Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

USA - Colorado Ilona i Darek USA - Colorado Ilona i Darek

2023.02.05 Vail, CO (dzień 2)

Vail … w ostatnim wpisie pisałam, że Vail kochamy. Ale nie wyjaśniłam za bardzo dlaczego. No więc po pierwsze mamy do niego sentyment. Kiedyś przyjeżdżaliśmy tu co roku (mieliśmy znajomości). Po drugie, wierni czytelnicy pewnie wiedzą, że z Darkiem chcemy być w każdej strefie czasowej a wzieło się to z tego, że nasze pierwsze randki wypadały każda w innej strefie czasowej. Vail było jedną z naszych pierwszych (dokładnie czwartą) randką i oczywiście było w innej strefie czasowej niż pozostałe (Stuttgart, NY, LA+Hawaii, Vail…). Po trzecie Vail jest Europejskie. Nie wiem czy jest inny taki resort w stanach który ma tak duże miasteczko a do tego ma winner schnitzel. Tak, Vail zostało stworzone w 1962 roku na modę Alpejskich resortów.

Marzec 2011

Brakuje im trochę prawdziwego eurpejskiego klimatu, knajpek w górach, wiosek wchodzących w trasy narciarskie i tras do chodzenia. Ale może to tylko Zermatt ma takie klimaty. Przekonamy się za miesiąc w Chamonix.

Wracając do Vail to mamy więcej powodów, żeby kochać ten resort.

Po czwarte - największy resort w Stanach

Po piąte - przepiękne tereny i potężne “bowle”

Co to jest bowl… najlepiej zapytać ChatGPT
W języku narciarskim, bowl oznacza zwykle obszar, który jest płytko nachylony u podstawy i stopniowo staje się stromszy w górnej części, tworząc półkulę lub misę. Jest to popularne miejsce do jazdy na nartach, ze względu na swobodny, płynny charakter zjazdu i dużą ilość miejsca do manewrowania.

Po szóste - miasteczko… fajne, duże, z podgrzewanymi chodnikami.

Po siódme - za południowe stoki gdzie nie narciarze mogą spędzać czas.

No dobra to skoro jest tam tak idealnie to czemu tylko tam nie jeździmy albo czemu tak rzadko. Bo Vail nie kochamy za ceny. Jedno-dniowy bilet kosztuje $260. Nam udało się wyrwać pracowniczą zniżkę i oczywiście tyle nie płaciliśmy. Ale Darek już myśli, żeby kupić sezon pass Epic na następny rok który pokrywa Vail.

To nasz drugi raz w tym sezonie w Vail. Darek z tatą oczywiście bez zbędnego tracenia czasu ruszyli prosto na stoki. Ja z mamą na spacerek. W Vail jest gdzie pochodzić, można chodzić wzdłóż rzeczki, po parku, miasteczku albo udeżyć na południowe stoki jak ktoś ma większe ambicje. My zadowloliłyśmy się parkami i miasteczkiem.

W między czasie chłopaki szaleli po stokach.

Tak, jest wielki sentyment do Vail. W Polsce spędzałem dużo czasu w Zakopanem i mam sentyment do niego. Bardziej do gór niż do komercyjnego miasta.
W Stanach swego czasu też dużo się jeździło do Vail więc sentyment został.

No bo tak jak Ilonka pisała, Vail da się lubić. A jest co lubić. Wielkie obszary, gwarantowany śnieg, super teren, dobry system wyciągów, „Europejskie” miasteczko….

Jedyne co, to ceny w Vail można nie lubić. Są naprawdę wysokie. Może nie jakieś szalone jak na światowej klasy resort, ale z górnej półki. Oczywiście jak sobie wszystko w miarę wcześniej zaplanujesz i przemyślisz to nie jest tak strasznie. Nie musisz płacić +$200 za bilet, spać za $500 za noc czy pić piwko po $12.

Vail znam dobrze, więc mapy za bardzo nie potrzebuję. Zapięliśmy narty i wsiedliśmy na pierwszy wyciąg. Wprawiony narciarz powie: jak to wsiedliście na wyciąg? Przecież jest niedziela, a gdzie kolejki do wyciągów? Nie ma ich w Vail. Nawet w weekendy. Resort limituje ilość biletów. Nie wiem, czy po miejscach na parkingu, czy po ilości sezonowych karnetów, czy po czymś innym, ale często się zdarza, że nie kupisz biletu na ten sam dzień. My mieliśmy bilety załatwiane, więc ten problem nas nie dotyczył.

Zwiedzanie Vail zaczęliśmy od Golden Peak. Jest to najbardziej wysunięty punkt resortu na wschód. Długie niebieskie trasy i dobrze ubite. Niestety ten rejon też sobie upatrzyły wszystkie kluby i szkoły narciarskie i często dużo tras jest tutaj zamknięta ze względu na ich zawody. Tak też było i dzisiaj. Na lepszych trasach były organizowane zawody.  Oczywiście Vail ma 195 tras, więc nie było żadnego problemu. Wzięliśmy kolejny wyciąg i pojechaliśmy dalej.

Po paru rozgrzewających zjazdach na niebieskich trasach pojechaliśmy do słynnych bowli które znajdują się na tyłach resortu.

Bowle mają 7 mil (11km) szerokości. Jest tu gdzie jeździć!

Większość to nieubite zbocza potężnych dolin, gdzie narciarz praktycznie nie ma limitu w wyborze zjazdu. Jedzie gdzie go narty niosą.

Świetny system wyciągów pozwala na szybki powrót w główną część resortu, albo nawet jeszcze dalej wjeżdżać i odkrywać kolejne tereny. Dalej za bowlami znajduje się rejon zwany Blue Sky Basin. Też wielkie obszary, bardziej zalesione. Miłośnicy jeżdżenia po lasach na pewno coś tu znajdą.

Zjechaliśmy parę razy bowlami i wróciliśmy w główną część resortu. Nogi po tych paru długich zjazdach bolały. Zwłaszcza, że większość terenu jest nieubijana albo zmuldzona.

Trochę pobawiliśmy się w głównej części resortu i zjechaliśmy na dół na lunch.

Zjedliśmy go wspólnie z resztą grupy. Kolorado jak i Kalifornia, w ciągu dnia w słoneczku w zimie jest ciepło. Lunche na zewnątrz są bardzo popularne. Czy to w restauracjach na tarasie, czy na ławce w parku, czy w górach na śniegu. Jak tylko jest słoneczny dzień (a jest często) to polecam tego typu przerwę.

Po lunchu wróciliśmy w góry. Już nie pakowaliśmy się w bowle tylko spokojnie, relaksująco w głównej części resortu po niebieskich trasach dokończyliśmy nasz narciarki dzień.

Jesteśmy zwolennikami własnego lunchu na nartach. Ciężko jest przewidzieć jakie będą warunki, gdzie ktoś zajedzie na nartach albo zajdzie na nogach. Czasem jednak udaje nam się spotkać i tak właśnie stało się dziś. Akurat myśmy były w miasteczku, chłopaki nie mieli daleko, żeby do nas zjechać. Znaleźliśmy więc ławeczkę w słońcu naładowaliśmy kalorie kanapeczkami z prosciutto i piwkiem z plecaka.

Po lunchu znów każdy szybko poszedł w swoją stronę. Ostatnie chwile w resorcie, ostatnie widoki, ostatnie zjazdy… i tak zleciał czas do 4pm kiedy to zamykają wyciągi. Nie siedzieliśmy za długo w miasteczku bo w apartamencie czekała pyszna kolacja. Tak więce po małym odpoczynku przy meksykańskim piwku ruszyliśmy spowrotem w kierunku Dillon.

Pomimo, że wiele stanów ma farmy jagnięciny, produkuje wysokiej jakości mięso to Kolorado jest uznawane za numer jeden. W sumie to nie wiem czy to marketing czy rzeczywiście jest najelpsze. Nie da się ukryć, że Kolorado ma najlepsze warunki, idealny teren (przestrzeń i urozmaicenie) i klimat (suchy i wysokogórski). Jednak poza Kolorado podobno Kalifornia, Texas, Wyoming, Utah są w top 5 stanów z najlepszą jagnięciną. Ciekawe. Kiedyś musimy spróbować mięska z tamtych rejonów. My ograniczeni jesteśmy tylko do Kolorado, Australii, Nowej Zelandi i trochę może Szkocji. Chętnie spróbujemy co inni potrafią. Póki co będąc w Kolorado próbowaliśmy co oni potrafią.

A potrafią wiele… kolacja była przepyszna.

Read More
USA - Colorado Ilona USA - Colorado Ilona

2023.02.04 Dillon, CO (dzień 1)

Jeżdżenie na nartach na wschodnim wybrzeżu to wielkie Why? (Dlaczego?). Dlaczego tułać się samochodem przez 5 godzin, żeby jeżdzić po lodzie, czasem w deszczu i prawie zawsze mrozie. Dlaczego przerwa na lunch wygląda tak, że na wschodzie przepłacasz za papierowego hamburgera bez smaku i jesz go na sali która wygląda jak stołówka gdzie można zjeść przepyszne prosciutto, serek, chlebek w słoneczku na stoku podziwiając widoki.

Narciarstwo na wschodzie vs. zachodzie to dwa różne światy. Dlatego jak Darka tata stwierdził, że w sumie by sobie sprawdził sprzęt przed wyjazdem do Francji i pojechałby na weekend gdzieś na narty to był tylko jeden słuszny wybór... Vail, CO.

Pokombinowaliśmy na maksa. W ruch poszły companion ticket Delty, punkty, znajomości i się udało... udało się zaplanować krótki ale za to jaki cudowny wyjazd na nartki do Kolorado. Dlaczego Vail? Czy naprawdę trzeba to tłumaczyć? Nie ma lepszego resortu w Stanach a do tego kochamy ten resort i mamy z nim wiele wspomnień.

Plan zapowiadał się super... wylot o 7 rano z NY w sobotę, powrót w poniedziałek o północy. Tylko jeden dzień wolny a w Kolorado będzie można spędzić prawie całe 3 dni. Niestety Vortex czyli napływ mroźnego powietrza i duże wiatry dość mocno pokrzyżowały nam plany. Kiedy ja piekłam ciasto z owocami, żeby było na śniadanie do samolotu, Darek wysłał smsa... ops, lot nam skasowali. No i się zaczyły komplikacje. Wcisnąć się na samolot o 9 rano z JFK nie było szansy, z przesiadkami nie chcieliśmy lecieć a do tego byliśmy na dwóch osobnych rezerwacjach więc początkowo wsadzili nas na różne samoloty, dwie osoby miały lecieć przez Atlantę a dwie przez Mineapolis. Masakra... inaczej się tego nie da opisać. Masakra była jeszcze gorsza jak potem z panią z Delty przez 2 godziny pisałam, żeby dali nas na samolot o 2:30 pm z JFK. Przynajmnej jest to non-stop samolot. Stracimy prawie całą sobotę ale zostanie jeszcze niedziela i poniedziałek.

Ja już myślałam jak odzyskać pieniądze za rezerwację samochodu, apartamentu itp kiedy pani potwierdziła, że lecimy 2:30 pm. Darek się ucieszył, że nie musi wstawać o 4 rano na samolot, a jeszcze bardziej, że ciasto wcale nie musi doczekać do rana bo będziemy mieć czas na prawdziwe śniadanie. No więc siedział w nocy i zajadał ciasto planując gdzie tu będzie zjeżdżał na nartach. Ja wybrałam sen...

Wyspani, po pysznym domowym śniadanku ruszyliśmy na lotnisko. Nie wiem jak to się stało ale już mogę latać z 3 walizkami na osobę. Leciało nas tylko cztery osoby, na dwie noce ale walizek 7 się uzbierało. No bo narty, kaski, buty itp... no i oczywiście pudełeczko... a co jest w pudełeczku, w pudełeczku jest wino do kolacji. Sprytni jesteśmy, nie? Ale podobno nie jedyni. Pani powiedziała, że czasem ludzie podróżują z własnym zaopatrzeniem.

Na lotnisku stanadrowa wizyta w lounge i... i tak dobrze się siedziało, że prawie byśmy nie zdążyli na samolot. Ale nie było tak źle. Ostatni ale weszliśmy na pokład jeszcze zanim nas wzywali po nazwiskach. Lot minął bez problemów. Loty do Denver są fajne bo leci się około 3-3.5h. Tak to można lecieć. No chyba, że monitor się zepsuje i pokaże 17h... ale na szczęście to tylko monitor się zepsół a nie pilot czy samolot.

Udało nam się wylądować przed czasem więc była szansa, że zdążymy do Edka po jakieś mięso na kolację. Mieliśmy niby plan awaryjny ale sklep mięsny Edwarda lubimy najbardziej więc jak tylko odebraliśmy bagaże a potem auto to ruszyliśmy po jakąś krówkę.

National (nasza ulubiona) wypożyczalnia samochodów miała chore ceny na auta z napędem na 4 koła. W górach nigdy nie wiadomo, więc napęd na 4 koła jest wskazany. Ze względu na bezpieczeństwo jazdy i cenę zdecydowaliśmy się przeprosić z wypożyczalnią SIXT. Nie mają najlepszej organizacji, bo trzeba stać w kolejkach, żeby odebrać auto, autobusem jedzie się troszkę dalej ale to wszystko przestaje mieć znaczenie kiedy wsiadasz do nowiutkiego BMW X5, która ma przejechane tylko 5tys mil.

Długi dzień... lot, zakupy, droga w górki... mamy już tu wiele rzeczy obeznanych ale nadal troszkę schodzi z tym wszystkim. Tak że dopiero koło godziny 20 dojechaliśmy do naszego apartamentu. Śpimy tym razem w miasteczku Dillon. Dillon, Silverthron i Frisco to trzy miasteczka które są już za przełęczą na połączeniu dróg 6, 9 i 70.

W Vail noclegi last-minute to masakra cenowa. W innych resortach też wcale lepiej nie było. Dlatego zdecydowaliśmy się na Dillon. Po części chcę też obczaić tą okolicę bo jak nas nie będzie stać na kupienie mieszkanka w resorcie to może trafi się coś po okazyjnej cenie w Dillon/Silverthorn. Nie jest to zła opcja. Stąd do takich resortów jak A-Basin, Copper, Keystone, Breckenridge to już tylko 15-20 min. Do Vail może troszkę dłużej ale też nie jest źle. Jest to więc fajna baza wypadowa jak ktoś chce odwiedzić więcej niż jeden resort narciarski, szyka fajnego noclegu ale w bardziej przystępnej cenie albo chce być bliżej miasta z dużą ilością restauracji i barów. Wszystkie te miasteczka położone są nad sztucznym jeziorem Dillon, które to w lecie samo w sobie jest rozrwyką. Można po nim pływać łódkami, spacerować czy jeżdzić kilometrowymi trasami rowerowymi.

My jezioro zobaczyliśmy dopiero na drugi dzień bo jak przyjechaliśmy to było już ciemno. Ale pomimo zmęczenia znaleźliśmy siły na zrobienie przepysznej kolacji.

Pisałam wcześniej, że pojechaliśmy po krówkę nie… jagnięcina też się załapała bo jak to być w Kolorado i nie zjeść jagnięciny. Dziś jednak wygrała wołowina ale nie byle jaka…Wagyu. Nie Kobe bo Kobe musi być z Japonii ze specjalnego regionu a Wagyu to w sumie to samo tylko z innych części świata. W sumie bo małe różnice w hodowli są ale ogólnie Wagyu jest przepyszne i kropka. My go za często nie jadamy ale jak to się mówi…po co odkładać dobre rzeczy na później. Tak więc odłożyliśmy tylko zmęczenie na bok i rozkoszowaliśmy się pysznym obiadkiem z jeszcze lepszym winkiem.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2022.01.27-28 Palisades Tahoe, CA & Reno, NV (dzień 7-8)

Dziś żegnamy się z Palisades Tahoe, Alpine Meadow, polami golfowymi i resortem nad Squaw Creek. Ze względu na ceny hoteli (podwójne) i dużo ludzi w górach w weekend zdecydowaliśmy się wracać do Reno w piątek. Ja cały tydzień pracowałam. Pobudki o 5 rano nie należały do najprzyjemniejszych ale za to kończenie pracy o drugiej popołudniu, piękne widoki i spacerki w słońcu rekompensowały wszystko.

W Palisades Tahoe nie można niestety chodzić trasami narciarskimi. Nasz hotel za to położony był zaraz przy polach golfowych. W dużej ilości resortów, pola golfowe na zimę przekształcają w tak zwane nordic trails czyli trasy na narty biegowe i rakiety. Ja nie miałam ani tego ani tego ale dobre buty wystarczyły i można było troszkę kilometrów zrobić. Zejście wszystkich tras to około 4-5 mil (7-8km). Szału nie ma ale zawsze to przyjemnie pochodzić w słoneczku i popatrzyć na górki.

Raz wybrałam się też tunelami śnieżnymi do sklepu spożywczego. Niestety w wiosce jak i naszym resorcie sklepy spożywcze są dość drogie. Tak więc pewnego dnia wzięłam plecak na barki i ruszyłam 30 minut w każdą stronę. Najpierw szło się super bo odśnieżyli chodnik. Do tego tak odśnieżyli, że porobiły się tunele... trochę śniegu tu im nasypało a podobno ma sypać jeszcze więcej.

Jak już wspominałam wczesne wstawanie nie jest idealne ale pozatym jest więcej plusów niż minusów. Pracowanie z pokoju hotelowego czy z recepcji która ma piękny widok pobija mojego widoku z biura. Widok z biura nie jest najgorszy ale nie tak piękny jak tu.

Dziś zrobiłam sobie tylko pół dnia pracy. Piątki zawsze są luźne a mi było żal siedzieć przed kompem w tak piękny dzień. Tak więc ja żegnałam się z polami golfowymi, robiąc ostatnie okrążenia szybkim krokiem. Darek żegnał się z nartami a potem oboje żegnaliśmy się z miasteczkiem i naszym hotelowym barem.

Barmani namawiali na jeszcze jedno piwko ale niestety nasz kierowca już pisał, że do nas jedzie. Z Reno do Palisades Tahoe przyjechaliśmy Uberem ale spowrotem wynajeliśmy już transfer. Cena podobna a przynajmniej mieliśmy pewność, że przyjedzie o określonej godzinie. Jak się potem dowiedzieliśmy to kierwcy z Reno niestety nie mogą odbierać ludzi w Kalifornii. Reno jest w Nevadzie a Palisades Tahoe w Kaliforni. Dlatego często na aplikacji uber pojawiało nam się, że nie ma aut w pobliżu.

Palisades Tahoe jest małym miasteczkiem, 5 restauracji, parę sklepików z ciuchami i sprzętem narciarskim. Mają jednak wszystko co potrzeba więc w sumie bez auta można się tu obejść. Położenie naszego hotelu też było super bo prosto z windy wychodziło się pod wyciąg. Ogólnie Palisades Tahoe bardzo lubimy. To już nasz chyba trzeci raz (Darka pewnie z piąty) ale chętnie tu wracamy.

Piątek nie jest popularnym dniem na powroty z resortu. Dlatego udało nam się i pomimo, że przyjechał po nas busik to byliśmy sami. Dzięki temu nie tylko szybko zajechaliśmy pod hotel, bez zbędnych przystanków to jeszcze kierowca się rozgadał o Nevadzie i poopowiadał parę ciekawostek.

Kierowca w wieku około 27-30 lat cały życie spędził w Reno. Lubi tu mieszkać choć nie wiele świata zna poza okolicą Lake Tahoe. Ale z drugiej strony jak się ma takie góry i piękne jezioro w okolicy to nie trzeba wiele wyjeźdżać. W każdym razie jak wszyscy wiemy Nevada ma legalny hazard. Zarówno Las Vegas jak i Reno są właśnie położone w tym stanie. Reno jest bardziej na północ, ma chłodniejszy klimat i jest zdecydowanie mniejsze i mniej tandetne.

Nasz kierowca pracował przez lata jako ochroniaż w kasynach. Mówi, że jeśli naprawdę ktoś chce wygrać to nigdy na automatach tylko poker jest najelpszą grą. Od dawna wiemy, że maszyny są zaprogramowane, żebyś za często nie wygrywał więc nawet ich nie próbójemy. Poker natomiast to człowiek gra człowieka. Karty są ważne ale często dobry blef czy wyprowadzenie innego gracza z równowagi zwiększają sznase na wygraną.

Oczywiście tam gdzie nerwy, hazard i alkohol to również wiele bijatyk i niepotrzebnych awantur. Jedno stwierdzenie mi się spodobało. „Wystarczy sekunda, żeby człowieka nastrój się zmienił na złe.” I jest to niebezpieczne bo właśnie w tej sekundzie ludzie robią głupie rzeczy. Wystrczy sekunda, żeby stracić kontrolę nad grą, sekunda aby przegrać wszystko, sekunda aby emocje wzięły górę i zaczęła się awantura albo co gorsza nawet szczelanina. Bo oczywiście w Nevadzie broń jest legalna. W Nevadzie wszystko jest legalne... albo prawie wszystko.

Z ciekawostek to skoro prostytucja jest legalna to jest ona uznawana za zawód taki sam jak każdy inny. W związku z tym prostytutki albo jak to się teraz nazywa (sex-worker / pracownik seksualny) może ubiegać się o bezrobocie itp. Nie wiem na ile to jest prawda ale ostatnio wyczytałam w książce, że były przypadki, gdzie kobiety które długo nie mogły znaleźć pracy w normalnych zawodach (np. Sekretarka) były zmuszane do pracy seksualnej albo traciły bezrobocie. Nie wiele się o tym pisze ale z tego co wyczytałam to było to trochę temu i naszczęście rozsądek wygrał i nikt nie jest zmuszany (przynajmniej oficjalnie) a jak jest naprawdę to nigdy się nie dowiemy. Jak widać każdy kij zawsze ma dwa końce.

My w Reno chodziliśmy po kasynach tylko żeby zjeść dobrą kolację. Poza jednym dollarem symbolicznie włożonym do maszyny omijaliśmy stoły z pokerem, black jackiem itp. Po pierwsze nigdy nas do tego nie ciągnęło, po drugie w kasynach można palić więc nie fajnie było tam siedzieć w dymie z papierosów a po trzecie to smutny widok.... przeszliśmy ze dwa razy przez te sale kasyn i smutno się zrobiło patrząc na tych ludzi przegrywających ostatnie pieniądze. Ja tam w szybką kasę nie wieżę więc tym bardziej to smutny widok.

Kasyna za to mają dość dobre restaruacje. Głównie steakhouse bo przecież amerykanie kochają zjeść dobrą krówkę. W pierwszą noc poszliśmy do kasyna Atlantis do restauracji Bistro Napa. Knajpa była całkiem dobra ale stwierdziliśmy, że na ostatnią noc może spróbujemy coś nowego. Spytaliśmy się kierowcy co poleca a on polecił dwa kasyna (no jakby mogło być inaczej). Jedno to Peppermill a drugie to Grand Sierra Reosrt. Wybraliśmy Peppermill. My przez cały tydzień jedliśmy głównie hamburgery, steaki i inne ciężkie mięso więc tym razem mieliśmy ochotę na coś lżejszego. Na szczęście mieli też pysznego łososia i short ribs czyli tak zwane rosołowe... rosołowe w innym przygotowniu niż nasze typowe polskie ale bardzo dobre.. lepsze nawet bym powiedziała.

Za pierwszym i drugim razem spaliśmy w Reno w hotelu Aloft zaraz przy lotnisku. Nic specjalnego ale blisko lotniska i ma transfer na lotnisko więc spełnił nasze potrzeby. Niestety Aloft jest podstawowym hotelem, zwłaszcza jak jest przy lotnisku gdzie większość ludzi zatrzymuje się tylko na dzień czy dwa. Hotel średni ale śniadanie nawet nie było średnie. Jakieś odgrzewane w mikrofalówce jedzenie z Costco. Żeby było tanio i szybko. Dlatego nawet pomimo, że śniadanie mieliśmy w cenie stwierdziliśmy, że pójdziemy na naleśniki.

Chyba nigdy nie jadłam naleśników na śniadanie i to z jajecznicą. Ale muszę przyznać, że całkiem fajne wyszły. Pięc minut na nogach od hotelu, pomiędzy jakimiś sklepami i domami towarowymi jest mała przytulna knajpka, i o dziwo pełna ludzi. Zjedliśmy ze smakiem naleśniki i byliśmy przeszczęśliwi, że wreście koniec z papierowym jedzeniem. Jednak jak człowiek się przyzwyczai do domowej granoli, domowego chlebka i domowych obiadków to potem ciężko jeść cały tydzień w restauracjach i to takich sobie restauracjach. Bo w Palisades Tahoe restauracji może jest trochę ale głównie to bary, hamburgery, pizzeria itp.

Lotnisko w Reno jest super małe. Remontują je czyli planuja większy ruch ale póki co za wiele tu się nie dzieje. Szybko przeszliśmy wszystkie bramki... to znaczy ja szybko przeszłam. Darek musiał przechodzić dwa razy. Okazwało się, że tak się pakował, że zapomniał z podręcznego bagażu wyciągnąć scyzoryka. Tak więc musiał wyjść na zewnątrz, znależć pocztę i wysłąć scyzoryk do domu. Okazało się, że nie był pierwszy. Pan z TSA otworzył boczne drzwi, pokazał mu budę... buda była przygotowana do wysyłki zabronionych rzeczy. Trzeba było wypsiać karteczkę włącznie z podaniem karty kredytowej, wrzucić karteczkę i przedmiot do woreczka zamykanego i wszystko wrzucić do skrzynki. Podobno ma to do nas dojść do domu za tydzień albo dwa... hmmm... zobaczymy.

Niestety wszystko jest przed skanowaniem więc Darek musiał znów przechodzić bramki. Dobrze, że lotnisko jest małe, mało ludzi stąd lata a i my byliśmy wyjątkowo wcześnie przed odlotem.

Lot do Salt Lake City minął spokojnie, półtorej godziny przesiadki (akurat na jakiś lekki lunch) i znów do samolotu. Nie lubimy latać z przesiadkami ale z drugiej strony zaoszczędzliśmy dużo na transporcie drogowym. I czasu i pieniędzy. Nie musieliśmy jechać z SF do resortu jakieś 4-5h, nie musieliśmy wynajmować samochodu na tydzień tylko po to żeby stał na parkingu, no i nie musieliśmy płacić za parking. Bo o ile nasz hotel w górkach był super o tyle był za duży wypas i za wszystko trzeba było płacić. Na szczęście my to jakoś logicznie ogarnęliśmy i ominęło nas płacenie $50 za szafkę na narty, $65 za vallet parking (albo $35 za zwykły) czy $7 za butelkę 0.5L wody... i to wszystko na dzień. Można tu popłynąć z kasą... nie?

Salt Lake City pożegnało nas przepięknym zachodem słońca.

Te góry, otoczone śnieżnymi płaszczyznami, to odbijające się słońce i ten zachód przypominały mi bardziej Islandię niż Stany... nie pamiętam, żeby kiedyś był ładniejszych zachód słóńca z samolotu.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2022.01.24-26 Palisades Tahoe Alpine, CA (dzień 4-6)

Tak jak wcześniej pisałem, dwa dni z sześciu narciarskich postanowiłem spędzić w sąsiednim resorcie w Alpine Meadows.

Jest on mniejszy od Palisades ale wystarczająco duży i różnorodny żeby przez dwa dni tam się nie nudzić.

Z Palisades gondolą w 16 minut można dostać się do Alpine.

Z budową tej gondoli to też było ciekawie. Plany budowy były już chyba z 10 lat temu, ale niestety pomiędzy tymi resortami jest puszcza o nazwie Granite Chief. Jest to ścisły rezerwat przyrody nietknięty przez cywilizację.

Długo trwały rozmowy pomiędzy resortami a parkiem o zezwolenie na budowę. W końcu po wielu latach dogadali się na ścisłych warunkach. Warunków jest wiele, znam parę.

Wszystkie tymczasowe drogi jakie musieli wybudować do transportu słupów i kabli muszą być zniszczone, drzewa zasadzone i wszystko ma wrócić do stanu jaki był przed budową.

Ma nie być żadnego śladu po ciężkim sprzęcie który tam wjeżdżał.

Wszystkie maszyny musiały mieć limitowaną ilość głośnych dźwięków jakie podczas pracy wydają.

Jak była migracja zwierzyny to wszystkie prace musiały być przerwane. Czasami to trwało nawet i tygodnie.

Słupy musiały być tak skonstruowane żeby jak najmniej szpeciły krajobraz i jak najmniej były widoczne….. i pewnie jeszcze było wiele obostrzeń których nie znam.

Może i dobrze, że tak dbają o parki. W sumie Ameryka ma ich wiele i są naprawdę piękne. Mamy w planie je wszystkie odwiedzić, zwiedzić (a nie zaliczyć). Nawet te mało dostępne na w odludnej części Alaski.

Przejazd gondolą szybko zleciał. Zwłaszcza, że jechałem z pracownikiem resortu. Młody chłopaczek z Argentyny już tu drugi sezon pracuje i wie coś niecoś o lokalnych górkach. Dał mi parę rad gdzie jechać i jakie rejony są ciekawe.

Tak też się stało. Poszedłem za jego podpowiedziami i jak tylko wysiadłem z gondoli to wsiadłem na szybki wyciąg krzesełkowy Treeline.

Była młoda godzina, więc nie spiesząc się nigdzie zrobiłem sobie parę rozgrzewających zjazdów pod wyciągiem. Super ubite niebieskie trasy idealnie do tego się nadawały.

„Kolega” z gondoli proponował dwa rejony. Jeden z nich to tylne rejony resortu. Wielkie otwarte przestrzenie, mało ludzi i przepiękne widoki. Tak też zrobiłem póki mam jeszcze energię. Jest tam mało ubitych tras, więc większość jedzie się lasami a wyżej po otwartej nieubitej przestrzeni.

Ludzie mieli rację, widoki cudowne. Zwłaszcza na jezioro Tahoe.

Było tam zachęcających parę śladów w dół w las, ale niestety za mało znam ten rejon żeby się odważyć tam pojechać. Czekałem parę minut na jakiegoś lokalnego co można zna ten rejon, ale niestety nikt tu się nie pojawił.

Pojeździłem z tyłu jeszcze trochę. Czasami po trasach, a czasami głębiej zapuszczałem się w doliny. Tam było trochę ciężej, więc wkrótce przerwę na lunch musiałem sobie zrobić.

Dzisiaj mam cały plecak odpowiedniego prowiantu, więc uczta w słoneczku z widokiem na jeziorko była. Pyszne kanapeczki ze starą szyneczką (jakieś 2 lata), serek, oliwki i napoje…. no i oczywiście ciasteczka na deser!

Po przerwie wróciłem w główną część resortu i na niebieskich trasach uprawiałem karwing. Alpine słynie z tego. Na głównej części mają takie długie, dobrze przygotowane i szerokie trasy do szybkich zlotów w dół.

Drugim rejonem jaki został mi polecony to na prawo z wyciągu Summit Express. Wielkie obszary z urozmaiconym terenem. Można ponoć tam dzień spędzić i odkrywać nowe obszary.

Dla bardziej zaawansowanych polecane jest też podejście na lokalne wzgórza co pozwala na odkrywanie jeszcze większych obszarów i ciekawe zjazdy. Ponoć można też wjechać do słynnego parku Granite Chief, ale to pewnie już z przewodnikiem albo z lokalnym co bardzo dobrze zna te tereny.

Spędziłem w tym rejonie jakieś dwie godziny starając się zwiedzić jak najwięcej terenu.

Na mapie tego tak nie widać, ale dopiero na miejscu można zobaczyć jakie to są ogromne przestrzenie.

Około godziny 15 zjechałem na dół i zapakowałem się do gondoli którą wróciłem do mojego resortu. Do Palisades.

Zrobiłem parę zjazdów i dokładnie o godzinie 16 zamknęli wyciągi i w końcu można było przestać jeździć na nartach i odpocząć w wiosce. Ilonka też już tutaj dotarła i na miejsce odpoczynku wybraliśmy irlandzki pub, Auld Dubliner Tahoe. Ponoć mają najlepsze skrzydełka w całym Tahoe i duży wybór piw.

Piw rzeczywiście mają dużo a skrzydełka były dobre, ale nie wiem czy najlepsze w Tahoe. Trochę za bardzo pikantne jak dla mnie.

Dwa dni później znowu wróciłem do resortu Alpine. Już troszkę lepiej go znam, więc szybciej można było się przemieszczać

Pogodę też miałem idealną z dobrą widocznością, co się przełożyło na kolejny świetny dzień.

Odwiedzałem miejsca w których już byłem dwa dni temu, a także starałem się w miarę możliwości nowymi trasami zjeżdżać.

Dzisiaj nie brałem plecaka z lunchem, więc musiałem odwiedzić jakąś knajpkę w górach. Wybór padł na The Chalet.

Restauracja znajduje się gdzieś w połowie góry i ma dużo miejsc na zewnątrz, co w słoneczny dzień jak dzisiaj jest świetnym pomysłem.

Za bardzo nie lubię się objadać na nartach bo potem nie chce się jeździć. Tak też było dzisiaj. Kotlet z czerwoną kapustką był pyszny, więc najadłem się jak świnka.

Szkoda marnować pięknego dnia na siedzenie w knajpie. Zapiąłem narty i ruszyłem w dół.

Dwa łatwe i szybkie zjazdy i już wszystko wróciło do normy. Dzisiaj jeździłem w Alpine do końca. Pod koniec dnia wziąłem gondolę i wróciłem do Palisades.

Dzisiaj Ilonka nie przychodziła do miasteczka, bo postanowiliśmy zjeść kolację w naszym hotelu. Zrobiliśmy rezerwację w Six Peaks Grille.

Oczywiście jak to w resortach narciarskich był to Steak House. Nie mieli wielkiego wyboru w menu ale wystarczający żeby coś ciekawego znaleźć. Wybór padł na Tomahawk. Po całym dniu jeżdżenia trzeba konkretnie uzupełnić kalorie. Dobre było!

Dzień zakończyliśmy na małym spacerku po hotelu a potem na posiedzeniu przy jego wielkim kominku. W końcu trzeba zacząć bloga pisać i tak w ogóle obyć się z hotelem. Dobrze, że do pokoju nie mieliśmy daleko bo jakoś oboje nie mieliśmy już siły na dłuższe wędrówki.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2023.01.23-25 Palisades Tahoe, CA (dzień 3-5)

Zostało mi 5 pełnych dni narciarskich w tych przepięknych górach. Dzisiaj jest poniedziałek, wyjeżdżany dopiero w piątek o godzinie 18.

Resort w którym mieszkamy, Palisade został połączony za pomocą gondoli z innym resortem, z Alpine Meadows. Oczywiście oba są na moim bilecie i mam nielimitowany dostęp do wszystkich wyciągów przez cały rok. Nie wiem jak to im się opłaca, ale to już nie moja w tym głowa.

W Alpine Meadows nigdy nie jeździłem. Zawsze wybierałem większy resort czyli Palisade (dawniej zwany Squaw Valley). Tym razem oczywiście, że go odwiedzę. Lokalni na wyciągach mówią, że warto tam pojechać. Jest mniej ludzi i puch się dłużej utrzymuje. Są wielkie otwarte tereny i długie niebieskie dobrze ubite trasy do szybkiego karwingu.

16 minut gondolą i już można być w innym resorcie. A przecież z gondoli na pewno są piękne widoki. Tak jak pisałem, mam jeszcze 5 dni. 3 spędzę w Palisade a 2 w Alpine Meadows.

W Palisade już byłem parę razy i wiele terenów odkryłem. Wiele na pewno jeszcze jest do odkrycia, wiem mam co robić przez 3 dni.

Pogoda na cały tydzień zapowiada się dobra. Ma być słonecznie i bez opadów. Ogólnie to fajnie, tylko szkoda, że tak w środku tygodnia nie sypnie jakiś metr śniegu, żeby trochę w miękkim puszku się pobawić. Oczywiście ilość śniegu jest wystarczająca, ale kto by nie chciał czasami po kolana się zakopać. Jedyne co mówią, to, że mogą być silne wiatry i wtedy górne wyciągi będą zamykane.

Tak też było. W niektóre dni górne wyciągi były zamykane. To zależało w którym kierunku wiatr wiał. Jak w kierunku w którym jedzie wyciąg to dalej go trzymali otwarty, bo krzesełkami aż tak nie kołysało.

Poranki były najciekawsze. Zwłaszcza na wyciągu koło hotelu. Nikt tam prawie nie jeździł, więc poranne rozgrzewki po idealnym sztruksie to sama przyjemność.

Rozgrzany po paru zjazdach ruszałem dalej. Z reguły miałem plan na każdy dzień, ale zawsze mogłem skręcić tam gdzie mnie narty albo wzrok poniósł.

W tygodniu na wyciągach jest znacznie więcej samotnych lokalnych ludzi niż weekendowych rodzin. W związku z tym jest znacznie łatwiej uzyskać informacje o ciekawych terenach, które nie zawsze można zauważyć na mapie.

Cały rejon Eldorado jeszcze nigdy nie został przezemnie odwiedzony. Wjazdy do niego nie są przy głównych trasach, a z jakiś powodów patrol tych terenów nie poleca. Pewnie nie chce bo to jest wielki i trudny teren. Łatwo pobłądzić, telefony tam nie działają, a pewnie im się nie chce po nocy nikogo tam szukać.

Natomiast lokalny przy piwie na wyciągu wszystko ci ładnie opowie. Jak np. gdzie wjechać i w jaki rejon Eldorado się zapuszczać na początku. Póżniej jak lepiej poznasz teren to można powoli zapuszczać się głębiej. Ale ostrożnie. Bo można pobłądzić, a w śniegu po pas ciężko iść w lesie do góry i szukać wyciągu. No i oczywiście pod żadnym pozorem nie wolno tam jechać jak jest słaba widoczność. Śnieżyca, mgła czy chmury. Wtedy o wypadek nie trudno. Można gdzieś wjechać i spaść albo wpaść do strumyka. Tak jak w górach, jak jesteś nierozważny to o wypadek nie trudno. Telefony tam nie działają.

Lokalny powiedział, że jak dobrze jeżdzę poza trasami to mogę spróbować tam wjechać przez bramkę #7 albo trasę Oregon trail.

Wjechałem obiema. Oregon trail bardziej mi się podobała. Wielkie, otwarte przestrzenie i bardzo mało ludzi, którzy ubiją ten dziewiczy śnieg. Brak dobrego oznaczenia przy wjeździe i wymagane podejście na początku na pewno wielu zniechęca.

Narty w takich resortach traktuje jak zwiedzanie gór. W zimie za pomocą wyciągów można o wiele szybciej się przemieszczać i odkrywać nowe tereny. Latem niestety człowiek znacznie wolniej się przemieszcza. A góry zimą są równie piękne.

Drugim takim ciekawym rejonem jest Granite Chief. Jak ten wyciąg jest czynny to wszyscy tam jadą. Wychodzi on wysoko w góry i jest bardzo odsłonięty. W związku z dużymi wiatrami często jest zamykany. Też jak jest słaba widoczność to go zamykają, bo nie chcą żeby ludzie pobłądzili. Znajduje się tam wiele rozległych terenów i zabłądzić łatwo.

Parę lat temu już w tym rejonie byłem, ale tylko mogłem zjechać południową stroną. Północna była zamknięta ze względu na zagrożenie lawinowe.

Teraz obie strony były otwarte. Było dużo śniegu, ale już nie sypało parę dni i patrol zabezpieczył teren (czytaj: pospuszczał trochę lawin).

Oczywiście też polecam ten rejon dla dobrych narciarzy którzy lubią odkrywać nowe tereny i nie straszne im jest czasami podchodzenie do góry.

Z ciekawszych terenów to mogę jeszcze polecić rejon szczytu Palisades. Zwłaszcza Sun Bowl. Wielkie i szerokie tereny z różnymi trudnościami.

Lubię powracać do resortów które już parę razy odwiedziłem i w miarę je znam. Nie muszę wtedy poznawać wszystkiego od nowa, a mogę się skoncentrować na odkrywaniu nowych terenów.

Resztę czasu spędzałem na odpoczynku na łatwiejszych trasach, robieniu zdjęć, albo na opalaniu się i podziwianiu widoków.

Po nartach zostawałem w wiosce. Ilonka dochodziła do mnie z naszego hotelu i już razem „zwiedzaliśmy” jej zakątki.

Palisades może nie ma wielkiego miasteczka jak Vail czy Zermatt ale wystarczająco duże, żeby się nie nudzić i „pobłądzić” w uliczkach

Widzę, że zachodnie Stany stają się bardziej europejskie, gdzie après ski jest wielkie i prawie każdy narciarz po intensywnym dniu na nartach ma ochotę wypić parę piwek, stojąc lub siedząc na zewnątrz w słoneczku i przytupywać w rytm muzyki w butach narciarskich.

Do hotelu nie mieliśmy daleko. Jakieś 20 minut spacerkiem po ubitych trasach spacerowych.

Przyjemnie tak się spacerowało po zmrożonym śniegu. W Kalifornii w ciągu dnia jest ciepło, ale jak tylko słońce zajdzie to momentalnie się ochładza. Zgrzyt pod butami nam o tym ciągle przypominał. Natomiast blask księżyca (i lampka na czole) oświetlała nam drogę.

Nasz hotel widać było z daleka. Posiada wiele oświetlonych choinek, które jak gwiazda polarna wyznaczały nam drogę do ciepłego schronienia.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2023.01.21-22 Palisades Tahoe, CA (dzień 1-2)

Jest już połowa stycznia a ja byłem tylko 3 dni na nartach. Coś tu chyba nie pasuje. Ale niestety, jest jak jest i trzeba zaległości szybko nadrabiać.

Ze śniegiem i pogodą na wschodzie jak zwykle kiepsko, więc nie pozostaje nic innego jak gdzieś polecieć. Jest sobota rano, a my oczywiście na lotnisku. Ilonka jak zwykle pracuje a ja planuje nartki.

Gdzie lecimy? A no lecimy na zachód. Dokładnie do Reno w stanie Nevada. Potem w godzinkę samochodem dostajemy się w rejony jeziora Tahoe i tam siedzimy w górach prawie tydzień. Świetny pomysł, nie?

Prawie. Oczywiście pojawiły się problemy. Delta nie lata do Reno z NYC. Musi być przesiadka. Nie jest to może duży problem, ale przedłuża lot o dwie godziny. My oczywiście musimy latać Deltą bo mamy super oferty. Nie wiem jak to Ilonka robi, ale w tym sezonie mamy w planie lecieć 4 razy na zachód na narty, a ja tylko płacę za jeden lot!

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i podziwialiśmy cudowne widoki stanu Utah.

A to już przy samym lądowaniu w Salt Lake City

Szybki (nie koniecznie smaczny) lunch na lotnisku i dalej w drogę. Do Reno w stanie Nevada mamy tylko godzinny lot. Oczywiście samolot na maxa pełny, a połowa ludzi to narciarze wnoszący buty narciarskie na pokład. Bardzo dobry pomysł. No bo co zrobić jak linie lotnicze zgubią ci bagaże. Narty można wypożyczyć, a nie ma to jak swoje dopasowane buty. Zwłaszcza w tak dużych górach.

A dlaczego są aż tak pełne samoloty do Salt Lake City i Reno? Zima!!! I to nie byle jaka zima. Resorty narciarskie dostały tyle śniegu w ciągu ostatnich tygodni, że pobijały rekordy opadów. Jak się później dowiedziałem to resort narciarski Mammoth, CA w górach Sierra dostał tyle śniegu, że pobił tygodniowy rekord opadów na Ziemi. Nie wiem ile dokładnie tam spadło, ale ponoć sypało 7” (17 cm) na godzinę przez parę dni. To jest 168” (ponad 4 metry) na dobę!!!

Resort był zamknięty na parę dni bo nie można było do niego dojechać, a po drugie było tyle śniegu, że wyciągi były zasypane.

W Reno wylądowaliśmy po południu i poszliśmy prosto do hotelu na lotnisku. W góry dopiero jedziemy jutro, czyli w niedzielę.

Spanie w resortach narciarskich w weekend (piątek-niedziela) jest za drogie. Ceny za hotele są chore, a i ilość ludzi jaka jest na nartach sprawia, że to wszystko przestaje mieć sens. Lokalni nazywają to weekendowym zoo.   Lepiej przeczekać noc w Reno, iść na fajną kolację, a na narty pojechać jutro rano.

Tak też się stało. Ilonka znalazła fajną restauracje w kasynie Atlantic. Pyszne lokalne mięska.

Ja oczywiście zajadałem się jagnięciną z pobliskich gór stanu Kolorado, a Ilonka znalazła sobie jakąś ciekawą krówkę.

Ogólnie klasyka. A jeszcze jak do tego lał się Malbec z Argentyny to uczta na całość. Dobry pomysł żeby zostać w Reno noc i za zaoszczędzoną kasę zrobić sobie ucztę.

Po kolacji wróciliśmy na lotnisko, czyli do hotelu i padliśmy do łóżek po całym dniu.

Jutro wczesna powódka, bo przecież śnieg i narty czekają.

Reno położone jest blisko gór, praktycznie jest u ich podnóża. W niecałą godzinę samochodem można się dostać do wielu resortów położonych w rejonie wielkiego jeziora Tahoe.

Nie ma sensu wypożyczać samochodu w Reno. Za niecałą $100 Uber cię zawiezie w rejon Tahoe. Gdzie samochód 4x4 kosztuje z $500 na tydzień plus koszty parkingu w resorcie które mogą sięgać $40 za dobę. W górach nie potrzebujesz samochodu. Wszystko jest blisko i dostępne na nogach.

Tak też się stało. Lokalny przyjechał po nas i ruszyliśmy w góry. Nie muszę kierować, mogę siedzieć wygodnie z tyłu i podziwiać widoki. Do tego kierowca (urodzony w Reno) opowiada ciekawe historie.

Ponoć w Reno rzadko jest śnieg. Od 20 lat nie było, a w tym sezonie ostro sypnęło. Jak już tu, na dole, na pustyniach Nevady leży go sporo, to co będzie dalej, wyżej w górach.

Autostradą 80 powoli zaczęliśmy się wspinać do góry. Im wyżej tym śniegu przybywało i widoki stawały się ciekawsze. Gdzieś po 30 minutach dojechaliśmy do miasteczka Truckee. Tutaj dla nas podróż autostradą się zakończyła i wjechaliśmy w górską drogę 89. Jadąc dalej na zachód autostradą 80 za 3 godziny można zjechać w dół do Pacyfiku i do San Francisco.

Droga 89 serpentynami wiła się do góry. Za wiele nie było widać, bo cały czas szła lasem a poza tym paro metrowe zwały śniegu wszystko zasłaniały.

Za kolejne 30 minut wjechaliśmy do resortu.

Ostatnie parę minut pokonaliśmy prawie w śnieżnych tunelach.

Nie wiem jak to się stało ale nie śpimy w hotelu Marriott. Gorzej, śpimy u ich konkurencji, Hyatt. Ponoć mamy tutaj jakieś punkty jak kiedyś jeszcze rezerwowaliśmy hotele na hotels.com.

Ogólnie nie narzekam. Hotel jest położony trochę z boku resortu ale ma swój prywatny wyciąg który wywozi cię w góry. Ma parę restauracji, no i oczywiście trochę barów. Jest też parę tras zjazdowych do tego hotelu. Tak jak pisałem wcześniej, do niczego nie potrzebujesz samochodu.

Do hotelu przyjechaliśmy około 10:30 rano. Pokój nie był jeszcze gotowy. Przygotowałem się na taką ewentualność i już tutaj przyjechałem ubrany w strój narciarski. Walizki oddaliśmy do przechowalni bagażu i wyszliśmy na zewnątrz.

Oczywiście kalifornijskie słońce nawet w styczniu nie pozwoli ci iść prosto na narty. Zanim dojdziesz do stoków to po drodze masz bar z „obowiązkowym” piwkiem. No bo jak tu nie usiąść w ciepłym słoneczku na jednego….

Piwko zaliczone można zabrać się do roboty. Ja na wyciąg a Ilonka na spacer po okolicy. Jest tu wiele tras na spacery, narty biegowe czy po prostu na szwendanie się po okolicy.

Jak przyjemnie jest usiąść na krzesełku i w ciszy przemieszczać się w górę. Wszystko pokryte jest grubą warstwą śniegu. Drzewa, słupy od wyciągu czy krzaki, całe przysypane śniegiem po którym biegają małe wiewiórki.

Wyjechałem pierwszym wyciągiem i ukazał się wspaniały widok wielkiego jeziora Tahoe.

Zdjęcie zrobione. Można rozpocząć narciarskie wakacje. Ruszyłem w dół. Dzisiaj mam zamiar delikatnie się rozgrzewać. Będę tu przez 6 dni, więc mam wiele czasu na ciekawe zabawy.

Po paru rozgrzewających zjazdach postanowiłem sprawdzić co się dzieje w lasach. Tutaj się przekonałem jaka ogromna ilość śniegu spadła.

Zapowiadają się wspaniałe zjazdy po lasach. Zwłaszcza, że 100% terenu jest otwarte.

Opuściłem rejon koło hotelu i udałem się w główną część resortu.

Była już niedziela popołudniu i ludzi w górach ubywało. Obawiałem się, że w głównej części resortu będzie jak w ulu, ale nawet nie było tak źle. Ponoć sobota i niedziela do południa są najgorsze. Lokalni nie jeżdżą w tym czasie bo mówią, że jest jak w zoo. Jak też staram się nie jeździć na nartach w te dni i używać je na przemieszczanie się.

Ilonka doszła do miasteczka, ja już trochę pojeździłem i oboje zgłodnieliśmy. Dzisiaj nie mam ze sobą lunchu ani plecaka, więc zjechałem na dół. W Palisades już byliśmy parę razy więc wiemy gdzie mają dobre hamburgery. Poszliśmy do Rocker.

Dobre jedzenie i duży wybór lokalnych piwek.

Oboje najedzeni dostaliśmy zastrzyk energii. Ja wróciłem w góry, a moja kochana żona…….. po piwo.

W resorcie nie kupisz nigdzie piwa, chyba, że w barze. Nie mamy samochodu, a do najbliższego sklepu jest 30 minut na nogach. Ilonka w tym śniegu ruszyła na poszukiwanie piwa, żebym miał na kolejne dni na nartach. Udało się! Zakupiła odpowiednie zapasy i dociążona z pełnym plecakiem wróciła do resortu. Co za poświęcenie…

Ja natomiast jeszcze pojeździłem z dwie godziny i około godziny 16 wróciłem w nasz rejon. Świetnie góry Sierra Nevada wyglądały przy zachodzącym słońcu.

Dzisiaj już nie opuszczaliśmy naszego hotelu. Postanowiliśmy w nim zjeść kolację i lepiej go poznać. Zwłaszcza, że dzisiaj jest chiński Nowy Rok (rok królika) i mają puszczać zimne ognie.

Mamy tutaj parę restauracji do wyboru. Dzisiaj zjedliśmy żeberka w Sandy’s Pub. Fajny klimat pubowy, a żeberka mogły być lepsze. No nic, mają duże menu i hamburgery wyglądały ciekawie. Zapewne ich jeszcze odwiedzimy.

Po paru dniach wróciliśmy. Tym razem na lunch. Był to dobry wybór. Hamburgery były pyszne, znacznie lepsze niż żeberka parę dni temu. Poza tym klimat dopisał. W ciepłym, kalifornijskim, styczniowym, górskim słoneczku wszystkie smakuje lepiej!

Read More
Hiszpania Ilona Hiszpania Ilona

2022.11.27-28 Cadaques & Barcelona, ES (dzień 4-5)

Ale się wyspaliśmy, cisza, spokój, ciepłe łóżeczko... nie żebyśmy narzekali na hotel w Barcelonie. Tam też było wygodnie. Obudzenie się jednak na wsi ma swoje uroki. Po obudzeniu można wyjść przed domek (w naszym przypadku przed pokój) i zaciągnąć się świerzym porannym powietrzem.

Jak już pisałam wczoraj śpimy w winiarni. Pierwsze pytanie, które zostało nam zadane zaraz po miłym dzień dobry brzmiało czy chcemy śniadanie na zewnątrz czy w środku. O ile poranne słoneczko kusiło, żeby zjeść śniadanie na trawce o tyle temperatura mówiła, że lepiej nie. My jakoś nie pomyśleliśmy, żeby wziąć na ten wyjazd kurtki puchowe. A ludzie rano chodzili w takich. Tak więc śniadanie zostało podane w przytulnej jadalni, troszkę jakby piwniczce.

Każdy stolik indywidualnie dostawał cieplutki chlebek i croissanty prosto z pieca. Do tego oczywiście pełno innych rzeczy. A po śniadanku przyszedł czas na Darka służbowe śniadanko.

Gostek jak się dowiedział, że z Darkiem da się pogadać o winach to nas oprowadził, zdradził tajniki jak robią wino i otworzył chyba z 10 butelek żebyśmy popróbowali. Tak, był tam kubełek i wino było systematycznie wylewane po wypłukaniu nim kubków smakowych.

Moja wiedza o winach jest bardzo słaba ale z każdą wycieczką uczę się czegoś nowego. Tak więc tym razem nauczyłam się, że wino może być leżakowane na dachu. Wczoraj myślałam, że te baniaki z winem to dekoracja ale okazało się, że oni tak leżakują wino które pod wpływem słońca i zmieniających się temperatur kształtuje swój smak.

Drugą ciekawostką było robienie Vermutu. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym alkoholem i jego produkcją. Dopiero dziś dowiedziałam się, że jest to trochę jak co kucharz miał pod ręką albo powinnam bardziej powiedzieć co ogrodnik miał w ogródku. Do produkcji Vermutu używa się takich ziół jakie akurat rosną, dlatego zawsze jest inny i nie powtarzalny.

Pochodziliśmy trochę po parceli i jak zawsze się zastanawialiśmy, czy takie życie na odludziu by nam odpowiadało. Chyba jesteśmy jednak mieszczuchami bo zawsze wtedy stwierdzamy, że dzień-dwa to tak ale dłużej to już ciężko.

Koło 11 ruszyliśmy w drogę powrotną. Dzisiaj wielki dzień, mecz Hiszpania-Niemcy i na pewno będziemy chcieli to oglądać. Tak więc niby czasu mieliśmy trochę ale też nie chcieliśmy za późno wracać do Barcelony. Dziś postanowiliśmy tylko odwiedzić Montserrat.

Montserrat to pasmo górskie w Katalonii. Szczyty tam przekraczają 1200 m (4000 ft). My pojechaliśmy tam głównie ze względu na klasztor, Opactwo Matki Bożej w Montserrat. Jest to klasztor w skałach. Z początku może się wydawać, że przypomina Meteory w Grecji ale ten jest dużo większy i mniej schowany. Słynie on z przechowywanej tam rzeźby Czarnej Madonny. Dla ludzi mniej wtajemniczonych w religię, klasztor ten może kojarzyć się z książki Dana Browna, Początek. To właśnie tu dzieje się akcja otwierająca książkę (pierwszy rozdział).

Ja książki nie czytałam więc o fakcie, że ma powiązanie z tym miejscem dowiedziałam się jak podsłuchałam jakiegoś przewodnika. Klasztorem i muzeum też jakoś nie byliśmy zainteresowani. Bardziej nas interesowały widoki i górki.

Jak to bywa w takich miejscach „loża szyderców” musi być użyta. Jednak naprawdę różne wynalazki są na tym świecie. Montserrat jest jedną z większych atrakcji, a że dziś jest niedziela to jest dość dużo turystów. Mają jednak dobrze rozwiązany parking więc wszystko idzie w miarę gładko. Oczywiście znalazł się jakiś wynalazek który musiał być pierwszy i wcisnął się przed Darka na chama. Tylko potem myśmy zaparkowali a on dalej szukał miejsca... Haha... naprawdę.

No nic, pośmialiśmy się, żal się nam zrobiło gościa ale poszliśmy w kierunku centralnego placu, jeśli tak można to nazwać. Montserrat jest to kompleks budynków, częściowo zrobiony pod turystów (czyt. Sklepy z pamiątkami) w głównej jednak mierze jest to klasztor Benedyktynów. My zobaczyliśmy ludzi na skałach na górze a potem kolejkę która ich tam wywozi. Tak więc olaliśmy sklepy z pamiątkami i ruszyliśmy do kasy. Mieliśmy nadzieję, że z góry będzie super widok na klasztor.

Widok był z kolejki ale niestety nie z góry. Rzeczywiście klasztor jest schowany, żeby nie był łatwo dostrzegalny przez wroga. Ze szczytu kolejki jest parę szlaków. My kupiliśmy bilety powrotne ale stwierdziliśmy, że w sumie to może zejdziemy bo to tylko 30 minut a mogą być fajne widoki. I takim oto sposobem ruszyliśmy na dół.

Fajna miejscówka. Tak schodziliśmy a tu non-stop było jakieś odbicie w bok na inny szlak. Widać, że można tu całkiem fajnie pochodzić. Pewnie Montserrat nie jest tylko destynacją turystyczną ale lokalni też tu przyjeżdżają na hiki. Troszkę czasu nam tu zeszło. Jak już szliśmy na parking to robiło się coraz chłodniej i pomału słońce zabierało się do zachodu. A przed nami trochę ponad godzina do wypożyczalni a potem metro do hotelu.

W mieście samochodu nie opłaca się mieć dlatego po zakończonej wycieczce pojechaliśmy prosto do wypożyczalni, zostawiliśmy auto i metrem szybko na naszą kochaną stację La Rambla - Pl Catalunya. Stacja jest „ukochana” bo wysiada się w ulu. Tu jest jakieś skrzyżowanie wszystkiego i ludzi jest jak pszczół w ulu.

Tym razem nie śpimy w Marriocie. Ale mamy hotel w sumie nie daleko naszego wcześniejszego więc przynajmniej dzielnica jest ta sama. Ostatnią noc śpimy w hotelu Ohla Barcelona. Okazało się, że na hotels.com też mam jakieś punkty które trzeba zużyć do końca roku. No więc zdradziliśmy chwilowo Marriotta i wybraliśmy lokalny, butikowy hotelik ale do tego jaki fajny.

Na dzień dobry pan zabrał nas na lobby na 0.5 piętra. Tak, recepcję mają dokładnie w połowie piętra. W sumie to nie wiem czemu tak. Jak tylko wysiedliśmy z windy to padło pytanie czy byśmy nie chcieli Cava. Powitalny drink jak zawsze jest mile widziany. Muszę też przyznać, że już bardzo dawno nie siedziałam przy check-in. Tak więc sobie siedzieliśmy popijając Cava, pani wpisywała nasze dane a Darek zadał krytyczne pytanie koledze z obsługi. Gdzie tu najlepiej oglądać mecz.

Gostek polecił nam jakiś bar... wytłumaczył nam żeby skręcić w lewo jak się wyjdzie z hotelu. Super, plan mamy. Tylko po 30 minutach w hotelu jak wyszliśmy z hotelu i skręciliśmy w lewo to obje z Darkiem zadaliśmy sobie pytanie, ale właściwie jak się ten bar nazywał... Nazywał się The George Payne Irish Pub i przy podpowiedzi pana Google udało nam się szybko tam trafić.

No i się zaczęło... Amerykanin w irlandzkim barze w czasie mundialu. Było ciekawie. Na dzień dobry okazało się, że trzeba zapłacić wejściówkę. Pierwsza reakcja.... ale czemu jak mam płacić za wejście do baru, druga.. aaa to tylko 2 EUR za osobę. A to spoko. No i podobno to idzie do pracowników. Pod koniec nocy zastanawialiśmy się co tak mało bo kelnerzy nie mieli łatwo a napiwków tu nikt chyba nie zostawiał.

Drugie zdziwienie było... ops. My jesteśmy na meczu Chorwacja – Canada a tu nie ma już wolnych miejsc. Eeee... pójdą sobie, pomyśleliśmy. Gdzie tam. Nikt nigdzie nie poszedł a ludzi jeszcze przybyło. Tak więc przykleiliśmy się do baru, żeby mieć swój własny kąt i łatwość zamawiania piwa i podeszliśmy do tego jak amerykanie. Będziemy dawać dobre napiwki to dadzą nam stolik albo przynajmniej pozwolą nam postawić stołek przy barze. Niestety... to nie Ameryka i przy barze nie można siedzieć, o stoliku zapomnij. Potem zaczęliśmy współpracować z kelnerami odbierając od nich brudne kufle to przynajmniej nas spod baru nie wyrzucili i mogliśmy w kąciku z dobrym widokiem na telewizory oglądnąć mecz.

Było super jak cały bar kibicował i każdy wpatrzony w telewizor śledził mecz. Zdziwiliśmy się tylko jak dużo niemieckich kibiców było. Nie mieli najlepszych min ale jak to się mówi, piłka zbliża więc wszyscy mieli dobrą zabawę.

Po meczu stwierdziliśmy, że pasuje wreście coś zjeść. Wcześniej priorytezowaliśmy mecz a nie kolację ale głód i nas dopadł. Nie bardzo mieliśmy plan więc wróciliśmy pod hotel i się okazało, że zaraz obok jest całkiem fajne miejsce z tapas. Tak więc przy szynce bellota pożegnaliśmy Barcelonę.

Szkoda, że nie spędziliśmy tu więcej czasu. Oj jak bardzo się stęskniliśmy za Europą. Ma ona coś w sobie. Na drugi dzień obudził nas radosny sms. Nasz samolot jest opóźniony. Normalnie nie jest to fajna wiadomość ale jak jesteś jeszcze w łóżku i dostajesz nagle pół godziny dodatkowego snu to jest to piękne.

Rok się może jeszcze nie skończył ale były to najlepsze wakacje w tym roku. Tak jakoś się poskładało, że mało wakacji mieliśmy międzynarodowych a Barcelona swoją magią, baśniową architekturą, pysznym jedzeniem, no i niesamowitymi kibicami skradła nasze serce. To był intensywny ale piękny wyjazd, tak intensywny, że na lotnisku w lounge była herbatka i polski pączek. Dość piwa na jakiś czas...

Read More
Hiszpania Ilona Hiszpania Ilona

2022.11.26 Barcelona i Cadaques, ES (dzień 3)

Udało się, mamy autko. Nawet nie sprawdzali za bardzo międzynarodowego prawa jazdy. Wczoraj je wyrobiliśmy online, potem hotel nam wydrukował, machnęliśmy panu w wypożyczalni przed nosem wydrukowanymi kartkami i dostaliśmy kluczyki. Ale do czego…do czegoś co nazywa się Cupra i ma biegi … a pan mówił, że daje Darkowi lepsze auto za lojalność.

Darek sam, nie przymuszony zgodził się na biegówkę. Stwierdził, że trzeba ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy. Jednego tylko nie przewidział…że będzie musiał jeździć po wąskich, górskich uliczkach i to jeszcze ze światłami, pieszymi, śmieciarkami i innymi atrakcjami.

Dziś wyjeżdżamy z Barcelony. Jeszcze tu wrócimy na jedną noc ale z soboty na niedzielę postanowiliśmy gdzieś wyjechać poza miasto. Myśleliśmy o Valencji, Gironie ale docelowo padło na Cadaques. Planując Barcelonę natknęłam się na stwierdzenie, że Cadaques jest jednym z najładniejszych morskich miasteczek. Na zdjęciach wyglądało fajnie…więc czemu nie olać wąskich uliczek Girony i Valencji i pojechać bardziej na północ.

Tak tu też były wąskie uliczki ale przynajmniej znalazłam nam nocleg w winiarni do ktorej dojazd nie wyglądał źle i która ma dedykowany parking. Nie może jednak w życiu być łatwo i zanim wyjechaliśmy na autostradę to swoje na krętych uliczkach trzeba było przeżyć.

Tibidabo a dokładnie katedra tam była naszym celem. Na obrzeżach miasta Barcelona jest wzgórze (pewnie nie jedno) które my znaliśmy przez kościół Cumbre del Tibidabo. Podobno Tibidabo jest najwyższym wzniesieniem w Barcelonie (512 m / 1680 ft). Wyjeżdżając na te pięćset metrów, biegówką, Darek miał czasami ochotę wysiąść i zostawić auto. Przyznaję, nie była to przyjemna droga z tymi wszystkimi pieszymi chodzącymi jak im się podoba, rowerzystami i śmieciarkami zatrzymującymi się w najmniej odpowiednich momentach. Ale dzielnie wyjechaliśmy na górę i co… i zdziwienie. Duży parking - to akurat plus, i mega kolejka do kasy. Próbujemy się doczytać czy to aby na pewno kolejka po bilety do kościoła ale tam coś pisze, że $35… hmm… trochę dużo jak na kościół. Olaliśmy więc kolejkę i stwierdziliśmy, że podejdziemy jak najdalej się da.

I dało się, podeszliśmy pod kościół, na kościół (schody i mury otaczające) i do kościóla. I wszsytko za darmo. To po co ta kolejka? Do parku rozrywki. Zaraz przy kościele zrobili park z mnóstwem karuzel i innych atrakcji. Jest to najstarszy park rozrywki w hiszpani i jeden z najstarszych w Europie. Wow… no widok jest fajny, ale żeby wyjeżdżać tu po tych krętych drogach to trochę nie fajnie.

Kościół Serca Jezusowego na Tibidabo powstał z początkiem XX wieku (budowa od 1902 do 1961). Ciekawostką jest, że do pomysłu powstania tu kościoła katolickiego przyczyniły się plotki, że protestanci chcą wybudować tu swój kościół plus hotel i kasyno. To zmobilizowało katolików to wykupienia ziemi i stworzenia kościoła.

Budowla ładna, jak zawsze podziwiałam ogrom pracy który został w jej budowę włożony. Na pewno nie było łatwo wywieź tu wszystkie materiały budowlane i narzędzia. Kościół składa się z górnej i dolnej części. W każdej jest ołtarz, nawa itp ale dolna jest zdecydowanie bardziej wystawna.

Można też wyjechać na wieżę i podziwiać widok ale my i tak mieliśmy całkiem fajny widok więc już wyżej nie wyjeżdżaliśmy.

Kościół zaliczony, karuzele nie… ale to na własne życzenie zostało ominięte więc czas w drogę bardziej na północ. Do przejechania mieliśmy 170 km czyli około 105 mil. Niby nie dużo, ale Darek już mi nie wierzył i tylko wypatrywał ile mamy do autostrady. Na szczęście nie było źle i dość szybko wjechaliśmy na autostradę AP7 którą przejechaliśmy większość odległości.

Pod koniec zaczęło się ciekawie ale że nie było dużo świateł ani innych aut na drodze to nie było tak źle i mogliśmy podziwiać widoki a nie stresować się, że potrącimy jakiegoś rowerzystę.

Oficjalnie byliśmy na Costa Brava. Pamiętam jak pod koniec lat 90-tych Costa Brava to było wielkie wow dla Polaków. Powiedzenie, że spędzało się wakacje na Costa Brava to były jakieś egzotyczne wakacje dla bogaczy. Przynajmniej tak mi zapadła ta nazwa w pamięć. Spodziewałam się samych kurortów przy plaży a tu w zamian dostałam pagórki, skaliste wybrzeża i nie da się zaprzeczyć całkiem fajne widoki.

Śpimy w winiarni Sa Perafita. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy to polecamy. Naprawdę cudowna miejscówka. Super pokoje, blisko do Cadaques i ogólnie super sielanka. Z tym blisko do Cadaques to jest kwestia sporna. Teraz mieliśmy jakieś 6-8 minut samochodem. W lecie jednak można stać nawet godzinami. Cadaques nie wpuszcza do miasta więcej ludzi i samochodów niż się zmieści na parkingu. Tak więc czasem trzeba czekać. Można też nocować w Sa Perafita i na nogach się przejść do miasta (ok 45-60 min).

My zdecydowaliśmy się na samochód bo przecież na mecz trzeba było zdążyć. Dziś Polska z Arabią Saudyjską gra. To już muszą wygrać… coś w końcu muszą wygrać.

Z tym meczem jednak nie było łatwo. Pojechaliśmy do miasteczka i mieliśmy nadzieję, że przecież wejdziemy do pierwszego lepszego baru i będą telewizory. Ehhh… to amerykańskie podejście do życia. Jak bardzo się zdziwiliśmy jak tu chodziliśmy od baru do baru a telewizora nie ma. Fakt faktem większość miejsc to restauracje, pizzerie itp ale i tak się zdziwiliśmy, że nie puszczają. W końcu weszliśmy do jakiejś restauracji co barman mówił po angielsku. Pytam się go więc o TV i o mecz a on mówi, że ogólnie by włączył ale ktoś akurat tam siedzi przy stoliku więc nie włączy ale jak coś to jest taka knajpa Casino i tam powinni puszczać mecze.

Zawróciliśmy szybko na pięcie i ruszyliśmy w kierunku kasyna. Jak się okazało to była zwykła knajpa, dość duża sala, telewizorów trochę, puszczali mecze i co najważniejsze mieli najtańsze piwo jakie od lat piliśmy. Piwo poniżej $2.5. I to całkiem niezłe. Zwykły hiszpański lager ale za dwa piwa zapłaciłam 4.60 EUR. Wow… to takie ceny jeszcze istnieją.

Widać, że dobrze kibicowaliśmy bo polska wygrała 2:0. No i widzieliśmy sławetny gol Lewandowskiego - jego pierwszy w mistrzostwach świata. Aż dziwne, że tyle kopie piłkę i dopiero pierwszy raz udało mu się zdobyć gol na mistrzostwach.

Po meczu ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Nie jest to duże miasteczko więc zwiedzania za dużo nie ma ale chciałam podejść pod dom Salvador’a Dali. Jeśli dobrze się orientuję to tu Salvador mieszkał do końca swoich dni. Dzielił on swój czas pomiędzy Stanami, Francją i Hiszpanią ale jak przystało na Hiszpana, uwielbiał on mieszkać w tej części świata. Co nie do końca było popierane przez innych artystów (między innymi Pablo Picasso) którzy to byli przeciwni polityce Franco i nie wiele chcieli mieć wspólnego z Hiszpanią.

Pod dom nie było łatwo dojść. Przez jakieś remonty musieliśmy się przeciskać pod siatkami i innymi przeszkodami ale, że każdy tak szedł to my też podążaliśmy za stadem. Domu nie wiele widzieliśmy, ale widok z podwórka miał super.

Cadaques nam się spodobało. Bardzo fajne nadmorskie miasteczko. Pełno małych sklepików, restauracji, bulwar nad wodą i łódeczki pływające po zatoce. My pobyt w miasteczku zakończyliśmy na pizzy. Dużo miejsc było już zamkniętych i zdecydowanie widać było, że jesteśmy po sezonie. Nam to akurat pasuje. Mniej tłumów, tańsze ceny i ogólnie jakoś tak przyjemniej.

Dzień natomiast zakończyliśmy na meczu Argentyna - Meksyk. Też bardzo ciekawy mecz. Niestety w spanie w winiarni ma też swoje negatywne uroki, nie ma tu baru gdzie można oglądnąć mecz. Ale to nic. My sobie bar sami zrobiliśmy. Laptop, piwko z lodówki i wszystko można.

Wygrała Argentyna… czas do spania. Ciekawe czy jutro obudzą nas koguty. W końcu na wsi jesteśmy. W koguty wątpię ale na pewno to będzie spokojna i cicha noc.

Read More
Hiszpania Ilona Hiszpania Ilona

2022.11.25 Barcelona, ES (dzień 2)

Kolejny dzień w raju... bo dla mnie to jest raj. Uwielbiamy europejskie miasta i tak bardzo się za nimi stęskniliśmy. Poza Amsterdamem, który odwiedziliśmy przelotem w sierpniu nie zwiedzaliśmy Europy przez ponad 3 lata. Ostatni raz byliśmy w Pradze w 2019 roku. Dlatego ta wycieczka jest taka wyjątkowa. Jest dowodem, że z COVIDem trzeba żyć i nie rezygnować z przyjemności.

Odstukać udało nam się nie mieć dziś jet-laga i nie było pobudki o 4 nad ranem. Te drzemki po wylądowaniu na dobre nam wychodzą i stwierdzam, że trzeba zmienić strategię. Dawniej jak byłam młoda to na siłę próbowałam przetrwać dzień żeby się przestawić. Często jednak wtedy kończyłam z jet-lagiem i pobudki o 4 nad ranem, albo zasypianie koło 6 rano było standardem. Teraz z drzemką w ciągu dnia przestawienie się jest dużo łatwiejsze.

Dzień zaczęliśmy od pysznego hotelowego śniadania. Dobrze jest być platinium bo wtedy śniadanka ma się za darmo i można w papućkach zejść na poranną kawę i świeżo wyciskany soczek. Darek standardowo poszedł w omlet a ja standardowo w wynalazki. I bardziej nie wiem co to za jedzenie to tym bardziej jestem chętna żeby spróbować. No chyba, że wygląda mało apetycznie albo jeszcze chodzi po talerzu. Wtedy i ja zamówię omlet.

Dzisiaj zwiedzania ciąg dalszy. Zaczynamy od Park Guell. Park Gudiego jak potocznie każdy go zna jest prywatnym parkiem w którym można spędzić godziny podziwiając wiszące tarasy, przejścia, alejki, tarasy, fontanny no i papugi.

My do parku podjechaliśmy metrem. Wczoraj za bardzo metra nie używaliśmy ale dziś stwierdziliśmy, że w sumie czemu nie. Na nogach mielibyśmy około 1.5h w każdą stronę więc metro wydało się rozsądnym pomysłem. I tak już zostało. Polubiliśmy metro Barcelońskie. Jest szybkie, można na nim polegać i w cenie metra nowojorskiego. Ma mniej linii i mniejszą sieć ale z czym tu porównywać. Nowy Jork ma metro z największą ilością stacji a metro w Shanghai ma najdłuższą sieć.

Metro dowiozło nas prawie pod park w 20 minut. Prawie bo na sam koniec czekała nas wspinaczka pod dość duża górę. Na szczęście zrobili tam schody ruchome więc poszło. Nie żebym narzekała ale jak na koniec listopada robiło się dość ciepło i ściągaliśmy bluzy dresowe bo było ciepło jak z początkiem lata.

Park Guell to 12 hektarów prywatnego parku, który jednocześnie jest jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Barcelonie. Oczywiście swoją popularność zyskał dzięki Gaudiemu bo przecież całe miasto w zasadzie należy do niego. To właśnie Gaudi i jego wizja i sztuka sprawia, że miasto jest bajkowe a turyści spędzają godziny w parku aby zrobić sobie zdjęcie… najlepiej bez tłumów (mało realne) na tle magicznych budynków.

Park jest fotogeniczny, ciekawy i bardzo miło jest odejść od zgiełku miasta. Niestety w miejscach najbardziej kolorowych (przez mozaikę) jest najwięcej ludzi. Dobrze, że można odejść troszkę w głąb i nadal jest ciekawie a dużo mniej ludzi.

W parku spędziliśmy trochę godzin. Człowiek nawet nie zauważa kiedy czas mija. Pogoda nam dopisała - lepszej nie mogliśmy sobie wymarzyć. Chodziliśmy po parku odkrywając zakamarki, czasem te najbardziej oblegane, czasem te mniej ale za każdym zakrętem było coś ciekawego i ładnego.

Darkowi chyba najbardziej spodobało się, że nauczył się nowego słówka. “Grande Idiota” (chyba nie trzeba tłumaczyć). Nie do końca wiemy co ktoś zrobił, ale usłyszeliśmy jak dwóch strażników ze sobą rozmawiało i “grande idiota” często się pojawiało. No tak ciekawe wynalazki są na tym naszym świecie.

Po parku pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Jutro wypożyczamy auto ale już będąc w Barcelonie zorientowaliśmy się, że zapomnieliśmy spakować międzynarodowego prawa jazdy. Niestety bez tego możemy mieć problemy z wypożyczeniem auta. Woleliśmy dziś pojechać i się dowiedzieć co i jak, żeby w razie czego zmienić hotele itp. Na szczęście się okazało, że międzynarodowe prawo jazdy można wyrobić online. Płaci się $29 i do godziny przychodzi na maila. Potem trzeba tylko wydrukować i wszystko jest ok. Tak też zrobiliśmy a jutro się dowiemy czy na pewno nam wydadzą samochód.

A się dziś najeździmy tym metrem. Znów wskoczyliśmy w metro i tym razem pojechaliśmy w kierunku plaży. La Barceloneta to dzielnica przy samych plażach. Takie plaże w centrum miasta to ciekawe urozmaicenie. Oczywiście jest to też raj dla bezdomnych choć na plaży w Barcelonie w listopadzie i zimie musi być zimno. Już teraz dość mocno wiało. Na plaży jest też hotel W. Ciekawa budowla którą widać z daleka. Podeszliśmy pod niego i nawet mieliśmy nadzieję, że uda nam się wypić jakiegoś drinka na dachu ale niestety tylko bar hotelowy na lobby był otwarty. Stwierdziliśmy, że bar jak bar więc wracamy do siebie. Zwłaszcza, że dużo czasu nie mieliśmy bo trzeba kolejną kamienicę Gaudiego odwiedzić.

Casa Mila zwana również La Pedrera, jest kolejnym apartamentowcem zaprojektowanym przez Gaudiego. Gaudi miał około 58 lat jak projektował tą kamienicę na prośbę biznesmena Roger Segimon de Mila. Jak można sądzić po wieku Gaudi był w pełni kariery i twórczości więc wynajęcie go do zaprojektowania tego budynku nie było tanie.

Po Casa Battlo z wczorajszego dnia spodziewaliśmy się kolejnych cudów. Dlatego jak tylko weszliśmy do środka i mieliśmy opcję na nogach czy windą to zdecydowaliśmy się na nogi… ops, to nie był najlepszy pomysł. Znaczy się nic wielkiego się nie stało, po prostu wyszliśmy na szóste piętro ale klatka schodowa nie była warta naszego wysiłku, naprawdę nic ciekawego.

Na ostatnim piętrze można zwiedzać apartamenty. Moją uwagę przykuł jednak widok z okna a szczególnie piękny zachód słońca który zaczął malować różowe kolory na niebie. Ponieważ w Casa Milo jednym z najbardziej intersujących miejsc jest dach to miałam nadzieję, że przy tych kolorach będzie super… i rzeczywiście było.

Zastanawiacie się co to jest? To są kominy. Odpowiedzialne za wentylowanie pomieszczeń, połączone są czasem w grupy a czasem są wolno stojące. Mi to przypomina jakieś stworki. Otwory wentylacyjne wyglądają jak oczy, czyż nie? Tak kreatywne stworzenie kominów pozwoliło na zaadoptowanie dachu do przyjemnych rzeczy. Miło się po nim przechadzać, podziwiać Barcelonę i relaksować się w ciszy.

Zanim jednak wyszliśmy na dach po drodze przeszliśmy przez strych. Nie jest to oczywiście byle jaki strych, zagracony, z pajęczynami itp. Pamiętajcie, że ten strych jest zaprojektowany przez Gaudiego. Jednego z najbardziej kreatywnych architektów.

Tym razem Gaudi zdecydował się na użycie ceglanych luków, które same w sobie nie nadwyrężają struktury budynku a wręcz przeciwnie, wspierają ciężki dach przez co budowla była bezpieczna i przetrwała ponad sto lat.

Aktualnie na strychu znajduje się wystawa o twórczości Gaudiego gdzie przybliżane są architektoniczne szczegóły jego największych dzieł jak La Sangrada, Cala Battlo etc. Tak więc po mało ciekawej klatce schodowej, po takich sobie apartamentach, po niesamowitym strychu cała wycieczka zakończyła się na dachu gdzie było prawdziwe wow… a jak się człowiek dowie jeszcze, że to wszystko to zwykłe kominy to jest podwójne wow.

Już przed zwiedzaniem La Pedrera mieliśmy ochotę na jakąś kawę i ciastko. Niestety w kawiarni w kamiennicy Milo kelnerzy tak się wolno ruszali, że po 10 minutach czekania na kogokolwiek, stwierdziliśmy, że idziemy stąd. Na szczęście od jakiego czasu śledzę tasteaway.pl i jak przystało na znakomitych cukierników, na ich blogu można też znaleźć polecajki na pyszne ciacha.

Kosztowały tyle samo co w Warszawie (po przeliczeniu), smakowały tak samo dobrze… no poczułam się jakbym była w Deseo. Tego nam trzeba było. Po przejściu ponad 20tys kroków, mały zastrzyk energii w postaci czegoś słodkiego i kawy był wskazany.

No to teraz można pokibicować komuś! Akurat grała Holandia z Ekwadorem i udało im się zremisować. Nawet jacyś zabłąkani Ekwadorczycy się znaleźli w barze i kibicowali z całej siły. Piłka jednak łączy bo po chwili każdy kibicował, a ludzie tylko przystawali przy knajpie, żeby załapać się i zobaczyć jakąś dobrą akcję.

Niestety meczu USA nie uda nam się zobaczyć bo akurat wtedy mamy rezerwację w dość dobrej restauracji i wątpię, żeby ktoś tam mecze puszczał. Darek był trochę zawiedziony ale kocha to wybaczył… gorzej bo potem był zawiedziony porcją swojego dania głównego… tu już chyba nasza miłość została poddana niezłej próbie…

Z tą kolacją to było tak. Po pierwsze to najwcześniejsza rezerwacja była na godzinę 20. No to się trochę wystraszyłam, że knajpa tak popularna, że wszystkie wcześniejsze godziny, gdzie normalni ludzie jedzą kolację są już zajęte… ops… zapomniałam, że jestem w Hiszpanii. Tutaj dopiero otwierają o godzinie 20…

Po drugie to knajpę wybrałam z polecenia TasteAway (dziękujemy bardzo), ale zapomniałam, że kuchnia hiszpańska uwielbia tapas czyli mniejsze porcje, bardziej jak zakąski. W restauracji Dos Pebrots właśnie tak jest, że większość dań to mniejsze porcje przez co można więcej spróbować. Tak też zrobiliśmy i popróbowaliśmy różnych wynalazków… krówki, rybki… wszystkiego po trochę.

Super się siedziało i delektowało lokalną kuchnią, nawet deser poleciał… deser który opisali jednym zdaniem “co by się stało jakbyśmy nie pojechali do Ameryki”, deser nie wyglądał może apetycznie ale był przepyszny.

I na tym właśnie skończyliśmy wieczór. Czas się wyspać przed kolejnych dniem pełnym przygód.

Read More
Hiszpania Ilona Hiszpania Ilona

2022.11.23-24 Barcelona, ES (dzień 1)

Barcelona…aż trudno uwierzyć, że jeszcze nas tam nie było. Barcelona jest jednym z tych miast Europejskich gdzie każdy Amerykanin leci w pierwszej kolejności. No i nie dziwne, położona na wybrzeżu ma plaże w środku miasta a jednocześnie super nocne życie, raj restauracyjny no i niesamowitą architekturę.. głównie Gaudi ale nie tylko.

Nie sądziłam, że uda nam się wyskoczyć gdziekolwiek w listopadzie bo wiadomo, że w sklepie u Darka jest największy ruch. Więc jak Darek stwierdził, że w sumie to czemu nie, jeśli lot będzie po 8 wieczorem…to mi długo nie trzeba było mówić. Jeden bilet udało nam się skołować za darmo (punkty) więc kolejny powód, żeby powiedzieć tak. Tak więc środa wieczór a my w drodze na lotnisko. Święto dziękczynienia w Stanach to zawsze okres podróży więc troszkę obawialiśmy się kolejek na bramkach ale nawet wszystko poszło sprawnie… kolejki za to były do lounge.

Niestety coraz więcej ludzi wyrabia karty kredytowe, które dają darmowe wejściówki do lounge na lotniskach. Jest to super sprawa bo ceny w knajpach na lotniskach są masakryczne więc możliwość zrelaksowania się w ciszy, przekąszenia małego co-nieco, i wypicia darmowego piwka czy innego napoju wg. preferencji jest kuszące. Niestety zwiększona ilość ludzi, która może skorzystać z tego przywileju sprawia, że już drugi raz pod rząd nie udaje nam się wejść.

Przepłaciliśmy za coś co miało być flatbread ale cóż pociesza nas perspektywa dobrego katalońskiego jedzonka i 5 dni spędzonych w słonecznej Barcelonie.

Bez zbędnych opóźnień nad ranem wylądowaliśmy w Barcelonie. Na dzień dobry przywitała mnie wiadomość z aplikacji Marriotta, że nasz pokój jest gotowy. Była to najlepsza wiadomość bo w samolocie prawie w ogóle nie spaliśmy więc pójście do łóżka na parę godzin drzemki było naszym chwilowym marzeniem.

Z lotniska do centrum wzięliśmy autobus A1. Za 5.90 eur. Można dojechać ekspresowo i bezpośrednio z lotniska do centrum. Na początku wystraszyła nas kolejka ale szybko zobaczyliśmy, że autobus za autobusem przyjeżdża. No i fajne rozwiązanie. Z autobusu do hotelu już spacerkiem na nóżkach 15 min.

Śpimy w Marriocie, choć nie jest to oczywiste bo na tym wyjeździe mamy mieć 3 hotele i tylko jeden jest Marriotta. No tak koniec roku to i koniec budżetu wakacyjnego więc trzeba wykorzystywać wszystkie punkty jakie się ma. Hotel Le Meridien Barcelona położony jest przy ulicy La Rambla. Podobno jednej z bardziej uczęszczany i znanych ulic.

Ilość ludzi tu na ulicach trochę mnie zdziwiła. Dużo ich. Chyba odkąd nie pracuję przy Times Sqr czy Macy's to zapomniałam jak zatłoczone mogą być turystyczne miejsca. Choć tu więcej ludzi jest w okolicy La Rambla niż w rejonie La Sagrada Familia.

To właśnie La Sangrada Familia była naszym pierwszym punktem turystycznym. Katedra La Sangrada jest największym dziełem Gaudiego. Poświęcił jej 40 lat swojego życia, pracował nad nią do końca swoich dni i dalej jej nie skończył.

140 lat po rozpoczęciu budowy nadal są tu drzwigi i prace są dokańczane. Jak dla mnie to katedra z dźwigiem już tak wpasowała się w krajobraz Barcelony, że dziwnie będzie jak już skończą dzieło Gandiego. Oczywiście ładniej będzie jak skończą a może i więcej otworzą bo póki co można tylko zwiedzać dół i wyjechać na wieże. Problem tylko w tym, że wieże są w remoncie i poza wąska klatką schodową to nie wiele można tam zobaczyć. Ogólnie, wieżą (Novelty Tower) byliśmy bardzo zawiedzeni.

Wnętrzem za to byliśmy zachwyceni. Przepiękne sklepienie, witraże, gra świateł, no i detale. Naprawdę robi wrażenie.

Z zewnątrz z kolei to nic innego jak biblia na murze. Zewnętrzne fasady La Sangrada Familia to nieskończona ilość rzeźb, które przedstawiają sceny z pisma świętego. Od narodzin po ukrzyżowanie.

Do Barcelony/Hiszpani przylecieliśmy na dość krótko. Tylko 4 pełne dni, w poniedziałek już wracamy. Jest to wystarczająco, żeby zobaczyć miasto a może i wyskoczyć na wycieczkę za miasto. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę mundialu. Lubimy oglądać mistrzostwa świata czy Europy w piłkę więc teraz do dość zapchanego planu zwiedzania muszę jeszcze dołożyć mecze.

Po La Sangrada udaliśmy się w poszukiwanie jakiegoś fajnego Tapas. Znaleźliśmy ale otwarte dopiero od siódmej popołudniu. No tak…Hiszpanie i ich siesta. Dobrze, że udało nam się znaleźć bar amerykański, który nie tylko był otwarty, miał telewizory gdzie puszczali mecze no i do tego wszystkiego podawali typowy obiad dziękczynienia. W Stanach dziś jest Indyka…tak więc z okazji tego święta i nie tylko dziękujemy wszystkim naszym wiernym czytelnikom. Jesteśmy wam wdzięczni za czas jaki poświęcacie na czytanie naszych wypocin!

Skończył się mecz (wygrana Portugalii), skończył się indyk…piwo tam się nigdy nie kończy ale czas na przerwę się skończył i ruszyliśmy do kolejnej atrakcji.

Casa Batllo, w 1904 roku Gaudi podjął się remontu i przekształcenia starej kamienicy w centrum Barcelony. Josep Batllo, zakupił najgorszą kamienicę w najlepszej dzielnicy. Jest to zawsze dobry pomysł gdyż można kupić nieruchomość w bardzo okazyjnej cenie. Pierwotnie chciał zbużyć budynek i postawić nowy ale postanowił wynająć Gaudiego i zlecić mu przeprojektowanie. Zarowno Josep i jego żona Amalia nie chcieli limitować artysty i dali mu wolną rękę. Co wyszło? Cudo…

Rodzina Batllo należała do burżuazji tamtych czasów. Pieniądze i sukces odnieśli w biznesie tekstylnym. Z ciekawostek słynny Casanova też się dorobił właśnie na ubraniach. To właśnie Batllo i Casanova rządzili sektorem tekstylnym w tej części świata. Chyba Batllo był dobrym biznesmenem bo stworzenie takiej kamiennicy napewno nie było tanie.

Zwiedzać można dolne piętra z salonami, a także prywatne kwatery. Przepiękną klatką schodową można wyjść na wyższe piętra gdzie urzędowała służba oraz na dach. Jak to dziwnie się zmieniło. Teraz im na wyższym piętrze mieszkasz tym lepszy masz status, dawniej im niższy status tym wyższe piętro.

Gaudi w swoich pracach wzorował się dużo na naturze. Inspiracji szukał w lasach, roślinach, zwierzętach. Przez to jego prace są troszkę jakby z wyimaginowanego świta, bo przecież natura sama w sobie jest niesamowita, tajemnicza i wyjątkowa.

I tak wspinając się klatką schodową zaszliśmy na sam strych a ze strychu na dach. Nawet na dachu nie zabrakło ciekawych elementów dekoracyjnych. Widoku z dachu powalającego nie było (same inne dachy) ale elementy dekoracyjne były fajne.

Myśleliśmy, że po dachu już nie wiele będzie. Pewnie zejście na dół do sklepu z pamiątkami i koniec wycieczki. Trochę się pomyliliśmy. Na dół schodzi się inną klatką schodową..nie jest to zwykła klatka schodowa. Japoński architekt Kengo Kuma zainstalował tam niesamowity projekt. Miliony metalowych łańcuszków które sprawiają wrażenie niekończącego się tunelu. Super to wygląda.

Na koniec spytali się czy nie mamy klaustrofobii albo innych schorzeń i zamknęli nas w pokoju… duży był pokój. Powiedzieli tylko, że będzie jakiś pokaz wirtualny. No i rzeczywiście. Zaczęła grać muzyka a na ścianach, suficie i podłodze przewijały się obrazki. Trochę nowoczesne, trochę z twórczości Gaudiego. Mix wszystkiego.

A na sam koniec załapaliśmy się na pokaz światło i dźwięk na kamiennicy Battlo.

Na tym skończyliśmy zwiedzanie, to znaczy skończyliśmy oficjalne punkty wycieczki. Można było wreszcie zanieść ciężkie aparaty i obiektywy do hotelu i ruszyć na miasto. Miałam na liście parę miejscówek więc zaczęliśmy od pierwszej, niedaleko hotelu. Miał to być bar z tapas i lokalnym piwkiem. Jakie było nasze zaskoczenie jak weszliśmy, zobaczyliśmy menu a tam… Browar Stu Mostu, tak dokładnie, ten sam z Wrocławia.

Nie było tam jednak atmosfery więc ruszyliśmy dalej w miasto. Następny przystanek to było Craft Barcelona, tak właśnie nazywała się knajpka. Miało być fajnie, miała być muzyka na żywo i miało być w dzielnicy imprezowej. No to poszliśmy do tej słynnej dzielnicy Gothic Quarter.

Dopóki więcej młodych ludzi szło w naszym kierunku to było dobrze choć były momenty gdzie się zastanawialiśmy czy tu naprawdę coś jest. Jak się okazuje to jest tu dużo tylko trzeba wiedzieć gdzie się zgubić i poskręcać w małe uliczki a wtedy znajduje się perełki.

Za każdym rogiem jakaś niespodzianka. Przez chwilę człowiek się zastanawia czy czasem źle nie skręcił i jak już zaczyna wątpić w swoje wybory to z za rogu wydobywa się muzyka i pojawia się jakiś grajek, tenor czy inny utalentowany muzyk. Wrażenie które nie da się opisać… ale zdecydowanie polecam się tam “zgubić” bo tego nie da się zaplanować.

Dzień zakończyliśmy w Cocktails and Tapas. Ciężko było znaleźć miejsce z otwartą kuchnią o godzinie 22 więc nie wybrzydzaliśmy tylko weszliśmy do pierwszego lepszego miejsca koło hotelu. Początkowo dość pusta miejscówka z czasem zaczęła się zapełniać tak, że jak myśmy wychodzili to już były tłumy i każdy stołek był zajęty. Barcelonę trzeba zrozumieć.. może wyjeżdżając z niej powiemy, że wiemy o co tu chodzi ale póki co liczymy więcej na szczęście a mniej na pana Google.

I takim właśnie oto szczęściem po 14h spedzonych w Hiszpanii w końcu zjedliśmy upragnionej świnki z rodowodem czyli Jamon Iberico Bellota.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2022.11.14 Copper Mountain, CO (dzień 3)

Sypało, sypało i nawet troszkę śnieżku nasypało…

Wyciągi dzisiaj otwierają o 9 rano. Pomyślałem, że jak przyjdę koło 8:30 to będę jednym z pierwszych i załapie się na pierwsze krzesełka i na nagrody. Pierwszych 100 narciarzy ma coś dostać. Dzisiaj bowiem jest pierwszy dzień kiedy Copper jest otwarte. I nie jest to byle jaki sezon, bo dokładnie 50 lat temu ruszyło pierwsze krzesełko.

Niestety się mocno pomyliłem. O 8:30 już była spora kolejka narciarzy do wyciągu. Muzyka grała na żywo i zapowiadał się wspaniały dzień.

Może nie cały dzień bo tylko mogę jeździć do godziny 12, ale zawsze coś. Potem niestety na lotnisko trzeba jechać.

Parę minut przed godziną 9 ruszył wyciąg. Na pierwsze krzesełko posadzili ludzi którzy tu pewnie już o 7 rano stali. Dali im wstęgę z napisem 50 lat i ktoś ważniejszy z resortu ją przeciął. Kolejny sezon narciarski w Copper rozpoczęty.

Sześcio osobowy szybki wyciąg w mig rozładował tłum i już parę minut po dziewiątej siedziałem na krzesełku.

Wyżej to śniegu było nawet więcej. Można było w listopadzie nawet w lekkim puszku pojeździć.

Zjechałem na dół. Już nie było żadnej kolejki do wyciągu. Znowu wyjechałem na górę. Tym razem wziąłem jeszcze jeden wyciąg i wyjechałem na szczyt.

Trochę tu wiało, ale było do wytrzymania. Niestety widoków nie było za wiele, chmury wszystko zasłaniały.

Zjechałem znowu na sam dół. Był idealny śnieg jak na listopad. W nocy spadło gdzieś 10-15cm śniegu  i dalej sypie. Można było nawet w puszku na początku sezonu pojeździć.

Oczywiście wiele tras jest dalej zamkniętych, ale te parę co były otwarte już mi wystarczyły. Zwłaszcza, że można było zjechać na sam dół prawie ze szczytu.

Wszystko co dobre to stanowczo za szybko się kończy i 3 godziny zleciały nawet nie wiem kiedy. Niestety samolot nie będzie czekał i na lotnisko do Denver trzeba się zbierać.

Zwłaszcza, że nie wiadomo jakie będą warunki na drodze. Śnieg dalej sypie i to coraz bardziej a my mamy ponad 100km drogą przez góry. A może będziemy szczęściarzami i drogę zamkną a my wrócimy w zasypane śniegiem góry!

Mimo, że było zimno (-10C) i przelotne opady śniegu to w większości droga była ok. Mokra ale czarna. Przy samej przełęczy troszkę było gorzej ale nic trudnego.

Z drugiej strony gór natomiast było pięknie i słonecznie. Denver przywitało nas śliczną pogodą ale mroźną. Niestety udało się zdążyć na samolot i wracamy do deszczowego NY.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2022.11.13 Vail, CO (dzień 2)

Vail jest chyba najsłynniejszym resortem w Stanach. Posiada potężne przestrzenie zwane bowlami. I nie ma ich 2-3 tylko 7

Kiedyś prym wiódł Aspen, ale to było kilkanaście lat temu.

Resort Vail się rozbudował do tego stopnia, że powstało miasteczko z supermarketami, szkołami, biura, szpital, lotnisko….

Kiedyś często jeździliśmy do Vail bo był on na moim bilecie i miałem po znajomości darmowe mieszkanie. Parę lat temu zmieniłem mój bilet na inne resorty, bo więcej jeździłem na nartach na wschodzie Stanów. Teraz się trochę pozmieniało i więcej jeżdzę na zachodzie, więc chyba pora zmienić bilet na Epic na którym miedzy innymi jest Vail.

Vail już jest czynny od jakiś dwóch tygodni więc postanowiliśmy tam się wybrać. Nie mam biletu na ten resort, ale Ilonka ma wszędzie znajomości i się udało coś przekombinować.

Z Copper do Vail samochodem zajechaliśmy w niecałe 30 minut. Odebrałem bilecik i wsiadłem do Gondoli. Ilonka poszła poznawać miasteczko i okolice. Zobaczyć jak bardzo się zmieniło przez ostatnie 10 lat.

Vail jest potężnym resortem. Oczywiście dzisiaj wszystko nie jest czynne. Nie można zjechać na dół. Trzeba do dolnej bazy też wrócić gondolą.

Wyjechałem do połowy góry pierwszym wyciągiem a tam już zima w pełni.

Dalej na szczyt jeździł szybki 6-osobowy wyciąg krzesełkowy. Muzyka grała, ludzie tańczyli, słońce świeciło… wow, ale nastrój.

Nawet nie było dużej kolejki i w ciągu paru minut wyjechałem na szczyt. Jak jest pełnia zimy i wszystko jest otwarte to można dalej jechać w góry. Niestety teraz jedyną opcją jaką jest to powrót do tego samego wyciągu.

Na szczęście wiele tras zjazdowych było otwartych i mogłem sobie wybierać.

Od łatwych zielonych do trudnych przez las

Śnieg też był znacznie lepszy niż wczoraj w Winter Park. Było go o wiele więcej i był bardziej puszysty. Jednak Vail to Vail.

Mimo, że tylko jeden wyciąg chodził, to praktycznie bez kolejki się jeździło. Czasami stałem może parę minut, ale w słoneczku i z pięknymi widokami to aż się chciało postać.

Trasy zjazdowe może nie były długie (dalej dolna część góry była zamknięta) ale wystarczające żeby się zmęczyć. Znacznie dłuższe niż wczoraj w Winter Park.

Mimo, że większość terenów dalej była zamknięta to uważam, że się dobrze wybawiłem.

Jeździłem do końca. O 15:30 zamknęli górny wyciąg i gondolami zwieźli wszystkich narciarzy na dół.

W miasteczku przywitała mnie Ilonka i już razem pochodziliśmy sobie po Vail. Resort nie jest jeszcze zatłoczony bo to dopiero początek sezonu. Bez tłumu można było się szwendać uliczkami i zaglądać w stare kąty, powspominać czasy jak w każdą zimę się tutaj imprezowało.

Widać było trochę zmian i parę nowych knajp, ale w większości wszystkie słynne bary i restauracje dalej były. Jednak Vail to Vail, jak ci się uda tutaj otworzyć knajpę to pewnie jest to dobry interes.

Na kolację wybraliśmy niemiecką knajpę Pepi's Bar & Restaurant. Nie pamiętam czy w niej kiedykolwiek jadłem, więc tym bardziej trzeba było ją wypróbować.

French Onion Soup i lekko wypieczona sarnina. Te dwie potrawy mnie zaciekawiły. Zupa jak zupa, była dobra, ale mięsko było pyszne. Pół surowe w jakimś ciekawym sosie. Jak tu wrócimy w  środku zimy to obowiązkowo tu zjemy kolację. Pewnie w sezonie trzeba robić rezerwacje parę dni/tygodni wcześniej ale niestety coraz więcej ludzi podróżuje i trzeba planować o wiele wcześniej.

Po kolacji wróciliśmy do naszego resoru Copper. Jutro tutaj jest wielki dzień. Pierwszy dzień w tym sezonie. Nie byłoby to nic zwyczajnego gdyby nie to, że jest to specjalny sezon. Dokładnie 50 lat temu ruszył tutaj pierwszy wyciąg. Organizatorzy planują otwarcie z pompą. Muzyka na żywo przy dolnej stacji, nagrody dla pierwszych 100 narciarzy, burmistrz przecinający wstęgę na pierwszym krzesełku….

Na pewno będzie się dużo działo i mam nadzieję, że będę brał w tym czynny udział.

Jak narazie zrobiła się idealna pogoda na jutro. Jakieś -10C, bezwiecznie i intensywne opady śniegu.

Nie mogę się doczekać poranka…..

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2022.11.12 Winter Park, CO (dzień 1)

Zima, zima, ach ta zima…. co za piękna pora roku! Zwłaszcza dla miłośników białego szaleństwa.

U nas na wschodzie prawdziwa jesień. Mocny wiatr, zimny deszcz i może +10C. Na zachodzie Stanów (Kalifornia) potężne opady śniegu. Ale tak wielkie, że mówią, że największe od wielu lat na początku sezonu. Resorty dostały od metra do półtora w ciągu 48 godzin!

My niestety nie lecimy do Kalifornii, ale do Denver. Tam też ponoć już trochę śniegu spadło. Lecimy go szukać….

Już chyba zapomnieliśmy jak to się wylatuje w piątek wieczorem z JFK. Obłożenie lotnisk wróciło już do czasów z przed Covida, czyli swoje trzeba odstać. Od odjechania z gate do startu godzinkę trzeba odsiedzieć w samolocie. Chyba już wszystko wróciło do normy. Piątkowy wyjazd z NYC to godzinka murowana. Czy to wjazd do tunelu, mostu czy pas startowy. Na szczęście w samolocie można się wyłożyć, zdrzemnąć, popracować, drinka wypić… Za kierownicą trochę z tym gorzej.

Lot minął bezproblemowo i około godziny 22 wylądowaliśmy w Denver. Miasto przywitało nas wspaniałą -2C temperaturą.

Pilot wykonał dobrą robotę i nadrobił godzinne opóźnienie. Wylądowaliśmy tylko 10 minut później. Już dzisiaj po nocy nie chce nam się jechać w góry, więc śpimy na lotnisku w hotelu.

Hotel Westin (należy do Marriotta) szczyci się świetnymi materacami, nazywa ja Heavenly Bed (Niebiańskie łoże) pozwolił nam się szybko i dobrze wyspać. Naprawdę ma świetne materace. Z dobrych wiadomości, to można je kupić. Nie wiem ile kosztują, ale jest taka opcja.

Następnego dnia zjedliśmy duże śniadanie. Musi nam wystarczyć na cały dzień. Wzięliśmy samochód, wpadli na autostradę 70 i ruszyli dalej na zachód.

Dzisiaj jedziemy do nowego resoru, Winter Park. Nigdy w nim nie byliśmy. Nie wiem dlaczego. Może jest mały, może za blisko Denver i Boulder i jest dużo ludzi, a może nigdy jakoś nam nie było do niego po drodze.

Chcemy poznać całe Kolorado, więc i mniejsze resorty reż trzeba odwiedzić.

Z autostrady 70 zjeżdżamy na drogę 40 i zaczyna się zabawa.

Droga 40 przechodzi przez jedną z wyższych przełęczy w Colorado. Przełęcz Berthoud, 3,446m.

Ponoć jest to często uczęszczane miejsce przez mieszkańców Denver, latem i zimą. Hiki, narty i inne sporty. Przez przełęcz przechodzi słynny szlak, Continental Divide. Szlak idzie od Meksyku do Kanady. 4-6 miesięcy musisz iść. Ktoś chętny?

Zjechaliśmy z przełęczy do miasteczka Winter Park. Zaparkowaliśmy samochód, wzięliśmy gondolę kabriolet z parkingu i w ciągu paru minut wylądowaliśmy w miasteczku.

Każdy z nas udał się w swoim kierunku. Ja na nartki, odkrywać nowy resort, a Ilonka na szlaki szukać misiów.

Misiów to ja tam spotkać nie planowałam. No chyba, że takich w sklepach z pamiątkami. Miałam jednak nadzieję na jakiegoś liska albo sarenkę. W Winter Park mają bardzo luźne podejście do chodzenia po górach. Wykupujesz pass na sezon za $20 i możesz chodzić po wszystkich trasach narciarskich. Dla mnie to raj na ziemi. Niestety, ponieważ resort nie jest jeszcze otwarty w 100% to niestety nie pozwalają łazikom chodzić w góry. Pewnie się boją, że ktoś pójdzie tam gdzie nie powinien i trafi na trasę, którą akurat ubijają albo robią na niej śnieg.

Nie jest to idealna sytuacja ale w podróżach jak i w życiu zawsze trzeba mieć plan awaryjny. Moim planem awaryjnym było przejście się trasą Fraser River Trail. Trasa ta łączy miasteczko Fraser z resortem Winter Park. Ciągnie się wzdłuż rzeki więc nie ma za dużo różnic wysokości. Natomiast ma ponad 6 mil w każdą stronę (9.6 km). No to nie ma na co czekać… w drogę, trzeba iść.

Ruszyłem w kierunku wyciągów. Na dzień dobry się załamałem. Kolejki do wyciągów były masakryczne!

Już dawno nie stałem 35 minut do wyciągu. Jak się później okazało to z reguły tutaj tak źle nie jest. Dzisiaj jest sobota, ładna pogoda i wiele wyciągów dalej jest zamkniętych.

Odstałem swoje, wsiadłem na wyciąg i zaraz z niego wysiadłem. Niestety to jest krótki wyciąg. Jeszcze gorzej, zjazd na dół trwa może minutę.

Niestety Darek musiał stać w kolejkach bo ja miałam kluczyki od auta. Idąc do wioski Fraser stwierdziłam… no cóż, jak nie będę miała sił wrócić albo znajdę fajny browar to Darek przyjedzie po mnie i wszyscy będą szczęśliwi. I właśnie wtedy kiedy o tym pomyślałam sięgnęłam do kieszeni i co znalazłam,,, jak to co? Kluczyki od auta… ups…. czyli Darek po mnie nie przyjedzie.

No nic, stwierdziłam, że trzeba walczyć i ruszyłam w kierunku miasteczka Fraser. To jest 6 mil (10 km) w każdą stronę. Napisałam tylko do Darka a sytuacji o on, spoko… dawaj dawaj ja coś wymyślę. No więc moim celem stało się dojść do miasteczka Fraser i wrócić na nogach.

Zjechałem, odstałem swoje (tym razem troszkę krócej) i znowu wyjechałem. Na wyciągu mi powiedzieli, że jest jeszcze inny wyciąg i że do niego nie na nawet kolejki.

Rzeczywiście była mniejsza kolejka, ale wyciąg obsługiwał tylko zielone trasy. Lepsze to niż stanie na dole w kolejce.

Nie jest źle, pomyślałem. Jest listopad, a ja już na nartach jeżdżę. Cały sezon przede mną.

Zjechałem na dół. Była pora lunchu, więc kolejki znacznie ubyły i może max 10 minut się stało. Zrobiłem pare szybkich zjazdów.

Śnieg nie był idealny i bardziej przypominał ubity i zmrożony jaki znajduje się na wschodzie Stanów niż puszysty i głęboki z zachodu. Widać, że w dużej mierze był on sztuczny. Chociaż w lasach widać było trochę naturalnego śniegu.

Jeździłem gdzieś do godziny 15:30. Nie mowię, że się wyjeździłem, ale jak na pierwszy dzień sezonu to było ok. Nogi za bardzo się nie zmęczyły i mają siłę na dwa kolejne dni już w większych górach.

Darek skończył jeżdżenie parę minut przed moim dojściem z porotem do stacji wyciągów. Muszę jednak przyznać, że o ile spacerek w tamtą stronę był super, z powrotem, gdzieś tak w połowie powrotnej drogi zaczęłąm czuć zmęczenie… ale co ja nie dam rady? Dałam… ale pod koniec już mi się troszkę nogi mieszały. Najgorsze, że ze zwykłego zaniedbania i lenistwa nie miałam ze sobą wody, tak więc dość mało piłam. Na drogę powrotną kupiłam sobie Kombuchę… ciekawa sprawa i moja nowa miłość.

W każdym razie, zmęczona bo zmęczona dotarłam do miasteczka i spotkałam się z Darkiem. Trasa była bardzo fajna bo szła brzegiem rzeki przez laski, koło jezior i z pieknymi widokami na pobliskie górki. Fajna opcja dla tych którzy nie chca iść wysoko w góry.

Ilonka też zeszła ze swojej bardzo długiej wędrówki i około godziny 16 odjechaliśmy z parkingu w kierunku Copper gdzie będziemy spali kolejne dwie noce.

Autostrada 70 przebiega przez piękne górskie pasma i parę ciekawych resortów. Zaraz za tunelem Eisenhower jest miasteczko Silverthorne. Jest to sypialnia dla takich resortów jak Breckenridge, A Basin czy Keystone. Jak już w tych resortach nie ma miejsc, albo ceny są chore to narciarze tutaj mieszkają.

My tylko po śniadaniu, a wiemy, że w resorcie w którym śpimy (Copper) nic nie znajdziemy do jedzenia bo go dopiero otwierają w poniedziałek. Postanowiliśmy w Silerthorne zjeść kolację.

Ilonka szybko zapytała się Pana Googla co tu można zjeść i polecił nam fajną kameralną knajpkę, Vinny's.

Zamówiłem golonkę z Jagnięciny i był to dobry wybór. Kolorado słynie z Jagnięciny. Jest tak samo dobre jak nowozelandzkie.

Mięsko rozpływało się w ustach, a było go chyba z pół kilograma. Barman mówił, że oni go peklują wiele godzin i dlatego jest takie wyśmienite.

Do tego jakieś stare hiszpańskie wino z rejonu Rioja i uczta na całego.

Spodobało nam się Frisco-Silverthorne. Ma taki górski klimacik (położone jest na lekko ponad 9tys feet / 2773 m), a ceny są niższe niż w resortach. Kiedyś musimy tam pomieszkać i lepiej to zbadać.

W ciągu pół godziny zajechaliśmy do Copper. Zastaliśmy je bardzo puste jak na sobotni wieczor. Resort dopiero otwiera się w poniedziałek, więc za bardzo nic tu się jeszcze nie dzieje. Już widać przygotowania do poniedziałkowej imprezy, bo będzie to ich 50-ta rocznica otwarcia. Na pewno będzie się działo. Zdam relacje.

Jutro natomiast wybieramy się do słynnego Vail. Nie byliśmy tam już chyba z 10 lat!

Read More
USA: Southeast Ilona USA: Southeast Ilona

2022.10.31 Memphis, TN (dzień 3)

Ostatni pełen dzień pobytu w Tennessee. Jutro już wracamy do NY. Z 9 osobowej wycieczki ostało się pięć ludzików. Niestety innych wzywały obowiązki ale i tak miło, że każdy dołaczył choć na chwilkę. Nashville jest fajne ale będąc już w tej części Stanów to fajnie by było zobaczyć też coś innego. Stwierdziliśmy, że nie byliśmy jeszcze w Memphis więc czemu nie... Elvisa można odwiedzić.

Memphis wszystkim kojarzy się z Elvisem. W końcu tu miał piękny dom Graceland, mieszkał, tworzył i zmarł. W Memphis też tworzyły i mieszkały inne sławy takie jak BB King, Al Green czy Aretha Franklin. Skoro takie sławy tam mieszkały i rodziła się tam muzyka blus to spodziewałam się drugiego Nowego Orleanu czy Nashville.

Z Nashville do Memphis jest około 3h jazdy ale na szczęście mogliśmy wypożyczyć auto w Nashville a oddać w Memphis i już z Memphis lecieć do NY. To było duże udogodnienie, bo mogliśmy dzięki temu pojechać tylko na jendą noc. Ciekawe co uda nam się zobaczyć w jeden wieczór.

Zaczęliśmy oczywiście od Graceland. Dom Presley’a jest najbardziej odwiedzanym domem w Stanach. Tylko Biały Dom ma rocznie więcej turystów. Ameryka zwariowała na punkcie Elvisa w latach 50-70 i wariactwo trwa do dziś. Czy naprawdę trzeba tłumaczyć dlaczego? Wystarczy posłuchać jego kawałków, zobaczyć jego koncerty a każdy zrozumie gorączkę jaka opętała jego fanów. W dzisiejszych czasach jego piosenki i ruchy sceniczne możne nie wywołują takiego entuzjazmu, pisku i krzyków ale pomyślcie co to musiało być pół wieku temu.

Nikt nie kwestionuje, że Elvis był niesamowitym piosenkarzem, tancerzem i showmanem ale mało kto się chyba zastanawia dlaczego właśnie on. Elvis wychował się wśród czarnych, od młodych lat słuchał muzyki w najlepszym wykonaniu. Problem polegał na tym, że w ówczesnych czasach segregacja była tak duża, że nikt nie promował afroamerykańskich muzyków. Natomiast wypromowanie Elvisa, który był biały a jednocześnie wnosił do muzyki zakazany rytm i ruchy było łatwiejszym zadaniem.

Polecam oglądnąć film Elvis jeśli jest ktoś zainteresowany jego historią. Uważam, że film jest znakomity i pokazuje historię nie tylko Elvisa ale też Stanów. Cieszyłam się, że film oglądnęłam przed odwiedzeniem Graceland bo jeszcze łatwiej było przenieść się w czasie i odtworzyć historię.

To co mnie najbardziej zaskoczyło w Graceland to pokoje w piwnicy. Spodziewałam się willi na najwyższym poziomie ale wykończenie pokoii rekreacyjnych jak salon TV, pokój z billardem czy pokój dżungla przeszły moje oczekiwania.

Podobno wszystko to było dzieło Elvisa. Jest to kolejny dowód jak bardzo kreatywnym człowiekiem był. A jak to bywa z artystami i kreatywnymi duszami, często niestety gubią się w życiu i ciągle chcąc więcej się zatracają. Przykro, że odszedł w tak młodym wieku ale pomimo jego obaw, on nadal żyje w sercach wielu ludzi. W końcu jego twórczość zmieniła historię.

U Elvisa można spędzić godziny. Posiadłość ogląda się z wirtualnym przewodnikiem, ale poza posiadłością można też oglądać jego samochody, samoloty, są wystawy zainspirowane jego muzyką. Do tego oczywiście dużo sklepików z pamiątkami, jakieś budki z hot-dogami i coca-colą.

My u Elvisa nie jedliśmy, ale po spędzeniu tam prawie 3h czuliśmy się trochę głodni. Wypić piwo i zjeść hamburgera w Memphis to byłoby za proste. Jak pisałam wczoraj chcieliśmy odwiedzić stan Arkansas. Hmmm... No więc wyjechaliśmy z Graceland, skręciliśmy w lewo, lewo i lewo… no i już byliśmy na moście który łączy Arkansas z Tennessee.

W Arkansas nie wiele jest, co prawda jest tam jakiś park narodowy więc pewnie kiedyś jeszcze tam pojedziemy ale poza tym to nie wiele więcej. Znalazłam jednak miejscówkę. No bo czy można zaliczyć stan tak tylko do niego wjeżdżając… nie bardzo. Trzeba coś poznać z lokalnej kultury. A lokalną kulturę najlepiej się poznaje w barze.

Byliśmy w szoku… byliśmy w szoku, że jeszcze są bary gdzie piwo kosztuje $3, i to całkiem ok (przemysłowe ale ok), i można palić w środku. Z tym paleniem papierosów to masakra. Jak się siedziało to jakoś to aż tak nie przeszkadzało, ale jak tylko wyszliśmy to od razu poczuliśmy, że zapach idzie za nami. Potem w hotelu było szybkie przebieranie się.

Muszę przyznać, że z Memphis się za bardzo nie przygotowałam. Jakoś między tymi wszystkimi wyjazdami średnio mi to wyszło. Mieliśmy rezerwację na kolację ale okazało się, że to kawałek z hotelu i centrum więc zdaliśmy się na polecajki pracowników hotelu. Śpimy w Moxy więc i polecajki były na dość młodzieżowym poziomie. Polecili nam jakiś bar, że ma dobre hamburgery ale jakoś nie zachęcał nas do zostania i jedzenia tam. W ogóle to żeby wejść do tego baru to nam nie tylko sprawdzili ID ale też sprawdzili wykrywaczem metalu czy czasem broni nie wnosimy. No to nieźle trafiliśmy jak tu takie cuda się dzieją.

Zrezygnowaliśmy z baru i stwierdziliśmy, że idziemy szukać dalej. Nie zaszliśmy daleko i była całkiem fajna restauracja, Flight. Może troszkę za fancy ale nam to nie przeszkadzało. Pracownikom może trochę bardziej bo najpierw jak zobaczyli grupę 5 osób w bluzach dresowych to widać było, że nie wiedzieli co z nami zrobić. My za to doskonale wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Siedliśmy przy barze, zrezygnowaliśmy ze stolika i zaczęliśmy zamawiać… cudo… jedzenie było tak dobre, że było wszystko, ostrygi, mięsko, rybki, deser… chcieliśmy wszystkiego spróbować.

Do tego wszystkiego zagadali nas jacyś stali bywalcy i tylko nam podpowiadali co jest dobre. Dwóch gostków w wieku 65-75 lat mieszka dość niedaleko i dwa do trzech razy w tygodniu przychodzą tu na kolację. Znają wszystkich kelnerów i całą załogę. Fajnie się z nimi gadało, jedzenie było przepyszne a na brak wina też nikt nie narzekał. Tak fajnie tam było, że nawet nie zauważyliśmy ile czasu upłynęło. Ops… ciekawe czy zdążymy jeszcze posłuchać jakiejś muzyki, bo w końcu to na blusa tu przyjechaliśmy.

Beale Street to najpopularniejsza ulica w Memphis. To tędy przechadzał się Elvis Presley, to tutaj w latach 1920 - 1940 śpiewały takie gwiazdy jak Louis Armstrong, B.B. King, Memphis Minnie etc. My zaczęliśmy zwiedzanie od klubu BB King.

Za dużo ludzi tam nie było, widać, że pomimo, że dziś Halloween to jednak poniedziałek nie cieszy się popularnością. Ludzie nam nie są potrzebni do póki jest fajna muzyka. A tak właśnie było. Fajny blusowy zespół dobrze się bawił grając dobrą muzykę.

Niestety BB Kinga zamykali więc poszliśmy szukać szczęścia a właściwie to dobrej muzyki gdzie indziej. Niestety te miejsca co były otwarte miały bardziej klubową albo popową muzykę. Nie musieliśmy wchodzić specjalnie bo muzykę było słychać na ulicy. Tak więc spacerowaliśmy sobie, oglądając gitary i nutki aż stwierdziliśmy, że pora jednak wracać do hotelu.

Do hotelu wróciliśmy ale do pokoju nie było tak łatwo dojść… po drodze wciągnęły nas flippery. Oj ciężko ciężko było je zostawić… zwłaszcza, że nie trzeba było żadnych żetonów wrzucać tylko za darmo można było pograć.

Udało mi się wygrać i zarządziłam, że idziemy spać. Lepiej iść spać bo jeszcze Darek by wygrał i co by było… znów musiałabym się odegrać. Odegraliśmy się rano przed wyjazdem na lotnisko ale wtedy nasza przyjaciółka wygrała i wogóle nas wszystkich rozłożyła na łopatki. Cicha woda brzegi rwie…

Read More

2022.10.30 Nashville, TN (dzień 2)

Urodziny, urodzinami ale ile można słuchać tego country. Męska część wycieczki wczoraj trochę posiedziała jak przystało na typowe sowy. Dziewczyny natomiast okazały się skowronkami i już koło 10 rano, po śniadaniu ruszyłyśmy na miasto.

Ale tu było cicho i pusto. Aż zapomniałam, że takie miasta jeszcze istnieją. Czasem jakiś niedobity wampir czy diabełek wracał zmęczony do domu ale ogólnie miasto odsypiało wczorajszy Halloween.

Najpierw uderzyłyśmy na Clinton Street. Koleżanka coś sobie tam upatrzyła. Mi zależało na spacerze i poznaniu czegoś nowego więc nie narzekałam. Natomiast jakie było moje zaskoczenie jak weszłyśmy do jakiegoś budynku, który okazał się starym warsztatem a teraz jest pełny kameralnych sklepików z pamiątkami, destylarniami itp. Ponieważ padało to trochę się tam schowałyśmy ale bardzo z gustem te sklepiki wyglądały.

Deszcz przestał padać więc ruszyłyśmy w kierunku centrum a szczególnie w kierunku Capitol Hill. Położony na wzgórzu i otoczony Victoria Parkiem jest mekką dla biegaczy. My biegać nie planowaliśmy ale spacerek miałyśmy fajny. A do tego ile graffiti po drodze spotkaliśmy.

Trafiłyśmy na fajny mural (tunel) tej samej artystki co namalowała dość sławne skrzydła. Przy skrzydałach mam zdjęcie z ostatniego pobytu, choć wieczorem też tam podeszliśmy bo akurat byliśmy nie daleko.

Spacerek dość długi nam wyszedł i 15tys kroków udało się zaliczyć. A dzień dopiero się zaczyna. Dziś w planie mamy odwiedzenie Mammoth Caves National Park. Stany muszą zawsze wszystko mieć najlepsze, największe, najwyższe itp. No więc nie mogło paść na żaden inny kraj tylko USA jeśli chodzi o najdłuższe jaskinie na świecie. Trochę Meksyk probuje ich prześcignąć i odkrywają coraz to nowe części ale aktualnie Mammoth Caves są najdłuższe.

Jaskinie są w Kentucky ale to tylko 1.5h samochodem więc wszyscy chętnie wybrali się na popołudniową wycieczkę. Jaskinie zwiedza się z przewodnikiem więc polecam wcześniej wykupić bilety. Jest kilka wycieczek ale podobno najpopularniejsza jest Historic Tour. Też się na nią zdecydowaliśmy bo chcieliśmy się czegoś nauczyć o tych jaskiniach.

Jaskinie zostały nazwane Mamucie po tym jak pewien dziennikarz który pisał o nich artykuł zapomniał prawdziwej nazwy i poprostu stwierdził, że są mamucie. Bo były takie duże. Od tego czasu już nikt nie pamięta starej nazwy i oficjalnie jaskinie nazywają się Mammoth Caves.

Historia jaskini sięga człowieka prehistorycznego. Na podstawie petroglifów, które pozostawił człowiek pierwotny szacuje się, że jakieś 5tys lat temu ludzie odkryli trzy z pięciu poziomów jaskini. Nie do końca wiadomo czego tu szukali. Raczej nie widać śladów osadnictwa czy mieszkania w jaskinie ale zdecydowanie widać, że odkrywali jaskinię i ze ścian zeskrobywali minerały.

Bardziej wyklarowana historia pojawia się w czasie wojny 1812 roku. Jak to bywa w czasach wojny zapotrzebowanie na proch armatni jest dość duże. W jaskiniach są duże pokłady azotanu węgla który jest niezbędnym składnikiem do produkcji prochu czarnego. Przynajmniej był w XIX wieku. Tak więc zanim Mammoth Caves stały się parkiem narodowym były wykorzystywane jako główne źródło azotanu węgla. Po wojnie jednak zainteresowanie trochę spadło. No bo kto chciały sam z siebie wchodzić do dużej, ciemnej dziury w ziemi.

Teraz trochę chętnych jest ale my mamy chodniki, lampy i przewodników. W XIX wieku był tylko przewodnik i nie wiele więcej. Mimo wszystko zaczęły powstawać wycieczki. Można było zapisać się na długie (ok. 46h) albo krótsze 8-9h. Dla porównania nasza wycieczka trwała 2h i zwiedziliśmy więcej niż ktokolwiek inny 200 lat temu.

200 lat temu chodzenie po jaskini nie było łatwe. Przewodnikami byli niewolnicy którzy znali zakamarki na tyle na ile mogli ale i tak trzeba było chodzić po rozrzuconych skałach a wszystko przy minimalnym świetle. Pani przewodnik pokazała nam jak to wyglądało. Najpierw zgasiła wszystkie światła - zrobiła się idealna ciemność. Nie wiem czy kiedykolwiek byłam aż w takiej idealnej ciemności. Nie ważne czy masz otwarte czy zamknięte oczy. Po prostu nic nie widać. Po minucie na szczęście zapaliła małą latarnię. Nie dziwię się, że tak długo zajmowała im wycieczka skoro światło które padało z tej 200 letniej latarni było bardzo słabe.

A jak właściwie powstała jaskinia? Jakies 350 mln lat temu było tu morze. Szczątki zwierzątek które żyły w tym morzu przekształciły się w wapień i to właśnie skały wapienne są głównym budulcem jaskini. Około 10 mln lat temu kwas węglowy zaczął drążyć skały wapienne i powstały tunele. Działa to podobnie jak picie coca-coli psuje zęby, też kwas drąży dziury i potem mamy ubytki.

2 godziny chodziliśmy po tej jaskini. Szliśmy przez obszerne groty i wąskie przesmyki. Jedynym z takich przesmyków był Fat man’s misery (przekleństwo grubego człowieka). No muszę przyznać, że niektórzy mogliby tu mieć problemy.

Pokonywaliśmy kolejne mile, podziwialiśmy jaskinię, słuchaliśmy interesujących opowieści Pani, ale nie widzieliśmy żadnych stalagmitów, stalaktytów itp. Okazało się, że jeskinia jest dość sucha, no tak, nic nam na głowę nie kapało. Nawet nietoperze na nas nie nasikały.

Wycieczka się udała, wszystkim się podobało i cieszyli się, że zrobiliśmy coś innego, można kolejny park narodowy zdrapać z mapek zdrapek. Wśród naszych przyjaciół dość popularne są mapki zdrapki gdzie zdrapuje się parki narodowe, stany, albo kraje i cuda świata.

Do Nashville wróciliśmy późnym wieczorem i trochę głodni, tak więc nie pozostało nic innego jak uderzyć na miasto na jakąś kolację.

A po kolacji nie mogło być nic innego jak muzyka, muzyka i jeszcze więcej muzyki.
Dziś postanowiłam zabrać załogę do Robert’s Western World i Legends. Robert’s Westerdn World jest chyba moim ulubionym klubem. Jak byliśmy tu z Darkiem ostatnio to dwa dni pod rząd tu przyszliśmy. W Robert’s rzadko można usłyszeć Tennesse Whiskey ale za to można usłyszeć West Virginia, Sweet Carolina i inne stare szlagiery.

Robert’s sam w sobie ma historię. Już zaraz po wejściu się każdy zastanawia, dlaczego tam właściwie są półki z butami. No więc w 80-tych latach przeniesiono Grand Ole Opry (największą salę koncertową) z Ryman Audytorium do nowo powstałego budynku w rejonach Gaylord Opryland (ciekawostka - Gaylord to też marka Marriotta). Zmiana ta wpłynęła negatywnie (bardziej niż w czasach wielkiego kryzysu) na wszystkie kluby i biznesy na Broadway’u. Dotychczas wszystkie biznesy mogły liczyć na turystów przyjeżdżających do Ryman Audytorium ale niestety wszystko się zmieniło. Dzielnica która kiedyś żyła muzyką, turystami zaczęła zapełniać się sklepami z książkami dla dorosłych i innymi erotycznymi atrakcjami. W tamtych czasach budynek dzisiejszego Robert’s był sklepem monopolowym. Dopiero w 90 latach ulica pomału zaczęła się przemieniać w ulicę handlową. Wtedy w tym miejscu otwarto Western Wear, sklep który sprzedawał kowbojskie buty i odzież. Później dołożono do tego szafy grające, piwo i papierosy. Następnie zastąpiono szafy grające muzyką na żywo i grillem. Definitywnie miejsce to przeszło parę zmian nazwy i zostało Robet’s Western World gdzie nadal można napić się chłodnego piwa, posłuchać muzyki na żywa, zjeść hamburgera na szybko i kupić sobie buty.

O ile muzykę Robert’s ma super to krzesła już ma mniej wygodne. Dlatego po jakiejś godzinie przenieśliśmy się do Legend Corner. Ten bar też zapamiętałam pozytywnie z poprzedniego pobytu. Tam grają już bardziej miksowaną muzykę, nie tylko country. Ale oczywiście Jolene poleciało. Ale grali też trochę Red Hot Chilli Peppers i ogólnie cokolwiek sobie ludzie zażyczyli a oni znali. Niestety znalazł się oczywiście jeden człowiek co chciał coś co zespół nie znał i jak oni grzecznie odmówili to gostek się zdenerwował i zaczął się rzucać…. wow… dlaczego ludzie nie mogą być dla siebie mili. Świat byłyby dużo fajniejszy jakby ludzie byli dla siebie mili.

Dzień pełen wrażeń więc po północy wszyscy zgodnie stwierdzili, że czas zbierać się do hotelu. Jutro kolejna część ekipy nas opuszcza ale najbardziej wytrwali uderzają dalej do Memphis… a może nawet to Arkansas…. po co do Arkansas? Jak to po co, żeby zdrapać kolejny stan z mapy.

Read More
USA: Southeast Ilona USA: Southeast Ilona

2022.10.29 Nashville, TN (dzień 1)

Tennessee Whiskey jest ukochaną piosenką Darka….

Tak więc nikt nie był za bardzo zdziwiony jak Darek stwierdził, że urodziny w tym roku chce spędzić w Tenessee. Myśmy już byli w Nashville jakies 5 lat temu ale nigdy nie byliśmy w Memphis. Do tego w Kentucky, niedaleko Nashville jest Park Narodowy, Mammoth Caves. Poskładać to wszystko do kupy i ułożył się całkiem fajny wyjazd. Na tyle fajny, że 7 naszych przyjaciół postanowiło do nas dołączyć.

Halloween to zawsze poza Świętami Bożego Narodzenia i Sylwestrem, największy dzień w sklepie. Dlatego wylot w piątek ani w sobotę przed południem nie wchodził w grę.

Samolot o 12 w południe już prędzej został zaakceptowany przez Darka. Ponieważ lecieliśmy z La Guardi to z domu pod bramkę mamy ok. 30 min ze wszystkim. Normalnie tyle by było…ale… zawsze jest jakieś ale… tym razem w bagażu podręcznym miałam 2lb sera. Takiego przepysznego, śmierdzącego i zbitego. Prześwietlenie bagażu nie przeszło i musiałam otwierać walizkę. Otwarcie walizki to jeszcze pół biedy. Ale pani bardzo chciała zobaczyć ten ser więc musiałam odpakować wszystkie folie a żeby nie śmierdziało to folii było trochę. Było wesoło na bramkach ale pani obwąchała ser i nas puścili.

No to jak już bramki zaliczone to urodziny można oficjalnie zacząć świętować. Lotnisko LGA jest odnowione i bardzo fajnie wygląda. Ma dużo przestrzeni, wszystko takie nowe, błyszczące i czyste. Niestety jest to terminal Delty więc lounge nie mamy ale bar fajny udało się znaleźć.

Około 3 pm zjechali się wszyscy do Nashville … Nowy Jork, Floryda i Północna Karolina. Cała ekipa w komplecie ruszyła na miasto. Śpimy troszkę na obrzeżach miasta ale obrzeża to tak 30 min na nogach do centrum imprezy więc nie jest źle. Zaczęliśmy delikatnie od browaru bo długo się nie widzieliśmy, więc każdy chciał się nagadać.

Po browarze udaliśmy się do serca muzyki czyli na ulice Broadway i 4th ave. Co tu się działo… ludzi multum, muzyka na żywo w każdej knajpie. Do tego wszędzie pootwierane okna i drzwi więc muzyka z różnych klubów przeplata się nawzajem.

Nashville jest 21 największym miastem w Stanach. Powstało w 1779 i nadal prężnie się rozwija. Najsłynniejszym “przemysłem” jest tu muzyka. Nashville stało się centrum muzyki Country i szybko dostało przezwisko Miasto Muzyki (Music City).

Od samego początku Nashville zostało zbudowane na podłożu muzycznym. Gra na skrzypcach i grupowe tańce dotarły tu wraz z pierwszymi osadnikami. W 1800-tnych latach Nashville stało się centrum muzyki a wszystko dzięki Uniwersytetowi Fisk. Uniwersytet ten pierwotnie powstał jako uniwersytet tylko dla czarnych. Jego popularność przerosła oczekiwania a, że w XIX wieku uczenia była za darmo to budżet zaczął się kończyć. Aby podreperować fundusze uczelni w 1871 chór wyjechał na międzynarodowe tourne. Było to pierwsze tourne na taką skalę, tak naprawdę mówi się, że było to pierwsza światowa trasa koncertowa. Chór śpiewał przed takimi osobistościami jak Mark Twain, królowa Victoria i Ulyssess S. Grant. Muzyczne sukcesy uniwersytetu utwierdziły pozycję Nashville na międzynarodowej scenie muzycznej. A potem to już się potoczyło…

Muzyka country powstała z połączenia muzyki gospel i akustycznych instrumentów jak np. skrzypiec. I to właśnie w Nashville doszło do tej ewolucji i narodziła się muzyka country. Teraz tak popularna i nieodzowna część amerykańskiej kultury.

Ja uwielbiam muzykę i w Nashville podoba mi się to, że gdziekolwiek człowiek nie wejdzie to będzie jakiś zespół albo chociaż jedna osoba grająca coś na gitarze. Trzeba jednak wiedzieć gdzie iść bo jakość muzyki jest różna. I tak można trafić na tradycyjne country z lat 70-80, na zespół który będzie śpiewał przeróbki najsłynniejszych przebojów jak Jolene czy Tennessee Whiskey, albo można trafić na zespoły śpiewające bardziej muzykę pop.

The 12/30 Club był właśnie takim miejscem z bardziej popową muzyką. Ponieważ był to pierwszy bar a my nadal chcieliśmy się nagadać to wydało nam się za głośno i za mało country. Pod koniec dnia byliśmy bardziej skłonni posłuchać pop, no bo ileż można słuchać Jolene i Tennessee Whiskey… Darek powie dużo. Ja powiem, że urozmaicenie jest wskazane.

W Nashville w klubach z muzyką nie można robić rezerwacji. Nie płaci się też cover fee czyli biletu wstępu. Jeśli jest się dużą grupą to można zarezerwować cześć sali jako prywatną imprezę ale to trochę kosztuje. Dlatego miałam małe obawy. Jesteśmy dość dużą grupą (9 osób) w Nashville w Halloween jest masa ludzi, jakim cudem uda nam się gdzieś znaleźć stolik. Ale wg. dobrej zasady “będziemy się martwić jak się trzeba będzie martwić” zdaliśmy się na los. Pomogliśmy losowi robiąc rezerwację na kolację a resztę pozostawiliśmy w rękach co ma być to będzie.

Na kolację wybraliśmy Countrypolitan w hotelu Indigo. Przyjmowali rezerwację, mieli dobre opinie, ciekawe menu (dla każdego coś dobrego) i muzykę na żywo. Wybór był całkiem dobry, rybki, kurczak w panierce (typowe dla południowej ameryki) czy dobre poczciwe hamburgery, każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Po kolacji poszliśmy szukać klubu z muzyką. Najpierw weszliśmy w uliczkę Printers Alley. Wyglądało to na jakąś boczną uliczkę o której tylko lokalni wiedzą więc mieliśmy nadzieję, że uda nam się znaleźć coś fajnego, wyjątkowego. Nic nam jednak nie wpadło w oko więc poszliśmy dalej w kierunku 2nd ave i Wildhorse Saloon.

Wildhorse saloon jest dość dużym klubem ze sceną ale niestety był zamknięty na imprezę prywatną. No nic… to idziemy dalej. Drugim typem był Ole Red przy słynnym Broadway. Ole Red jest siecią klubów które należą do Blake Shelton. Blake jest chyba aktualnie najsłynniejszym artystą country w USA. Jest też mężem Gwen Stefani z No Doubt.

Eee, taki słynny klub to na pewno się nie wejdzie. Kolejka była ale Darek zarządził żebyśmy zajęli miejsce w kolejce a on to sprawdzi. Najpierw myślałam, że użyje swojego uroku osobistego i załatwi nam wejście poza kolejką ale nawet nie musiał posuwać się do tego. Okazało się że kolejka idzie dość szybko, klub jest dość duży i nawet nie ma tłumu. Super, weszliśmy do środka (za darmo) i już mogliśmy się bawić. Klub dostał duży plus za rozłożenie zbiorników z wodą i plastikowych kubków więc każdy mógł pić wodę ile chciał bez zawracania głowy kelnerkom. Plusik poleciał.

Najpierw grał zespół Whiskey, Cash and Roses. Fajnie grali ale głównie przeróbki znanych kawałków. Tutaj już chyba doszłam do wniosku, że wystarczy Jolene i Tennessee whiskey na dziś. Po tym zespole wszedł na scenę Scotty Mac Band. Nie znałam go wcześnie ale śpiewał o najlepszej godzinie, w najlepszym klubie, w Halloween to musiał być dobry.

Rzeczywiście fajnie śpiewał. Tu już było mniej covers a więcej jego własnych kawałków. Do tego pod sceną zebrał się tłum fanek które znały prawie wszystkie jego piosenki. Jest to jeden z wielu artystów którym pomógł Spotify. W dzisiejszych czasach ludzie mogą nagrywać piosenki w własnych garażach i wrzucać na Spotify gdzie zwykli ludzie promują artystów przez częste słuchanie piosnek które im się podobają. To jest piękne, że w dzisiejszych czasach, każdy ma szanse a nie tylko ludzie których wybierze wytwórnia płytowa.

Myśleliśmy, że pośpiewa godzinę dwie i wszyscy się rozejdą. Co prawda na stornie Ole Red pisało, że grać będzie do zamknięcia. Ale to się długo wydawało… my się świetnie bawiliśmy ale koło pierwszej zaczęło nas dopadać zmęczenie. A on dalej grał… wow… stwierdziliśmy, że do końca chyba nie wytrzymamy więc poszliśmy na taksówkę i wróciliśmy do hotelu. To było cudowny dzień - a to dopiero początek…

Read More

2022.10.15 Panther, Adirondacks, NY

Nogi po Tatrach odpoczęły, więc trzeba je znowu gdzieś fajnie zmęczyć. Nie ma czasu nigdzie daleko latać, wybór padł na Adirondack.

Zostało nam tam parę szczytów do zrobienia (niestety one nie są łatwe), a także w tym okresie jest pełnia jesień w Adirondack. Kolory liści są bajkowe.

Mamy długi i ciężki hike. Chcemy zrobić dwa szczyty w rejonie Santanoni. Panther i Couchsachranga (potocznie zwany Couchy). Dlaczego dwa?

W rejonie Santanoni są 3 szczyty które są na liście 46 najwyższych szczytów w Adirondack. Santanoni zrobiliśmy rok temu. Panther i Couchy zostały nie zaliczone. Chcemy to zrobić i mieć ten rejon z głowy. Jest to jeden z trudniejszych i mało dostępnych części Adirondack. Couchy nawet jest poniżej 4,000 stóp więc nie powinien być na liście najwyższych szczytów Adirondack ale kilkadziesiąt lat temu mieli złe pomiary i tak już zostało!

Na szczyty nie ma szlaków. Są tylko wydeptane ścieżki przez ludzi i zwierzęta. Często ścieżka idzie rzeczką, albo lasem i jest pokryta grubą warstwą liści i łatwo ją zgubić.

Mimo, że to połowa października to już w górach temperatury są niskie. Na dole koło zera a w wyższych partiach gór -4C.

Mamy długi i ciężki hike, więc z hotelu już wyjechaliśmy o 6:30, a na szlak ruszyliśmy o 8 rano.

Tak jak pisałem, jest to odludzie i w pobliżu nie ma żadnych hoteli.

Parking był już w połowie zapełniony. Po samochodach widać, że większość przyjechała tu już wczoraj. Dużo ludzi robiąc wszystkie trzy szczyty śpi w lesie i nie musi aż tak dużo kilometrów robić w jeden dzień.

Lubię taki poranny start. Idzie tak się rześko w ciszy. Słychać tylko szum liści pod butami i czasami odgłosy ptaszyny która nas wita.

Niestety nie na jeszcze dużych mrozów i błoto nie zamarzło. Ten rejon jest słynny z wielkiego błota, zwłaszcza w wyższych partiach.

Na dole już też czasami błotko dawało o sobie znać.

Pierwsze parę kilometrów idzie się bardzo łatwą szeroką leśną drogą. Można szybko nadrobić kilometry.

Gdzieś po godzinie szlak skręca w prawo i z szerokiej drogi robi się leśna ścieżka. Dalej nic trudnego.

Jedynym utrudnieniem jak narazie są liście. Jest ich tyle, że często szlak jest nimi zasypany i łatwo można zgubić drogę. Na szczęście dalej idziemy szlakiem, więc często na drzewach jest on namalowany. Czasami jak nie widzimy szlaku przez parę minut to się wracamy do ostatniego punktu gdzie go widzieliśmy i próbujemy ponownie.

Niestety im wyżej tym ciekawiej. Doszliśmy do rozgałęzienia na Santanoni Express. Rok temu tutaj skręciliśmy w lewo, zeszliśmy ze szlaku i zaatakowaliśmy szczyt Santanoni. Wspinaczka ta zakończyła się sukcesem.

Dzisiaj w planie są inne szczyty, więc dalej zostaliśmy na w miarę łatwym niebieskim szlaku.

Doszliśmy do jeziora Bradley

Niebieski szlak dalej wędruje prosto dolinami w inne rejony Adirondack a my skręcamy w lewo. Tutaj zaczyna się „zabawa”.

Na start dowiedzieliśmy się, że zapomnieliśmy zabrać ze sobą wiosła. Tak, wiosła!

Tu już nie ma szlaku, więc i też nie ma żadnych udogodnień cywilizacji jak np. mostki, uchwyty czy bale w wodzie.

Ktoś wrzucił do stawu dwie deski i jak masz wiosło to możesz przepłynąć.

Brak wiosła spowodował, że musieliśmy obchodzić stawek. Na szczęście jest mało górołazów z własnymi wiosłami, więc wokół stawu była już w miarę wydeptana ścieżka.

Zaraz za stawem „szlak” ostro zaczął się wspinać do góry. Było parę odcinków specjalnych na których trzeba się troszkę nagłówkować jak to przejść.

Wyspinaliśmy się na skały i myślimy, że najgorsze już za nami. Jednak grubo się myliliśmy. Przez następne 2.5h było naprawdę ciekawie.

Wiemy, że Adirondack nie jest łatwy. Zwłaszcza szczyty na które nie ma szlaków. Wiele trudnych odcinków już w tych górach pokonaliśmy, ale to co tu było to lekka przesada.

Może nie był to najtrudniejszy odcinek w całych górach, ale jego długość nas przerosła. Często zdarzają się odcinki trudne, ale po 20-30 minutach je pokonujesz. Tutak było to 2.5 godziny!

Prosto do góry strumykiem i błotem.

Oczywiście nie ma szlaku i roślinność jest bardzo gęsta, czyli nie możesz iść lasem.

Około 12:30 wyszliśmy na przełęcz. Zmęczeni na maxa.

Parę osób tutaj siedziało. Posilało się i odpoczywało. Dołączyliśmy do nich. Miejsce to lokalni nazwali Times Square. Pewnie od skrzyżowania wszystkich „szlaków”.

Z tego miejsca w każdą stronę można gdzieś dojść.

Ze wschodu myśmy przyszli. Na południe jest Santanoni. Zachód to Couchy, a na północ jest ścieżka na Panther.

Mamy w planie dwa szczyty. Couchy i Panther.

Niestety obawiamy się, że możemy dwóch nie zrobić w ciągu dnia. Jedno wiemy, że schodzenie w dół po ciemku tą trasą jest praktycznie niemożliwe. Trasa do góry była bardzo trudna, a wszyscy wiemy, że schodzenie jest trudniejsze niż wychodzenie.

Ciemno, bardzo strono, mokre skały, korzenie, liście, do tego ogromne zmęczenie. O kontuzje łatwo.

Idziemy na Panther. Zobaczymy jaki będziemy mieli czas i o której wrócimy na Times Square. Jak będzie dobry to możemy pójdziemy na Couchy,jak nie to w dół do browaru

Niestety spacerek na Panther nie było łatwo. Błotko goniło błotko!

Potem jeszcze trochę wspinaczki po skałach i po jakiś 40 minutach stanęliśmy na zalesionym szczycie.

Niestety szczyt był w gęstym lesie, więc przerwy nie było jak zrobić. Po drodze były ciekawe skały z widokami, ale tak wiało, że  niestety przerwa na nich nie należała do przyjemnych.

Wróciliśmy na Times Square i tam dopiero zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek.

Trochę ludzi przewijało się tutaj (jak na słynnym Times Square w NY), więc można było dowiedzieć się cennych informacji. Jak np. Couchy się nie zrobi za dwie godziny w obie strony. Jest dużo błotka!

Już jest prawie godzina 14. Wiemy, że o 18:30 robi się ciemno. Zejście zajmie nam minimum 4 godziny, a może i pod 5 jak będzie trudno, albo będziemy gubić szlak. Jak jeszcze doliczymy minimum dwie godzinki na Couchy to będziemy musieli trudne odcinki pokonywać po ciemku. Tego chcemy uniknąć. Podjęliśmy ciężką ale rozsądną decyzje, że schodzimy a Couchy zostanie na następny raz. Będziemy tu musieli wrócić i jeszcze raz „bawić” się w tych górkach.

Tak jak przewidywaliśmy. Zejście było bardzo trudne i mokre. Na szczęście mieliśmy czas, więc ostrożnie, krok za krokiem posuwaliśmy się w dół.

Odetchnęliśmy na dole. Była godzina 16. Najtrudniejsze już za nami. Usiedliśmy na skałach (oczywiście w strumyku) i gratulowaliśmy sobie nawzajem przebycia tego długiego i trudnego odcinka.

Teraz już leciało. Nie było super łatwo, ale już było ok. Można było iść szybciej.

Czasami gubiliśmy szlak przez potężną ilość liści na ziemi, ale na szczęście za pomocą GPS czy aplikacji na telefonach można było szybko odnajdywać szlak.

Około godziny 18 doszliśmy do drogi. Ostatnie 30 minut pokonywaliśmy w ciemnościach. Na szczęście tu już było łatwo.

Prawie o godzinie 19 doszliśmy na parking gdzie Ilonka wypisała nas z trasy i mogliśmy w końcu usiąść w samochodzie i odpocząć.

Niestety nie zrobiliśmy dwóch szczytów jak mieliśmy w planie, ale może i dobrze. Przynajmniej po ciemku nie musieliśmy pokonywać tych najtrudniejszych odcinków. Natomiast szczyt Panther został zdobyty. Jest to nasz 38 szczyt w Adirondack. To zdobycia korony Adirondack zostało nam już tylko 8!

Pewnie już w tym roku tutaj się nie wybierzemy, ale na wiosnę następnego chcemy tu przyjechać i gdzieś wyjść.

30 minut od parkingu jest fajny browar Paradox Dobre, świeże piwka i smaczne jedzenie. Piwka dalej mieli, natomiast z jedzeniem był problem. Tyle ludzi przyjechało do Adirondack w tym okresie, że wszystko zjedli.

Obsługa mówiła, że nie pamięta takiego ruchu. Udało im się posklejać nam jakąś wegetariańską pizzę. Nawet nie była zła tylko szkoda, że nie miała żadnego mięsa. Ludzie wszystko zjedli.

Ilonka jak zwykle zakupiła skrzyneczkę świeżego piwka do domu i udaliśmy się do hotelu na zasłużony odpoczynek. Trzeba w końcu odespać parę ostatnich nocy….

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2022.10.03-04 Las Vegas, NV (dzień 3-4)

Pierwszy raz spałam w rejonie Lake Las Vegas. Hotel Westin w którym się zatrzymaliśmy jest bardzo resortowy. To znaczy, że ma dwa baseny, pola golfowe, tarasy i dużo miejsca na relaks. Rano zarządziliśmy czas dla siebie. Część załogi chciała iść na basen, część wybrała klimatyzowany pokój a ja wybrałam spacer po okolicy. Nie była to najmądrzejsza decyzja przy 30C upale ale siedzenie w pokoju mnie nie interesowało a basen też jakoś niespecjalnie.

Nasz hotel otoczony jest polami golfowymi ale niestety tam nie można spacerować. Pewnie boją się, że ktoś dostanie piłeczką w głowę. Można natomiast przejść się przez osiedla domków do tzw. miasteczka. Ja to nazywam miasteczkiem ale tak naprawdę są tam dwie uliczki na krzyż. Jest tam natomiast troszkę knajpek i restauracji. Wszystko otoczone jest hotele Hilton. To właśnie do hotelu Hilton należy bardzo ciekawy mostek który łączy część turystyczną z mieszkalną.

Spacer zajął mi około godziny w dwie strony. Miasteczko było super wymarłe. Ja rozumiem, że poniedziałek i po sezonie ale chyba wszystkie restauracje otwierają dopiero na wieczór. Myślimy tu przyjść na kolację to się przekonamy.

Ja pospacerowałam, inni po odpoczywali i popołudniu już każdy był gotowy na wycieczkę. Dziś zaplanowaliśmy Valley of Fire (Dolina Ognia). Jest to pierwszy park stanowy w Newadzie, powstały w 1935 roku. Po zdjęciach w Internecie wygląda dość ciekawie a jest tylko godzinę jazdy od nas. Taka mini wersja i skumulowanie w jednym miejscu tego z czego słynne są duże parki narodowe jak Arches czy Cannyon Lands. Oczywiście obszar i wysokość formacji skalnych jest dużo mniejsza niż przepiękne parki narodowe ale i tak Valley of Fire jest bardzo ładna i ciekawa.

Przez park przechodzą dwie drogi, jedna w kierunku Słonia (Elephant Rock) a druga w kierunku Białych Kopuł (White Domes). My popełniliśmy mały błąd bo zakładając, że zobaczymy wszystko pojechaliśmy najpierw do Słonia. Niestety tak fajnie się chodzi po tym parku, że potem pod koniec brakło nam czasu. Wydaje mi się, że droga do White Domes ma lepsze punkty widokowe więc polecałabym zaliczyć najpierw tamtą część parku a Słonia zostawić sobie na koniec.

Do Valley of Fire można przejechać też przez Lake Mead. Niestety przejazd ten jest płatny $20 za samochodu. Lake Mead ma wiele do zaoferowania dla miłośników sportów wodnych i nie tylko dlatego jest tam opłata, bo ktoś musi dbać o to wszystko. Jak się jedzie z Vegas przez Lake Meadow to wtedy wjeżdża się właśnie od strony Elephant Rock.

Między centrum informacyjnym a skałą słonia jest dość ciekawa formacja zwana Siedem Sióstr (Seven Sisters). Mi osobiście się bardziej podobała niż Słoń, który pomimo, że jest ciekawym ułożeniem skał nie był jakimś wow.

Po słoniu zawróciliśmy pod informację, ale zanim skręciliśmy w drogę w kierunku Białych Kopuł, to postanowiliśmy zatrzymać się przy Cabins. Z początku zaintrygowała nas boczna droga idąca nie wiadomo gdzie. Stwierdziliśmy, że może fajna miejscówka na pobawienie się dronem. Dronem niestety za bardzo się nie pobawiliśmy bo jednak nie można ale po skałkach z chęcią poskakaliśmy.

W końcu przyszedł czas zobaczyć najładniejszą część parku. Drogą na północ w kierunku Białych Kopuł (White Domes) ciągnie się przez 2.7 mil (4.3 km), i na prawo i lewo można podziwiać widoki. Pokonanie tej drogi w kabriolecie było bardzo fajnym pomysłem. Mogliśmy pstrykać zdjęcia bez ograniczeń widokowych. Przepięknie. Jedna z piękniejszych dróg jakimi jechałam.

W parku Valley of Fire można iść na hiki paro minutowe albo paro godzinne. My wybraliśmy takie do max 2 mil. Na szczęście w parkach rzadko można zrealizować cały plan. Są miejsca które człowiek nie planuje odwiedzić czy zatrzymać się ale w rzeczywistości wyglądają tak pięknie, że aż żal się nie zatrzymać. Są miejsca gdzie chce się człowiek zatrzymać ale dopadnie go zmierzch i trzeba do parku wrócić w inny dzień.

Trasa White Domes ma tylko milę (1.6 km) . Myśleliśmy go zrobić w 30 minut ale jak tylko weszliśmy w skały i kaniony to wiedzieliśmy, że szybko stąd nie wyjdziemy i już pewnie nic nie zobaczymy, ale to nic. Spacerek White Domes jest jednym z lepszych tu i rzeczywiście na wyciągnięcie ręki ma się wszystko, wąskie kaniony, duże przestrzenie, skały wyglądające jak mózg czy fala... Wszystkim się podobało nie ważne, co już się na świecie widziało.

Dlaczego takie widoki nam się zawsze kojarzą z kosmosem? Bo to właśnie tu albo w podobnych miejscach kręcone są filmy. Czy nasze wyobrażenie o Marsie jest na podstawie filmów, czy jednak miejsca (jak Valley of Fire) są takim odzwierciedleniem Marsa na ziemi. Tego chyba nam nie będzie dane porównać. Jedno jest pewne Star Trek, The Strand, 1,000,000 Lat BC to tylko niektóre filmy kręcone w tym parku a miejscami nawet w rejonach White Domes.

Spacerując między skałami złapał nas zachód słońca. Zdążyliśmy na parking zajść jeszcze za zmierzchu ale wiedzieliśmy, że nic więcej już niestety nie zobaczymy. Rzeczywiście piękny park i polecam wszystkim, którzy przy małym wysiłku chcą zobaczyć co to znaczy poczuć się jak na marsie, zobaczyć czerwone skały i poznać lepiej krajobraz południa. Stany takie jak Utah, Arizona, Nevada słyną właśnie z niezwykłych formacji skalnych i kanionów.

Na kolację też już nie zdążyliśmy. Po pierwsze poniedziałek, po drugie poza sezonem. Sprawdziliśmy parę restauracji w tym miasteczku koło hotelu ale niestety wszystko albo zamknięte albo właśnie zamykali. Tak więc skończyło się na kolacji w hotelowej restauracji. Dzień był cudowny tak jak i cały wyjazd. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i jutro już czas wracać do domku.

O ile na zwiedzanie parku Valley of Fire wypożyczenie Mustanga było rewelacyjnym pomysłem o tyle na dojazd na lotnisko z walizkami na 4 osoby nie było już tak łatwo. Przypomnieliśmy sobie wszystkie historie o tym jak się w pięć osób maluchem jechało nad morze i stwierdziliśmy, że musi się dać - no i się udało. Polak jednak potrafi.

To co nie zmieściło się do bagażnika, po upychaliśmy na siedzenia, pod nogi, na kolana. Dobrze, że dach można złożyć to i walizka weszła… i nie uwierzycie ale nawet udało się potem złożyć dach. Takie małe autko a potrafi… prawie jak nasz poczciwy maluszek.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2022.10.02 Las Vegas, NV (dzień 2)

Jak szybko uciekaliście z Vegas?

Myśmy najszybciej jak tylko było można. Helikopterami!

Las Vegas jest unikatowy na skalę światową. Niektórzy mówią, że to jest większe Atlantic City. Nie zgadzam się z tą teorią. Atlantic upada, a Vegas rozrasta się na maxa. Ciągle powstają nowe kasyna, hotele, atrakcje, przybywa mieszkańców tego miasta grzechu!

Miasto to nie tylko kasyna i przegrywanie fortun. To też miejsce rozrywki i businessu. Każda gwiazda muzyki robiąc koncerty w Stanach musi mieć na swojej drodze Vegas. Też ogromna ilość biznesów tutaj się rozkręca. Coraz więcej widzi się ludzi w krawatach przy 40 stopniowym upale. Przecież tutaj jest potężna kasa, która prawie leży na ulicy.

Dla mnie Vegas ma jeden plus. Niektórzy mówią, że leży na środku wielkiej pustyni, w środku niczego. Ja uważam, że leży na środku pustyni, ale w centrum wszystkiego. W ciągu paru godzin samochodem można się dostać do wielu parków narodowych. Każdy przecież słyszał o Wielkim Kanionie, Dolinie Śmierci, Zion, Bryce….

Tak też zrobiliśmy. Następnego dnia uciekliśmy z Vegas helikopterami do Grand Canyon.

Kiedyś to już zrobiłem. Było to dawno temu, więc trzeba było odświeżyć pamięć.

Cała szóstka plus pilot zapakowaliśmy się do helikoptera EC-130 EcoStar i odlecieliśmy w nieznane.

Mamy lecieć 30 minut, wylądować na dnie kanionu, tam spędzić z 30 minut i wrócić do bazy. Ogólnie zapowiada się dwu-godzinna wycieczka.

Jak tylko wystartowaliśmy to zaczął padać deszcz. Na szczęście krótki i przelotny. Z ciekawostek muszę dodać, że helikopter nie ma wycieraczek. Ale przy 200 km/h woda idealnie się rozpływała na półokrągłej przedniej szybie.

Pewnie producent helikopterów idzie po kosztach i też nie dokłada zbędnej wagi do i tak już ciężkiego i drogiej maszyny. Koszt takiej zabawki do 2.5-3 milionów dolców.

W pierwszej kolejnoście polecieliśmy nad Hoover Dam. Jest to jedna z największych zapór na świecie. Ma w sobie tyle beton, że można by z niego zbudować szeroki na metr chodnik który by okrążył Ziemię po równiku.

Niestety są tak wielkie susze w Nevadzie i okolicznych stanach, że praca tej elektrowni jest zagrożona. Po prostu za mało wody na pracę turbin i na ich chłodzenie. Hydroelektrownia dostarcza energii do ponad miliona ludzi.

Niestety pogoda nie była ciekawa. Chmury i deszcz. Udaliśmy się w kierunku kanionu.

Nasz lot przebiegał w rejonie Lake  Mead. Miejsce odpoczynku mieszkańców Vegas i okolic.

Widać potężne susze. Tak niski poziom wód tego jeziora nigdy nie był rejestrowany.

Z góry to dopiero widać jakie tutaj są puste przestrzenie. Czasami tylko widać jakieś off-road ślady pojazdów przystosowanych na te tereny. Ludzie kupują różnego rodzaju ATV czy Jeep-o podobne zabawki i sprawdzają ich możliwości w tym terenie.

Grand Canyon jest już przed nami!

Helikopterami zwiedza się jego zachodnią część. W tym rejonie nie ma żadnych szlaków turystycznych. Pionowe, kilometrowe ściany uniemożliwiają bezpieczne zejście w dół.

Szlaki turystyczne znajdują się we wschodniej części kanionu, gdzie są słynne Północna i Południowa Krawędź. Perę razy udało nam się tamte rejony odwiedzić.

Jak masz odpowiedni pojazd to bezdrożami możesz podjechać pod zachodnie krawędzie tego wielkiego kanionu. Dalej niestety nie pójdziesz, jest za stromo.

Helikopter nadleciał nad krawędź i naszym oczom ukazała się brązowa rzeka Colorado.

Rzeka ma różne kolory. Czasami zielonkawa a czasami taką jaką widzicie, zamulona.

To zależy jakie glony aktualnie w niej się znajdują , albo jak duże opady były wyżej w górach i co woda wymywa po drodze

Powoli obniżaliśmy się w dół. Musieliśmy zlecieć dobry kilometr w dół.

Potem lecieliśmy nad rzeką parę minut, aż dolecieliśmy do lądowiska na polanie na dnie kanionu.

Delikatnie, bez żadnego wstrząsu nasz bardzo młody pilot (21 lat) wylądował. W sumie to było aż około 6 helikopterów.

Mieliśmy czasu około 30 minut na dole. Wszyscy rzuciki się na aparaty i na zdjęcia. Większość ludzi była pierwszy raz na dole Grand Canyon więc to jest zrozumiałe.

Niestety w tym miejscu nie można dojść do rzeki, natomiast można ją ładnie oglądać z płaskowyżu.

Temperatura była przyjemna jak na początek października. Jakieś 27-30C i lekki, suchy wiatr.

Każdy zrobił setki zdjęć i gdzieś po 20 minutach wrócił pod helikopter gdzie pan pilot przygotował nam przekąskę z szampanem.

Ja to bym z chęcią ubrał lepsze buty, wziął wodę i poszedł gdzieś na parę godzin. Ale niestety czas był ograniczony.

Po przekąsce wróciliśmy do helikoptera i ponownie unieśliśmy się w powietrze.

Powrót do bazy był inną trasą, więc z góry można było podziwiać nowe rejony kanionu i jego okolic.

Minęło 30 minut i około 15:30 bezpiecznie wylądowaliśmy w głównej bazie.

Część grupy udała się do naszego nowego hotelu z dala od miasta nad jeziorem Las Vegas, a my wróciliśmy do Vegas po samochód.

Jutro planujemy wyjazd w kaniony, więc jakiś pojazd by się przydał. Najlepiej taki z którego dobrze się robi zdjęcia i nagrywa.

Dołączyliśmy do reszty ekipy i w końcu można było odpocząć od Vegas.

Oczywiście mieszkaliśmy w Marriott hotelu, a dokładnie w sieci Westin. „Niestety” musimy sypiać w hotelach Marriott żeby mieć duże zniżki i dobre statusy.

Już dzisiaj nie opuszczaliśmy tego resortu. Tam też zjedliśmy kolację, a potem usiedliśmy na zewnątrz pod palmami koło kominka.

Nie było za gorąco ani za zimno. Tak w sam raz. Wygodnie na sofach każdy się rozłożył i wspominał dwa ostatnie dni.

Dużo się działo. Jutro kolejny dzień przygody. Valley of Fire (Dolina ognia)

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2022.10.01 Las Vegas, NV (dzień 1)

Surprise!!!! O tak dziś była jedna wielka niespodzianka!!!

Dzień rozpoczęliśmy leniwie. Nigdzie się nie spieszyliśmy choć niestety nie możemy powiedzieć, że się wyspaliśmy. Westin słynie z bardzo wygodnych materacy, i na to nie możemy narzekać, naprawdę są fajne. Natomiast akurat Westin w Las Vegas ma bardzo głośną klimatyzację. Za każdym razem jak się wiatrak włączał to było głośno i się budziliśmy. Niestety ciężko wyłączyć klimatyzację jak na zewnątrz jest 90F (32C) od samego rana. Tak więc pół wyspani poszliśmy na późne śniadanie.

Ależ się cieszyliśmy, że mieszkamy w hotelu o którym nikt nie słyszał. Tu nie ma kasyn, nie ma cudów na recepcji, nie ma sztucznego nieba wymalowanego na suficie czy cyrku na lobby. Tutaj jest po prostu hotel. Słyszeliśmy, że w Ceasars nie dość, że śniadanie kosztuje $70 to jeszcze czekasz w kolejce ok. 2h. My śniadanie mieliśmy za darmo a do tego nie czekaliśmy ani minuty na stolik. Co więcej…. dostaliśmy 8 kuponów na drinki do baru. Normalnie w Marriocie dostajemy kupony na dwa drinki powitalne (jeden na osobę). Tym razem pani wzięła z kupki kupony i wyszło, że dostaliśmy ich z 8.

Nie bardzo mogliśmy chodzić po Vegas bo nie chcieliśmy się natknąć na solenizantkę. Bo przecież tak blisko była. Cały czas widzieliśmy naszych przyjaciół na Google Maps i tylko czekaliśmy aż reszta ekipy doleci i będziemy mogli zaskoczyć solenizantkę gdzieś na ulicach Vegas.

Vegas trochę znamy, byliśmy tu już ze dwa czy trzy razy. Na pewno jest to miejsce które trzeba odwiedzić ale nam nie zależało na zwiedzaniu więc zamiast wychodzić na upalne ulice zdecydowaliśmy się schładzać przy piwku w hotelowym barze. A mogliśmy się schładzać bo kuponów trochę mieliśmy. Dobrze, że znajomi do nas dołączyli zanim się skończyły kupony bo ciężko by było.

Plan był prosty. Darek przebrany za wieśniaka ze Skawiny będzie siedział gdzieś na ulicy tak żeby solenizantka się o niego potknęła i go zauważyła. Ja z czajona za palmą miałam wszystko nagrywać… kiedy będzie wielkie surprise i otworzymy szampana to kolejna para przyjaciół przejdzie koło nas z głośnikiem z którego będzie leciała jakaś polska muzyka… plan super, nie? Dobry plan to podstawa… do chwili jak coś się nie zepsuje… no i się zepsuło.

Solenizantka wymyśliła sobie, że chce iść na basen. No pomysł super. Baseny w Ceasars Hotelu są wypasione i nie dziwię się, że w upalny dzień jak dziś wybór padł na ochładzanie się nad basenem. Problem jest tylko taki, że my nie śpimy w Ceasars a co za tym idzie nie mamy kluczy i na basen nie wejdziemy. Trzeba było się trochę nakombinować ale się udało.

Niespodzianka była niesamowita. Śmiech, szok i łzy szczęścia przeważały. Dobra robota wszyscy - z niespodziankami zawsze jest tak, że ciężko jest je uchować w tajemnicy. Myślę jednak, że każdy spisał się na medal i udało się wszystko utrzymać w tajemnicy. W końcu można było przejść do normalnego planu wycieczki.

Po wypiciu urodzinowego szampana nad basenem pognaliśmy na kolację. W Vegas masz przeróżne restauracje. Są tu restauracje sławnych szefów kuchni, kuchnia z każdego zakątka a do tego topowe restauracje mają niesamowicie zaprojektowane wnętrza. My postawiliśmy na kuchnię Azjatycką i poszliśmy do Mott 32. Darka marzeniem zawsze było spróbować General Tso Chicken w fancy chińskiej restauracji. No i marzenie się spełniło.

Dobre było ale czy lepsze od naszego lokalnego chińczyka pod domem? Chyba nie - choć na plus było, że było mniej tłuste i pewnie kurczaka też lepszego dali. Mott 32 znajduje się w hotelu Venecian. Tam wszystko jest w jakimś hotelu. Hotele w Vegas zajmują hektary powierzchni i mają wszystko. Tak, że nawet nie trzeba wychodzić z hotelu. Gorzej jak trzeba się dostać z jednego hotelu do drugiego. Naszym następnym przystankiem było Colosseum w Caesars Palace. Początkowo myśleliśmy podjechać Uberem ale po 15 minutach czekania na auto stwierdziliśmy, że idziemy na nogach.

To jest problem w Vegas. Wszystko jest jedno na drugim więc taksówki stoją w korkach, albo czekają na wjazd pod hotel i ciężko jest zaplanować coś do minuty. Teoretycznie można chodzić na nogach i szczerze, polecam tą opcję. Ja na szczęście miałam wygodne sportowe buty to mogłam śmigać na nogach. W szpilkach niestety trzeba czekać na Ubery.

Na koncert się troszkę spóźniliśmy ale i tak udało się załapać na bardzo fajny show. Rod Steward wywijał na scenie jakby miał 20 lat i śpiewał wszystkie przeboje. Niektórzy krytykują koncerty w Vegas. Mówią, że gwiazdy tam jadą jak już im się kończy kasa i potrzebują dorobić. Wg. mnie rezydencja w Vegas to nie głupia sprawa. Nie dość, że artysta ma zagwarantowane koncerty to nie musi się cięgle przemieszczać i przez ok. 3 miesięcy może sobie pomieszkać w Vegas. Dla turystów z kolei jest to możliwość zobaczenia i usłyszenia swojego ulubionego wokalisty.

Koncert podobał nam się bardzo. Rod Stewart nie tylko oddał hołd Ukrainie ale też Zelenskiemu. No i niestety do mixu doszła jeszcze królowa Elżbieta. Dzieje się oj dzieje na tym świecie.

Uff…dzień pełen atrakcji. Jutro już opuszczamy Vegas więc chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć. Tak więc po koncercie powłóczyliśmy się jeszcze po Stripie. Skoczyliśmy na hamburgery do In-n-Out’a, odwiedziliśmy Flamingi, które niestety poszły już spać i dzień zakończyliśmy wystrzałowo przy fontannach Bellagio.

Przy fontannach spotkaliśmy panią które widziała już setki tych pokazów. W sumie to nie spytaliśmy się czy jest turystką czy lokalna, która lubi show. W każdym razie wiedziała dużo o pokazach i stwierdziła, że ten był jeden z lepszych. Nie dość, że Frank Sinatra grał w tle to jeszcze pokaz był dość długi i fontanny wysoko wyskakiwały. Nam pokaz się bardzo podobał ale za małe mamy doświadczenie z Bellagio więc ciężko porównywać. Ale na pewno show warty oglądnięcia.

Po prawie nie przespanej nocy i dniu pełnym wrażeń wszyscy rozeszli się do swoich hoteli. Jutro ciąg dalszy przygód.

Read More