskills, 2.5h na północ od NYC. Chyba będzie mi się trochę inaczej jeździło w Windham po prawie dwóch tygodniach jeżdżenia w Colorado. Wyznając zasadę, że nie ma złego dnia na nartach na pewno bedzie fajnie. Pewnie nie będzie wpisu na blogu, bo już ten resort opisałem w styczniu.
2021.03.09 Arapahoe Basin & Breckenridge, CO (dzień 11)
Parę ostatnich dni spędziliśmy w Steamboat. Trochę chcieliśmy pożyć tutaj jak lokalni. Hiki, narty, spacery, a także wałęsanie się po starej części miasteczka...
Na dzisiaj (wtorek) zaplanowaliśmy sportowy, wyjazdowy dzień. Dwie godziny samochodem od Steamboat znajduje się resort narciarski Arapaho Basin (w skrócie A Basin)
Droga nawet szybko zleciała. Lubię jeździć po nowych, górzystych drogach dobrym samochodem. Tak jak parę dni temu Ilonka wspomniała, dostaliśmy Volvo XC60. Fajnie mieć wyższy status (złoty) w wypożyczalniach. Volvo było nowiutkie, miało 6 mil przebiegu. Jeszcze pachniało nowością. Duży V6 silnik z turbo i ponad 300 koni, co przy relatywnie niewielkiej wadze samochodu i napędem na cztery koła było dobrze odczuwalne na górskich drogach. Samochód naszprycowany najnowszą elektroniką. Prawie sam się prowadzi po drodze, ostrzega kierowcę przed wieloma niebezpieczeństwami, cały dach ze szkła i wiele innych ciekawych udoskonaleń..... Jak np. przygotowywał nas do ewentualnego wypadku. Bawiłem się na ośnieżonym parkingu, robiłem „kontrolowane” poślizgi a Volvo myślało, że będzie wypadek. Zaczął mi wyświetlać różne ostrzeżenia a także tak mocno ściągnął nas pasami do foteli, że ciężko było oddychać. Dobrze, że jeszcze poduszek powietrznych nie odpalił. Dopiero jak samochód się zatrzymał to nas pościł. Zdolna zabawka....!!!
Około 10:30 rano przyjechaliśmy do A Basin i zaparkowaliśmy na plaży! Znawcy tego resortu zaraz powiedzą, że jest to niemożliwe, że o tej porze jeszcze można znaleźć miejsce na plaży. Ludzie albo robią parę dni wcześniej rezerwacje na internecie na te miejsca i płacą za to pieniądze, albo są super wcześnie rano i tutaj parkują.
Nam się porostu udało. Jakiś lokalny, który przyjechał sobie rano na parę zjazdów akurat wyjeżdżał. Chciałem mu za to piwo postawić, ale się widocznie gdzieś spieszył bo odmówił.
Plaża to jest pierwszy rząd na parkingu zaraz przy trasie. Narciarze w ciepłe, słoneczne dni już od południa wyciągają ze swoich samochodów grille, stołki i stoły kempingowe, beczki piwa, muzyka i impreza na całego. Myśmy niestety nie przywieźli grilla ze sobą, więc poszliśmy na narty.
Kto na narty to na narty - ja poszłam do kas zakupić bilet sezonowy. Darek szczęściarz ma bilet sezonowy zazwyczaj kupiony już w maju, ja natomiast musze kupować w każdym resorcie osobno. Jak się chce chodzić po górach to bilet też jest potrzebny. Ceny różnią się bardzo. Na przykład w Killington jest to $30 na sezon, w Windham (które jest najmniejszym resortem do jakiego jeździmy) to jest $90 - zdziercy, w Big Sky Montana (największym resorcie w Stanach) $5… tak $5 nie $50. A-Basin znalazło się gdzieś pośrodku w tym wszystkim. Chcą $69 na sezon ale ze względu na sentyment jaki mam do tych górek to nie było innego wyjścia tylko poczłapać do kasy po pass.
Marzec 2012 - Arapaho Basin
Sentyment mam do tych górek bo kiedyś, 9 lat temu skakałam po nich jak kozica. Były to chyba pierwsze tak wysokie góry w których byłam i po których chodziłam. Potem z czasem dodałam więcej do swojego portfolio ale jak to się mówi - pierwszego się nigdy nie zapomina.
Lata temu mogłam chodzić gdzie chciałam, mogłam nawet wyjechać wyciągiem do połowy góry i iść wyżej. Nie pamiętam już czy wtedy musiałam płacić za bilet na wyciąg czy nie ale na pewno nie musiałam kupować żadnego biletu, żeby chodzić po trasach. Tak więc wtedy po raz pierwszy wyszłam na prawie 12,500 ft (3,800 m). Teraz niestety wygodzenie do góry (tzw. uphill) zrobiło się bardzo popularne i żeby ludzie nieprzygotowani nie szli za daleko, żeby po trasach nie plątali się niedoświadczeni to wprowadzają obostrzenia w postaci biletów jak i tras którymi można chodzić. Tak więc teraz niestety zamiast zaczynać od połowy góry i wyjść na sam szczyt trzeba zaczynać z samego dołu i można maksymalnie dojść do połowy góry. Połowa nie połowa ale spacerek i widoki piękne.
Wyjście na górę zajęło mi około godziny. Doszłam do Black Mountain Lodge znajdującego się przy górnej stacji kolejki o tej samej nazwie. Stąd miałam piękny widok na góry, na trasy i narciarzy. Miałam też bardzo wygodne stołeczki a do tego słoneczko mocno świeciło i było ciepło jak w lecie. Cudownie… mogłam tak siedzieć godzinami. No więc siedziałam, podziwiałam świat i czekałam na Darka.
W Arapaho Basin byłem już parę razy. Jest to małej wielkości resort (jak na Colorado) położony bardzo wysoko. Dolna baza znajduje się na 10,780 ft (3,286 m), a wyciągami można wyjechać na 12,456 ft (3,796 m). A Basin słynie też z „hike to ski”, czyli podejdź sobie trochę, żebyś więcej i lepiej zjechał.
Oczywiście też tak parę razy zrobiłem, chociaż „spacerki” do góry na tych wysokości nie należą do łatwych. Potem ciekawymi trasami, a raczej nie trasami można fajnie zjechać na dół.
Z tego co było widać i co ludzie mówili to nie mają aktualnie dobrej pokrywy śnieżnej. Dalej prawie wszystko jest otwarte, ale wystaje trochę kamieni i korzeni.
Ponoć śniegu ostatnio trochę spadło, ale był duży wiatr. A na tej wysokości i ponad lasami niestety wiatr potrafi zwiać śnieg w doliny.
Cała słynna wschodnia ściana była zamknięta. Albo wydawało mi się, że jest zamknięta. Podjechałem pod bramki, przez które można przejść i dalej iść w kierunku wschodniej ściany (tak, tu się dużo chodzi), widziałem ślady ale niestety był znak zakaz wstępu. Jak wejdziesz albo wjedziesz na zamknietą trasę to grozi to utratą biletu.
Później jak z Ilonką siedziałem w słoneczku na lunchu to zagadałem do lokalnych i mi powiedzieli, że jest otwarta. Co godzinę ski patrol bierze siedmiu narciarzy i idą na wycieczkę w kierunku wschodniej ściany. Powód dla którego to robią jest brak śniegu. Oni wiedzą gdzie można w miarę bezpiecznie zjechać nie zahaczając o żadne skały. Niestety to robili tylko do południa teraz już nie.
Szkoda, jak to się mówi: następnym razem.
Posiedziałem jeszcze z Ilonką trochę w słoneczku, uzupełniliśmy płyny i kalorie i każdy się udał w swoim kierunku.
Ilonka na dół, a ja do góry.
Ale te rakiety człapią, nie? Rakiety mam już chyba jakieś 8 lat ale dopiero teraz je używam. Wcześniej może je miałam dwa razy na nogach. W tym roku to już mój trzeci raz. Pierwszy raz wzięłam je na trasy narciarskie. Wychodziło się w nich bardzo fajnie. Rakiety mają taka podkładkę pod stopę, którą można postawić albo nie. Jak się ma podkładkę i idzie się pod górę to nie trzeba pięty obniżać i przez to czujesz się trochę jakbyś szedł po płaskim. Oczywiście jak się schodzi w dół to lepiej podkładkę złożyć bo inaczej zęby można powybijać. W każdym razie wychodziło się super ale ze schodzeniem to już była trochę inna bajka. Musiałam się nauczyć rakiet. Trasy narciarskie są dość strome miejscami. W rakach to ciach ciach i jestem na dole bo wiem, że raki na każdym lodzie mnie przytrzymają. Tutaj sprawa wyglądała inaczej jak było stromo i ślisko (a trudno żeby nie było) to rakiety troszkę leciały do przodu. Pierwsza reakcja była jak to ale potem nauczyłam się wbijać je mocniej i stawiać kroki bardziej zdecydowanie i już było dobrze.
Zejście jak to zejście zawsze jest szybsze tak, że zanim Darek zjechał i zakończył dzień na nartach to ja jeszcze zdążyłam obejść dolną bazę. Jest większa niż to co pamiętałam sprzed paru lat ale nadal jest to dość małe. Arapaho basin chyba lubi pozostać takim małym resortem tylko dla ekspertów. Daleko mu do rodzinnego resortu i pewnie dlatego widuje się tu tak mało dzieci.
Wyjechałem wyciągiem na przełęcz. Arapaho Basil posiada też drugą stronę góry, zwaną Montezuma Bowl.
Jest to wielka dolina ze stromymi ścianami po których oczywiście można jeździć. Środkiem idzie ubijana niebiesko/czarna trasa a reszta to już tylko zabawa.
Gdzieś tak w połowie doliny jest wyciąg który wywozi cię z powrotem na przełęcz. Napisałem w połowie, bo „trasy” idą dalej w dół. Część narciarzy jedzie dalej w dół doliny a potem podchodzi do wyciągu. 30-45 minut do góry, zależy jak daleko zjechałeś, albo jaką masz kondycję. Oczywiście są ostrzeżenia, że dalej nie ma wyciągu i trzeba na nogach wracać.
Natomiast jak jedziesz lasami to nie wiesz kiedy zjechać do wyciągu, a kiedy już za daleko pojechałeś i będziesz musiał podchodzić. Na to też wymyślili sposób. Przy wyciągu gra muzyka, którą słychać wszędzie na dole. Więc jak jedziesz i zaczynasz słyszeć muzykę już za sobą to wiesz co zrobiłeś. Spacerek będzie cię czekał...
Ponoć na samym dole doliny jest droga, Montezuma Road. Jak znasz dobrze te tereny i nie boisz się pobłądzenia, urwisk czy dzikich zwierząt to masz szanse do niej dojechać. Tam oczywiście musi ktoś na ciebie czekać z samochodem albo skuterem śnieżnym żeby wrócić z powrotem do resortu.
Jeszcze taki lokalny tutaj nie jestem, więc jak tylko słyszałem muzyczkę to zjeżdżałem w dół doliny do wyciągu.
Zjechałem wschodnią i zachodnią ścianą. Potem środkiem dla ochłody. Na ścianach (zwłaszcza wschodniej) było mało śniegu. Dalej było OK, ale trzeba było uważać na kamienie.
Ilonka już doszła do plaży, więc ja też zacząłem wracać do głównej części resortu. Pożegnałem się ładnie z Montezumą i obiecałem mu, że go jeszcze w tym sezonie odwiedzę. Resort jest czynny długo, czasami nawet do Lipca.
Nogi już nie chciały nic ciekawego robić, więc łatwymi trasami zjechałem na sam dół. Dzisiaj po południu wyszły chmury, więc plaża nie miała swoich uroków. Mimo wszystko i tak trochę ludzi siedziało, piło piwko i cieszyło się z kolejnego dnia w A Basin.
Myśmy też usiedli w bagażniku naszego SUV, otworzyli lokalne piweczko i jak większość patrzyli na coraz to puściejsze trasy resortu. Odpoczywając obserwowaliśmy góry, które z każdą minutą bardziej zasypiały aby znowu jutro z rana przywitać kolejnych entuzjastów białego szaleństwa. Dobranoc Arapaho!
Na dzisiaj to nie koniec atrakcji. Przed nami jeszcze kolejny resort, Breckenridge.
Około 30 minut od A Basin jest resort i miasteczko Breckenridge. Postanowiliśmy przejść się po miasteczku, zjeść kolację i wrócić do naszego Steamboat. Zapytacie dlaczego w A Basin tego nie zrobicie? Nie da się. Po prostu się nie da. A Basin poza wspaniałymi górami nic nie ma. Żadnego hotelu, restauracji, nic.... Ma jakiś sklep z pamiątkami, dwa bary i to tyle....
Breckenridge ma fajne miasteczko (coś jak Steamboat) ze starymi uliczkami i klimatycznymi knajpkami. Mój pierwszy wyjazd na narty na zachód właśnie był do Breckenridge. Było to ponad 20 lat temu, więc chciałem też zobaczyć jak się zmienił.
Później bywałem w tym resorcie jeszcze parę razy, ale tylko w górach na jeden dzień jak mieszkałem w pobliskim Vail.
Pospacerowaliśmy trochę uliczkami, popstrykali zdjęcia i zastanawialiśmy się skąd tu tyle ludzi. Przecież jest wtorek, pandemia, ludzie nie podróżują, a tu chodniki pełne!
Jeszcze większe zdziwienie nas dopadło jak chcieliśmy iść na kolację. Nie było szans znaleźć stolika. Wiem, że w stanie CO aktualnie można tylko mieć 50% obłożenia w restauracjach, ale można też usiąść na zewnątrz. Knajpa na knajpie, a tu nie zjesz. Bez rezerwacji zapomnij. Co to już nikt nie pracuje w tym kraju? Każdy wyjechał do resortu narciarskiego?!
Nie mówię tu tylko o jakiś drogich, wypasionych restauracjach. Mowa o wszystkich, o pizzeriach, browarach, włoskich, miejscach gdzie zjesz hamburgera z piwem.... wszystko pełne!
Na szczęście przyszedł z pomocą internet i Ilonka jeszcze gdzieś coś znalazła. Jakimś tylnym wejściem do knajpy na bocznej uliczce udało się wejść. Nawet tutaj o stolik było ciężko, ale kelnerka powiedziała, że nas jeszcze wciśnie na chwilę zanim przyjdą goście z kolejnej rezerwacji. Masakra, nie?
Szybko usiedliśmy, zamówiliśmy po hamburgerze i piwie i w końcu mogliśmy chwilkę odpocząć. Nie było tak źle, nikt nas nie wyganiał, ale sami pomyślcie: w Breckenridge jest spokojnie ponad 100 restauracji, jest środek tygodnia, dopiero 17:30 a tu już nigdzie nie ma miejsca. Acha, jeszcze jest pandemia i prawie nikt przecież nie podróżuje....!!!
Po posiłku, spokojnie dobrze nam już znaną drogą 9 a potem 40 wróciliśmy do Steamboat.
Jutro już ostatni dzień na nartach. Trzeba go na maksa wykorzystać. Synoptycy zapowiadają dużą śnieżycę. Miejmy nadzieje, że przyjdzie i jutro rano puszkiem nas góry przywitają❄️
2021.03.08 Steamboat, CO (dzień 10)
Dzień kobiet… wiem, że publikuję to z opóźnieniem ale na dobre życzenia nigdy nie jest za późno. Tak więc wszystkim kobietom czytającym tego bloga życzę dużo radości i uśmiechu, bo z uśmiechem wszystko jest łatwiejsze, życzymy wam niesamowitych przygód, tych małych i tych dużych, no i dużo zdrówka bo bez niego wszystko jest jakieś takie szare. Wszystkiego dobrego kochane!!!!
A co ja dostanę na dzień kobiet? Najpierw to smsa “spotkałem się z barmanką na stoku”. A potem COVID test… no dobra żartuję piękne życzenia i pyszna kolacja też były.
Przez ostatnie dwa dni pisałam o tym jak już poznaliśmy miasteczko i czujemy sie troszkę jak lokalni. Teraz doszły nowe znajomości i wymiana numerów telefonów. Mackenzie poznaliśmy w hotelowym barze. Jest ona bowiem barmanka i jest prze miłą osobą. Przeprowadziła się do Steamboat bo kocha śnieg. To się chwali…trzeba łapać marzenia zanim uciekną. Tak więc od słowa do słowa Darek umówił się z Mackenzie na narty.
Wiedząc, że ona nie ma dużego doświadczenia, najpierw Darek sobie sam poszalał aż przyszedł czas na odpoczynek. Ja niestety musiałam dziś pracować więc tylko dostawałam smsy….
“Napisałem do Barmanki, nie odpisała :(“
“Odpsiała ale chyba się nie spotykamy bo nie ogarnia tych gór, nie to co ja lokalny.”
“Wyjechały na Storm Peak”
Tutaj muszę dodać, że Storm Peak nie jest łatwy a barmanka była z koleżanką, która była dopiero drugi dzień na nartach. Ops…. ciekawe czy po tym zjeździe nadal są koleżankami.
Dobrze czy nie dobrze ale dziś nie mogliśmy po nartach iść na piwko. Wakacje niestety dobiegają końca i w dzisiejszych czasach oznacza to że muszę zrobić sobię test na COVID. Muszę przyznać że przechodziły mi przez głowę myśli a co jeśli…. A co jeśli złapie i zachoruję na wyjeździe, a co jeśli test wyjdzie pozytywny, a co jeśli….
Takich a co jeśli jest zawsze duzo w każdego głowie. Trzeba je umieć zamienić na inne. A co jeśli bede się dobrze bawić, a co jeśli podróż minie szczęśliwie, a co jeśli naprawdę odpocznę. Kazde “a co jeśli” ma dwa odcienie. Ja staram sobie zawsze przypominać chwile kiedy czegoś żałowałam. Żałowałam, że nie zdecydowałam się na wyjazd a potem było za późno. Żałowałam że zawróciłam przed szczytem i nie mialam tego wspaniałego uczucia że coś zrobilam… pamietajcie, że 90% rzeczy którymi się zamartwiamy nigdy się nie stanie.
Tak więc…a co jeśli test wyjdzie pozytywny? To dobrze będzie wiedzieć i innych nie zarażać a kwarantanna…no nic, trzeba będzie wynająć jakiś pokój w hotelu i zaszyć się tam na 10 dni.
Darek wrócił z nart i pojechaliśmy ku przeznaczeniu. Niech siey dzieje co ma byc…test trzeba zrobić. Darek nie musi bo jest niezastąpiony (essential worker) i nie musi mieć kwarantanny. Po pierwsze boją się, że jakby tak wszyscy poszli na kwarantanne to nie miałby kto chleba (albo co gorsza dla niektórych, alkoholu) sprzedawać. Po drugie pewnie wychodzą z założenia, że ludzie pracujący w sklepach, szpitalach itp wiedzą jak dbać o czystość bo skoro do tej pory nic nie złapali to znaczy, że coś robią dobrze.
Byliśmy tak podekscytowani testem, że nawet zdjęć nie robiliśmy… a szkoda. W każdym razie test przebiegł spokojnie. Podjechaliśmy pod sklep Walgreens, w okienku drive through dostalam koszyczek z tubą i patyczkiem do nosa, miałam sobie wsadzić patyczek 5 razy po 15 sekund do każdej dziurmi. Potem włożyć patyczek do tuby, zamkynac i gotowe. Pikuś… troszkę miałam uczucie łaskotania ale nic nie bolało. Koszyczek oddałam i czekałam na wyniki. Po 2 dniach przyszły… test negatywny!
Było jeszcze ładnie i słonecznie więc postanowiliśmy nie wracać do hotelu a przejść się trasą wzdłuż rzeki tylko tym razem w kierunku przełęczy a nie miasteczka.
Super jest ta trasa. Znów spotykaliśmy dużo ludzi co biegają albo wyszli z psami na spacer. My szlosmy spacerkiem podziwiając każdy kamień. Trasa się wije, co jakiś czas jest jakieś skrzyżowanie z inną trasą. Myślę że człowiek się tu nie nudzi. A najważniejsze, że pomimo że sie jest blisko drogi to tak jakby daleko. Totalnie inny świat.
Darek stwierdził, że jak zaczęliśmy to musimy skończyć. Słońce zaszło ale jak się szło to nawet nie było zimno. I udało nam się dojść do końca. Ciekawe kiedy tą trasę pociągną do samej przełęczy.
Spacerując wzdłuż rzeki Yampa spotykaliśmy nie tylko biegaczy i ludzi z psami ale też rybaków. Słyszeliśmy, że rejony te słyną z wędkarstwa ale jakoś nie drążyliśmy tematu. Z nas są słabe rybaki. Ilość rybaków dała nam jednak do myślenia. Zaczęliśmy się interesować i wyszło, że rzeka Yampa słynie z pstrągów. No tak, pstrągi lubią górskie rzeki. Od myśli do myśli, od słowa do słowa przypomniałam sobie, że przecież w naszej dobrej restauracji mieli też pstragi. Nie musieliśmy się długo zastanawiać…. wiedzieliśmy już co dziś będzie na kolacje.
Było przepysznie… fajnie, że dzień kobiet skończył się taką ucztą. Jak świętować to świętować! Jeszcze raz wszystkiego dobrego wszystkim kobietkom.
2021.03.07 Steamboat, CO (dzień 9)
Skoro lokalni nie jeżdżą na nartach w weekend to jak spędzają weekend? Pewnie część na ogarnięciu domu jak my wczoraj, część na zakupach, spotkaniach ze znajomymi. Jest też procent ludzi, którzy lubią aktywnie spędzać czas wolny. Zwłaszcza, że większość z nich ma psa którego trzeba wyprowadzić na spacer a jeszcze lepiej, dać mu przestrzeń do pogonienia. Nie ma nic lepszego niż zabrać psa na spacer do lasu.
W górskich miasteczkach często widuje się ludzi z psami. Po pierwsze jak pies jest wokół domu to miś raczej nie podejdzie a po drugie już od lat wiadomo, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. My psa jeszcze nie mamy (kto wie co będzie jak kiedyś się ustatkujemy w jednym miejscu), ale na spacer w górkach nie trzeba nas dwa razy namawiać. Zwłaszcza, że górki są 20 minut samochodem i pogoda jest wyśmienita.
Dziś postanowiliśmy poznać rejon przełęczy “Uszy Królika” (Rabbit Ears Pass). Przełęcz ta pokonaliśmy już parę razy samochodem i widzieliśmy parkingi i szlaki. Słyszeliśmy też od lokalnego poznanego pierwszej nocy, że są tam fajne szlaki. Rzeczywiście, szlaków jest troszkę do wyboru. Od bardzo krótkich do bardzo długich. Niektórymi można nawet dojść do resortu ale to chyba nie zimą. My zdecydowaliśmy się na rejon West Summit i szlak 1B. Pierwotnie stwierdziliśmy, że zrobimy 1B i 1A - na mapie jednak wyglądało to łatwiej niż w rzeczywistości.
Początek trasy 1B pokrywa się z trasą 1A więc ludzi troszkę mijaliśmy po drodze. Większość jednak odbiła na 1A a my poszliśmy już sami dalej prosto. Trasa była w miarę ubita i łatwo było śledzić szlak. Jednak poza trasą zachwycały nas polanki i połacie śniegu nie dotknięte (zniszczone) przez człowieka.
Czasem tylko widzieliśmy ślady zwierzątek. Coś na co chyba nigdy nie zwróciłam uwagi to precyzja z jaką zwierzęta zostawiają ślady. Jak przejdzie człowiek to śnieg jest rozsypany po bokach, odstępy są nie równomierne i ogólnie jakoś tak “bałaganimy”. Zwierzęta jednak mają idealnie odbite ślady. Żadnych odprysków śniegu, żadnego “bałaganu” i wszystko jakby w idealnych odstępach.
Idealnie czy nie szliśmy do przodu. Szliśmy wzdłuż drogi numer 40 ale nie słychać było samochodów. Jednak trasa odbiła bardziej w głąb i pomimo, że byliśmy dość blisko cywilizacji to w ogóle się tego nie czuło. Na trasie nie spotkaliśmy nikogo. Dopiero pod sam koniec jakaś inna para (oczywiście z psem) minęła nas bo szli w przeciwnym kierunku.
Trasa może nie była trudna ale miała troszkę góra dół, tak że czuć było mały wysiłek. Do tego musze dodać, że trasa ta zaczyna się dopiero na wysokości ponad 10,000 ft (3tys metrów). Do tej pory przebywaliśmy głównie w miasteczku Steamboat, które jest na wysokości dwóch tysięcy metrów (6800 ft). Nie odczuwaliśmy jednak jakiejś większej różnicy czy braku tlenu. Muszę przyznać, że z każdym wyjazdem jest łatwiej. Chyba organizm jednak to zapamiętuje. Ogólnie nie czuliśmy się na tym wyjeździe źle. Pijemy bardzo dużo wody (chyba z 4 litry dziennie) a to zawsze pomaga w aklimatyzacji. Jednak nie czujemy się ani słabo, ani głowy nas nie bolą, ani krew z nosa nie leci. To wszystko mogą być objawy jak człowiek nie jest przyzwyczajony do przebywania na wyższej wysokości.
Po raz kolejny stwierdziliśmy, że jak na tej wysokości uprawiamy sporty i nie mamy problemu z oddechem to znaczy, że nie mamy COVIDa. Przekonamy się jutro bo jutro mam pierwszy test.
Po polankach przyszedł czas na las. Cieszyliśmy się, że będzie trochę cienia. W Colorado słońce jest dość mocne a co dopiero w górach. My już nauczeni, że w zimie od śniegu można się dość mocno opalić, używamy kremy z filtrem 50. Widok śniegu może być zwodniczy ale słońce nadal jest bardzo mocne i trzeba uważać.
Cały szlak ma 4 mile. Niestety nie pisali ile jest różnic poziomów ale myślę, że jak się policzy wszystkie górki i dolinki to będzie ponad 500 ft (150 - 200 metrów). Idealnie na zimowy spacerek po górach, który można zrobić przed obiadkiem.
W tym rejonie również było dużo śladów po nartach. My nie znamy tutejszych terenów więc trzymaliśmy się wyznaczonego szlaku ale jak ktoś się tu wychował i zna każde drzewo to można sobie fajnie poszaleć. Dziewicze tereny, miękki puszek i do tego nikogo wokół. Tylko cisza….
Po około dwóch godzinach wyszliśmy na górę i połączyliśmy się znów ze szlakiem 1B. Bardzo fajny szlak. Nie spodziewaliśmy się wiele a jednak po przejściu tych 4 mil (6.5 km) w głębokim śniegu czuliśmy, że spaliliśmy troszkę kalorii. Słoneczko nie zachęcało nas do powrotu do auta więc na czubku góry usiedliśmy (nie jest to łatwe jak się ma rakiety na nogach) i wyciągnęliśmy batoniki energetyczne. Takie leniwe (no może nie całkiem leniwe) popołudnie to ja lubię. Posiedzieliśmy w słoneczku ponad pół godziny. Pomimo, że otoczeni byliśmy śniegiem to słoneczko tak grzało, że w ogóle nie było zimno.
Z tej górki do parkingu już mieliśmy dość blisko. Kiedyś tu wrócimy i przejdziemy innymi trasami. Musi być tu pięknie na wiosnę jak wszystko zakwita a świstaki latają od norki do norki. Pewnie tylko na stopnienie śniegu trzeba poczekać tak do lipca albo sierpnia.
Nie chciało nam się wracać do domu - za ładna pogoda. Pojeździliśmy jeszcze po okolicy, gdzie nie gdzie zatrzymując się na krócej lub dłużej aby podziwiać widoki, przejść się jakiś kawałeczek czy poczytać mapę. Szlaków jest tu naprawdę dużo i pewnie przez dwa czy trzy tygodnie było by gdzie chodzić.
Nie wiem czy pamiętacie z pierwszego wpisu ale jadąc do Steamboat kupiliśmy pierogi. Jest to amerykańska produkcja na wzór polskich pierogów. Dziś przyszedł czas je spróbować. Werdykt - bardzo dobre. Widać, że polska kucharka (albo kurcharz) za tym stoi. Naprawdę pierogi było bardzo dobre, smakowały jak polskie pierogi (nadal niestety nie tak dobre jak taty pierogi) ale w porównaniu do tych które czasem jadamy w NY były całkiem smaczne.
2021.03.06 Steamboat, CO (dzień 8)
Po tygodniu spędzonym w Steamboat zaczęliśmy pomału czuć się jak lokalni. Znaliśmy większość uliczek, mogliśmy w rozmowach operować nazwami ulic, tras narciarskich czy szlaków. Wiemy jednak, że nadal nam brakuje trochę do przestania być turystą. Fajnie jednak mieć większe wyobrażenie o tym mieście i mieć swoje szlaki. Tak więc jak lokalni w weekend postanowiliśmy nie jeździć na nartach. W weekend to tylko turyści jeżdżą.
Jak przystało na lokalnych w Sobotę zajęliśmy się robieniem prania, sprzątaniem i ogarnianiem naszego małego mieszkanka. Nawet na wakacjach czasem trzeba zająć się przyziemnymi sprawami.
Szybko jednak uporaliśmy się z przyziemnymi sprawami i ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Darek do tej pory poznał wszystkie trasy narciarskie natomiast tak naprawdę nie był jeszcze w miasteczku. No może poza paroma razami jak przejeżdżał przez nie. Już pięć minut po wyjściu z hotelu znalazł pierwszą atrakcję - mini ratrak.
Ski Haus jest bardzo dużym i dobrze zaopatrzonym sklepem sportowym w Steamboat. W ramach reklamy postawili stare ratraki ze swoim logo - zdecydowanie przyciąga to uwagę każdego. Ski Haus (w którym też zrobiliśmy zakupy) jest prywatnym sklepem działającym już od ponad 50 lat. Fajnie widzieć i móc wspomóc prywatne biznesy a nie duże korporacje. Sklep naprawdę robi wrażenie bo ma tam wszystko i widać, że ludzie znają się na rzeczy.
Do miasteczka poszliśmy drogą dla rowerów i pieszych. Jest to trasa o długości 5 mil (8km) ciągnąca się wzdłuż rzeki Yalpa. Myśmy weszli na wysokości naszego hotelu czyli w połowie trasy. Natomiast w poniedziałek poszliśmy w drugą stronę i de facto przeszliśmy cała trasę. W zimie trasa czasem jest źle odśnieżona ale w końcu to zima to byłoby dziwnie jakby śniegu w ogóle nie było. W lato natomiast musi tu być super. Można pospacerować, usiąść w altance czy na ławeczce i podziwiać widoki.
Spacer z hotelu do miasteczka zajmuje około 45 minut. Samo miasteczko można przejść w parę minut bo zajmuje tylko 10 przecznic. Przez miasteczko przechodzi główna ulica Lincoln Ave. która jest jednocześnie drogą numer 40. Natomiast o ile przy głównej drodze są głównie sklepy z pamiątkami o tyle jak się wejdzie w boczne uliczki to można naprawdę znaleźć fajne knajpki, restauracje itp. Pogoda dopisywała więc można było usiąść na zewnątrz na tarasie i napić się piwka z widokiem na piękne góry.
Widać, że miasto żyje w weekend. I nocne życie toczy się w miasteczku. Szkoda tylko, że jest COVID i lepiej unikać nocnego szlajania się po knajpach bo można skończyć z czymś więcej niż kac. Po ilości drzewa jednak widać było, że szykuje się niezła imprezka.
Nam się chciało spacerków więc pochodziliśmy po miasteczku i z lokalnych na chwilę staliśmy się znów turystami. Wstąpiliśmy bowiem do paru sklepów, kupić jakieś pamiątki. Pamiątki to jest studnia bez dna ale po paru dniach jak już będąc w domku w NY otworzymy kawę, ze Steamboat i sobie przypomnimy jak tam było fajnie to od razu lepiej zacznie się dzień. Poza tym trzeba wspierać małe, lokalne biznesy.
Po paru sklepach Darek jednak znów chciał się poczuć jak lokalny i z siateczką z pamiątkami pognał do baru… nie byle jakiego bo najstarszego. Pytanie - czy to jest typowe na turystę czy jednak lokalni tam chodzą?
Old Town Pub znajduje się w budynku wybudowanym w 1904 jako Hotel Albany. W 1914 roku został on przekształcony na pierwszy szpital w mieście. Następnie przejęła go poczta, potem sklep spożywczy, sklep elektryczny i biblioteka publiczna. W końcu w roku 1969 powstała tam restauracja, która działa do dziś. Wow - to się nazywa przejść przez wiele rąk.
Zaczynało się robić tłoczno w barach i restauracjach więc uciekliśmy do hotelu. Zresztą i tak przyszła pora, żeby ugotować jakiś obiadek w domu a do tego jutro czeka nas spacer w górach więc kondycję trzeba mieć. Tak więc po symbolicznym jednym piwku pożegnaliśmy się z miastem i ruszyliśmy na spacer w kierunku hotelu.
Tym razem wracaliśmy ulicą. Po pierwsze trasa spacerowa chyba nie jest oświetlona a po drugie Darek chciał zobaczyć coś nowego. Nawet nie sądziłam, że najbardziej ze wszystkiego spodoba mu się McDonald. Ale musze mu przyznać rację - taki górski McDonald osypany śniegiem wygląda dość fajnie. Nadal nie tak fajnie aby tam coś zjeść ale wystarczająco fajnie, żeby zrobić zdjęcie.
Wolimy jednak jedzonko przygotowane przez nas.
2021.03.05 Copper & Vail, CO (dzień 7)
Według statista.com stan Nowy Jork ma najwięcej (50) resortów narciarskich. Jednak nie o ilość chodzi a jakość. Colorado podobno ma “tylko” 31 ale za to często w rankingach to właśnie resorty z Colorado znajdują się w czołówce. Vail - od lat uznawany za najlepszy resort narciarski, Breckenridge - najwyżej jak można wyjechać wyciągiem. Można by tak wymieniać w nieskończoność ale po co wymieniać jak można sprawdzić.
Icon pass jest biletem sezonowym na wiele resortów. W stanach można go używać w 31 resortach z czego 6 jest w Colorado. Docelowo pojechaliśmy do Steamboat i to tu Darek najwięcej jeździ ale będąc dwie godziny jazdy od Arapaho Basin (A-Basin) czy Copper byłoby grzechem nie sprawdzić co tam słychać.
Dziś postanowiliśmy odwiedzić Copper. Ze względu na odległość od Steamboat, wyjazd na jeden dzień i jeżdżenie na nartach przez pełne 8h byłoby dość męczące. Dlatego plan był wyjechać koło 9 rano, być tam około 11, pojeździć 4h i odwiedzić Vail w drodze powrotnej. Tak też się stało.
Po śniadanku zapakowaliśmy się w nasze Volvo i ruszyliśmy w kierunku Króliczej Przełęczy (Rabbit Ears Pass). Prawie tydzień temu przyjechaliśmy tą droga z Denver. Niestety jak ją pokonywaliśmy to było już ciemno i poza śniegiem czy preriami widzianymi w światłach samochodu nie wiele było do podziwiania.
Dziś sprawa wyglądała całkiem inaczej i mogliśmy podziwiać piękne góry, polany idealnie pokryte śniegiem i jeziora, które były zamarznięte. Od razu fajniej się jechało jak można było nowe krajobrazy podziwiać.
Do Copper zajechaliśmy w około 2h. Darek szybko zapiął buty i pognał w kierunku wyciągu. Ja tez zawiązałam trzewiczki i ruszyłam na spacer po okolicy. Resort Copper składa się z trzech wiosek East, West i central. Między “wioskami” można przejść się chodnikiem i zajmuje to około 20-30 minut.
Wschodnia część resortu Copper
Bazę resortu Copper ciężko nazwać miasteczkiem czy wioską. Jest to po prostu parę budynków i podnóża góry, w których to są restauracje, bary, sklepiki z pamiątkami czy sprzętem, no i budynki mieszkalne w których to spragnieni śniegu turyści wynajmują noclegi. Najładniejsza z tych wszystkich “wiosek” jest wioska centralna ale głównie dlatego, że jest największa. Wschodnia część za to ma fajne jeziorko widoczne na powyższym zdjęciu. Co prawda jezioro było zamarznięte i zasypane ale ładnie tu musi być latem.
Centralna wioska
Ja sobie spacerowałam a Darek poznawał górki. To był jego pierwszy raz ale nie musiałam czekać długo na smsa “Tutaj są świetne nartki!”. A co dokładnie Darek myśli o Copper?
Vail, największy resort narciarski w stanie Colorado. Byłem w nim pięć, a może i więcej razy. Zawsze jechałem samochodem z Denver słynną autostradą 70.
20-25 minut przed Vail, po tej samej stronie autostrady jest resort Copper. Nigdy do niego nie „wstąpiłem”. Zawsze mówiłem, że następnym razem. Vail jest tak duże, że jakoś nie było czasu.
Dzisiaj żałuje!
Na szczęście teraz było inaczej. Specjalnie jechaliśmy dwie godziny samochodem ze Steamboat żeby sprawdzić Copper.
Pierwsze co mnie zaskoczyło to ilość samochodów na parkingu. Był pełny, mimo, że parę dni temu robiłem rezerwację. Bałem się, że będą potężne kolejki. Na szczęście duża ilość wyciągów szybko sobie z tłumem poradziła i wywiozła narciarzy w góry.
Z dołu, czy z autostrady nie widać do końca całego resortu. Dopiero jak się wyjedzie wyżej to się odsiania cała jago wielkość.
Z góry widać tą drugą, ciekawszą stronę. Copper posiada wielkie, niezalesione tereny, doliny których nie widać z dołu. Coś jak Backbowls w Vail, tylko w mniejszej skali.
Nie miałem czasu za długo tu się zabawić, ale paroma zjechałem. Nic nie ubijane. Jak śnieg spadł tak sobie leży. Miejscami rozjeżdżony, miejscami jeszcze trochę puszku można było znaleźć.
Copper posiada też szybkie i bardzo długie wyciągi na przedniej części resortu. W parę minut można wyjechać prawie na samą górę. Z której to zjazd na dół trwa już dobrych parę minut, albo i znacznie dłużej jak się wybierze „ciekawsze” trasy.
Bardzo spodobał mi się ten resort i obiecałem sobie, że go kiedyś odwiedzę na więcej niż tylko parę godzin. Następna podróż do Vail pewnie się przedłuży o parę dni.
W Copper nie siedzieliśmy długo po nartach. Jak zamknęli wyciągi wróciliśmy do auta i pojechaliśmy do Vail. Z Vail mamy wiele wspomnień bo jakieś 10 lat temu byliśmy tam prawie co roku. W pewnym momencie czuliśmy się tam jak w domu. Po pięciu zimach spędzonych w Vail zapragnęliśmy poznać inne resorty. Ostatni raz w Vail byliśmy w 2013 roku. Vail jest cudownym resortem narciarskim, z bardzo fajnym miasteczkiem. Jedyny minus to ceny. Wyjazd do Vail na tydzień chyba by się nie zmieścił w naszym budżecie. Poza tym Vail nie jest na Ikon pasie więc musieliśmy się tylko ograniczyć do zjedzenia kolacji tam i przejścia się po miasteczku.
Czy Vail się zmieniło przez ostanie 8 lat? Na pewno więcej się pobudowało, zwłaszcza na obrzeżach miast. Widać więcej świateł domów które pną się wysoko w góry. Samo miasteczko nie wiele się zmieniło, natomiast my się zmieniliśmy. I tak pierwotnie mieliśmy plan iść szlakiem wspomnień i odwiedzić Red Lion gdzie zajadaliśmy się żeberkami. Podeszliśmy pod knajpę ale niestety na stolik trzeba było czekać godzinę więc zwątpiliśmy. Natomiast tłum ludzi w okolicy, pijący piwa na chodnikach jakoś nas nie zachęcał do spędzenia tam czasu. Jakoś było tak za młodo, za głośno i za dużo. Nie chcę wiedzieć co tu się dzieje w czasach nie COVIDu.
Może się troszkę postarzeliśmy, może już od życia oczekujemy czegoś więcej. Odeszliśmy więc do cichszej (pewnie droższej) części miasta. Nadal mieliśmy problem ze zdobyciem stolika i zjedzeniem dobrej kolacji. Na pomoc przyszła nam aplikacja Open Table. Na telefonie mam taką aplikację i mogę zawsze zarezerwować stolik w okolicznych restauracjach. Przydaje się to nie tylko, żeby zrobić rezerwację na przód ale też, żeby znaleźć restauracje które nie są obłożone jak potrzebuje się stolika na teraz.
Zazwyczaj używając tej aplikacji w ostatniej chwili trafiamy na restauracje, które po wyglądzie wyglądają dość drogo i sztywno ale zawsze okazuje się, że wybór jest trafny, jedzenie pyszne a rachunek nadal w granicach rozsądku.
Takim oto sposobem trafiliśmy do hotelu Sonnenalp a w nim restauracji Ludwig’s. Darek nie myślał długo i jak tylko zobaczył steka z łosia w menu to już nawet nie słuchał co było dziś specjalnością kuchni. Ja natomiast wysłuchałam pana kelnera do końca i jak usłyszałam, że serwują spaghetti Carbonara (mój ulubiony makaron) to też długo nie musiałam myśleć.
Dekoracja w hotelu
Restauracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Było pysznie, przytulnie, miło i przestrzennie. W dzisiejszych czasach patrzymy nie tylko na jakość jedzenia ale też ile przestrzeni jest między stolikami. Tutaj było wystarczająco, żeby nie słyszeć o czym rozmawiają przy innym stoliku, i tylko czasem jak wstaliśmy od stołu było słychać jak język angielski przeplata się z rosyjskim. No tak - w końcu Vail przyciąga bogatych turystów więc nic dziwnego, że w restauracji słynącej z europejskiej kuchni słyszy się dużo rosyjskiego.
Zdjęcie zrobione na drugi dzień
Po kolacji spacerkiem poszliśmy na parking. Czekała nas jeszcze droga powrotna do Steamboat droga 131. Jest to droga, która chyba bardziej zapadnie nam w pamięć niż sam dojazd do Steamboat. Było już ciemno jak nią jechaliśmy i tylko co jakiś czas pojawiały się światła jakiegoś domu. Dziwiły nas te małe miasteczka z trzema - czterema domami na krzyż. Do dziś nie wiemy co ci ludzie tam robią - może po prostu lubią życie pustelnika. My wolimy, życie wśród ludzi dlatego wróciliśmy do Steamboat, które jeszcze tętniło życiem ale my już byliśmy zmęczeni po całym dniu atrakcji i poszliśmy spać.
2021.03.04 Steamboat, CO (dzień 6)
Po czterech dniach pięknej słonecznej pogody przyszedł czas na śnieg. Przecież kiedyś musi tu spaść ten biały puszek okruszek. Podobno w Steamboat spada rocznie okolo 200 ft (5 metrów) śniegu. Na dziś mieliśmy zaplanowane wyjście w góry. Wybraliśmy szlak Fish Creek Falls. Szlak może być bardzo krótki albo można iść nawet godzinami i dojść do jeziora Long Lake.
Dzisiejsza pogoda nie zachęcała to wystawiania nosa z domu ale skoro nie mamy kominka w pokoju to co będziemy tak siedzieć w czterech ścianach. Żartuje - podobno nie ma złej pogody, są tylko ludzie nie przygotowani. Kierując się tą zasadą założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i ruszyliśmy w górę.
Wyjście na szlak jest z miasteczka więc zajęło nam tylko 10 minut aby dojechać na parking. Podoba mi się, że w Steamboat jest tak dużo szlaków z miasta. Nie trzeba daleko jeździć. Dużo ludzi też wychodzi na szlak z pieskami. Takie 20-30 minut spacerku (albo dłużej) tak więc i pies i właściciel się cieszy.
Na trasie było dość ślisko więc już na samym początku założyliśmy raki. Ludzie polecali iść na tej trasie w rakietach ale trasa wydawała się za wąska aby rakiety się sprawdziły. Widzieliśmy jednak dużo ludzi w takich oszukańczych raczkach. Takich tylko gumach założonych na buty. One troszkę pomagają ale jak już ktoś planuje chodzić po górach to lepiej wydać troszkę (pewnie nie wiele więcej) i mieć przynajmniej jakieś łańcuszki. Potem widzieliśmy jak ci ludzie w gumach zawracali bo niestety za daleko nie doszli.
Dojście do pierwszego wodospadu jest bardzo proste i zajmuje parę minut. Stąd można podziwiać zamarznięty wodospad. W lato musi być piękny. W zimie też był bardzo ładny choć mniejszy niż ten co ostatnio widzieliśmy w Adirondacks.
Z puktu widokowego można przejść trasą Picnic do trasy Recreation. Ta trasa idzie dalej w góry do górnej części wodospadu Fish Creek albo nawet dalej do jeziora Long Lake. Można iść jeszcze dalej ale to napewno nie zimą i pewnie nie w jeden dzień.
Naszym planem bylo dojść do górnej części wodospadu. Jeziora nie planowaliśmy bo dzień jest krótki a i też przy dzisiejszej pogodzie szybko zrobi się szaro i ciemno.
Po wejściu na trasę o nazwie Recreation troche trzeba zejść na dół do rzeki. Niecałe 5 minut od rozgałęzienia szlaków przechodzi się rzekę. Z mostka możn znów podziwiać wodospad a nawet jak się chce to można podejść w górę.
Za mostkiem trasa zaczyna piąć się do góry. Na szczęście sa zig-zaki czyli można jednostajnym krokiem pokonywać kolejne metry. Za to lubie zachodnie wybrzeże. Zazwyczaj szlaki są bardzo dobrze przygotowane i często mają serpentynki żeby łatwiej się wspinać.
Im wyżej szliśmy tym więcej śniegu przybywalo. Wiadomo z jednej strony wysokość ale też z każdą minuta coraz bardziej sypało śniegiem.
Czułam się jak w śnieżnej kuli. Było przepięknie, biało i wszędzie otczał nas spokojny krajobraz. Tylko czaaem w oddali przemknął jakiś narciarz czy osoba z pieskiem.
Trasa była w miarę ubita i łatwo było iść. Widać jednak, że jest ona dużo mniej uczęszczana. Inna spraw, że śniegu cały czas przybywało więc nasze ślady pewnie w drodze powrotnej będą mniej widoczne.
Szliśmy pomału do góry. Podnosiliśmy się ale trasa była dość łagodna. Szliśmy większość lasem. Pod koniec szlak się troche otworzył i mkgliśmy podziwiać troszkę widoków.
Dotarliśmy do drugiego mostku. Z tego co czytałam dużo ludzi tylko dotąd dochodzi bo dalej potrzebne są rakiety albo nawet lepiej, raki. My mostek przeszliśmy….choć był tak zasypany, że prawie wogóle się nie zorientowaliśmy, że to jest mostek.
Widzieliście kiedyś tyle śniegu? Masakra, nie?
Za mostkiem nadal były ślady ale śniegu też było dużo. Dobrze, że mieliśmy ze sobą mapy i GPS to nie baliśmy się zabłądzić.
Nadal podążaliśmy za ludźmi którzy przetarli szlak i wspinaliśmy się coraz to wyżej. Tutaj nachylenie terenu się zwiększyło ale w rakach nadal szło sie bardzo fajnie.
Przeszliśmy pod skałami, przeszliśmy jeszcze kawałek i niestety ślady zaczęły ginąć. Według mapy mieliśmy skręcić w lewo i jakimiś zig-zagami wyjść wyżej. Niestety większość ludzi tu zawracała więc szlak nie był przetarty. widzieliśmy ślady tylko jednej osoby. Darek próbował iść dalej ale się za bardzo zapadał. Niestety mieliśmy ze sobą tylko raki a nie rakiety śnieżne.
Wygrał rozsądek. Po pierwsze nadal sypało dość mocno, po drugie przy takiej pogodzie robi się szybko ciemno a po trzecie byśmy szli dość wolno bo cały czas się zapadaliśmy. Podjęliśmy więc decyzję o powrocie. Kiedys tu wrócimy w lecie - te dwa miesiące kiedy nie ma tu śniegu i pójdziemy dalej nad jezioro.
Jak to zawsze bywa schodzenie w dół było szybsze i po serpentynkach fajnie się zlatywało. Nawet spotkaliśmy jakiś lokalnych co szli w kierunku górnego wodospadu. Myślę, że wiele ludzi idzie poprostu na spacer na zasadzie pójdę dokąd pójdę.
Tak jak myśleliśmy nasze ślady były już nie widoczne. Szliśmy ta samą trasą może godzinę temu ale ciężko było poznać, że ktoś dziś tędy szedl.
Spędziliśmy w górach jakieś 4h intensywnie maszerując po śniegu. W taką pogodę ciężko o przerwę więc cieszyliśmy się, ze w autku czekała na nas paczka ciaatek i ciepłe ubranko. Było dopiero wczesne popołudnie więc nie bardzo chciało nam się wracać do pokoju i siedzieć w czterech ścianach. Postanowiliśmy pojeździć po okolicy i poznać miasteczko, resort a szczególnie zobaczyć co tu się buduje i co jest na sprzedaż. Resort się dość rozrusł ale chyba ludziom się tu dobrze mieszka bo nie ma wiele na sprzedaż.
Wiemy za to, że łopata jest nieodzownym elementem wyprawy do skrzynki na listy. W sumie to ma to sens. Nigdy nie wiadomo ile śniegu spadnie wiec czasem trzeba będzie odśnieżyć skrzynki, które są niżej.
Dziś kolację postanowiliśmy zjeść na dole w hotelu. Pierwszej nocy poznaliśmy tam lokalnego, któremu rury pękły w domu i ubezpieczenie ulokowało gonw hotelu. Dziś tez mieliśmy nadzieję spotkać kogoś kto może zna się na rynku nieruchomości w Steamboat. Zeszliśmy więc na dół i poczuliśmy się jak u siebie w domu. Rozmowy były oczywiście o śniegu, który nadal ładnie sypał, o trasach narciarskich i resortach ogólnie. Rozmowa pięknie sie toczyła dopóki lokalny, który ma restauracje tu i w w innych miastach nie “okrzyczał” Darka, mówiąc: “Ty to nazywasz zimą? To jest najgorsza zima… prawie wogóle nie ma śniegu!”
Ups… no tak my mieszczuchy nadal podziwiamy każdą minutę jak pada śnieg. Lokalni cieszą się dopiero jak tak parę dni pada.
Nadal mamy nadzieję, że trochę śniegu nasypie i jutro będą super warunki….tylko ze jutro my jedziemy do Copper - innego resortu.
2021.03.03 Steamboat, CO (dzień 5)
Tak jak Ilonka pisała, coraz lepiej poznaje ten resort i coraz bardziej mi się on podoba. Steamboat może nie jest tak wielki jak Vail, Whistler czy Zermatt, ale wystarczająco duży żeby się zgubić i znaleźć jakiś ciekawy lasek czy jeszcze nie rozjeżdżoną polankę.
W poniedziałek i w środę cały dzień jeździłem w Steamboat. Praktycznie od 9 rano do ostatniego krzesełka. W tygodniu jest znacznie mniej ludzi niż w weekend. Na samym dole jeszcze może musiałem parę minut postać w kolejce, ale wyżej to praktycznie non-stop można jeździć. Jak tylko nogi i aklimatyzacja z wysokością na to oczywiście pozwolą.
Pogodę też miałem super. 100% słońca i żadnej chmurki na niebie. Krem na słońce i ciemne gogle albo okulary to podstawa. W godzinach popołudniowych w nasłonecznionych miejscach było aż gorąco. Można by w krótkich spodenkach i w podkoszulku jeździć. W tych miejscach śnieg był mokry, jak podczas wiosennych nart. Natomiast wszędzie indziej mimo ciepła śnieg był dalej zmrożony. Ach te wysokości i ostre słońce.
Wszystkie wyciągi i trasy były otwarte. A mają ich nawet trochę. Dokładnie 169 tras. Można było bez ograniczeń zwiedzać nowe i nieznane dla mnie tereny.
Rano musiała być obowiązkowa rozgrzewka. Jeszcze śnieg był wszędzie dobrze zmrożony, więc gęste kręcenia rozgrzewały nogi i całe ciało. Niebieskie i pojedyncze czarne były najczęściej używane.
Po około godzinie trzeba było się zabierać do roboty i podążać za śladami lokalnych. Steamboat nie ma potężnych obszarów bardzo trudnych tras czy terenów, ale jak chcesz to parę ciekawych się znajdzie.
I znalazłem. Wyciągiem Bar-UE na górę i w lewo. Jest to mój ulubiony wyciąg, ale o tym później. Z tego miejsca można już lekko trawersować albo podejść na nogach do góry jakieś 10 minut. Wjeżdża się do doliny drzewek świątecznych.
Jest to miejsce gdzie jest największa koncentracja najtrudniejszych tras w Steamboat. Tras oznaczonych napisem EX (extreme) albo inaczej potrójny diament.
Paroma trzeba zjechać, żeby później na krzesełku albo w barze było o czym z lokalnymi gadać. Trasy są krótkie, ale bardzo strome, no i oczywiście większość jest przez las. Trzeba uważać żeby się nie wywrócić, bo po tej stromiźnie leciało by się na dół dosyć szybko. Po drodze można by pewnie jakąś choinkę na święta zabrać. Czyli już wiemy dlaczego ten rejon ma taką nazwę.
Święta już były, więc choinek nie pozbierałem. Poniżej tych stromych odcinków są ciekawe, płaskie tereny do zabawy. Trochę lasu, trochę polan. Nawet czasami można tu jeszcze znaleźć nie rozjeżdżony puch parę dni po opadach śniegu.
Steamboat posiada też drugą stronę. Nazywa się Morningside (poranna strona). Duży zalesiony obszar. Drzewa nie rosną gęsto, więc jest zabawa. Jednak nie do końca mi się tu podobało. Odcinek zbyt krótki i płaski. Za bardzo nie można fajnie pokręcić. W sumie to można by tu na kreskę lecieć. Na dodatek jest tylko jeden wyciąg i to w dodatku jeszcze wolny. Kolejka do niego była nawet spora. Zjechałem parę razy i uciekłem z tego miejsca.
Natomiast bardzo spodobała mi się południowa strona resortu. Długie niebieskie trasy, idealne do carvingu.
Dwa szybkie wyciągi obsługują ten rejon. Tak jak wspomniałem, idealne miejsce do carvingu. Była godzina gdzieś 13, więc słoneczko już troszkę podtopiło śnieg. Super się można było wcinać w miękki, ale jeszcze nie mokry śnieg.
Między trasami są oczywiście ciekawe lasy jak ktoś potrzebuje urozmaicenie na chwilę.
Tutaj znalazłem też świetne miejsce na lunch. Zwłaszcza w słoneczną pogodę.
Taco Beast. Naprawdę robią pyszne taco. Najlepsze jest z łosia, przynajmniej dla mnie. Dużo tego tu chodzi po lasach, „łatwo” złapać. Mięsko dobrze wypieczone z warzywami i posypane serkiem. Palce lizać! Do tego oczywiście zimne piwko i przerwa super.
Niestety nie można tak było tylko siedzieć, jeść, pić i nic nie robić. W czasach pracy zdalnej i mi się też coś dostało. Musiałem parę rzeczy do sklepu zrobić na telefonie.
Ale pracować w takim „biurze” to można. Za bardzo nie narzekałem tylko co jakiś czas odrywałem wzrok od telefonu i podziwiałem piękne widoki.
Posiedziałem i popracowałem chyba z godzinę w „biurze” i ruszyłem w moją część góry. W znane, północne tereny.
Wydawało się, że już dobrze znam ten rejon, ale zawsze jak się gdzieś „przypadkowo” skręci to znowu można w ciekawe miejsca wjechać. Była już gdzieś godzina 15, więc nogi też chciały odpoczynku. Wtedy z pomocą przyszedł moj ulubiony wyciąg.
Dlaczego ulubiony? Długi, wolny, w słoneczku i dwu-osobowy. Idealny na popołudniowy odpoczynek. W czasach Covid nie mogą ci nikogo dołożyć do dwu-osobowego krzesełka bo musi być przynajmniej jedno-osobowa przerwa.
Można się wygodnie rozłożyć i opalać. Wypić piwko jak się ma i oglądać narciarzy którzy próbują swoich możliwości na trudnych trasach. Niestety nie można się zdrzemnąć bo to jest Colorado, a w tym stanie stare wyciągi nie mają zamykających poręczy. Można się obudzić na dole na trasie.
Wybiła godzina 16, zamknęli wyciągi i trzeba było zjechać na dół. W słoneczku, łatwymi, miękkimi podtopionymi przez słońce trasami zjechałem na sam dół. Na dole już była wiosna!
Ilonka też już tu była, znalazła miejsce na opalanie i relaks po całym dniu. Na dole mają dużą scenę, gdzie w normalnych czasach (nie Covid) gra muzyka na żywo, ludzie pewnie się bawią i używają każdej chwili żeby być na zewnątrz. Bo stan Colorado z tego słynie. Słynie z ludzi którzy każdą chwilę chcą spędzić na zewnątrz. Czy to góry i narty czy hiki, czy jeziora i rzeki i sporty wodne czy po prostu spacer ścieżką. Wyjdź z domu i używaj przepięknych terenów jakie stan Colorado oferuje.....!!!
2021.03.02 szczyt Quarry, Steamboat, CO (dzień 4)
Dziś dla odmiany zamieniliśmy nartki na rakiety śnieżne. Przynajmniej takie mieliśmy plany ale jak się okazało nawet rakiety nie były potrzebne. Narty dziś miały dzień odpoczynku i postawiliśmy na chodzenie po górach.
Miasteczko Steamboat Springs położone jest na wysokości 6,732 ft (2050 m n.p.m). Nawet nie czujemy tej wysokości. Myślę, że nasze organizmy są już przyzwyczajone to przebywania na wyższych wysokościach. Nie chcieliśmy jednak szaleć i pierwsze wyjście w tych rejonach postanowiliśmy zaplanować nie daleko hotelu.
Miasteczko położone jest w dolinie i tak po jednej stronie są wysokie góry z resortem narciarskim i górą Mt. Werner 10,564 ft (3,220 m n.p.m). Po drugiej stronie doliny też jest resort, tylko mniejszy (Howelsen Hill). Resort Howelsen jest przeznaczony głównie do treningów kadry olimpijskiej Stanów i Kanady.
Resort Howelsen widać z miasteczka i prawie dochodzi do głównej ulicy. Natomiast za skoczniami jest cała masa szlaków do chodzenia, jeżdżenia na rowerze czy wychodzenia na nartach. Na trasy wchodzi się z parkingu Blackmere. Parking nie duży więc szybko się zapełnia ale na szczęście jest szybka wymiana aut bo niektórzy przyjeżdżają tu tylko na godzinkę dwie.
My byliśmy na parkingu koło 11 rano - tak nie spieszyło nam się rano. Wiedzieliśmy, że nasz szlak powinien nam zając nie więcej niż 4 godziny. Tak więc nawet jakbyśmy wyszli o 1 popołudniu to spokojnie zdążymy przed zmierzchem bo tu jest jasno co najmniej do 6 wieczór.
Do auta zapakowaliśmy rakiety i raki ale jak zobaczyliśmy ilość ludzi, która szła bez niczego a trasa wydawała się być ubita to tylko wrzuciliśmy raki do plecaka (na wszelki wypadek) a rakiety zostały w bagażniku. Dojdziemy dokąd się da.
Przed wejściem na szlak przywitała nas mapa z niesamowicie dużą ilością szlaków. Wygląda, że można tu chodzić codziennie i ciągle to wybierać inne kombinacje tras. My skoncentrowaliśmy się na trasie Blackmer.
Fajna, szeroka i do tego ubita trasa. Szliśmy pod górę ale nachylenie było ok i można było w równomiernym tempie posuwać się w górę.
Po drodze spotykaliśmy ludzi na nartach, z psami, zwykłych górołazów czy ludzi na rowerach. Tak, nawet w zimie można jeździć na rowerach. Rowery Fat Tire (grube koło) z każdym rokiem zdobywają coraz to większą popularność.
Na pewno wyjechanie na taką górę na takim rowerze buduje mięśnie i kondycję niesamowicie. Do tego jak oboje z Darkiem stwierdziliśmy, sprawia, że najmniej ciekawa część chodzenia po górach staje się ciekawsza. No bo wychodzić na górę jest zawsze fajnie, nowe widoki, nowe zakręty itp. Natomiast jak się schodzi w dół (zwłaszcza jak schodzi się tą samą trasą co się wyszło) to już jest “nudniej”. Ktoś może dyskutować, że widoki przy schodzeniu są troszkę inne - no troszkę są. Natomiast jeśli idzie się na górę z nartami lub wyjeżdża rowerem to i trasa w dół jest bardzo ekscytująca.
Po około 1.5h doszliśmy teoretycznie do końca szlaku. To znaczy doszliśmy do miejsca gdzie większość ludzi zawraca, gdzie kończy się szutrowa (teraz przykrywa śniegiem) trasa, i miejsca gdzie jest piękny widok na drugą stronę doliny gdzie jest resort.
Dla nas to jednak nie był jeszcze koniec. Dobrze, że mamy aplikację na telefonie All Trails bo mogliśmy zobaczyć co jest dalej, co jest wyżej. I takim oto sposobem trafiliśmy na trasę Lane of Pain (ścieżka bólu). Zapowiadało się ciekawie!
Trasą tą mieliśmy dojść do szczytu Quarry 8252 ft (2515 m n.p.m). Troszkę obawialiśmy się, że trasa będzie nie do przejścia ze względu na śnieg ale szybko obawy to zeszły na drugi plan. Droga stała się węższa ale nadal śnieg był na niej ubity i można było spokojnie miarowym krokiem wspiąć na na szczyt.
Wyjście na szczyt zajęło nam jakieś pół godzinki. Yupi - udało się, szczyt zdobyty. Sam szczyt jest zawalony antenami ale zaraz obok szczytu jest bardzo przyjemny punkt widokowy.
Można było usiąść w słoneczku i podziwiać dolinę i góry. W Colorado może jest zimno ale jest tak mocne słonce, że przy dobrej pogodzie można siedzieć w krótkim rękawku. Zresztą po tym poznaje się lokalnego mieszkańca Colorado - śnieg, a on/ona w krótkim rękawku, albo krótkich spodenkach najlepiej przy grillu z puszką jakiegoś piwa z lokalnego browaru.
Darkowi tylko grilla brakowało ale to już wieczorem w hotelu. Po ponad godzinnej przerwie stwierdziliśmy, że nas tyłki bolą od siedzenia na twardym śniegu i trzeba się trochę poruszać. Tak, że ruszyliśmy w dół. Do połączenia z trasą Blackmer, w dosłownym tego słowa znaczeniu, zlecieliśmy. Tak fajnie szło się po ubitym a jednocześnie miękkim śniegu, że nawet się nie zorientowaliśmy kiedy znów byliśmy na szerokiej drodze.
Schodząc w dół mijaliśmy jeszcze więcej narciarzy, ludzi z psami czy na rowerach. Konkurs wygrał chyba Pan, który zjeżdżał na nartach ale z przodu pchał małe sanki w których siedział jego piesek. Czego to człowiek nie wymyśli. No tak o ile piesek wychodził o własnych siłach na górę o tyle nadążyć za swoim panem jak on śmiga na nartach mógłby mieć problem.
Większa ilość ludzi na szlaku to też większa ilość śladów w bok. Co jakiś czas z głównej trasy ślady uciekały w bok albo do lasu albo na inne trasy. Po znakach widać, że jest tu co robić.
Pogoda wcale nie zachęcała nas do powrotu do hotelu i gotowania. Mieliśmy ochotę zjeść jakiegoś hamburgera z dobrym piwkiem na świeżym powietrzu. Postanowiliśmy sprawdzić co się dzieje w mieście.
“Praktykuj dobro każdego dnia w stosunku do każdego a zdasz sobie sprawę, że jesteś już w niebie.”
Niestety w mieście nie wiele się działo o tej porze. Była dopiero 3 po południu i większość miejscówek nie ma ogródka na zewnątrz. W środku jakoś nie mieliśmy ochoty siedzieć. No tak w mieście nic się nie dzieje, bo przecież wszyscy są na stoku narciarskim.
Stwierdziliśmy, że skoro tam jest centrum zimowej turystyki to my też pojedziemy po wyciągi i tam sobie coś zjemy. Niestety większość restauracji miała dość ubogie menu albo te lepsze nie miały już stolików. Po raz kolejny ponarzekaliśmy jak to fajnie jest w europie gdzie przy każdej trasie można zjeść pyszny obiad.
Niestety skoro nie udało nam się nic zjeść to postanowiliśmy zamówić jedzenie na wynos i jednak zjeść w hotelu. No nic nie udało nam się w słoneczku ale przynajmniej posiłek było dużo lepszy i smaczniejszy.
2021.03.01 Steamboat, CO (dzień 3)
Dziś opowiem wam troszkę o historii miasteczka Steamboat. Tak naprawdę miasteczko nazywa się Steamboat Springs. Każdy jednak mówi na nie Steamboat (łódź parowa) albo po prostu Boat (łódka). Nazwa Steamboat podobno wzięła się kiedy w latach 1800-tnych grupa Francuskich traperów usłyszała dźwięk podobny do dźwięku jaki wydaje silnik łódki parowej. Jak się potem okazało, dźwięk ten był z gorących źródeł które znajdują się w tych okolicach.
Steamboat leży w dolinie Yampa. Przez tysiące lat Indianie ze szczepu Ute i Arapaho przybywali tu na polowania. Oba szczepy Indian lubili też korzystać z gorących źródeł mineralnych. Szybko bowiem odkryli ich lecznicze właściwości i uważali je za miejsca święte.
Pierwszym osadnikiem był James Crawford. Nie dość, że sam się osiedlił to jeszcze spędził trochę czasu w mieście Boulder przekonując innych do przeprowadzki. W 1885 roku pięć innych rodzin się tu osiedliło i miasto pomału zaczęło powstawać.
W 1900 roku oficjalnie powstało miasto nominując James Crawdord na burmistrza miasta. Dwa lata później miasto miało już 3 hotele, 3 stajnie, 3 banki, 4 sklepy wielobranżowe, 2 sklepy mięsne itp.
1909 roku powstała tu kolej. Jak można się domyślać kolej przyczyniła się do rozwoju gospodarczego tego rejonu. Steamboat był głównie rolniczym rejonem z dużą ilością farmerów bydła. Po wybudowaniu kolei w tym rejonie Steamboat stał się największym centrum wysyłki bydła na zachodzie. Jednocześnie turystyka zaczęła się rozwijać i coraz więcej ludzi przyjeżdżało podziwiać piękno natury albo relaksować się w gorących źródłach.
Z początkiem 1915 Norweg Carl Howelsen otworzył skocznie i oficjalnie stworzył narciarstwo jako sport w tym rejonie. Park Howelsen jest najdłużej działającym kompleksem skoczniowym i nadal cieszy się popularnością wśród kadry sportowej USA czy Kanady.
W 1960 roku góra Storm została przekształcona na resort narciarski. Projekt nadzorował James Temple. Kilka lat później góra została przemianowana na Mt. Werner, na cześć lokalnego olimpijczyka (Buddy Werner), który to niestety zginął tragicznie w lawinie.
Na dzień dzisiejszy Steamboat ma wiele do zaoferowania. Destynacja jest popularna w zimie głównie ze względu na światowej klasy resort narciarski. A w lecie oferuje wędkarstwo, golf, rowery górskie, no i oczywiście nieskończoną ilość szlaków górskich.
A jak miasteczko wygląda teraz? Jest ciekawe, z niską zabudową. Ma klimat i pozostałości z lat 1900 i brakuje chyba tylko Saloon’u z wahadłowymi drzwiami. Myślę, że Steamboat się jeszcze rozrośnie. Ma dużo terenów gdzie pewnie powstaną kolejne hotele, domy i apartamenty pod wynajem.
Poruszanie się między centrum Steamboat a resortem jest dość łatwe i szybkie. To znaczy zależy jaki transport się weźmie. Ja wybrałam nóżki i tak z hotelu szłam około 45 minut. Z kolei z hotelu do resortu mam około 20 minut. Można oczywiście pojechać autem i to zajmuje około 6 minut. Jest też autobus który krąży między resortem a miastem. Tak, że wybór jest duży.
Ja miasteczko zwiedzałam wczoraj. Darek poznawał resort narciarski a ja poznawałam miasteczko. Najpierw poszłam drogą. Niby chodnik jest idzie się cały czas wzdłuż drogi number 40 więc jest dość głośno. Z powrotem szłam już trasą rekreacyjną wzdłuż rzeki Yampa.
Trasa jest przeznaczona na rowery i spacery. Jest bardzo przyjemna i w lecie musi być nieźle oblegana. Przypomina mi trasę w Stowe choć tu wydaje mi się dłuższa. W końcu na zachodzie wszystko jest większe to i trasa powinna być dłuższa.
Miasteczko Steamboat Springs jest bardzo przyjemne z dużą ilością sklepików i restauracji, no i oczywiście browarów.
Darek szalał dziś znów na nartach. Już bardziej obeznany z resortem zapuszczał się coraz głębiej i tylko pisał mi smski:
“Koniec obijania się. Pierwszy EX zrobiony!!! Było stromo ale bez cliff. 10 minut podejścia…”
“Siedzę właśnie na lunchu w taco place. Taco z Elk jest dobre.” - no tak bo tu łosie są słynne i można nawet jeść ich mięso.
No i ostatni sms….
“Znajdź jakieś jungi dunki i napisz” - w naszym slangu oznacza to jakiś bar. Czyli koniec pracy dla mnie. Trzeba się zbierać i iść na spacerek do resortu. Lubię tu chodzić po okolicy. Jest bardzo dużo chodników i można naprawdę dużo pochodzić.
Dojście z hotelu do resortu zajmuje jakieś 20-30 minut w zaleźności, którą trasę się wybierze. A po drodze można nie tylko podziwiać widoki ale odwiedzić też starą stodołę Arnolda.
W resorcie pomimo, że był poniedziałek nadal było dużo ludzi. Widać, że większość przedłuża sobie weekend. Pewnie dopiero w środę będą luzy. Pożyjemy, zobaczymy. Póki co relaksowaliśmy się w słoneczku i planowaliśmy jutrzejszy dzień - hike w górach.
Nie mieliśmy co prawda takiej miejscówki jak kolega z parkingu ale też się całkiem fajnie i miło siedziało. Kolega nie dość, że miał swój prywatny dach, pięknym widokiem na góry to jeszcze w aucie miał wszystko inne. Samowystarczalność na maksa.
W Colorado jak tylko zajdzie słońce to robi się dość chłodno. Dlatego posiedzieć na zewnątrz można tylko tak do 5-6 ale potem już lepiej się przenieść gdzieś gdzie jest ognisko albo do środka. My nadal unikamy większych skupisk w lokalach więc wybraliśmy ognisko. Pojechaliśmy do browaru tylko kupić jakieś piwko do hotelu ale jak zobaczyliśmy ognisko to postanowiliśmy spróbować po jednym piwku zanim zdecydujemy się na zakup.
Nawet przy ognisku jednak było zimno więc wzięliśmy piwko na wynos i testowaliśmy już w hotelu przy kolacji. Jak to dobrze, że możemy sobie sami coś ugotować. Wygodnie, bezpiecznie i smacznie!
2021.02.28 Steamboat, CO (dzień 2)
Tak jak Ilonka wczoraj pisała, do końca nie wierzyliśmy, że uda nam się w tym sezonie jakieś fajne narty zorganizować.
Udało się!!! Jesteśmy w Colorado!
Planujemy być tutaj 12 dni. 7-8 narciarskich, 3-4 jakieś fajne zimowe hiki i parę dni na zwiedzanie lokalnych miejsc. Dzisiaj, pierwszy narciarski dnień w Steamboat. Miasteczko położone jest na wysokości 6,700 stóp (2,100 metrów), czyli dosyć wysoko. Jak na pierwszy raz za bardzo nie chciałem cały dzień jeździć na nartach na tych wysokościach żeby mieć siłę i energię na kolejne dni. Zresztą wczoraj poszliśmy spać bardzo późno. No bo jak tu iść spać jak jest bar otwarty. Oboje byliśmy tak spragnieni siedzenia przy barze, że jak tylko zobaczyliśmy, że w stanie CO można to robić, to nawet samochodu nie wypakowaliśmy, prosto zasiedliśmy przy barze.
Potem jeszcze była kolacja, rozpakowanie samochodu i ogólnie wszystko co jest związane z przyjazdem do nowego hotelu. Zeszło do późnych godzin.....
Dlaczego Steamboat? A tak jakoś wyszło. Byliśmy już w Colorado trochę razy, ale nigdy tutaj. Jakoś tak Steamboat nigdy nie był po drodze. Zawsze wybieraliśmy resorty przy autostradzie 70, a nie na odludne, północne rejony tego dużego stanu. Tym razem postanowiliśmy się tutaj zapuścić i zobaczyć co w trawie (a raczej śniegu) piszczy
Jak to powiadali starzy górale, śniadanie jest najważniejsze. Dużo kalorii rano i wystarczy na cały dzień. Tak też się stało. Jajecznica z wielu jaj na boczku i warzywach smakowała wyśmienicie
Czy widzicie kolor tych jajek? Nie są to blado-żółte jajka z supermarketu, ale piękne, aż pomarańczowe żółtka. Ostatnio jedliśmy takie w Nowej Zelandii. Staramy się unikać masowych produktów z wielkich galerii handlowych i kupować lokalne, organiczne produkty od lokalnych. Czy to jest lepsze? Nie wiem. Mówią, że tak. Wygląda i smakuje lepiej, a także pomagamy lokalnym rolnikom.
Wczoraj w barze lokalny mi mówił, że w weekend się nie jeździ na nartach. Nie posłuchałem go i pojechałem w niedzielę na narty. Hotel mamy blisko resortu, ale jednak 5 minut samochodem trzeba jechać. Na nogach jakieś 20 minut, co w butach narciarskich nie jest najlepszym pomysłem.
Oczywiście parking był pełny. Osoba odsługująca parking mi powiedziała, że nie ma miejsca i że muszę zjechać na dół i zaparkować. Tam są autobusy co mnie przywiozą tutaj do resortu. Ponoć też jest jakaś gondola. Nie chciało mi się brać autobusów, więc poczekałem chwilę i śledziłem ludzi co już wracali z nart. Jest godzina 11 rano, niektórzy już wracali, więc w ciągu 10 minut udało mi się zaparkować na górnym parkingu. Obok jest płatny parking, ale jakoś wolę $40 wydać na piwko niż na miejsce postojowe.
Mimo, że było pół na pół chmury i słońce to i tak było ciepło. Steamboat jest na szerokości geograficznej porównywalnej do południowych Włoch. Na tej wysokości słońce jest mocne i ostre. Jak podszedłem do wyciągów to ludzie je obsługiwali w koszulkach! No tak, ja już zapomniałem jak się w jeździ na nartach w Colorado.
Wsiadłem na pierwszy lepszy i ruszyłem w góry.
Tutaj mniej przestrzegają przepisów Covid jak u nas na wschodzie. Może nie ładują 100% obłożenia, ale nie masz swojego krzesełka. Jest tabliczka z napisem, że jak się czujesz niekomfortowo jechać z inną osobą to możesz to zgłosić obsłudze wyciągu i pojedziesz sam. Ale niestety będziesz musiał czekać, aż kolejka będzie mała, czyli pewnie sobie troszkę postoisz. Na wyższych wyciągach już nie było tego problemu bo albo było mało ludzi, albo wyciągi były mało-osobowe i nie dokładali ludzi.
Dalej uważam, że na zewnątrz jest ciężko złapać Covid, zwłaszcza na jadącym wyciągu gdzie wszyscy są w maskach. Plusem jest też, że można z lokalnymi rozmawiać, a nie samotnie jechać do góry. Ludzie tutaj różnią się od ludzi z wielkich resortów w Colorado. Większość to lokalni z okolicznych miasteczek, a nie z dalekich miast czy krajów. Wiem, że podczas pandemii mniej zagranicznych narciarzy jest w Stanach, ale ludzie mówili, że i tak nie mają wielu turystów z zagranicy albo ze wschodniego wybrzeża.
Steamboat nie jest potężnym resortem, ale też w ciągu jednego dnia raczej się go całego nie pozna, zwłaszcza, że nie jestem tu rano. Postanowiłem się skupić na jednej części i resztę zwiedzać w kolejne dni.
Pogoda się zmieniała, ubywało chmur, a przybywało słońca. Przez kolejne dni ma być idealnie słonecznie i bez wiatru. Ogólnie to bomba, chociaż niektórzy lokalni wolą jak sypie śnieg i jest zabawa w puchu. Na śnieg w tym roku nie mogą narzekać. Dużo go dostali. Jak tylko wyjedzie się z ubitych tras to od razu jest się w puszku.
Dzisiaj na pierwszy dzień, nie chciałem przesadzać, i w większości ograniczyłem się do niebieskich i pojedynczych czarnych. Chociaż pokusa była i czasami wjeżdżałem w las albo wyszukiwałem ciekawszych spadów. Jutro dalej się zapuszczę, szkoda zmęczyć nogi w pierwszy dzień.
Mimo, że była niedziela, to gdzieś tak od godziny 14 zaczęło ubywać ludzi. Już zupełnie nie było kolejek do wyciągów. Praktycznie podjeżdżałeś, zwalniałeś i wsiadałeś na krzesełko.
Wcześniej w sumie też było ok. Najdłużej może stałem 6-7 minut.
W Colorado dalej nie ma przepisów nakazującym resortom zakładanie poręczy zamykających krzesełka. W związku z tym dalej jest parę wyciągów co nie ma zabezpieczeń.
Siedzisz jak na taborecie z opieradłem. W miarę jest ok, ale czasami jak wyciąg jedzie wyżej i nagle się zatrzyma to krzesełko zaczyna się fajnie bujać. Ciekawe uczucie. Jak bym miał dziecko to raczej bym się bał je zabrać na tego typu wyciągi. Z drugiej strony to lokalni są do tego przyzwyczajeni i mało kto zamyka poręcz. Na większości nowych wyciągów jest zamykanie, a i tak mało kto je używa. Co kraj (stan) to obyczaj.
Wyciągi zamykają o 16. Jeździłem do końca. Zjechałem na dół i zacząłem szukać miejsca gdzie by tu usiąść w słoneczku, podziwiać widoki, posłuchać muzyki i napić się zimnego, lokalnego piwka. Nie było to łatwe zadanie. Była niedziela i ładna pogoda. Wszystkie miejsca były oczywiście zajęte. Nie rezygnowałem z misji. W końcu w jednej knajpce pozwolili wynosić plastikowe stołki na trasę. Tak też zrobiłem i dołączyłem do innych. Oczywiście w czasach Covid każdy siedział w bezpiecznej odległości.
Ilonka też zakończyła swoje zwiedzanie miasteczka i okolic i dołączyła do mnie.
Super się siedziało, podziwiało widoki i planowało kolejne dni w tym raju. W Colorado w słoneczku nawet w zimie jest ciepło. Wysokość nad poziomem morza i szerokość geograficzna czyni wiele. Wybiła godzina 18 i słoneczko zaszło. Momentalnie zrobiło się zimno i trzeb było się zwijać.
Wróciliśmy do hotelu. Zjedliśmy kolacje i padliśmy. W sumie to nie była byle jaka kolacja. Wczoraj będąc w Denver odwiedziliśmy sklep pana Edwarda. Kupiliśmy parę fajnych mięs. Między innymi zamarynowane, gotowe do pieczenia żeberka. Ale były pyszne. Mięsko rozpływało się w ustach i idealnie od kosteczek odchodziło.
Nie ma to jak lokalne wyroby..... Polecamy Edwarda w Denver!
2021.02.27 Steamboat, CO (dzień 1)
Nie wierzyłam, do ostatniej chwili a dokładnie to do soboty 9 rano, nie wierzyłam, że gdzieś polecimy w tym miesiącu. Tak, bilety zarezerwowałam jakiś czas temu, najpierw do SFO a potem do DEN. Ale co z tego, że miałam bilety. Bilety aktualnie kupuję jak kolejny ciuch na amazonie… przecież zawsze można oddać.
Nawet jak się pakowałam to nie do końca zdawałam sobie sprawę gdzie jadę. Nie pierwszy raz się pakowałam w tym roku więc to nic nowego. Dotarło do mnie dopiero jak siedziałam przed bramką i sluchałam kolejnych wezwań na samolot do Cincinati, Charlote, Key West….
Doczekałam się aż wywołali samolot do Denver - tak to nasz. Rok bez tygodniowego wyjazdu na nartki byłby rokiem straconym. Pomyślicie pewnie… to co Vail, Aspen, Brenckenridge… nie, tym razem postawiliśmy na Steamboat. Darek jeszcze tam nigdy nie był, ja tym bardziej. Tak więc przygoda, przygoda!
Niektórzy będą się dziwić że lecimy, że się nie boimy. Inni natomiast będą pytać co tak długo zwlekaliśmy. Ostatnio ktoś fajnie powiedział… albo żyjesz albo się boisz. No więc to jest nasza odpowiedź na pierwsza grupę ludzi. Co do pytania czemu dopiero teraz to wiecie, że koniec roku/początek zawsze jest dla nas dość ciężki w pracy więc marzec wydawał się najlepszą opcją. Już mam ochotę na wakacje w słoneczku. A nie ma nic lepszego niż spring skiing. Miejmy nadzieję, że pogoda dopisze.
Za dwadzieścia lat będziesz bardziej żałował tego co nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś….
Pierwotnie mieliśmy lecieć do Kalifornii ale ta trochę wymyśla z kwarantannami i innymi restrykcjami. Colorado natomiast mówi - witamy was z otwartymi rękami tylko proszę być rozsądnym. Nie ma problemu!
I takim oto sposobem, jest sobota rano a my zamiast smacznie spać siedzimy już w taksówce (nie byle jakiej) na lotnisko. Taksówka nie byle jaka bo przyjechał po nas Van. Przynajmniej nie było problemu jak tu wsadzić narty - czyżby już nawet w NY mieli Ski Taxi , jak w Park City?
Lecimy z LGA - ależ to lotnisko się rozbudowało przez ostatnie pół roku a to jeszcze nawet nie jest połowa. Plusem tego lotniska jest, lokalizacja. Dlatego bardzo cieszymy się, że rozbudowywuje się i będziemy mieli jeszcze większy wybór połączeń. Szczególnie, że nasze ulubione linie Delta mają większość terminali więc zapowiada się super. Ciekawe ile im jeszcze zajmie ten remont. Ale dobrze, że wykorzystują czas COVIDa kiedy ilość lotów i pasażerów jest mniejsza. Niech zrobią jak najwięcej zanim ruch powietrzny wróci do normy. A może stać się to już niedługo bo nawet podsłyszeliśmy rozmowę załogi, że już za tydzień mają prawie dwa razy więcej połączeń niż dziś.
Nasz samolot był pełny i niestety nie udało nam się dostać upgradu ale to nic. Siedzieliśmy w przejściu awaryjnym i nadal mieliśmy bardzo dużo miejsca na nogi. Do tego Delta blokuje środkowe siedzenie więc mamy pewność, że cały rząd będzie tylko dla nas. Muszę przyznać, że będę tęsknić za tą przestrzenią jak rzeczy wrócą do normy.
Ale fajnie było znów polecieć. Ja to lubię ten czas w samolocie. Oglądanie filmów, start i lądowanie, te widoki z okna, i całą ekscytację z faktu, że wylądujemy w innym miejscu. Denver już znamy ale nie było nas tu 8 lat (sami nie wiemy czemu) więc odświeżenie pamięci będzie jak najbardziej mile widziane.
Po około 5 godzinach lotu wylądowaliśmy w Denver. Troszkę się zdziwiliśmy, jak pan pilot powiedział, że w Denver jest 35F (ok. 2C). Denver ma bardziej klimat pustynny i zazwyczaj w lutym/marcu temperatury tu są koło 60F (15C). Kolejny dowód, że klimat się ochładza. Czyli jak w Denver na nizinach jest tak zimno to ja nie chcę wiedzieć jakie temperatury są w górach.
Lotnisko DEN trochę przebudowali. Do części gdzie odbiera się bagaże można pojechać pociągiem albo (czego wcześniej nie było) dojść na nogach. My wybraliśmy nogi bo szybciej i mniej tłumów. Z drugiej strony to jest to łatwy sposób na sprawdzenie czy się ma COVIDa. Jak wyjdziesz pod górę na tym lotnisku bez zadyszki to znaczy, że twoje puca nadal są w dobrym stanie. Śmialiśmy się, że to jest ich sposób kontroli granic stanu. Tutaj nie mierzą temperatury itp. Ogólnie przechodzi się jakby nigdy nic.
Na lotnisku jak to zawsze bywa trochę schodzi. Trzeba bagaże odebrać, samochód wypożyczyć i ogólnie ogarnąć się. Denver przygotowane jest na narciarzy i ma bardzo fajną karuzelę na bagaże z nartami. Przynajmniej odrazu wiadomo gdzie się je odbiera. Łatwo znaleźć swój sprzęt no i pewnie szybko idzie rozładunek.
Dobra, mamy bagaże, samochód. Wszystko zostało odkażone. No to w drogę. Zazwyczaj pierwszy dzień (zwłaszcza na dłuższych wyjazdach) poświęcamy sprawom organizacyjnym. Trzeba kupić jakieś jedzenie i piwko bo będziemy głównie przyrządzać jedzenia w hotelu. Mamy apartament w hotelu z jedną sypialnią i dobrze wyposażoną kuchnią więc stawiamy na unikanie ludzi i przyrządzanie posiłków samemu. Oczywiście można kupić wszystko w jednym supermarkecie ale jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Dlatego mamy listę 3 sklepów i jednego browaru do odwiedzenia. Zanim jednak to zrobimy to pasowałoby zjeść jakiś lunch.
Jak tylko Darkowi powiedziałam, że In-n-Out robi ekspansję na Colorado i nawet jedna lokalizacja jest dość blisko lotniska to od razu było wiadomo gdzie mamy jechać na lunch. Nawet jeśli będziemy musieli nadrobić jakieś 20 minut. Niestety to co zobaczyliśmy na miejscu przerosło nasze największe oczekiwania. Kolejka samochodów do drive through była tak duża, że stania było co najmniej na godzinę jak nie więcej. WOW - i ludzie tak naprawdę stoją? Stwierdziliśmy, że wejdziemy do środka ale o zaparkowaniu też mogliśmy pomarzyć do tego kolejka do środka wcale nie była mniejsza. We are too sexy for that! Szybka decyzja, że ich olewamy i wybraliśmy ich największą konkurencję czyli Five Guys.
A obok Five Guys było Pierogies Factory czyli fabryka pierogów. Kupiliśmy 3 paczki zamrożonych pierogów, gołąbki i będzie kolacja jak się patrzy. Nie był to sklep polski. Widać, że pracują tam amerykanie, klientami też głównie amerykanie. Jak powiedziałam gołąbki z polskim akcentem to Pani z początku nie zrozumiała co ja chcę zamówić. Ale potem się domyśliła. W menu mieli same polskie specjały rosół, barszcz, zapiekanki no i oczywiście pączki. Widać, że im się to fajnie kręci więc może to jest pomysł na biznes. Podszkolę się jeszcze w gotowaniu podczas tej pandemii i kto wie co czas przyniesie.
Pierogi mamy to teraz czas na jakieś mięsko. Ostatnio w Wyoming zraziliśmy się do mięsa z supermarketu więc tym razem wyszukałam lokalny sklep mięsny (u Edka). Pojechaliśmy na jakieś zadupie, aż Darek się zastanawiał gdzie ja go znów wyciągnęłam ale grzecznie skręcał w lewo, w lewo no i w lewo żeby na końcu było w prawo. Jak zajechaliśmy pod sklep i zobaczyliśmy pełny parking to od razu wiedzieliśmy, że dobry wybór.
Uff - prawie koniec zakupów. Jeszcze tylko piwko i możemy ruszać w drogę. Nie lubimy piwa przemysłowego jak Heineken Tyskie, Żywiec itp. Wolimy wspierać małe lokalne browary i piwo w którym czuć świeżość i smak. Jak zobaczyłam, że browar ma w logo żółwika to nie mogłam go ominąć. Znów jakieś totalne zadupie gdzie zastanawiamy się jakim cudem tu się biznes utrzyma. No jak podjechaliśmy to zrozumieliśmy. Znów pełny parking, ludzie parkują na poboczu i kolejka, żeby zdobyć jakiś stolik. My tylko wstąpiliśmy po piwo na wynos więc na szczęście kolejki nas ominęły. Ale jak kiedyś będziemy mogli tu zostać na dłużej to na pewno siądziemy przy ognisku z widokiem na górki.
Koniec zakupów - wreszcie można wjechać na autostradę i pojechać w kierunku górek. Steamboat jest resortem najbardziej oddalonym od Denver. Nadal jest to tylko 3h jazdy ale przez góry i przełęcze więc droga może być zasypana. Prognozy są dobre i wygląda, że drogi są przejezdne więc powinno nam się udać szybko dojechać. Ponieważ wszystkie zakupy robiliśmy po drugiej stronie miasta to już nie musieliśmy się pchać przez miasto i szybko wskoczyliśmy na autostradę. Z każdą minutą podnosiliśmy się coraz wyżej i zbliżaliśmy się do słynnych resortów jak Vail, Breckenridge, Arapaho Basin czy nasze docelowe Steamboat.
W miasteczku Silverthorne z autostrady numer 70 odbiliśmy na drogę numer 9. Tutaj był znak Breckenridge na lewo a Steamboat na prawo… my na prawo i wtedy się zaczęło. Tutaj to już nie wiele było. Same lasy, góry i tylko droga na której czasem jakieś auto się pojawiało. Jak wjechaliśmy na drogę numer 40 to już w ogóle było pustkowie. Tak naprawdę za Silverthorne nie było już cywilizacji (poza małą stacją w miasteczku Kremmling) aż do samego Steamboat.
Dobrze, że mamy fajny samochodzik Volvo XC60 to droga nam nawet mijała a muzyka umilała podróż. Wiedzieliśmy, że czarny asfalt może szybko zmienić się w biały gdyż z każdym kilometrem podnosiliśmy się coraz wyżej. Wyjechaliśmy na ponad 9tys feet (2700 m). Tu już było zimno, śnieżnie i wietrznie. Na szczęście ratraki na gąsienicach się uwijały i droga nadal była przejezdna.
Cudownie - nie? Była pełnia księżyca więc pomimo, że była noc to nadal było widać ten dziewiczy śnieg na poboczach. Wszystko pokryte białą kołderką. Pięknie. Aż się chciało wychodzić i zdjęcia robić ale jak zobaczyłam, że na zewnątrz jest 8F (-13C) to wybrałam nagrywanie przez szybę. Darek jednak odważniaka wyszedł i uchwycił na zdjęciu tą pustkę, ciszę i tylko nasz samochodzik po środku niczego (albo właśnie wszystkiego).
Przełęcz za nami - teraz z każdym kilometrem będziemy niżej więc i śniegu będzie mniej. Zjeżdżaliśmy w dół i szok - a co to za duże miasto tam w dole. Musi to być Steamboat. Zrobiło wrażenie. W Stanach resorty zazwyczaj są dość małe. Często najpierw powstał resort a dopiero potem zaczęto budować miasto i infrastrukturę. Ze Steamboat jest inaczej. Najpierw było tu miasto które powstało w czasach gorączki złota. Potem zrobili tu destynację wakacyjną ze względu na gorące źródła a dopiero na koniec zrobili tu resort narciarski. Super - właśnie czegoś takiego szukaliśmy. Miasteczka z resortem a nie resortu z miasteczkiem.
Dojechaliśmy do hotelu. Była już prawie 9 wieczór. W Colorado w hotelu może być otwarty bar (w czasach COVIDu) więc nie było szans, żebym Darka zaciągnęła do rozpakowywania auta czy do pokoju. Odebraliśmy tylko klucze, żeby wiedzieć na jaki pokój barmanka ma wpisać drinki i poszliśmy się zrelaksować przy gorącym cydrze jabłkowym (tak od Hunter za mną chodził) albo zimnym piwku - każdy pije to co lubi.
Rozpakowywanie auta poczeka - w końcu na zewnątrz jest jak w zamrażalniku więc nic się nie zepsuje. Natomiast kolega mógł z baru uciec. Darkowi zajęło około jednej minuty żeby poznać kolegę. Mieliśmy to szczęście, że gostek mieszka w Steamboat ponad 20 lat i zna każdy zakamarek. Tak więc poopowiadał nam gdzie najlepiej jeździć na nartach - Sundown wyciąg. Żeby omijać gondolę bo wszyscy od niej zaczynają, więc między 9:30 rano a 11 lepiej jej unikać. Kolejki do wyciągów (te słynne co są na Youtube) są ale głównie w Soboty - no ale przecież kto jeździ w Soboty. Ogólnie przegadaliśmy jakieś 2h, dowiedzieliśmy się, że jest to fajne miasto do mieszkania i ma potencjał i się będzie jeszcze bardziej rozrastało. Hmm - kto wie czy nie wyjedziemy stąd z kluczykami do jakiegoś mieszkanka.
2021.02.07 Windham, NY
Ciekawe czy Covid maczał w tym palce, czy fazy słońca, czy jeszcze jakieś inne zmiany klimatyczne ale w tym roku mamy zimę w zimie. Nie musimy jechać daleko na północ żeby pojeździć na nartach po sporej ilości naturalnego śniegu. Wystarczy 2 - 2.5h godzinki samochodem i już jesteśmy w górach Catskills. Wiadomo, nie jest to VT czy ME, ale na jeden dzień w zupełności wystarczy. Zwłaszcza podczas dobrej zimy.
Wczoraj w rakietach w głębokim śniegu wyszliśmy na górę Hunter szlakami turystycznymi. Hunter jest to chyba najsłynniejszy resort narciarki w górach Catskills. Dzisiaj postanowiliśmy odwiedzić inny resort, pojechaliśmy do Windham. Troszkę mniej znany resort, ale ja go bardziej wolę niż Hunter. Mniej ludzi i lepsze ukształtowanie terenu.
30 minut samochodem od hotelu i już byliśmy w resorcie. Znowu mieliśmy szczęście w wypożyczalni i dostaliśmy nowiutkie Subaru Outback. Nawet w takim samym kolorze co mieliśmy wcześniej tylko o 3 lata nowsze. Teraz w samochodach to chyba co rok wprowadzają nowe modele albo wyposażenie. Subaru z zewnątrz (poza światłami) wygląda podobnie, natomiast w środku już widać zmiany. Prawie nie ma żadnych przycisków, wszystko jest na wielkim dotykowym ekranie. Coś jak w Tesla (którą coraz więcej widuje się na drogach). Wygląda to interesująco, ale podczas prowadzenia samochodu po wyboistych drogach trafianie na ekranie w odpowiednie przyciski może być problematyczne. Przecież Subaru nie jeździ się po równiutkich autostradach.
Dawno już nie byłem w Windham, więc wziąłem mapkę tras i ruszyłem w kierunku wyciągów. Windham jest w miarę blisko Nowego Yorku, więc ilość ludzi by była potężna gdyby nie wprowadzili limitu biletów. Już parę tygodni temu wszystkie bilety na dzisiaj były wysprzedane. Ja nam sezonowy bilet na wiele resortów (Windham też na nim jest), ale i tak musiałem robić rezerwacje wcześniej.
Kolejki nawet nie było dużej i po paru minutach już byłem na wyciągu. Niestety nie sam. W stanie NY trochę mnie przestrzegają przepisów niż w VT. Tutaj nie masz krzesełka dla siebie samego. Dokładają ci ludzi. Dalej jest to w miarę bezpieczne, bo każdy ma maskę, a i tak przecież jesteś na zewnątrz.
Pierwsze parę zjazdów zrobiłem sobie na dole na rozgrzewkę, a następnie pojechałem wyżej w góry. Windham to nie Killington. Trasy są krótsze i jest ich o wiele mniej. Ale jak na Catskills to uważam, że mają ciekawe tereny. Jak jest dużo śniegu to można się fajnie wyjeździć. Nie dość, że wszystko jest otwarte, to jeszcze ilość śniegu sprawia znacznie wyższą przyjemność w jeżdżeniu.
Windham ma nawet parę ciekawych lasów i stromszych terenów. W tych rejonach to już prawie nikogo nie było. Całe góry były dla mnie! Nie dość, że jest dużo śniegu to jeszcze zaczęło sypać. Najpierw delikatnie, małymi płatkami, a potem już ostro dawało, co dalej poprawiało warunki.
Jeżdżenie w głębszym śniegu, albo stromych trasach szybko męczy, więc zjechałem na sam dół na ochłodę. Tam spotkałem Ilonkę, i przy chłodnym piwku na zewnątrz można było odpocząć i się zrelaksować.
Tak jak wspominałem, Windham nie jest jakimś wielkim resortem, więc do przerwy większością ciekawych tras zjechałem. Teraz, na spokojniej powtarzałem niektóre trasy, albo jeszcze odkrywałem nowe.
Dzisiaj jest w Ameryce Super bowl. Najważniejszy mecz w amerykański football. Za bardzo mnie ten sport nie interesuje i po prostu nudzi. Kiedyś chciałem go polubić ale się nie dało. 5 sekund akcji i paro-minutowa przerwa. I tak przez parę godzin. Wolę piłkę nożną!
W związku z meczem większość Amerykanów opuściła resort wcześniej i wróciła do domu. Zostały całe góry dla mnie. Teraz bez kolejek, pustymi trasami wyjeździłem się do końca.
Spodobał mi się Windham. Może nie jest to jakiś duży resort (50+ tras), ale bliskość Nowego Jorku i fajnie ukształtowany powoduje, że weekend można tu super spędzić. Przez tydzień bym się pewnie tu zanudził, ale na dzień było super!
Kolejny górski, sportowy weekend za nami. Oby tak dalej....
Są plany na większe góry i dłuższy wyjazd za parę tygodni. Miejmy nadzieję, że wyjazd dojdzie do skutku i nic nie pokrzyżuje nam planów. Do usłyszenia....