Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 76
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2016.10.30 Queenstown, Nowa Zelandia (dzień 8)
Queenstown, centrum światowej ekstremalnej turystyki. Małe miasteczko położone w południowo-zachodniej części południowej wyspy w Nowej Zelandii.
Organizowane jest tu ponad 200 różnego rodzaju sportów. Od rybactwa, przez najszybszy zip-line na świecie, do bungy-jumping z balonów. Praktycznie większość ekstremalnych sportów jakie są na Ziemi można tu znaleźć i uprawiać. Warunki geograficzne na to pozwalają. Miasteczko położone jest w dolinie między wysokimi górami. Żeby tego było mało, to znajduje się nad 70km Długim jeziorem.
W tym rejonie znajdują się też 4 resorty narciarskie, które, jak patrzyliśmy na mapy tras, są ciekawe. Czarno to widzę! Wiem, lecieć 30+ godzin na nartki to trochę daleko, ale narty to przecież nie tylko narty, to cała otoczka tego wszystkiego. Teraz tu jest poza sezonem, a w barach są ciekawe imprezy, dużo lokalnych, muzyka na żywo..... W sezonie tu musi być ostro, pewnie coś jak w Zermatt, albo jeszcze lepiej. Myślimy, że lipiec lub sierpień 2019 nas tu ponownie zobaczą. Czy ktoś jeszcze lubi nartki i imprezy?
Ale od początku. Dzisiaj troszkę pospaliśmy i dopiero wyjechaliśmy koło 11 rano z Te Anau. Do Queenstown mieliśmy jakieś dwie godziny samochodem. Nigdzie się nie spiesząc, jechaliśmy powoli, malowniczą drogą wśród zielonych pastwisk lokalnej hodowli. Sarny, Jelenie, Owieczki....wszystko się pasło!
W tym rejonie jest chyba więcej turystów niż w miejscach gdzie do tej pory bywaliśmy. Parę razy stał samochód policyjny na poboczu i mierzył prędkość, a także widzieliśmy sytuację jak tajniak pogonił jeden z samochodów. My spokojnie, podziwiając wspaniałe widoki jechaliśmy do przodu, ciągle się zatrzymując i robiąc przepiękne zdjęcia.
Około 15 dojechaliśmy do Queenstown. Szybkie zameldowanie się w hotelu i na miasto. Trochę już zgłodnieliśmy, więc trzeba coś wrzucić na ząb. Ilonka już była na to przygotowana i powiedziała, że może pójdziemy na lokalne hamburgery do Fergburger. Coś w rodzaju Five Guys albo In&Out. Takie lepsze fast food.
Hmmmm..... a nie ma coś lepszego w tym mieście, zapytałem?
A co nie masz ochoty na Sweet Bambi albo Little Lamby, Ilonka odpowiedziała.
No dobra, pokiwałem głową i poszliśmy. Drugi raz pokiwałem głową jak zobaczyłem w jakiej kolejce muszę stać żeby je zamówić. Kolejka, aż była na zewnątrz. W kolejce dostaliśmy menu i przestałem już kiwać głową. Poza tradycyjnymi hamburgerami z krówki, mieli z jagnięciny, z sarenki i wiele innych kombinacji. Kiedyś zwykła knajpa z hamburgerami teraz stała się destynacją i nawet lokalni przychodzą tu na lunch.
Zamówiliśmy jeden z krowy, a drugi z jagnięciny. Oba były pyszne. Naprawdę mi smakowały. W Nowej Zelandii nawet fast food jest smaczne. Świeże, lokalne, bez dużej ilości wszystkich nikomu nie potrzebnych konserwantów.
Po lunchu postanowiliśmy wyjechać gondolą na górę. Miasteczko jest małe i w ciągu parunastu minut można prawie wszędzie się dostać na nogach. Gondolą nie jedzie się długo, natomiast bardzo stromo i w ciągu 5 minut można mieć zupełnie inne widoki.
Widać, że gondola w dużej mierze obsługuje rowerzystów, bo jest ich tu trochę. Mają wiele ciekawych tras z góry. Od zielonych do podwójnych diamentów. Co kto lubi, albo może lepiej, co kto umie! Na górze też jest bungy-jumping.
Nigdy tego nie robiliśmy, ale nie wiem czy bym się odważył. Musiał bym chyba wcześniej iść do baru i zrobić parę głębszych. Z tym tutaj nie ma problemu, bo parę barów jest na górze. Jest też restauracja, kawiarnia, sklepy, zjeżdżalnie na saneczkach po betonowych torach..... Wszystko co potrzebujesz żeby zabić czas i portfel.
Zjechaliśmy z góry i tu się zaczęło. Wiedzieliśmy, że jutro mamy duży hike i że dzisiaj przydało by się w miarę wcześnie wrócić do hotelu. Niestety nie do końca nam się to udało.
Zaczęliśmy od baru na statku, Perky's. Kapitan serwował dobre piwko, fajnie bujało, wokół inne łódki pływały, słońce świeciło. Posiedzieliśmy chwilkę.
Potem przenieśliśmy się do baru Atlas. Tu już było gorzej. Mieli za duży wybór piw, więc musieliśmy wiele próbować.
Świetny browar. Każdy, każdego tu zna. Nawet turyści są mile widziani i jest im objaśniane wiele rzeczy. Jak np. gdzie jest łazienka. Łazienka jest w lodówce.
W drodze do hotelu odwiedziliśmy jeszcze jeden bar, Searle Lane. Mieli live music, więc też dobrze się siedziało. Znowu zgłodnieliśmy, lokalna pizza uratowała nam życie.
Wracając do hotelu lokalni traktowali nas jak swoich. Do końca nie wiemy dlaczego. Może dlatego, że już było późno, a przecież turyści już śpią. A może dlatego, że Ilonka miała fajną kapuzę na głowie. No chyba nie dlatego, że było już bardzo zimno, a ja dalej w krótkich spodenkach plątałem się po ulicach.
2016.10.29 Milford Sound, Nowa Zelandia (dzień 7)
Po raz pierwszy na tym wyjeździe spaliśmy w apartamencie zamiast w hotelu. Dzięki temu mieliśmy mały apartament zamiast małego pokoiku. Te Anau, miejsce gdzie się zatrzymaliśmy jest małym miasteczkiem w samym centrum raju. Położone ono jest nad jeziorem o tej samej nazwie, a otoczone jest przepięknymi górami. Góry te jak i zatoka Milford są częścią Fiordland National Park.
Po górach chodziliśmy wczoraj, natomiast na dziś zaplanowane mieliśmy oglądanie fiordów w Milford Sound. Zanim jednak wyruszyliśmy w drogę, skorzystaliśmy z faktu posiadania kuchni i zrobiliśmy sobie przepyszną jajecznicę. Pomyślicie pewnie – co takiego dziwnego jest w jajecznicy. Dużo. W Nowej Zelandii jest dużo lepsze jedzenie niż gdziekolwiek indziej. Nie importują oni za dużo a wszystko jest wyhodowane na tych zielonych łąkach. Dlatego jajka są żółte, w mięsie czujesz smak prawdziwego mięsa i tylko chleb mają trochę watowaty. Wszystko tu smakuje jak u babci na wsi. Aż smutno się robi jak pomyślimy jaki syf jemy w Nowym Yorku. Amerykańskie organic to nic w porównaniu z jedzeniem tu. Na kolację planujemy sobie zrobić jagnięcinę – zobaczymy czy po raz kolejny się mile zaskoczymy.
Tak więc pełni energii ruszyliśmy w drogę odkrywać kolejne, nie znane zakątki Nowej Zelandii. Milford Sound to przepiękne fiordy. Przez chwilkę się zastanawialiśmy czym się różni fiord od zatoki. Tak więc każdy fiord to zatoka, natomiast nie każda zatoka to fiord. Fiord musi zostać stworzony przez lodowce. Cechuje się on wąskimi przesmykami, otoczonymi stromymi klifami.
Fiordy w Milford Sound zwiedza się na wiele sposobów, jednak najpopularniejszym jest statek. Tak więc i my (jak i tysiące innych ludzi) załadowaliśmy się na statek. Na szczęście nasz statek był dość mały i kameralny więc można było nie tylko podziwiać widoki, pstrykać tysiące zdjęć ale być też zmoczonym przez wodospad.
Nasz kapitan miał poczucie humoru i lubił podpływać pod wodospady. Twierdził, że jak się nie zmoczysz to nie zrobisz ładnego zdjęcia. Przy pierwszym wodospadzie to było nawet zabawne. Przy drugim (który podobno jest wyższy niż Niagara) to już przestało być śmieszne. Podpłynął tak blisko, że wszyscy nagle zaczęli uciekać do środka łódki i chować wszystkie aparaty i kamery.
Rejs trwał 2h i wypłynęliśmy na morze Tasmańskie. Stamtąd już nie daleko jest do Australii. Jak zwykle bywa na tych wodach udało nam się spotkać foki, delfina i podobno pingwin też gdzieś tam pływał. Ja niestety pingwina nie widziałam.
Ten rok mamy zdecydowanie pod znakiem fok. Jak nigdy wcześniej nie widziałam fok tak w tym roku jak tylko jestem blisko wody to są foki a jak w lesie to jest jakiś misiu.
Pogoda w Nowej Zelandii jest zmienna. I tak wczoraj w górach ranger mówił, że idą śniegi z południa, przez co wiało, lało i sypało śniegiem. Tak dziś pogoda nam dopisała w 100%. Był piękny słoneczny dzień. I super – bo zwiedzanie tych fiordów w złą pogodę nie należy chyba do przyjemności. Mówią, że jak pada to też jest fajnie bo wtedy wodospady są jeszcze większe (a wodospadów tu jest dużo). Ja tam jednak wole słoneczko. Większość wodospadów powstaje w efekcie topnienia śniegów i lodowców. Niestety klimat się jednak ociepla i aktualnie tylko jeden lodowiec w tym rejonie się jeszcze ostał ale jego lata są też policzone.
Jako ciekawostka to na łódce spotkaliśmy polaków...czyli jednak udało się! Polska, górą. Musimy podróżować więcej bo nadal widuje się mało polaków... Chiny natomiast przodują. Widać, że ich ekonomia jest dużo lepsza niż kiedyś i świat jest dla nich otwarty. Fajnie, że podróżują nie tylko młodzi ale też starsi ludzie. Jest to zdecydowanie dobre dla lokalnej turystyki. Duże autokary podjeżdżają pod hotele, restauracje, sklepy z pamiątkami. A jak to bywa z turystami wydają oni dość dużo więc ekonomia się kręci i wszyscy są szczęśliwi.
Droga z Milford Sound do Te Anau zajmuje około dwie godziny. Jednak dla większość ludzi wydłuża się ona w nieskończoność. Ponieważ droga idzie przez park narodowy to widoki są przepiękne z każdą milą. Do tego jest wiele parkingów, skąd można się przejść dalej lub bliżej. Niektóre hiki są długie jak Routeburn Great Track, który trwa 3 dni. Niektóre krótsze 3-4 godziny. Oczywiście są też platformy widokowe na które się idzie 5-10 minut. Jednym słowem, każdy znajdzie coś dla siebie. Szlak Routeburn robimy za 2 dni i zaczynamy go z innej części. Tak więc my się ograniczyliśmy do paru przystanków w co ładniejszych miejscach i zrobiliśmy parę spacerków po 10-30 minut.
Niektóre spacerki były przez chaszcze i lasy, inne po dobrze przygotowanych platformach. Jedno łączyło te wszystkie drogi. Jakąkolwiek drogę byśmy nie wybrali zawsze dochodziliśmy do jakiegoś przepięknego unikatowego miejsca.
Nam droga powrotna zajęła tylko 4 godziny. Niektórym ludziom zajmuje nawet cztery dni. W Nowej Zelandii spotyka się niesamowitą ilość domów na kółkach. Tu każdy gdzieś jedzie, każdy samochód ma poduszki, materace, niektóre mają nawet zlew i czajnik. Na drogach można spotkać kampery wyposażone we wszystko lub stare samochody przystosowane do mieszkania w nich. Najbardziej chyba zaskoczyła nas para która miała dość starego mini ven'a w którym zamiast tylnich siedzeń był stolik, łóżko, no i przede wszystkim zlew. Normalnie zamontowany był tam zlew z kranem i wodą a obok stała kuchenka na której gotowała się woda w czajniku. Darek stwierdził, że jak kiedykolwiek będzie kupował samochód to się nie tylko spyta czy jest deska do krojenia ale też czy jest zlew. Ciekawe jak na to zareaguje dealer Mercedesa.
My spakowaliśmy się do naszej Toyoty Rav4 (bez zlewu, ale z deską do krojenia) zrobiliśmy sobie lunch z polską konserwą i ruszyliśmy dalej w drogę. Kolejne zaskoczenie to ilość kampingów. Co jakiś czas był znak na pole namiotowe. Na jeden z takich kampingów zjechaliśmy, patrzymy jest budka gdzie uiszczasz opłatę (samoobsługowa) i pole namiotowe....ale jedno....dosłownie był to kamping tylko z jednym polem namiotowym. Za to jaki miał widok. Aż dziwne, że nikt tu się nie rozbił.
W końcu dotarliśmy do domku. Przed naszymi drzwiami stał już grill, zamówiony wcześniej w recepcji. A w lodówce czekało na nas świeże mięsko. Dzisiejszego wieczoru postanowiliśmy sobie sami zrobić kolację z pysznym winkiem. Oczywiście nie mogło być inaczej niż jagnięcina. Czy ta jagnięcina różni się od amerykańskiej? O tak, bardzo. Po pierwsze, czuć w niej nutkę dziczyzny. Smak mięsa jest inny niż w Stanach. Tu można jagnięcinę porównać do smaku dziczyzny. Ma ona taki charakterystyczny smak, który często spotykam w dziczyźnie. Muszę przyznać, że jeżdżąc przez te polany pełne pasących się małych baranków, nie mam ochoty na jedzenie ich na kolację tak więc ja się ograniczyłam to łososia. Łosoś pomimo, że z farmy miał smak porównywalny z dzikim łososiem jaki jadałam do tej pory, i też rozpływał się w ustach. Darek natomiast jak przystało na prawdziwego t-rex'a objadał się steakiem z jagnięcia.
Do tego zaserwowaliśmy sobie lokalne winko Pino Noir z Marlborough, Cloudy Bay. Podobno wino ciężko dostępne w Stanach - tu jest na każdej sklepowej półce. I tu kosztuje tylko 35 USD. Przepyszne winko. Kupiłam już Chardoney z tej samej winiarni, ciekawe czy będzie równie dobre. Coś czuję, że znów parę butelek poleci do NY.
I takim o to sposobem pożegnaliśmy się z Te Anau i przepięknym Fiordland National Park. Jutro znów w drogę do Queenstown.
2016.10.27-28 Kepler Track, Fiordland NP, Nowa Zelandia (dzień 5-6)
Dzisiaj rano opuściliśmy wschodnie wybrzeże wyspy i po przejechaniu 250km dojechaliśmy do Parku Fiordów, który znajduje się na południowym zachodzie. Plan mamy ambitny, mamy zrobić trasę Kepler. W Nowej Zelandii jest potężna ilość hików, od krótkich godzinnych, do wielodniowych. 8 z nich jest nazywane "Great Walk"! Są to hiki, które ponoć prowadzą najpiękniejszymi terenami NZ. Kepler należy do nich.
Nowa Zelandia jest bardzo górzysta i niedostępna. Wiele ciekawych miejsc "niestety" wymaga hików. My mamy zaplanowane 6 dużych i wiele mniejszych. Dwa z nich są Great Walk. Dzisiaj zaczynamy Kepler. Jest to 4-dniowy, 60-kilometrowy hike od schroniska do schroniska. Cały znajduje się w Parku Fiordland. My oczywiście nie mamy 4 dni żeby go zrobić, więc robimy to w dwa dni. Najpierw idziemy do pierwszego schroniska, następnego dnia idziemy na szczyt, a potem nie idziemy dalej tylko wracamy. Wiem, że drugi dzień będzie długi i męczący, ale większość będzie z góry. Zresztą dalej szlak już nie jest ciekawy i większość idzie lasami.
Żeby wiele jedzenia nie nosić, to jeszcze lunch zjedliśmy w miasteczku, ubraliśmy buty, plecaki i ruszyliśmy w góry. Pierwsze 5.5km szlak idzie wzdłuż jeziora Te Anau. Szeroka, dobrze wydeptana ścieżka szła cały czas brzegiem i się nic nie podnosiła do góry. W błyskawicznym tempie pokonaliśmy ten odcinek i doszliśmy do Broad Bay.
NZ dostało dużego plusa za przygotowanie tej trasy. Naprawdę była świetna. Może nie była oznaczona, ale nie musiała być, nikt by się na niej nie zgubił. W tym rejonie można spotkać Kiwi, więc szliśmy w ciszy, albo gadaliśmy szeptem, ale niestety się nie udało. Może wyżej będziemy mieli więcej szczęścia.
Od Broad Bay szlak skręca w lewo, odchodzi od jeziora i zaczyna podnosić się do góry. Dalej jakoś i stan szlaku był idealny. Szeroką ścieżką, serpentynami zaczęliśmy się wspinać. Jezioro jest na wysokości 220 metrów, a granica lasu na 980, więc jeszcze trochę nam zostało do pokonania.
Im wyżej wychodziliśmy, tym flora stawała się inna, ciekawsza. Coraz więcej było mchu i innych ciekawych drzew i krzewów. Bardziej to nam przypominało coś w stylu rainforest niż, nasze lasy ze strefy umiarkowanej.
Po 2.5h od jeziora doszliśmy do górnej granicy lasu. Tutaj niestety pogoda się zmieniła. Zaczęło bardzo lać i był mocny wiatr. Na szczęście byliśmy przygotowani na te warunki, więc po odpowiednim ubraniu ruszyliśmy dalej.
Do chatki mieliśmy jakieś 45 minut. Mimo, że pogoda nie była najlepsza, to się super szło. Widoki zapierały dech w piersiach.
Ośnieżone góry, których szczyty chowały się w chmurach, w dole długie fiordy. Ładnie tu, oboje stwierdziliśmy. Ciekawie jak tu musi być pięknie jak jest słoneczna pogoda, dodaliśmy.
Po około pół godziny ukazało nam się górskie schronisko.
W Nowej Zelandii jest ponad 900 górskich schronisk, od bardzo małych cztero-osobowych chatek, do dużych 100+ ludzi. Nasze schronisko, Luxmore Hut, znajduje się na wysokości 1053 metrów i może pomieścić 56 hikerów.
Ma dwie "sypialnie", kuchnie ze świetlicą i łazienki z lodowatą wodą. Niestety różni się od schronisk w jakich do tej pory bywaliśmy, a bywaliśmy już w wielu na czterech kontynentach. Nie ma żadnego jedzenia, żadnych naczyń do gotowania, nie wspomnę o barze gdzie można kupić piwko czy winko. My wiedząc o tym, wzięliśmy jedzenie i herbatę. Szybko zaprzyjaźniliśmy się z panią z Austrii, która nam pożyczyła czajnika na zagotowanie wody. Pani jest na emeryturze, przyjechała do NZ na 8 tygodni i samotnie podróżuje i łazi po tych odludziach. Szacun na maksa...!!!
Posiedzieliśmy jeszcze ze dwie godzinki w świetlicy, wypiliśmy parę herbatek i udaliśmy się do "sypialni". Oczywiście sypialnie nie są ogrzewane, więc ciepłe śpiwory bardzo nam się przydały, zwłaszcza, że w nocy linia zamarzania ma się obniżyć do 600 metrów, a my jesteśmy na 1053 m.
Noc nawet dobrze przespaliśmy w ciepłych i suchych śpiworach. Po 10 godzinach spania, o 8 rano postanowiliśmy wyjść z ciepłych norek i zobaczyć co się dzieje. Na świetlicy było już trochę ludzi. Część robiła sobie śniadanie, część czytała książkę, a jeszcze inni po prostu sobie siedzieli. Przyszedł Park Ranger z nowymi wiadomościami o pogodzie. Niestety nie miał dobrych wieści.
Ranger powiedział, że są jedne z gorszych warunków jakie można mieć w tym okresie. Silny wiatr z dużymi opadami deszczu/śniegu, a wyżej w górach z zerową widocznością. Fajne zdanie powiedział, "idą śniegi z południa". Z reguły to śniegi idą z północy, przynajmniej w naszych strefach klimatycznych. Południowe fiordy już są zasypane i to tylko kwestia czasu jak u nas deszcz zamieni się w śnieg. My mieliśmy w planie zdobyć szczyt Luxmore, 1472 metrów. Tam ponoć warunki są jeszcze gorsze i wiatr wieje 80km/h. Postanowiliśmy poczekać z godzinkę i zobaczyć czy coś się zmieni. Zaprzyjaźniliśmy się z parą z Holandii (mieli pojemnik na zagotowanie wody), posiedzieliśmy i pogadaliśmy. Oni przyjechali tutaj na 10 tygodni i już narzekają na brak czasu i że nie uda im się wszystkiego zobaczyć. My chyba naprawdę za krótko tu jesteśmy. Następnym razem minimum miesiąc!
Po godzinie pogoda się zmieniła, na jeszcze gorszą. Wiatr już wiał na maksa. Postanowiliśmy, że schodzimy na dół. Wspinaczka w górę staje się niebezpieczna. Tam idzie się spory kawałek granią, gdzie przy dużym wietrze istnieje zagrożenie zdmuchnięcie hikera z grani. Po drugie, przy zerowej widoczności nie będzie widać pięknych fiordów.
Poubierani w przeciw-deszczowe ubrania zaczęliśmy schodzić w dół. Pierwsze 40 minut szło się ponad lasami, więc wiatr z deszczem skutecznie utrudniał nam to zadanie. Jednak spodziewaliśmy się czegoś gorszego, nie było aż tak źle. W niecałą godzinę doszliśmy do granicy lasu.
Tu już było lepiej, a zwłaszcza wiatr już nam tak nie dokuczał. Holendrzy też schodzili w tym czasie. Często mijaliśmy się na szlaku i chwilę gadaliśmy. Oni też wypatrywali Kiwi, ale tak samo bezskutecznie. Kiwi widzi super w nocy, jak sowa. Dlatego ten ptak (który nie umie latać) najbardziej aktywny jest w nocy. Ponoć największe szanse na jego zobaczenie są na Stewart Island. Pierwotnie mieliśmy na tą wyspę płynąć, ale niestety czas na to nie pozwolił. Następnym razem...
Zeszliśmy na dół, podjechaliśmy do fajnego hotelu nad jeziorem Te Anau, gdzie mamy zamiar spędzić dwie noce. Przebraliśmy się w suche ubrania i postanowiliśmy dzisiaj trochę poimprezować.
Na początek wybraliśmy się na spacer nad brzegiem jeziora. Dalej widać (albo raczej nie widać), że w górach panują złe warunki. Nawet tutaj, na dole, był dość mocny wiatr który dawał się mocno we znaki.
Dobra, wystarczy spacerków, trzeba w końcu zjeść jakiś cywilizowany obiad, powiedzieliśmy. Wybraliśmy restauracje Redcliff. Knajpa słynie z dziczyzny i z lokalnych potraw.
Ilonka sobie zamówiła łososia, a ja poszalałem z sarenką. I rybka, i mięsko było pyszne. Bardzo chcieliśmy wypić wino Pinot Noir z NZ. Wiemy, że ten rodzaj wina za bardzo nie pasuje do mięsa, ale właściciel knajpy dobrze się zna na winach, i nam polecił świetne Pino Noir. Wino z Central Otago z NZ. Bardzo złożone, dobre minerały i wystarczająco ciężkie, także było super do mięska.
Po kolacji jeszcze odwiedziliśmy lokalny bar, gdzie próbowaliśmy co oni tu potrafią zrobić z chmielu. Powiem wam, że nawet im to wyszło. Piliśmy piwka i oglądaliśmy z lokalnymi mecz Rugby. Zastanawialiśmy się co oni widzą w tym sporcie. Amerykański football to już walka i przemoc, ale Rugby to jeszcze gorzej. Wszyscy lecą za tą piłką, łapią ją, rzucają się na siebie...... Czy oni tu znają piłkę nożną.
Noc była długa, bo wiedzieliśmy, że jutro aż tak wcześnie nie musimy wstawać.
2016.10.26 Wybrzeże południowo-wschodnie, Nowa Zelandia (dzień 4)
Wczorajszy dzień był dosyć długi. Nie dość, że pobudka sama się zrobiła o piątej rano (organizm za bardzo nie ogarniał w jakiej jest strefie czasowej), to jeszcze przejechaliśmy około 700km samochodem. Może to nie jest jakaś wielka liczba, ale w kraju w którym nie ma autostrad i gdzie się jeździ po lewej stronie to jest nie lada wyczyn. Pierwsze około 200km było wąskimi, górskimi drogami, gdzie na serpentynach trzeba było zwalniać do 15km/h.
Potem jechało się kilkaset kilometrów na południe do Dunedin. Drogą dwukierunkową, przez wiele małych miasteczek, w których ograniczenia prędkości są do 70 lub 50km/h.
Max prędkość w tym kraju to tylko 100km/h. Większość ludzi tak jedzie, może jadą 110, ale to tyle. Próbowałem czasami nadrabiać i jechać 120, ale jakoś się dziwnie na mnie patrzyli. Chyba nie wypadało, ludzie tu chyba bardzo przestrzegają przepisy.
Jak się jeździ po lewej stronie? Nie jest źle, ale trzeba się przyzwyczaić i przestawić. Byliśmy już w paru krajach, gdzie jest ruch lewostronnych i zawsze pierwsze dni są ciężkie.
Dopóki myślisz, to wszystko jest ok. Ale jak sytuacje na drodze wymagają błyskawicznej reakcji, to nawyki są górą. Ze skrzyżowania oczywiście zjeżdżam pod prąd, na rondach czasami chcę standardowo jechać w prawo, czy wyprzedzać z lewej strony. Jak chcesz włączyć migacz to włączasz wycieraczki, a jak chcesz komuś mrugnąć światłami żeby jechał, to oczywiście światła się nie włączają tylko spryskiwacz przedniej szyby. Ogólnie jest wesoło, ale trzeba uważać, zwłaszcza przy większych prędkościach.
Tak po dwóch tygodniach się do tego już przyzwyczajasz i jak wracasz do domu to znowu spryskujesz szybę na skrzyżowaniach.
Dzisiaj o 6 rano jet-lag też nam powiedział, że wystarczy spania. W sumie to dobrze, bo dzisiejszy dzień też jest napchany atrakcjami. Mieszkamy dwie noce w Dunedin. Rano będziemy zwiedzać miasto, a potem całe wybrzeże południowo-wschodnie, od Dunedin do przylądku Slope.
Poznawanie miasta rozpoczęliśmy od dworca kolejowego. Świetność tego miejsca przypadała na początek poprzedniego wieku, teraz to jest może bardziej atrakcja turystyczna niż funkcjonujący dworzec kolejowy. Mimo, że większość ludzi tutaj porusza się samochodami czy samolotami, to i tak na dzisiaj mieli zaplanowane dwa odjazdy pociągów. Niestety nie są to już potężne parowozy, ale "nowsze" elektryczne lokomotywy.
Dunedin nie jest dużym miastem, mieszka w nim 118 000 ludzi. W ciągu dwóch godzin można obejść całe jego centrum i zajrzeć tu i tam. Jest to studenckie miasteczko, które posiada wiele barów, nie omieszkamy ich odwiedzić wieczorem. Przewodnik Lonely Planet porównuje to miasto do szkockiego Edynburga. Oba charakteryzują się dużą ilością barów, podobną architekturą, a także dużą ilością whisky jakie tu się wypija. Jeszcze nie byliśmy w Edynburgu, więc jak na razie zdajemy się na przewodnik.
Odwiedziliśmy najstarszy kościół prezbiteriański w Otago, ratusz, a także powałęsaliśmy się po uliczkach miasta.
Zgłodnieliśmy. Najwyższa pora na śniadanie i w drogę na południe. Knajpa Perc przyciągnęła nas dobrymi opiniami na TripAdvisor. Domowej roboty śniadanka, świeże i szybko podane.
Posileni i gotowi do zwiedzania ruszyliśmy w dalszą drogę. Na południe, niedaleko od Dunedin znajduje się Tunel Beach. Przepiękne clify z możliwością dojścia do plaży.
Parking na samochody znajduję się dosyć wysoko, więc łatwym dwudziesto-minutowym spacerkiem schodziliśmy na dół. Im bliżej oceanu, tym głośniej było słychać rozbijające się fale o skały. Na początku myśleliśmy, że nie można dojść do plaży. Dopiero później odkryliśmy tunel, który prowadził stromo na dół.
Schodziło się fajnie, ale jednak do góry było trochę stromo i aż musieliśmy bluzy ściągać, żeby się za bardzo nie spocić.
1.5h na południe od Tunel Beach znajduje się Nugget Point. Przepiękna formacja skalna z latarnią na szczycie. Widzieliśmy wiele zdjęć tego miejsca wcześniej na internecie. Bardzo nam się spodobały i chcieliśmy na własne oczy to zobaczyć. Robi wrażenie. Niestety zdjęcia nie do końca oddadzą tego co się tam widzi.
Z Nugget Point jechaliśmy jeszcze ponad dwie godziny żeby dojechać do Slope Point. Jest to najbardziej wysunięte miejsce na południowej wyspie. Stamtąd już "prawie" widać Antarktydę.
Zanim jednak tam dojechaliśmy to przejeżdżaliśmy przez przepiękne rejony południowej NZ. Ale tu było tak jakoś inaczej.
Tak przepięknych, nasyconych mocną zielenią pastwisk i gór to ja chyba nigdy nie widziałem. W każdą stronę gdzie się nie obejrzałem to było zielono, a nasza droga wiła się przez te tereny jak jakiś wąż w zielonej krainie. Ilość pasących się tam owiec, baranów i jagniąt też nas szokowała. Tysiące ich było na każdym pastwisku. Nie dziwię się, że jagnięcina z NZ jest jedną z najlepszych na świecie, jak te zwierzaki pasą się w raju i hasają po dziewiczych terenach. A ich dieta to nieskazitelnie czysta, organiczna trawka.
Posuwając się dalej na południe krajobraz się zmienił. Wyjechaliśmy z pastwisk i wjechaliśmy w gesty las. Nie był to zwykły las, był tak gesty ze przejście przez niego byłoby nie możliwe. Ostatnie ok. 20km było off-road. Był to luźny żwir na którym prędkość powyżej 50 km/h była niemożliwa. Pod sam koniec wyjechaliśmy z lasu i ukazał nam się koniec Nowej Zelandii. Zaparkowaliśmy i przez pastwiska udaliśmy się na końcowy punkt.
Slope Point jest najbardziej wysuniętym punktem na południe, na południowej wyspie. Punkt ten znajduje się bliżej bieguna południowego, niż równika. Dokładnie nie wiemy jak daleko znajduje się Antarktyda ale na podstawie Google Earth szacujemy, ze odległość to ok.2000 km. Jest to najdalej wysunięty na południe punk na tej wycieczce jak i w całym naszym życiu. Jedynie w Patagonii można wybrać się dalej...co oczywiście mamy w planie zrobić.
W sumie to mieliśmy szczęście do pogody, może nie była idealna, ale patrząc na drzewa to musi tu nieźle wiać.
W drodze powrotnej do Dunedin wstąpiliśmy do Cathedral Caves. Są to groty w skalach do których można tylko wejść jak jest odpływ. Dzisiaj odpływ był o 18:30 wiec miedzy 16:30-20:00 można było tylko tam wejść. Nam się udało trafić w 10 i byliśmy tam dokładnie o 18:30. Ponownie, parking był wysoko wiec 20min spacerkiem przez dżunglę zeszliśmy na plażę.
Ale tu fajnie. Nie ma nikogo a plaża potężna. Czuliśmy się jak takie malutkie mróweczki w świecie kolosów. Z jednej strony ocean z drugiej dżungla a z trzeciej skały.
Po paru minutach spacerku po plaży, doszliśmy do grot. Po falach widać było, że nie mamy wiele czasu bo przypływ nadchodził. Weszliśmy do tej ogromnej, wysokiej jaskini z różnokolorowymi skalami. Echo fajnie się rozchodziło i zanikało w mrocznym wnętrzu. Światłami oświetliliśmy mrok i ruszyliśmy w głąb.
Poczuliśmy się jeszcze mniejsi aż do momentu jak zobaczyliśmy małego pingwinka. Do końca nie wiedzieliśmy czy pingwin poszedł tam składać jajka czy duży przypływ nie wyrzucił go na skały w grocie. Dla jego i naszego bezpieczeństwa nie pomogliśmy (lub przeszkodziliśmy) mu.
Jeszcze trochę pochodziliśmy po grotach pstrykając wiele zdjęć i oczywiście nagrywając. Ocean coraz to większymi falami mówił mróweczki uciekać stąd. Grzecznie słuchając żywiołu wróciliśmy do samochodu.
Głodni jak wilki zaczęliśmy szukać restauracji gdzie można zjeść dobra jagnięcinę. Niestety w tym kraju wszystko zamykają dość szybko wiec został nam tylko McDonald. I tu wielkie zaskoczenie. Po ugryzieniu Ilonka powiedziała "wow...czuje tu mięso." Rzeczywiście był to najlepszy McDonald jakiego do tej pory jedliśmy. Pyszna bułeczka, mięsko z mięsa, świeże warzywka i nie za dużo majonezu czy sosu, który tylko zabija smak. I tu nasuwa się pytanie....dlaczego w kraju w którym powstał McDonald (kilkadziesiąt lat temu) jest najgorszy jaki jest na świecie. Dlaczego amerykanie są karmieni śmieciami jak może być zupełnie inaczej. W takich krajach jak RPA, NZ, Maroko czy Europa jest on dużo lepszy niż w Stanach. Ta kolacja zakończyliśmy dzień. Następne dwa dni czekają nas tylko polskie konserwy w górach.
2016.10.25 Akaroa i półwysep Banks, Nowa Zelandia (dzień 3)
Półwysep Banks został uformowany przez dwa gigantyczne wybuchy wulkanu, około 8 mln lat temu. Dzięki temu półwysep ma format łapy z dużą ilością palców. Cechuje go duża ilość zatok, klifów ze skał wulkanicznych oraz pięknej zielonej flory. A że wulkan jest ogromny to i półwysep który stworzył do małych nie należy. Aby przejechać go w dłuż potrzeba dobrą godzinę. W jednej z tych zatok jest małe miasteczko Akaroa. Powstała ona po osadzeniu się Francuzów w tej części świata. Teraz jest centrum wycieczek morskich i to właśnie sprowadziło nas w ten rejon półwyspu.
Akaroa znajduje się ok. 80 km od Christchurch. A droga wiedzie przepięknymi zboczami wulkanu. Sama droga jest dużą przyjemnością i zdecydowanie polecamy. Samo miasteczko ma parę ulic na krzyż i widać, że każdy tam zna każdego. My przyjechaliśmy tu aby wsiąść statek, żeby zobaczyć delfiny. Jak tylko weszliśmy do sklepiku gdzie mieliśmy odebrać bilety na statek to Pani nas przywitała szerokim uśmiechem (mówiłam, że tu każdy jest super miły) i powiedziała, że statek to jej brat steruje. Wino na statku serwują z wujka winiarni a ciastka piecze ciocia. Wszystko jest super rodzinne i dzięki temu czujesz się bardzo mile widziany.
Statek płynie ok. 2h. Wypływa z portu Akaroa, i dopływa do końca zatoki a nawet troszkę dalej. Po drodze można zobaczyć nie tylko przepiękne widoki ale też zwierzęta: pingwiny, ptaki, kaczki, delfiny i foki.
Mieliśmy dużo szczęścia bo pogoda nam dopisała, było pięknie i słonecznie. Tak, że widoki podziwialiśmy, pstrykaliśmy zdjęcia i nie mogliśmy uwierzyć, że tak piękne i zielone miejsca jeszcze istnieją na naszej planecie.
Pierwsze zwierzę jakie zobaczyliśmy to były kaczki... hmm...no tak zawsze coś. W sumie to troszkę się zdziwiłam, że kaczki są na wodach oceanicznych. Myślałam, że kaczki pływają tylko po jeziorach a tu niespodzianka. Jak to podróże kształcą.
Kaczki pływały niedaleko jaskiń. Podpłynęliśmy pod te jaskinie i wtedy stwierdziłam, że nie mogę się doczekać kiedy Daruś zrobi film z tego. Było przepięknie ale zdjęcia nie potrafią oddać tego ogromu, uroku i echa...no dobra albo fotograf nie jest dobry.
Wśród tych jaskiń była też skała przypominająca słonia. Chyba jest tu to dość popularne bo czytałam o skale słonia ale w innym miejscu.
Kolejną atrakcją były pingwiny. Nowa Zelandia słynie z najmniejszych pingwinów (niebieskich pingwinów) jak i najmniejszych delfinów. Tak więc udało nam się dostrzec tego najmniejszego pingwina, który akurat polował na rybki. Rzeczywiście są malutkie. Potem jak pływały wokół naszej łódki to stwierdziłam, że są nie wiele większe od ogromnych meduz jakie widzieliśmy w Acadia NP.
No i wypaczyłam. Udało mi się zobaczyć delfina. Ponieważ statek był mały i kameralny (tylko 13 ludzi plus 2 osoby załogi) to jak tylko krzyknęłam “delfin” to kapitan od razu wyłączył silniki i zaczął powoli podpływać. Delfin był, i to nie jeden. Nagle wokół naszej łódki pływało około 3-4 delfinów. Pływały pod łódką, wokół...tylko jakoś skakać nie chciały.
Delfiny przypływały i odpływały. My też płynęliśmy dalej i co jakiś czas jak tylko ktoś wypatrzył delfina znów zwalnialiśmy, żeby pstryknąć zdjęcie. Mi się udało uchwycić 4 delfiny. Podobno to była mama z trójką dzieci....hmmm...ciekawe jak kapitan to poznał.
I znów kapitan zawiózł nas w przepiękny zakątek. Kolejna mini zatoczka, z pięknymi skałami wulkanicznymi. Oczywiście wszystko otoczone głęboką zielenią.
Tutaj w tej zatoczce schowały się foki. Bawiły się, skakały i były zdecydowanie bardziej pełne życia niż te które widzieliśmy ostatnio w San Francisco.
A między fokami suszył się jakiś czubaty ptak, który właśnie wrócił z porannego pływania. A my tak siedzieliśmy na ławce na statku i tylko mówiliśmy ale tu pięknie. Matka natura po raz kolejny nas zaskoczyła.
Wody na których byliśmy są dość blisko Antarktydy. Nadal jest to ok. 2000 km., ale to i tak jest bliżej niż inny ląd. Skoro byliśmy na tak nie odkrytych wodach to pojawiło się pytanie....co jeszcze można tu spotkać. Jakie inne zwierzęta tu przypływają. Kapitan powiedział, że czasami można zobaczyć tu orki i wieloryby jak migrują na południe, aż pod Antarktydę, aby posilić się planktonami. Potem wracają aby rodzić w cieplejszych wodach. W związku z dużą aktywnością ork i wielorybów, pojawiają się też rekiny, które na nie polują. Podobno coraz więcej tych zwierząt pojawia się w rejonach Nowej Zelandii bo są coraz ostrzejsze przepisy dla kłusowników i jest mniej polowań.
Na koniec wycieczki podpłynęliśmy pod farmę łososiów. Nadal pływają one w wodach oceanicznych ale niestety karmione są przez ludzi (suchą karmą), mają ograniczone możliwości pływania i ogólnie żyją w basenach ograniczonych przez sieci rybackie. Teraz już rozumiem dlaczego łosoś dziki lepiej smakuje od tego z farmy.
Po ponad 2h dopłynęliśmy z powrotem do Akaroa. Słoneczko już wyszło na całego i mogliśmy podziwiać ląd, piękny wulkan porośnięte niesamowicie zieloną trawą, i te góry z łagodnymi zboczami.
Jak już wspominałam miasteczko Akaroa jest dość małe więc nie spędzaliśmy tam dużo czasu. Ruszyliśmy w dalszą drogę do Dunedin. Po drodze planowaliśmy zatrzymać się w miasteczku Oamaru. Może odległości w Nowej Zelandii nie są tak duże jak w Stanach ale drogi są dużo węższe, autostrady jakie my znamy nie istnieją i często idą serpentynami przez góry. Dla nich autostrada to jednopasmowa droga, która i tak od czasu do czasu przechodzi przez miasto. Dlatego dojazd do Oamaru zajął nam około 4h. Nie narzekaliśmy jednak bo cały czas byliśmy zajęci podziwianiem zielonych terenów na których pasą się owieczki.
Oamaru jest małym miasteczkiem na wschodnim wybrzeżu. Słynie on z niebieskich pingwinów, które podobno przypływają tu rodzić młode oraz je karmić. Ponieważ pingwiny są bardzo wrażliwe to można je oglądać tylko z daleka. Tak więc nie zdecydowaliśmy się tam iść. Miasteczko też słynie z Victoriańskiej architektury. Na architekturze się nie znam ale rzeczywiście centrum ma bardzo fajną staro angielską architekturę.
W miastach w Nowej Zelandii ciężko jest znaleźć, coś co my nazywamy rynkiem. Zazwyczaj miasto to parę ulic pod kątem prostym. Większość ulic jest otwarta dla ruchu samochodowego ale to nie jest problem bo nie ma tu za dużo samochodów. Tak więc poszwendaliśmy się po miasteczku aż trafiliśmy do SteamPunk. Jest to rodzaj muzeum gdzie są wystawiane maszyny na parę. Ale nie są to zwykłe maszyny. Działają one na parę, natomiast kształt i ogólna forma to inwencja twórcza nowych artystów. Żałuję, że wcześniej o tym nie przeczytałam bo chętnie bym weszła do tego muzeum. Póki co musieliśmy się zadowolić eksponatami, przed muzeum. Postawili tam 3 eksponaty, które się uruchamiały po wrzuceniu 2 NZD. My uruchomiliśmy ciufcię. Po wrzuceniu monety zaczęła wydawać dźwięki, puszczać parę i ogień. Prawie jak Smok Wawelski.
Darek znalazł też nowego kolegę. Z samochodu zrobiony był prawdziwy robot jak z filmu Transformers.
Podróż do Oamaru zajęła nam trochę więc przydała nam się przerwa. W Nowej Zelandii jest dużo browarów tak więc nie trudno było nam znaleźć fajny browar również w Oamaru. Scott's brewery (browar) ma nie tylko fajną selekcję piw jak również dość dobre jedzenie. Aż się zdziwiłam, że można tu dostać pizzę jak w prawdziwej pizzeri.
Siedząc na patio obserwowaliśmy lokalnych. Wszyscy się tu znają...nie da się tego ukryć. Ludzie przychodzili do baru i nagle witali się prawie z każdym. Pozytywnie też mnie zaskoczyło, że przychodziły całe rodziny. Znajomi z dziećmi spotykali się na 1-2 piwka, nadrabiali zaległości towarzyskie a dzieci sobie goniły po zielonej trawce. Potem każdy szedł w swoją stronę.
Po Oamaru pojechaliśmy prosto do Dunedin. Po drodze zatrzymując się tylko na plaży, na której występują skały Moeraki Boulders. Są to dość duże okrągłe skały wyszlifowane tak przez siły natury. Zdecydowanie bardzo ciekawe zjawisko.
Dunedin jest naszą kolejną bazą wypadową. Miasto to porównują do Szkocji, głównie przez architekturę jak i dużą ilość barów skutecznie zasilaną przez studentów z pobliskiego uniwersytetu. Przekonamy się już jutro.
2016.10.24 Christchurch, Nowa Zelandia (dzień 2)
Christchurch jest drugim co do wielkości miastem w Nowej Zelandii, a jednocześnie największym na Południowej wyspie. Całą Nową Zelandię zamieszkuje ponad 4 mln ludzi z czego tylko 1 mln mieszka na południowej wyspie. Christchurch został dotknięty dwoma trzęsieniami ziemi. Jednym w 2010 roku w którym na szczęście nikt nie zginał i drugim rok później (luty 2011) w którym zginęło ponad 180 ludzi. Na szczęście miasto w miarę szybko się odbudowało i aktualnie jest jednym z bardziej atrakcyjnych miast w NZ. Podobno miasto to też jest bardzo angielskie. Przekonamy się już wkrótce bo miasto to jest naszym pierwszym przystankiem.
Udało się...nie tylko wylądować ale też dojechać samochodem do hotelu. Pomimo, że nie pierwszy raz jesteśmy w kraju w którym jeździ się po lewej stronie to zawsze pierwszy dzień-dwa są troszkę trudne.
Daruś oczywiście jako najlepszy kierowca da radę wszystkiemu i udało nam się bezpiecznie dotrzeć do hotelu Ibis, gdzie spędzimy pierwszą noc. Troszkę się przepakowaliśmy, poukładaliśmy i... wzięliśmy upragniony prysznic. Po 34 godzinach lotem, każdy chce się odświeżyć. Tak więc przebrani ruszyliśmy na podbój Christchurch. Miałam wstępną listę co chcę zobaczyć i gdzie wstąpić na drinka. Niestety dziś jest święto pracy i większość miejsc była zamknięta.
Czytając co trzeba zwiedzić w Christchurch często widziałam „odwiedź browar....” itp. Wygląda, że nie tylko wina są popularne w Nowej Zelandii, ale również jest duże zapotrzebowanie na świeże piwka (craft beer). Tak więc nie tracąc wiele czasu wyruszyliśmy zwiedzać miasto. U nas już jest późne popołudnie, a w Stanach jeszcze jest wczoraj.....no tak, NZ jako jedna z pierwszych zaczyna dzień.
Nasz hotel znajduje się w samym centrum Christchurch, więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od Cathedral Square. Plac katedralny jest jakby centrum miasta. Na nim znajduje się przepiękna katedra z 1881 roku. Niestety trzęsienia ziemi w 2010 i 2011 zniszczyły znaczną jej część. Aktualnie katedra nadal nie jest odbudowana. Z tego co czytaliśmy to nadal trwają dyskusje co z nią zrobić Zdecydowanie aktualny stan robi wrażenie i ja to odebrałam jako pomnik trzęsień ziemi. Muszę przyznać, że robi wrażenie. Nie tylko katedra została zburzona w tym rejonie. Wiele budynków nadal jest odbudowywana. Masakra co siły natury potrafią zrobić. A to było 5 lat temu...ciężko sobie wyobrazić jak to miasto wyglądało zaraz po trzęsieniu ziemi.
Niedaleko katedry jest plac Victoria. Mały kameralny park, który doprowadził nas do Victoria Street. Wg. mojego planu Victoria Street ma parę fajnych knajpek i restauracji, więc tam się udaliśmy. Troszkę się zaskoczyłam bo wszyscy mówili, że Christchurch to jak druga Anglia itp. Tak naprawdę to nie ma tu za dużo starych budowli, a jeśli są to przeplatają się z nowszym budownictwem. Sama Victoria Street jest normalną ulicą (otwartą dla ruchu samochodowego), przy której są domy, biurowce i restauracje. Tylko od czasu do czasu spotka się jakiś stary domek z kamienia, który ma swój urok.
Tak włócząc się, minęliśmy kasyno – jakoś nie wierzyliśmy w nasze szczęście. My woleliśmy spróbować naszego szczęścia w wybieraniu piwa, i takim oto sposobem dotarliśmy do baru Bog. Tradycyjny Irlandzki bar z bardzo fajnym wystrojem.
Nie było dużo ludzi – pewnie dlatego, że jest długi weekend, albo było jeszcze za wcześnie. Natomiast kelnerka była bardzo miła i jak się dowiedziała, że byliśmy w podróży 34h to powiedziała, że musicie być głodni i przyniosła nam jakieś przystawki. Ludzie tu są bardzo mili. Każdy jest przyzwyczajony do turystów, ale nadal są ciekawi z jak dalekich krajów przyjechaliśmy. Bo tu przecież, każdy jest z daleka. Oczywiście w Nowej Zelandii język angielski jest oficjalnym językiem i nigdy nie przeszło nam przez myśl, że będziemy mieć problemy z komunikacją...jak bardzo się myliliśmy. Ich akcent jest masakryczny....to znaczy jest bardzo ładny i mi się podoba bardziej niż angielski, ale zrozumieć czasem jest ciężko. Wyobraźcie sobie, że wyłapujecie tylko co drugie słowo i na tej podstawie toczy się rozmowa. Ciekawe jak bardzo oni się śmieją z naszego akcentu.
W barze Bog jest tablica klubu Guinness 100 Pints. Każdy kto wypije 100 piw Guinness'a jest wpisany na tablicę i zostaje zakwalifikowany do klubu 100 pints. Klub ten spotyka się każdego 17 dnia miesiąca o 17:17 w tym barze aby wypić kolejne piwo. To zainspirowało Darka do policzenia w ilu barach na świecie on był. I tak szacując średnie itp. wyszło nam, że był w 1500-1800 unikatowych barach na całym świecie. Aby podtrzymywać średnią ruszyliśmy dalej do miejsca zwanego Carlton. Jest to bar i restauracja w jednym.
Mnie w to miejsc przyciągnął wystrój. Podobno jest tam dużo starych map na ścianach. I rzeczywiście, cała sala barowa wytapetowana była starymi mapami. Super pomysł na wystrój.
Po wypiciu piwka ruszyliśmy do Pedro's house of Lamb. Wcześniej na TripAdvisor wyczytałam, że jest to najlepsza knajpa z jagnięciną. Co prawda na zdjęciach wyglądało to, że dostajesz plastikową tackę, nogę jagnięcia i ziemniaki. Wyglądało prosto ale w końcu w prostocie jest piękno, więc poszliśmy spróbować co to wymyślili. Niestety to naprawdę jest buda gdzie dostajesz w plastikowym pojemniku kawałek mięsa i ziemniaki. Jest to bardziej na wynos i nie ma nawet stolików na zewnątrz, żeby zjeść. Tak więc wróciliśmy do Carlton. Zamówiliśmy po jeszcze jednym piwku i upragnionym mięsku.
W Stanach jadamy trochę jagnięciny, ale nie smakuje ona tak dobrze jak tu. Nasza pierwsza reakcja była. - ale to miękkie. Tu się nie pytają jak wypiec tylko podają ją w najlepszej formie. W formie upieczonej ale rozpływającej się w ustach...po prostu pychota. Żeby dostać jagnięcinę w Stanach z Nowej Zelandii to niestety musi ona być mrożona. To zdecydowanie zmienia i pogarsza smak. Ja myślę, że ten zwierzaczek z naszego talerza jeszcze niedawno gonił po górkach a dziś jest konsumowany przez nas.
Pomimo, że nie było późno, piwko i jedzonko było bardzo dobre a pan grał na gitarze same stare piosenki, to my zebraliśmy się do hotelu. Niestety jet-lag dawał nam we znaki, a jutro czeka nas długa droga samochodem. Mamy do pokonania ok. 700km. Jedziemy do Akaroa skąd mamy statek, żeby oglądać delfiny, a potem do Dunedin – podobno drugiej Szkocji.
2016.10.22-24 Lot do Nowej Zelandii (dzień 1)
Nowa Zelandia chodziła nam po głowie chyba od dziecka, jako miejsce bardzo odległe, niedostępne, miejsce, o którym każdy słyszał i każdy marzył, że może kiedyś uda mu się tam stopę postawić. Za małego oglądało się wiele programów National Geographic z tej bajkowej krainy i zadawało się pytanie, czy to naprawdę jest nasza planeta. Czy takie cuda natury naprawdę istnieją, czy NG czegoś tu nie poprzekręcał i komputery z Hollywood nie maczały w tym palców. Trochę później, po oglądnięciu "Lord of The Rings" nasz apetyt na tą daleką krainę jeszcze bardziej wzrósł.
Parę miesięcy temu Ilonka powiedziała, że może załatwić nam super tanie bilety, nasze marzenie stało się jeszcze bardziej realne. Nie było wyjścia, musimy lecieć!
Zaczęło się ostre planowanie podróży. "Troszkę" nam miny zrzedły jak się dowiedzieliśmy, że na miesiąc to tam się nawet nie opłaca jechać. My niestety możemy tam maksymalnie spędzić dwa tygodnie. Postanowiliśmy, że zwiedzimy tylko południową wyspę, a północną następnym razem. Jednak dalej czytając przewodnik, blogi podróżników, czy analizując mapy, doszliśmy do wniosku, że dwa tygodnie to za mało, żeby nawet południową wyspę zwiedzić. Ta wyspa jest ponad tysiąc kilometrów długa! Dokonaliśmy kolejnych cięć i niestety północna część południowej wyspy musi poczekać. Następnym razem razem tą część odwiedziny wraz z południową częścią północnej wyspy. Trzeci wyjazd do NZ będzie zimą (ich zimą). Wtedy w pierwszym tygodniu odwiedzimy północną część północnej wyspy (która jest bliżej równika, więc jest cieplejsza), a na drugi tydzień zlecimy na południową wyspę na narty i zimowe hiki. Parę lat temu byliśmy zimą w Japonii na nartach. Bardzo nam się spodobało. Spotkaliśmy tam wielu narciarzy z Nowej Zelandii, którzy mówili, że u nich jest podobnie. Musi być wspaniale, jak lodowce dochodzą prawie do oceanu. Kończą się gdzieś 250 metrów w pionie przed wodami. Po prostu bajka!!!
Lecimy na przełomie października i listopada. W NZ na południowej wyspie wtedy jest środek wiosny. Ponoć jeden z lepszych okresów na zwiedzanie tych krain. Śnieg w dolinach już stopniał, wyżej w górach jest, ale on tam zawsze leży. Nie ma jeszcze lata, więc ceny są przystępniejsze i ludzi o wiele mniej. Wtedy też ja mam urodziny, a także mamy piątą rocznicę naszego ślubu. No i jak tu gdzieś daleko nie lecieć.... z reguły Ilonki urodziny obchodzimy gdzieś dalej niż moje, więc teraz ja wygrałem. Jej urodziny też były w ciekawym miejscu, Oktoberfest w Monachium.
Cala podróż od naszego mieszkania do wylądowania w Christchurch zajmie nam 31 godzin. Wiem, długo trochę, samoloty stanowczo za wolno latają. Chcemy lecieć Air New Zealand. Po pierwsze mamy od nich bilety, a po drugie są to ponoć jedne z najlepszych lini lotniczych na świecie. Coś takiego jak Emirates, Cathay Pacific Singapore Airlines, czy Etihad. Ciekawe gdzie na tej liście plasują się linie LATAM.
Ze Stanów Air New Zealand lata z trzech miejsc. Z Texasu (Houston), z San Francisco i z Los Angeles. Wybraliśmy LA, ze względu na lepsze połączenie i lepszy samolot z LA do Auckland (NZ).
W Los Angeles mamy 6 godzin przesiadki (mogliśmy mieć dwie, ale nie chcieliśmy ryzykować, bo nie mamy łączonego lotu). Zresztą lotnisko jest oddalone tylko 25 minut od Santa Monica. Gdzie zamierzamy się przejechać, zjeść lunch i pochodzić po jesiennej plaży.
Pierwszy lot (NYC-LA) trwał 6 godzin. Trochę spaliśmy, trochę jeszcze czytaliśmy przewodnik po NZ, a trochę nadrabialiśmy zaległości z filmami. Chyba między tymi bogatymi miastami "zwykli" ludzie mało latają. Ponad pół samolotu to klasa pierwsza i business. Potem strefa z extra leg room (więcej miejsca na nogi), tam gdzie myśmy siedzieli i tylko ostatnie 6 rzędów było w klasie ekonomy.
W Los Angeles wylądowaliśmy o czasie. Nadaliśmy bagaże na następny lot i udaliśmy się do pięknego miasteczka, położonego nad Pacyfikiem, do Santa Monica.
Fajnie tak było przejść się ciepłymi, słonecznymi uliczkami tego miasteczka. Podziwiać zachód słońca, palmy, plaże, rozprostować nogi i zjeść dobrą kolację we włoskiej knajpce. W Santa Monica czuć południową Kalifornię. Kabriolety na ulicach, ludzie w strojach kąpielowych, ciepło, palmy, muzyka na żywo w knajpach...A'propo muzyki, tyle razy śpiewałem "Hotel California" w barze na 56th str ale dopiero teraz udało mi się go dopiero zobaczyć. Chciało by się dłużej posiedzieć, ale "niestety" przed nami kolejny lot. Lot w dalekie, odległe krainy. Nie dość, że zmieniamy półkulę z północnej na południową, to jeszcze z zachodniej na wschodnią. Wylatujemy jesienią, a lądujemy gdzie wiosna jest w pełni. Po drodze zmieniamy też linię daty. Wylot jest w sobotę wieczorem, a po 13 godzinach lotu, lądujemy w poniedziałek rano. Po raz pierwszy w życiu umknie nam dzień. Dla nas ten tydzień ma tylko 6 dni. Brakło w nim niedzieli. Szkoda, bo każdy dzień na wakacjach jest na wagę złota. Mam nadzieję, że jak będziemy wracać do Stanów to jakoś odzyskamy ten brakujący dzień.
W powrotnej drodze z Santa Monica kierowca Ubera umiejętnie ominął wszystkie korki i w bardzo szybkim czasie znowu znaleźliśmy się na LAX. Jeśli macie gdzieś przesiadkę dłuższą niż 4 godziny to bardzo polecam opuścić lotnisko i udać się do pobliskiego miasteczka, albo jakieś atrakcji. Nie dość, że się coś ciekawego, nowego zobaczy, to po powrocie na lotnisko czujesz się bardziej zrelaksowany i już prawie zapominasz o poprzednim locie. Nogi, tyłek i głowa "zapominają", że parę godzin temu spędziły długi czas w samolocie. Człowiek jest bardziej zrelaksowany i gotowy na następny długi lot.
Lotnisko w Los Angeles (zwłaszcza międzynarodowy terminal) troszkę rożni się od wielu innych lotnisk na jakich bywamy. Bardziej przypomina nam Dubaj niż np. Nowy Jork. Sklepy są jak na 5 alei w NY, najlepszych projektantów mody, znajdują się też bary z kawiorem i szampanami. Związku z tym, że kierowca szybko dotarł na lotnisko, to mieliśmy troszkę czasu na piwko. Udaliśmy się do baru, gdzie podawali sushi i oczywiście muzyka grała na żywo. Jak często bywacie w barach na lotnisku gdzie jest live music? Ach to Los Angeles....
Niestety załadunek tego dużego ptaka nie odbywał się dwoma rękawami jak np. Emiratów w NY, więc troszkę musieliśmy odstać w kolejce. Minus dla Air New Zealand!
Te linie słyną z ciekawych i humorystycznych safety videos jakie są puszczane przed startem. Oglądaliśmy ich wiele na YouTube, ale to nie to samo co oglądnięcie ich w samolocie. Fajnie to zrobili. Podobało nam się.
Jest to nocny lot i lądujemy w Auckland o 7 rano. Plan na najbliższe kilkanaście godzin, to szybki obiadek i do spania. Pewnie się gdzieś nad Pacyfikiem obudzimy, to troszkę popracujemy (trzeba przecież bloga pisać i czytać dalej o NZ), może jakiś film oglądniemy i znowu do spania, żeby się wyspać i mieć siłę na trzeci samolot i potem na zwiedzanie miasteczka Christchurch.
Jedzenie było OK, ale nie Wow. Jak na te linie to uważam, że powinno być bardziej wyszukane. Natomiast za miejsce na nogi dostali dużego plusa. Można się było rozciągnąć i nawet pierwsze sześć godzin fajnie udało nam się przespać.
Niestety samolot wystartował z pół godzinnym opóźnieniem i jeszcze pogoda nad oceanem nie była najlepsza więc wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem.
Już w samolocie nam powiedzieli, że nie zdążymy na przesiadkę, ale żeby się nie martwić, bo za godzinę leci kolejny samolot to Christchurch i mamy już na niego miejsce. Plus dla Air New Zealand za fajną organizację. Podróż wydłużyła nam się do 32 godzin.
Dużym zaskoczeniem była deklaracja jaką musieliśmy wypełnić jeszcze zanim wyjdziemy na ląd. Do Nowej Zelandii nie wolno prawie niczego do jedzenia wwozić. Jak coś masz to musisz zadeklarować i powiedzieć celnikowi co masz, a on uzna czy możesz wwieźć czy nie. Jak nie zadeklarujesz, a wyjdzie, że masz to płacisz duże kary finansowe. Wszystkie walizki i torby podręczne są prześwietlane. Nasze polskie konserwy na hiki uznał za nie groźne i nam je przepuścił. Sprzęt sportowy (buty na hiki, kije, namioty, śpiwory....) też muszą być zgłoszone. Pan się pytał czy mam błoto na butach na hike. Powiedziałem mu, że ja czyszczę buty po każdym hiku i nie musiałem pokazywać. Przed nami w kolejce była panienka co musiała pokazywać podeszwy.
Udało się, wyszliśmy na zewnątrz. Fajnie, przyjemnie chłodno, czysto. Jest to nasz szósty kontynent na jakim jesteśmy, została tylko Antarktyda. Już wstępne plany mamy jak się tam dostać.
Musieliśmy przenieść nasze walizki na krajowy terminal. Nie było to łatwe zadanie, bo musieliśmy iść chyba z 12-15 minut za taką zieloną linią, która doprowadziła nas prawie do samolotu.
Tu już poszło wszystko szybko i gładko i po parunastu minutach siedzieliśmy już w ostatnim samolocie. Jeszcze tylko 1.5 godzinki i lądujemy w Christchurch.
Kia Ora, takimi słowami przywitał nas kapitan samolotu po wylądowaniu na naszym jak do tej pory najbardziej położonym na południe lotnisku.
Odebraliśmy Toyote Rav4 z Budgetu i kolejne wyzwanie. Tutaj się przecież jeździ po lewej stronie. Na szczęście mam już trochę w tym praktyki, także bez problemu dotarliśmy do hotelu w centrum Christchurch. Mam świetnego pilota.
34 godziny, tyle dokładnie trwała ta podróż. Długo trochę, ale jak chce się dostać na koniec świata, to niestety swoje trzeba odsiedzieć w samolotach. Miejmy nadzieję, że jest to warte i zobaczymy rzeczy, które wcześniej tylko w tv się widziało.
2016.09.26 Zamek Neuschwanstein, DE (dzień 3)
Historia o zwariowanym królu i moim dziecięcym marzeniu. Myślę, że każde dziecko kiedyś zobaczyło jakieś zdjęcie, spróbowało jakiś owoc, czy zobaczyło jakiś film o miejscu, które tak bardzo zakorzeniło się w pamięci, że zawsze chciało tam pojechać. Dla mnie takim miejscem był zamek Neuschwanstein. Pierwszy raz zobaczyłam ten zamek na puzzlach, które dostałam od moich rodziców.
Miałam wtedy może z 10 lat i od tego czasu układałam je prawie co roku. Tak więc zamek poznałam kawałek po kawałku a raczej puzzel po puzzlu ale jakoś tak przez kolejne 20 lat nie miałam okazji go zobaczyć na własne oczy. Dziwne nie? No ale, w końcu się udało. Na moje 33 urodziny mąż mnie zabrał nie tylko na najlepszą imprezę, ale też do zamku....i spełnił moje dziecięce marzenie.
Ludwig II też miał marzenie – nie wiem czy dziecięce ale wielkie. Król Bawarii, Ludwig II chciał zbudować najbardziej bajkowy zamek na świecie. Czego tam miało nie być, fontanny, tarasy, sauny, ogrody zimowe....podobno kiedyś król miał nawet pomysł latać na paralotni po okolicznych górach. Miejsce na zamek zdecydowanie wybrał niesamowite. Piękna alpejska sceneria, sam zamek położony jest na jednej ze skał. Niestety, każdy wizjoner często kończy sam we własnym świecie, nie zrozumiany przez innych. Tak też było w tej historii. Zwariowany król popadł w długi i pomimo braku pieniędzy chciał budować więcej i więcej. Niestety, król nie nacieszył się długo swoim nowym pałacem. Ludwig II mieszkał w zamku niewiele ponad 100 dni kiedy to rząd uznał go za niepoczytalnego umysłowo i przeniósł do Pałacu Berg. Dzień późnej ciało króla znaleziono utopione w jeziorze. Do dziś nieznane są okoliczności śmierci króla.
Zapewne nie tylko ja miałam przygodę z puzzlami. Zamek ten jest bowiem jedną z najbardziej znanych i fotografowanych budowli na świecie. W późniejszych latach stał się on jeszcze bardziej popularny dzięki Walt Disney. To właśnie ten zamek stał się pierwowzorem pałacu z bajki o Kopciuszku jak również wszystkich zamków w znanym parku rozrywki Disneyland.
Będą w zamku zdecydowanie warto wejść do środka. Bilety nie są drogie (ok. 12 EUR) a można podziwiać przepiękne dekoracje, wizję komnat, ogród zimowy, przejście przez jaskinie i tylko sobie wyobrażać jak dużo więcej mogło być wybudowane gdyby król miał możliwość dokończenia swojego arcydzieła. Niestety w środku nie można robić zdjęć więc nie mogę podzielić się z wami tymi pięknymi malowidłami.....mogłam tylko zrobić zdjęcie kuchni, która jak na warunki tego zamku jest dość zwyczajna.
Może troszkę byłam rozczarowana. Spodziewałam się większej ilości komnat które zobaczymy, zwariowanych historii o królu który miał wyobraźnię dziecka i większej swobody zwiedzania. Niestety ludzi którzy chcą zobaczyć zamek jest wiele więc Pani przewodniczka oprowadzała nas dość szybko. Wiele też nie jest otwarte dla publiki. Większość jest nadal nie dokończona i jest zamknięta dla ludzi.
Nie doszłam jeszcze do tego jak zrobić zdjęcie zamku z przodu. Pewnie trzeba wyjść na jakąś górkę. Niedaleko jest resort narciarski i pełno tras do chodzenia na nogach więc myślę, że tam wrócimy kiedyś zimą i uda mi się zrobić zimowe zdjęcie, centralnie z przodu....przecież marzenia się spełniają i trzeba mieć zawsze jakieś w zanadrzu. Darek już sprawdzał mapy tras narciarskich i stwierdził, że fajne są, więc przyjazd tu to tylko kwestia czasu. Zresztą niemieckie autostrady, to bajka dla kierowców. Tym razem mieliśmy tylko VW, ale i tak widziałam na liczniku prędkościomierza dwójkę z przodu. Darek obiecał, że następnym razem wypożyczy bardziej odpowiedni samochód do tych autostrad bez ograniczeń i już nie pozwoli nikomu nas usunąć z lewego pasa. Ach te chłopaki i ich zabawki.....
Tym razem udało nam się tylko zobaczyć zamek z mostu Marien (Marienbrucke). Ostatnio most ten był w remoncie ale na szczęście już go otwarli. Z mostu widać przepięknie zamek i okolicę. Zresztą zobaczcie sami. Most jest dość krótki i tylko 15 minut drogi od zamku. Zdecydowanie trzeba tam iść jak chce się ładne zdjęcie. Zazwyczaj idzie się tam, pstryka zdjęcie i wraca ale dla tego jednego zdjęcia warto jest poświęcić parę minut. Na wzgórze zamkowe można się dostać na nogach ok. 30 min albo wyjechać autobusem. Mała rada. Jak zawsze w przypadku popularnych atrakcji turystycznych warto sobie zarezerwować bilety wcześniej. Omija się kolejki i ma się gwarancję, że będą miejsca na konkretny dzień.
Noc spędziliśmy w miasteczku Fussen. Nasz hotel był na obrzeżach miasteczka ale za to nad samym jeziorem. Piękne zakończenie weekendu. Tyle się wydarzyło a wszystko zakończyło się przy kaczce, winner schnitzel'u i zachodzie słońca nad jeziorem z widokiem na piękne alpy. Jutro już wracamy do domku i do codzienności....ale już niedługo znów będziemy świętować...świętować dwie wspaniałe okazje, Darusia urodziny i naszą piątą rocznicę ślubu. Śledźcie naszego bloga bo będzie znów przepięknie, wyjątkowo i tym razem bardzo daleko.
Ale póki co, nadal w nastrojach Octoberfest ruszamy na lotnisko - obiecujemy, że jeszcze tu wrócimy a zdobyczna czapka wróci z nami!
2016.09.25 Oktoberfest, Monachium, DE (dzień 2)
Co można robić w urodziny? Jak to co, trzeba się dobrze bawić, dużo tańczyć no a najlepiej to iść na jakąś imprezę Oczywiście urodziny bez gości to żadna zabawa. Na szczęście na moje urodziny, goście dopisali. W tym roku pojawiło się ich około pół miliona....nieźle. Widać, że plotka się rozeszła i każdy chciał mi złożyć życzenia...a składali, Niemcy, Chilijczycy, Rosjanie, Australijczycy, Brazylijczycy i wiele innych.....wszyscy śpiewali Happy Birthday!!!!
Wczorajsza impreza i zmiana strefy czasowej trochę nas zmęczyła i pospaliśmy do południa. Dzień urodzin rozpoczęliśmy od śniadania (bardziej lunchu) i oczywiście kieliszka szampana. Przecież nie można inaczej świętować. Po śniadaniu ruszyliśmy prosto do namiotów. Po wczorajszym dniu wiedzieliśmy, że aby dostać się do namiotów, trzeba być tam jak najwcześniej. No nam nie udało się być bardzo wcześnie ale przynajmniej nie traciliśmy czasu i poszliśmy od razu na azymut namioty. Namioty i cały teren wydzielony na Oktoberfest znajduje się troszkę na obrzeżach starego miasta i na nogach z hotelu mieliśmy tam ok. 45 minut.
Bardzo chcieliśmy dziś imprezować w namiotach ale baliśmy się, że się nie dostaniemy. Tak więc nie marudziliśmy za dużo i wchodziliśmy gdzie tylko się da. Nadal do niektórych namiotów podchodziliśmy i mówili, że wszystko zarezerwowane. Udało nam się jednak pierwsze piwko wypić nie w namiocie tylko w ogródku piwnym. Fajnie było stać na zewnątrz i patrzyć na tych wszystkich przechodzących pijaków. A wynalazki były różne. Część już dość pijana a część dopiero wchodząca w ten świat. Jedno co nas pozytywnie zaskoczyło to kultura picia. W Niemczech można pić od 16 roku ale młodzież jest bardziej wyedukowana i nie pije, żeby tylko więcej i szybciej. Oni się bawią dość kulturalnie. Biorąc pod uwagę rozmiar imprezy i ilość ludzi to ulice były w miarę czyste a ludzie nie wstrzynali żadnych awantur czy rozbojów.
W końcu przyszedł czas odwiedzić namiot. Udało nam się znaleźć stolik w browarze Lowenbrau. Niestety w środku wszystko było zarezerwowane i mogliśmy siedzieć tylko na zewnątrz. Na zewnątrz nie ma takiego klimatu jak w środku, dlatego długo tam nie siedzieliśmy. Podziwialiśmy tylko kelnerki, które noszą po 10 kufli piwa. Każdy kufel to 1L piwa, ciężkie szkło a one noszą to w jednej ręce. Podziw!
Według zasady jedno piwo, jeden namiot po wypiciu kufelka (tylko 1L) poszliśmy dalej. Na Oktoberfest w namiotach piwo podawane jest zawsze w kuflach 1L i jest tylko jeden rodzaj piwa. Zazwyczaj jest to piwo robione tylko na Oktoberfest, ma ono ok. 6-7% wiec jest mocniejsze od zwykłych piw. Jednocześnie jego smak jest stosunkowo lekki, więc smakuje każdemu. Zasada 1 rodzaj piwa i jeden rozmiar, zdecydowanie ułatwia to sprzedaż, wielkość jest wystarczająca, że kelnerki nie muszą za często gonić i mogą spokojnie obskoczyć wszystkie stoliki.
Następny namiot okazał się zbyt fancy. Nie dość, że podawali tylko Paulanera Helfewisen to jeszcze w pół litrowych szklankach. Pomimo, że udało nam się zdobyć stolik to tam nie zostaliśmy bo jakoś tak sztywnie było. Spotkaliśmy tam polaka, który pomagał kelnerkom. On nam powiedział w którym namiocie Lewandowski najczęściej siedzi....jak się okazało był to namiot z którego właśnie wróciliśmy. Nam nie zależało aż tak bardzo na spotkaniu Lewandowskiego co na fajnej imprezie. Dlatego poszliśmy dalej i nogi zaprowadziły nas do namiotu Paulaner'a, gdzie podawali piwo Paulaner Octoberfest.
Wow....co tu się działo. Impreza na tysiące osób. Prawie zrezygnowałam i straciłam nadzieję, że dostaniemy jakiś stolik. Aż tu nagle, Darek pyta się kelnerki a ona nam pokazuje stolik gdzie się wcisną 3 osoby. I tylko się spytała czy ma też przynieść 3 piwa. No i się zaczęło. Siedzieć na ławce to tu się nie dało. Każdy stał na ławce, tańczył, śpiewał i pił piwo.
Dobra impreza to super muzyka, niesamowici ludzie i trochę (no może trochę więcej) alkoholu. Ta impreza miała wszystko. Piwo lało się litrami, gości było z 10 tysięcy jak nie więcej a zespoły, które grały na żywo zmieniały się co godzinę. To czego żałuję to, że nie znam za dużo piosenek niemieckich. Po tej nocy nauczyłam się „Oli..oli...oli, oli..oli...oli” ale to nie wystarczająco. Niemcy mają dużo piosenek które zachęcają do picia i dobrej zabawy. Piosenki te są o tyle skoczne i łatwo wpadające w ucho, że po usłyszeniu ich raz czy dwa już umieliśmy je śpiewać. Przynajmniej tak nam się wydawało. Co 15 minut też tradycyjnie śpiewana jest piosenka „Ein Prosit” zachęcająca do wzniesienia toastu i wypicia do dna kufla (mało kto jednak pił do dna....ciężko wypić 1L do dna).
Tego co tam się działo nie da się opisać. Słyszałam to już od innych ludzi...”tam trzeba być, tego się nie da opisać”. Po takich słowach wyobrażałam sobie, że tam będzie masakra, tłum pijaków, rozrabiających itp. Ale tu się zdziwiłam. Tak czasem piwo się wylało i podłoga się kleiła od piwa ale ogólnie to było czysto. Muszę przyznać, że jak na imprezę na taką skalę to naprawdę byłam bardzo pozytywnie zaskoczona organizacją, czystością i brakiem awantur.
W namiocie Paulanera musieliśmy złamać zasadę i zostać na drugą kolejkę. Impreza się rozkręcała, my mieliśmy stolik a Darek jak to Darek poznawał nowych kolegów, to z Patagonii, to z Chin, to z Australii. Cały świat to jedna wielka rodzina w Oktoberfest.
Po Paulanerze poszliśmy dalej. Akurat nam się piwo skończyło, orkiestra się zmieniała a myśmy chcieli porównać inne imprezy. Kolejnym przystankiem był Spatel. Udało nam się zdobyć miejsce łatwiej bo ludzi było dużo mniej. Muzyka też fajnie grała choć chyba bardziej nam się podobało w Paulanerze. W Spatel było jakoś tak jaśniej, mniej rozrywkowo i więcej ludzi robiło sobie selfie niż się naprawdę bawiło.
Mniej ludzi ma też swoje plusy. Wreszcie mogliśmy coś zjeść. Na Oktoberfest bardzo popularne są pieczone kurczaki. Jest ich multum na rożnach. Pieką się cały czas a przerób jest dość szybki. Tak więc aby tradycji stało się za dość zamówiliśmy kurczaka z sałatką ziemniaczaną. Typowy niemiecki posiłek. Potem na zewnątrz też poleciał jeszcze jeden kurczak. Na zewnątrz jest dużo stoisk z jedzeniem ale nie można tam kupić piwa. W namiotach za to jest piwo i jedzenie ale nie ma ławek żeby coś zjeść.
Po Spatel wylądowaliśmy w jeszcze jednym namiocie. Nie pamiętamy już nazwy, ale ze stolikiem nie mieliśmy problemu. Jak byliśmy tu wczoraj to ciężko nam było wejść do jakiegokolwiek namiotu a co dopiero znaleźć tam miejsce. Ochrona tylko mówiła, że wszystko zajęte. Widać, że wiele ludzi wyjechało w niedzielę. Pewnie dużo przyjeżdża Niemców, Szwajcarów czy Austriaków, którzy przyjeżdżają tylko na weekend. W niedzielę było dużo łatwiej znaleźć stolik a też kogo nie zagadaliśmy to był z daleka.
Tak więc rada – nie musisz rezerwować stolika który kosztuje ponad 100 EUR na osobę i minimalnie musisz zarezerwować na 10 osób. Lepiej jest chodzić od namiotu do namiotu. Zaczepić kelnerkę i spytać się czy wie gdzie jest miejsce – one zawsze wiedzą, gdzie i co jest wolne a po trzecie to iść na Oktoberfest w niedzielę albo w tygodniu. Ta impreza trwa cały czas więc w niedzielę jest tak samo wesoło jak w sobotę.
Namioty zamykają koło 11:30 w nocy. Tak więc i my skończyliśmy imprezę. Spacerkiem doszliśmy do hotelu i poszliśmy grzecznie spać. Mieliśmy wystarczająco dużo przygód dziś tak, że nie szukaliśmy ich więcej. A ja muszę przyznać, że poza moimi 18-stymi urodzinami nie miałam większej i lepszej imprezy. Zdecydowanie polecam każdemu Oktoberfest. I nie myślcie, że sobie możecie to wyobrazić.....nie ma takiej szansy. Musicie to przeżyć!
2016.09.24 Oktoberfest, Monachium, DE (dzień 1)
Oktoberfest, każdy o tym słyszał, każdy kto w jakiś sposób lubi piwo chce przynajmniej raz w życiu tam pojechać. Wiele krajów, miejsc na świecie naśladuje to w większym lub mniejszym stopniu. Byliśmy w paru takich miejscach. Są OK, ale z tego co nam ludzie opowiadają to ponoć to jest nic w porównaniu do prawdziwego Święta Piwa, które odbywa się pod koniec września w Monachium.
Raz w roku do Monachium zjeżdża się dużo ludzi, bardzo dużo. Nie wiem czy wszyscy tam jadą żeby napić się piwa, ale pewnie większość jedzie tam tak jak my. Piwo? Oczywiście że tak. Ale też cała otoczka tej niesamowitej imprezy musi być wspaniała. Zobaczyć to na własne oczy, poczuć na własnej skórze (głowie), odwiedzić kilkanaście namiotów, barów, tylko po to, żeby następnego dnia "rano" wstać i powtórzyć to wszystko od początku...!!! Znowu wałęsać się po ulicach tego bawarskiego miasteczka w poszukiwaniu kolejnych przystani gdzie ten wspaniały złoty nektar jest polewany.
Oktoberfest jest to największa impreza na Ziemi. Odbywa się w Monachium pod koniec września i zawsze kończy się w pierwszą niedzielę października. Po raz pierwszy odbyła się w 1810 roku z okazji ślubu bawarskiego księcia Ludwika. Festyn trwa przez 17 dni i zjeżdża się na niego miliony smakoszy lokalnych browarów. W 2015 roku przybyło tam ponad 6 milionów spragnionych wrażeń i piwa ludzi z całego świata. Ponoć w tym roku ma być jeszcze więcej. Imprezę obsługuje 13,000 ludzi i pilnuje 5,000 policjantów. Jednym słowem..... będzie się działo. W tym okresie Ilonka ma urodziny, więc to jest kolejny powód żeby tam być. W sumie to ja do tej pory nie wiem dlaczego my tam dopiero teraz lecimy. Ostatnie parę urodzin Ilonka obchodziła w krajach arabskich. Dlaczego? Nie wiem, ale na końcu tego bloga jest miejsce żeby jej zadać to pytanie.
Air Berlin miał najlepsze ceny za przerzucenie nas przez ocean. Miał tak niskie, że grzechem by było nie dopłacić troszkę więcej i mieć o wiele więcej miejsca. Nie ma to jak wyciągnąć nogi, rozłożyć fotel i ćwiczyć przed Wielką Walką. Ostatnio nawet trochę ćwiczyliśmy, więc mam nadzieję, że podołamy i nie przyniesiemy Polsce wstydu. Leci z nami też nas kolega z NY. Ponoć zna parę fajnych niemieckich przyśpiewek, co miejmy nadzieję pozwoli nam się wmieszać w lokalne grupy.
Lot szybko zleciał i po 7 godzinach wylądowaliśmy w Dusseldorfie. Tam mieliśmy przesiadkę na już mniejszy samolot do Monachium. Przesiadka trwała 1.5h, czyli można było dalej trenować.
Drugi lot trwał tylko 50 minut. W samolocie co chwile kapitan powtarzał udanej zabawy na Oktoberfest. Było też już trochę ludzi poprzebieranych w ich odpowiednie do święta stroje ludowe.
Jak to bywa w europejskich miastach, z lotniska do centrum Monachium jest szybka kolej, która co 10 minut odjeżdża z terminalu pierwszego. Tutaj już było wesoło. Wiele więcej ludzi w tradycyjnych strojach z piwami w rękach śpiewało coś po niemiecku. Zapowiada się wspaniały długi weekend. Pociąg podwiózł nas prawie pod sam hotel. Szybkie przebranie się w hotelu (niestety nie w stroje ludowe) i do roboty.
Na rozgrzewkę wybraliśmy browar HB. Duży browar jak i miejsce do testowania. Ogromne sale z dużymi, drewnianymi stołami i oczywiście wszędzie dużo ludzi. Widać, że Niemcy boją się napadów terrorystycznych, bo nawet tutaj nie można było wejść bez sprawdzenia.
Ciężko było znaleźć jakieś miejsce do siedzenia, a jak nie siedzisz to piwo tobie nie zostanie podane. Dołączyliśmy do stolika gdzie już siedziało pięciu włochów.
Wybór piw nie jest duży. Trzy rodzaje HB. Oryginalne, zbożowe i ciemne. Co do wielkości, to jeszcze bardziej ułatwili nam zadanie i mają tylko jeden rozmiar, oczywiście 1 Litr.
Ale klimat! Tłumy ludzi z całego świata (przewaga Niemców), stukanie kuflami o stół, głośne śpiewy które skutecznie muzyka na żywo chce zagłuszyć, klejąca podłoga od rozlewanego piwa, tradycyjne niemieckie jedzenie...... co za raj!!!
Chciało by się siedzieć długo, ale "niestety" żeby jak najwięcej barów i pijalni piwa zwiedzić wprowadziliśmy zasadę, że maksymalnie jedno piwo w każdym miejscu. Także po wypiciu literka udaliśmy się dalej. Do miejsca gdzie cały Oktoberfest jest organizowany mieliśmy jakieś 30 minut na nogach. Nie jechaliśmy metrem, bo chcieliśmy się trochę przejść i coś miasta zobaczyć, a także wypić mocne espresso, żeby nam jet-lag nie dokuczał.
Bardzo nam się Monachium spodobał. Małe, czyste miasto. Dużo zieleni i wiele rowerzystów, którzy mają swoje osobne ścieżki. Im bliżej imprezy tym więcej ludzi było na ulicach. Już coraz więcej widać było facetów w tradycyjnych skórzanych krótkich spodenkach z poprzeczką, a dziewczyny w ich charakterystycznych sukienkach bawarskich. Żeby wejść na teren Oktoberfest musieliśmy przejść przez potrójną linię ochrony. Nawet najmniejsze torebki, czy kurtki, były sprawdzane.
Ale tam było ludzi!!! Chyba jeszcze nigdy nie widziałem tyle osób w jednym miejscu. Znajduje się tam 14 ogromnych namiotów, każdy mieści tysiące ludzi, parę mniejszych namiotów, dziesiątki karuzel, albo innych punktów rozrywki. Jest też wiele miejsc gdzie można kupić jedzenie, pamiątki i wygrać coś w wesołym miasteczku.
Słyszało się prawie każdy język, ludzie przybyli tu z każdego zakątka świata. Niektórzy w bluzach dresowych, inni w marynarkach, a jeszcze inni w bawarskich strojach charakterystycznych dla Oktoberfest. Wiek też był różny. Od malutkich dzieci, które ledwo chodziły, do starszych osób którzy też już miały problemy z poruszaniem się. W Niemczech można pić piwo od 16 roku życia i raczej nikt tego tutaj nie sprawdzał, więc większość ludzi była już w stanie wskazującym na długie uczestniczenie w tej imprezie.
Dobra, trzeba dostosować się do otoczenia, powiedzieliśmy. Na piwo! Wydaje się, że to proste na Oktoberfest. Ale byliśmy w błędzie. Nigdzie poza namiotami nie kupisz piwa, a wejście do nich nie było takie łatwe. Jak się później dowiedzieliśmy to w weekend jest bardzo ciężko wejść do środka. Praktycznie jest to niemożliwe. Miliony ludzi tu przyjeżdża, każdy chce piwa. Próbowaliśmy wejść do wielu, ale bez skutku. W końcu jakoś pokombinowaliśmy i weszliśmy do namiotu Paulanera tylnym wejściem.
Zaraz po wejściu nas wcięło. Co tu się dzieje! Tysiące ludzi pijących litrowe piwo, śpiewających cokolwiek umieją, tańczących na ławkach do siedzenia... Kilkunastu osobowy zespół muzyczny skutecznie im w tym pomagał. Ale klimat! Podobało nam się na maksa. Dobra, zamawiamy po piwie i się bawimy, pomyśleliśmy. Upsss.... kolejna przeszkoda, nie możesz zamówić piwa jak nie masz stolika. Tam nie ma baru w którym można cokolwiek zamówić. No dobra, bierzemy stolik i zaczynamy się bawić. Kolejna przeszkoda polegała na braku wolnych miejsc. Chodziliśmy tam w kółko szukając gdziekolwiek wolnych trzech miejsc. Niestety nadaremnie. Wszędzie było 10 osób przy stoliku.
Wyszliśmy z namiotu i jeszcze próbowaliśmy wejść do paru innych. Nie udało się. Co tu robić? Przecież nie pójdziemy do hotelowego baru. Dowiedzieliśmy się, że dzisiaj, w sobotę, jest najtrudniej dostać miejsce w namiotach. Jutro powinno być znacznie łatwiej, a szczególnie we wcześniejszych godzinach. Najlepiej koło południa. OK, wracamy tu jutro, a dzisiaj idziemy do...... browaru. 20 minut stamtąd na nogach znajduje się najsłynniejszy browar w Monachium, Paulaner.
Droga szybko zleciała (byliśmy spragnieni) i w końcu można było usiąść i napić się złocistego nektaru bogów. W browarze było dużo ludzi, ale spokojnie znaleźliśmy miejsce siedzące. Na początku mieliśmy swój stolik, ale za chwilę dosiedli się do nas ludzie z Izraela. Tak, oni też piją piwo i przyjechali na Oktoberfest!
Fajnie się siedziało i delektowało świeżutkim Paulanerem. Próbowaliśmy chyba wszystkich rodzajów, ale Oktoberfest wygrał i był najlepszy. Szybko zmieniłem ze śmiesznego małego 0.5L kufla na normalny 1L i dalej degustowałem.
Zaczęło się napełniać. Ludzie wracali z Oktoberfest i chcieli się tutaj jeszcze dobić. Byli zmęczeni, śpiewali, albo już spali na ławkach. Trochę próbowaliśmy z nimi nawiązać kontakt, czasami to wychodziło, a czasami nasz niemiecki był za słaby. Browar zamknęli koło pierwszej w nocy. Lubimy nocne spacery po europejskich miastach, więc zakupiliśmy parę piwek na lokalnej stacji benzynowej i udaliśmy się na długi spacer do naszego hotelu.
Trochę przez miasto, trochę nad rzeką, trochę parkami.... tak gdzieś po godzinie dotarliśmy do naszego hotelu. Szybko poszliśmy spać, bo jutro (już dzisiaj) czeka nas ciężki dzień. Ilonka ma urodziny, a jak ja jej nie załatwię ławki do siedzenia (tańczenia) w namiocie na Oktoberfest to nie mam na imię Darek.
2016.09.04 Eisenhower, White Mountains, NH
Jednak i tej nocy misiu chciał trochę na rozrabiać. Krzyków ludzkich już więcej nie słyszeliśmy, ale za to donośnie słyszeliśmy jak ktoś wali w jakiś metalowy kontener. Nie sądzę, że był to ktoś inny niż niedźwiedź próbujący się dostać do kontenera na śmieci. Większość kontenerów na śmieci czy do przechowywania jedzenia, które to potocznie nazywają się „odporne na misie”, nadal przepuszcza zapach. Ich odporność polega na nie możliwości dostania się do środka.
Tak więc po troszkę lepiej przespanej nocy, ale tylko troszkę, uderzyliśmy do lasu. Plan mieliśmy dość ambitny. Na pewno chcieliśmy zdobyć szczyt Eisenhower, a potem zobaczyć co dalej. Może dojść do chatki Lake of Clouds, może zdobyć jakiś inny szczyt. To można zawsze zdecydować na górze. W Białych Górach siatka szlaków jest bardzo dobrze rozwinięta tak, że zawsze się coś wymyśli, żeby nie było nudno.
Ponieważ, planowaliśmy spędzić w górach ok. 8-10h, to ranny start był wymagany. Tak, że nie tracąc czasu, nie oglądając się na misie ani chipmunki, wyruszyliśmy w kierunku szlaku. Szczyt Eisenhower leży w części gór nazwanych Presidential Range. Jak już mogliście się domyśleć, każdy szczyt jest nazwany na cześć prezydenta, a najwyższy szczyt oczywiście nosi nazwę Washington.
Dziś szlak zaczął się dość lekko i płasko. Nie koniecznie nas to ucieszyło, bo wiedzieliśmy, że wcześniej czy później będziemy musieli gdzieś nadrobić tą wysokość.
I w miarę szybko przekonaliśmy się gdzie. Po ok. mili trasa zaczęła się podnosić, a ostatnie tysiąc stóp było już bardzo pod górę. My się nie poddawaliśmy i spokojnie, równomiernie, byle do góry wspinaliśmy się coraz wyżej.
Na wysokości ok. 4500 ft. jest rozgałęzienie szlaków. Od tego momentu byliśmy już cały czas nad lasami, więc widoki były przepiękne. Nic tylko pstrykać zdjęcia na około.
Od rozgałęzienia do szczytu jest już nie wiele. Ludzie, którzy mało chodzą po górach często są przerażeni jak wysoka wydaje się góra. Nie ma co panikować. Szczyt jest zawsze bliżej niż nam się wydaje. I tak też było w tym przypadku. Szlak na szczyt to zig-zag, więc się idzie bardzo łatwo, a wysokości przybywa z każdym krokiem.
Jednak w Presidential Range jest dużo więcej ludzi niż w Craford Notch w którym byliśmy wczoraj. Wczoraj na trasie spotkaliśmy więcej ludzi, którzy robią Appalachian Trail, niż zwykłych jednodniowych turystów. Dziś natomiast na trasie przeważali jednodniowi, weekendowi turyści i było ich zdecydowanie więcej.
Po zdobyciu szczytu Eisenhower, ma się dwa wyjścia. A właściwie to trzy...trzecie jest nie aktywne. Po pierwsze można iść dalej i zdobyć kolejny szczyt Pierce. Opcja druga: wrócić się do rozgałęzienia i trasą Crawford Path przejść do schroniska Lake of Clouds, po drodze mijając szczyt Franklin. Opcja trzecia – jak już wspomniałam nie aktywna – wrócić na dół do samochodu. My wybraliśmy opcję nr. 2.
Podobno Crawford Path, pomiędzy schroniskiem Lake of Clouds a szczytem Eisenhower jest jedną z najładniejszych tras w Białych Górach. Dlatego nie zastanawiając się podążyliśmy dalej.
Rzeczywiście widoki były przepiękne na wszystkie strony świata. Idzie się cały czas otwartym terenem, więc gdzie sięgnąć wzrokiem rozciągają się przepiękne góry.
Bycie cały czas na otwartym terenie ma swoje plusy i minusy. Zdecydowanie piękne widoki wynagradzają wszystko, ale w tak słoneczny dzień, w samo południe, czuliśmy się tam jak na patelni. Dobrze, że mieliśmy zapas wody, bo piliśmy jak wielbłądy. Nie przeszkodziło nam to jednak w robieniu sobie przerw na zdjęcia, czy podziwianie widoków.
W Białych Górach zawsze są jakieś opcje aby zboczyć. I tak na trasie którą wybraliśmy pojawiły się dwa szczyty przez które mogliśmy przejść i je zaliczyć. Jeden to Franklin, a drugi to Monroe. Na szczycie Monroe byliśmy już dwa razy, więc sobie go odpuściliśmy tym razem, ale Franklin był dla nas dziewiczy, więc nie mogliśmy go ominąć.
Szczyt Franklin jest dość niski i bardzo łatwo jest na niego zboczyć. Nie jest on popularny i jest dość płaski, ale zawsze to jeden szczyt do zaliczenia mniej.
Ok. trzeciej popołudniu dotarliśmy do schroniska Lake of Clouds. Dobrze nam znane schronisko, w którym to nocowaliśmy 2 lata temu. Każde schronisko w Białych Górach jak i Adirondack ma lemoniadę i domowej roboty ciasto. Tego własnie najbardziej pragnęłam. W Polsce idzie się do schroniska na naleśniki i piwko, a tutaj na lemoniadę i ciacho. Chyba nadal wolę opcję naleśników, ale po spędzeniu ponad godziny w samym słońcu dziś nie myślałam o niczym innym jak o zimnej, pysznej lemoniadzie.
Po krótkiej przerwie przyszedł czas na koleją decyzję. Mogliśmy albo wracać trasą którą wszyliśmy, albo dla urozmaicenia wrócić trasą Ammonoosuc Ravine. W opcji drugiej niestety wychodzimy na inny parking, więc trzeba przejść jeszcze 3 mile drogą. My wybraliśmy trasę Ammonoosuc. Po pierwsze perspektywa wracania nadal w dużym słońcu nie przekonywała nas, a po drugie chciałam się sprawdzić. Co mam na myśli?
Ponad 4 lata temu, jak jeszcze byłam początkującym górołazem Darek mnie wziął na tą trasę. Stwierdził wtedy, że jest to krótki (tylko 3 mile) hike na zakwasy. Początkowo mu uwierzyłam, bo wtedy się nie spytałam ile wysokości jest do zrobienia. Okazało się, że do zrobienia było ponad 3 tys stóp, co oznacza, że trasa była stroma....miejscami bardzo stroma.
Trasa ta zapadła mi w pamięci....musiała być ciekawa. Zazwyczaj słabo pamiętam trasy, którymi chodzę, ale ta pamiętałam nawet po 4 latach. Tak więc, nie zastanawiając się ruszyliśmy w dół. Zaczęło się dość stromo, jak również podłoże nie było najlepsze. Duże płaty skał, które dodatkowo pokryte były spływającą wodą. Trasa definitywnie nie należy do najłatwiejszych, ale wodospady jakie mija się po drodze są przepiękne.
Tak więc zeszliśmy na dół, pod stację kolejki. Kolejka ta wyjeżdża na samą górę Washington. Nigdy nią nie jechałam i pewnie nie pojadę, bo atrakcja ta do tanich nie należy, a jaka to jest przyjemność jechać jak można wyjść.
Stąd zostało nam już tylko 3 mile droga do samochodu. Tu szliśmy jak na auto-pilocie. Hike był super. Wspaniałe widoki, trochę techniczny na rozciąganie i wystarczająco długi, żeby spalić wczorajsze hamburgery i zgłodnieć.
Tak, dobrze widzicie....my się misia nie boimy...i postanowiliśmy przyrządzić sobie krwistą jagnięcinę. Jeśli misiu ludzi czerwone mięso, to na pewno wyczuł dobre jedzonko. Dobrze, że nie postanowił nas odwiedzić. Nawet później siedząc przy ognisku było już spokojnie. Nikt nie krzyczał, nie robił hałasu, ani nie walił w kontenery ze śmieciami. A może my po prostu byliśmy tak padnięci i śpiący, że nawet nie słyszeliśmy, że coś się działo wokół naszego namiotu?
Ostatni dzień postanowiliśmy się wyspać. Poza pakowaniem mieliśmy jeden jedyny plan....zrobić ładne zdjęcie chipmunka. Sami zobaczcie i oceńcie jak nam to wyszło....
2016.09.03 Webster, White Mountains, NH
W ten długi weekend minęła druga rocznica naszego wspaniałego bloga. Wszystko rozpoczęło się siedząc dwa lata temu przy ognisku na jednym z najlepszych kempingów na wschodnim wybrzeżu, Lafayette Campground w NH. W tym roku jeszcze nie byliśmy w New Hampshire, więc wybór na długi weekend był oczywisty.
W piątek szybko po pracy i ociekając od upałów Nowojorskich podążyliśmy na północ. Siedem godzin "szybko" zleciało i zostaliśmy przywitani przez chipmunki na naszym ulubionym polu 46, na kempingu Lafayette. Ogniska nie chciało nam się już rozpalać tylko przyrządziliśmy sobie przepysznego dzikiego łososia i około drugiej nad ranem poszliśmy spać.
Niestety nie pospaliśmy długo, bo godzinę później, czyli ok. trzeciej nad ranem, kemping odwiedził niedźwiedź. Wygląda, że w tym roku misiu często pojawia się w naszych opowiadaniach. Naszego pola na szczęście nie odwiedził, bo wiemy jak się zachować z jedzeniem. Natomiast inne pola nie miały tyle szczęścia. Z tego co się dowiedzieliśmy na drugi dzień, parę ludzi mocno wystraszył i to ich krzyki nas obudziły. Podobno tez rozbił szybę w jednym z samochodów, bo kierowca nie do końca domknął okno i zapach jedzenia wydostał się na zewnątrz. Misiu po rozbiciu szyby splądrował samochód w poszukiwaniu jedzenia. My się obróciliśmy na drugi bok i poszliśmy spać. Niestety ok. piątej rano temperatura spadła do 5C co nas znów wyrwało ze snu. Musieliśmy opatulić się naszymi śpiworami jak mumie. O siódmej rano budzik powiedział, ile można spać, wstawać w góry! Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy średniej długości hike w Crawford Notch.
Crawford Notch jest to przepiękna dolina położona w centralnej części Białych Gór. Żadne z nas jeszcze tam nie było. Wybraliśmy jedną z najbardziej popularnych tras, na szczyt Webster, 3,910 stóp. Trasa ta pokrywa się ze szlakiem Appalachian Trail (AT). Szlak ten ciągnie się ponad 2tys mil, od Georgi do Maine. Średnio potrzebujesz 6 miesięcy, aby to przejść.
Z naszych wcześniejszych obliczeń wychodziło, że wędrowcy, którzy idą z południa na północ, powinni się znajdować dokładnie w tym rejonie. Miałem nadzieję spotkać paru, pogratulować im wytrwałości, a także chwile z nimi pogadać. W końcu planujemy to kiedyś zrobić z Ilonką! Nie wiem tylko dlaczego ona się uparła i chce rozpocząć ten szlak w żaden inny dzień tylko 31 luty. Nie rozumiem?
Jak większość szlaków w Białych Górach, rozpoczyna się ostro i pomału wzdłuż strumyków idzie się w górę. Ten szlak był wyjątkowo równomierny, cały czas równomiernie ostro pod górę. Od samego początku przecinał ostro poziomice i nawet nie dał nam czasu na rozgrzewkę.
Na wysokości około 3000 stóp osiągnęliśmy grań. Mały odpoczynek, podziwianie pięknych widoków, i dalej w górę. Od tego momentu napęd na cztery łapki był wymagany.
Trasa szla samą granią, więc piękne widoki nas nie opuszczały, wiaterek nas schładzał, a ręce kurczowo trzymały się skał.
Po jakiejś godzinie wspinania się po grani osiągnęliśmy szczyt Webster.
Była tak piękna pogoda i przepiękne widoki ze siedzieliśmy tam chyba z trzy kwadranse. Zajadając kabanosy i popijając zimnym piwkiem.
Nie zawiodłem się i na całej trasie spotkałem ponad 20 thru-hikers (ludzi którzy idą cały AT). Większość samotnych, albo już ze swoimi nowymi znajomymi z trasy. Przeróżni ludzie pod względem wieku (20-60+ lat), jak i ubioru, jedni w zimowych czapkach, inni bez koszulek. Każdy nastawiony na idę, idę i muszę przejść, nie ma innej opcji, ja na pewno dojdę do końca. Lubiłem z nimi rozmawiać, każdy z nich miał wiele pozytywnej energii, optymistycznego nastawienia na wszystko, byli oni również bardzo przyjaźni i gadatliwi. Jakby nasz zepsuty świat składał się tylko z takich ludzi, to żyłoby się jak w raju. Część z nich nie szła sama, szła ze swoim przyjacielem, psem. Psy niosły swoje jedzenia, a także wodę do picia. Jeden z thru hikerów na zadane pytanie, czy długo idzie ze swoim psem, odpowiedział:
Nie, pies towarzyszy mi tylko przez ostatnie dwa miesiące.
W sumie nie wiele zostało im do końca. Lekko ponad 300 mil czyli około miesiąca, a dojdą do mety. Co mnie najbardziej zaskoczyło to fakt, że dużo z nich nie ma ze sobą namiotów. Uważają, że są to zbędne kilogramy. Śpią w hamakach a nad sobą maja tylko płachtę przeciwdeszczowa. Może i racja, lżejsze, szybciej się rozkłada i składa, a komary i tak uciekają od tych spoconych i brudnych ciał.
Zejście z grani nie było łatwe. Chyba łatwiej się wychodzi po stromym, niż schodzi na dół. Pomalutku, kroczek po kroczku obniżaliśmy się. Było już pod wieczór a dalej spotykaliśmy ludzi z dużymi plecakami i dużą brodą. Niektórzy, jeszcze szli, ale większość szukała już miejsca na swoje "łóżeczko" na kolejna noc.
Nasze łóżeczko czekało na nas na dole. A obok niego ognisko i oczywiście przepyszna kolacja. Dzisiaj jedliśmy wypasione na maxa hamburgery!!!
A teraz siedzimy przy ognisku, piszę bloga i zastanawiamy się co nasz kolega misiu wymyśli dzisiejszej nocy...
No i wymyślił, bo zanim usnęliśmy znów słyszeliśmy ludzkie krzyki gdzieś w oddali. Ach ten misiu, nawet nie pozwoli się wyspać. Chyba powinienem mu zostawić jednego hamburgera żeby się najadł i wrócił do lasu.
2016.07.17-18 Spotkanie z niedźwiedziem, Adirondack Mountains, NY
Uffff..... Co to był za dzień. Dużo się wydarzyło, myślę, że każdy z naszej trójki będzie to pamiętał do końca życia.
Ale od początku.... Śniadanie w schronisku John Brook w Adirondack jest serwowane o 7:30. Niestety ludzie już od 6 rano nie śpią, krzątają się, pakują swoje plecaki, chodzą do ubikacji. Powoduje to hałas przy którym ciężko jest dalej spać. Około 7 rano większość górołazów jest już na tarasie z kubkiem kawy lub herbaty w ręce.
Każdy opowiada o swoich planach na dzisiejszy dzień, sprawdza pogodę, cieszy się z pięknego dnia i nie może się doczekać, hiku który się niebawem zacznie.
My na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy duży i trudny hike. Planujemy zdobyć kolejne dwa szczyty z naszej listy i mieć na koncie już 25 zaliczonych czterotysięczników. Chcemy wyjść na Saddleback (4,515 stóp) i Basin (4,826 stóp). Ogólny dystans to 9.5 mili i 3,000 stóp do góry. Dobrze, że mieszkamy w schronisku, a nie idziemy z parkingu, bo wtedy dystans się wydłuża do przynajmniej 15 mil (zależy gdzie się uda zaparkować samochód) i wysokość dochodzi do 4,000 stóp. Wczoraj jak siedzieliśmy na tarasie to widzieliśmy ludzi którzy stamtąd wracali. Cali w błocie i z głowy ich się dymiło jak z kominów. 10 mil to może nie jest to dużo, ale szlak jest trudny i techniczny. Zwłaszcza pomiędzy szczytami, gdzie idzie się granią i trzeba bardzo uważać gdzie postawić stopę.
O 7:30 rano dzwonek nas wezwał do środka na śniadanie. Każdy z nas jadł ile mógł, bo wiedział, że dzisiaj spali parę tysięcy kalorii. Dostaliśmy też lunch na drogę w postaci kanapki i orzeszków.
Zaraz po śniadaniu gospodarz schroniska odczytał nam najnowsze informacje o pogodzie i stanie szlaków. Powiedział, że dalej jest trochę błota, będzie ciepło i słonecznie i że raczej nie będzie padać. Powiedział też żeby mieć krem od słońca i dużo wody. Wszystko to zapakowaliśmy do plecaków wraz z pyszną kanapeczką od nich i ruszyliśmy w drogę.
Pierwszy segment szlaku szedł wzdłuż strumyka i bardzo lekko podnosił się do góry. Było jeszcze rano, a więc temperatura nie była za wysoka, wilgotność powietrza niska, ogólnie świetnie nam się szło. Po drodze mijaliśmy parę namiotów, albo były już opuszczone, albo ludzie się właśnie wybierali w góry. Po jakiejś godzinie i półtorej mili doszliśmy nad wodospad Bushnell.
W tym miejscu dogoniliśmy Kanadyjczyków. To jest ta grupa z którą wczoraj wieczorem w schronisku fajnie nam się rozmawiało. Oni szli na inną górę, na Mt Marcy. Pierwsze trzy mile nasze szlaki się pokrywały, a potem zaraz po Slant Rock się rozgałęziały. Do wodospadu trzeba było zejść stromo w dół spory kawałek. Wiedząc, że poziom wody jest bardzo niski to zrezygnowaliśmy z oglądania wodospadu, zamieniliśmy z nimi parę zdań i ruszyliśmy dalej.
Przeszliśmy strumyk i pomału północnym zboczem zaczęliśmy wznosić się do góry. Mieliśmy dużo czasu, szliśmy wolniej, gadaliśmy, robiliśmy zdjęcia i nawet nie zauważyliśmy jak zleciała kolejna godzina, przeszliśmy kolejny strumyk, i doszliśmy do Slant Rock. Tam ściągnęliśmy plecaki i usiedliśmy na chwilę żeby odpocząć. Myślę, że siedzieliśmy 7-8 minut. Już wstawaliśmy, mieliśmy ubrać plecaki i iść dalej, aż tu nagle wydarzyło się coś, co pokrzyżowało nam dalszy hike i pewnie zostanie w naszej pamięci na całe życie. Dwa do trzech metrów za mną usłyszałem głośny ryk zwierzęcy. Natychmiast się obróciłem i zobaczyłem w krzakach czarnego niedźwiedzia który przeskakuje kamień i leci w moim kierunku. Instynktownie odskoczyłem na bok a zwierzę podleciało do mojego plecaka.
Pierwsza i najważniejsza zasada, to w takiej sytuacji nie wolno uciekać, bo wtedy włączy się w niedźwiedziu instynkt polowania i prawdopodobnie poleci za tobą. Zwierze to biegnie 50km na godzinę, więc na 100% dogoni człowieka i będzie chciało pokazać kto jest ważniejszy i silniejszy. Wycofaliśmy się kilkanaście metrów w tył. Była tam też czteroosobowa grupa i oczywiście uczyniła to samo.
Niedźwiedź dorwał się do mojego plecaka i zaczął go rozrywać w poszukiwaniu jedzenia. Myślę, że kanapka z tuńczykiem tak mu pachniała, że nawet się nie bał człowieka i smacznie sobie ją zajadał. Dogoniła nas grupa Kanadyjczyków, więc było nas z 15 osób. Krzyczeliśmy, gwizdaliśmy, podnosiliśmy ręce do góry, biliśmy kijami, nic nie pomagało. Po zjedzeniu kanapki i czekolady z mojego plecaka zabrał się za plecak Damiana i zrobił to samo. Niedźwiedzie z reguły boją się człowieka i blisko do niego nie podejdą, chyba, że je zaskoczysz. Tutaj o zaskoczeniu nie było mowy. Myśmy stali długo w jednym miejscu i na pewno byśmy go słyszeli jak by się skradał. W lesie słychać wiewiórkę jak idzie po liściach, a co dopiero kilkuset funtowego zwierzaka. On musiał cały czas tam być i wybrać odpowiedni moment na zaatakowanie.
Po jakiś paru minutach, przewodnik tej dużej grupy powiedział, że oni obchodzą misia strumykiem i idą dalej w góry. Tak też zrobili i zostawili nas samym z głodnym misiem, który to właśnie się "częstował" Damiana lunchem. Staliśmy tak kolejne 10 minut i za bardzo nie wiedzieliśmy co robić. Z jednej strony to najlepiej by było opuścić to miejsce i iść dalej. Z drugiej strony to fajnie by było odzyskać plecaki. Mamy tam wszystkie dokumenty, klucze od samochodu, drogi sprzęt, a poza tym, to dalej chcemy iść na hike. Tak staliśmy kolejne parę minut zanim niedźwiedź się dobrze nie najadł, obwąchał cały teren i pomału zaczął odchodzić. On dokładnie wiedział, że tam jesteśmy. One mają niesamowity węch, kilkadziesiąt razy lepszy niż psy tropicielskie, kilkaset razy lepszy niż człowiek. Potrafią nas wyczuć z odległości 10 mil. Pamięć też mają świetną. On będzie pamiętał przez wiele lat, że tu było jedzenie i będzie często wracał sprawdzić czy nie ma jakiś nowych, świeżych kanapeczek. Jak ktoś będzie szedł tym szlakiem to proponuje nie odpoczywać w okolicach Slant Rock. Pół godziny przed, albo pół godziny po tej skale zróbcie sobie odpoczynek. Obok jest mały camping, gdzie wiadomo, jak są ludzie to i jest jedzenie. Później się dowiedzieliśmy, że on już dzisiaj wstąpił do nich na śniadanie. Zaskoczył ich, także nie zdążyli zamknąć pojemnika w którym było jedzenie. Obowiązkiem każdego idącego do lasu na dłużej niż dzień jest posiadanie takiego pojemnika. Jest on duży i okrągły, więc niedźwiedź nie da rady go ugryźć. Misiu się dorwał do niego i zjadł im całe jedzenie, które było w niezamkniętym pojemniku. Na szczęście była to niedziela i w schronisku było parę miejsc wolnych, więc poszkodowani dostali wyżywienie i nocleg.
Obserwowaliśmy misia bacznie, aż się oddalił na kilkadziesiąt metrów i wróciliśmy po plecaki. Zapakowaliśmy do nich nasze porozrzucane rzeczy i oddaliliśmy się jakieś 100 metrów. Niestety niedźwiedź dokładnie splądrował nasze plecaki, zaglądnął wszędzie. Zjadł kanapki, czekoladę i poprzegryzał nasze pojemniki na wodę. Bez jedzenia, a zwłaszcza bez wody w ten upalny, letni dzień dalszy hike by był szaleństwem. Zwłaszcza, że większość hiku była jeszcze przed nami i to na niezalesionych graniach w słońcu. Ze łzami w oczach, ale szczęśliwi, że nam się nic nie stało podjęliśmy decyzje o powrocie. Nawet jak byśmy spotkali kogoś kto łazi po lesie dniami (a jest ich tu dużo), i ma filtr do wody, to my nawet nie mamy gdzie ją wlać. Głupi misiu.....
Około 13 dotarliśmy z powrotem do schroniska. Załoga jak usłyszała o naszej przygodzie, to powiedziała, że to pierwszy taki przypadek w tym sezonie i szybko zadzwonili po park rangera. Zrobili nam też kanapki, z tuńczykiem oczywiście.
W ciągu 15 minut ranger się zjawił i zaczął nas dokładnie wypytywać o całe zdarzenie. Porobił zdjęcia naszych plecaków, oglądnął nasze zdjęcia, wziął namiary, powiedział, że zachowaliśmy się prawidłowo i zaczął nam trochę opowiadać o niedźwiedziach. Na naszych zdjęciach zauważył białe odznaczenie na jednym z uszów misia. Powiedział, że to oznacza, że zwierze już kiedyś był niegrzeczne i za bardzo się zbliżało do ludzi. Widocznie przestał się ich bać, a to może być bardzo niebezpieczne. Będą teraz do niego strzelać z gumowych kul, żeby do misia dotarło, że człowiek oznacza ból. Jak to nie pomoże i dalej nie będzie się bał ludzi to jego drugie ucho dostanie takie same oznaczenie. Co to oznacza? To oznacza, że jak jesienią będzie sezon polowań, to myśliwi mogą go zastrzelić. Szkoda misia, ale niestety misiu nie może myśleć, że cały las jest jego.
Już trochę ochłonęliśmy po tym wszystkim, więc poszliśmy nad rzekę się zrelaksować i umyć.
Wróciliśmy do schroniska, usiedliśmy na tarasie i odpoczywaliśmy. Ludzie zaczęli z gór pomału schodzić i tu się zaczęły opowieści. Nie wiem jak to działa, jak nie ma serwisu na telefony, ale każdy wiedział o ataku niedźwiedzia. Ludzie w górach mają niesamowity dar komunikowania się. Im później ludzie wracali, tym ciekawsze słyszeliśmy opowieści. Pod koniec to już chodziły opowiadania, że misiu skoczył na mnie jak ja miałem ubrany plecak. Zerwał mi go z pleców i walczył ze mną o jedzenie. Nice..... ale jestem sławny, nie? Ciekawe, czy jak by tak naprawdę było to bym dalej tu siedział na tarasie. Ach ta ludzka wyobraźnia....
O 18:30 dzwonek wygonił wszystkich z tarasu i każdy udał się do jadalni na kolację. Wczoraj z nami przy stole siedział 70 letni pan, a dzisiaj go nie ma. On należał do tej dużej grupy z Kanady. Widziałem go dzisiaj rano na szlaku jak z nimi szedł na Mt. Marcy. Zapytałem się ich przewodnika co się z nim stało, a on mi odpowiedział, że on idzie wolniej i że za chwilę tu powinien być. Ponoć wcześniej mu przewodnik powiedział, że on idzie za wolno i nie zdąży wyjść na szczyt i wrócić na kolację. Wiadomo, pan nie chciał żeby wszyscy nie jedli kolacji, więc powiedział, że on sobie da radę i żeby się nim nie martwić.
Po kolacji siedzieliśmy trochę na tarasie, trochę w środku. Fajnie się siedziało, gadało, piło piwko, wino.... Dalej ludzie wracali z gór, większość szła dalej w kierunku parkingu, ale niestety nikt nie widział Ricka. Rick, to jest ten siedemdziesiąt-letni pan, który gdzieś tam jest w lesie. Zrobiło się już ciemno. Gospodarze postanowili poinformować park rangera o sytuacji. Ranger w ciągu pół godziny zjawił się w schronisku i wysłuchał opowieści o zaginionym mężczyźnie. Powiedział, że idzie na poszukiwania Ricka. Ja z Damianem zaoferowaliśmy pomoc w poszukiwaniu. Pójdziemy innymi trasami, wtedy zwiększymy szanse na jego znalezienie, powiedzieliśmy. Niestety ranger odrzucił naszą ofertę tłumacząc się brakiem dodatkowych radiów, a także tym, że teraz szukamy jednego człowieka, a za chwilę może być trzech.
Około 21 ranger wyszedł szlakiem do góry w poszukiwaniu Ricka. Około 22 doszedł do wodospadów Bushnell. Niestety tam napotkał naszego niedźwiedzia, który mu powiedział: "to jest mój las i spadaj stąd". Próbował go obejść, ale zwierzę zachowywało się i wydawało dźwięki jak by za chwilę miało atakować. Skontaktował się ze swoimi przełożonymi i zapytał się co ma robić. Tamci mu kazali wrócić i powiedzieli, że ponowią poszukiwania jutro z samego rana. Było już po 23 jak ranger wrócił i powiedział, że niestety nie udało się go znaleźć.
Wrócę jutro rano z posiłkami i zaczniemy poszukiwania od początku, powiedział.
Siedzieliśmy w świetlicy gdzieś do północy, ale niestety nie było żadnych śladów Ricka. Wyszliśmy na zewnątrz. Księżyc świecił w pełni, strumyk szeleścił po kamieniach w oddali, było już zimno i bardzo ciemno. Gdzieś tam, w tych głębokich, mrocznych lasach jest człowiek. Człowiek, który kocha góry ponad wszystko, który ryzykuje wiele żeby podążać za swoją pasją i szczęściem.
Miejmy nadzieję, że jego zamiłowanie do gór, go nie zabiło, że jutro rano przy śniadaniu będziemy się wszyscy śmiali jak on nam ze szczegółami będzie opowiadał przeżycia z ostatniej nocy.
Parę minut po północy udaliśmy się do łóżek. Na początku ciężko było zasnąć, wiedząc, że gdzieś tam jest człowiek który może potrzebuje pomocy, a my jesteśmy bezradni, bezsilni. Niestety nasz dzień też nie należał do łatwych i wyczerpani po paru minutach zasnęliśmy.
Około 1:30 rano ktoś wchodzi do pokoju. Natychmiast się przebudziliśmy. Było ciemno, więc nie wiedzieliśmy kto to jest. Ilonka zadała pytanie: Rick, to ty? Mężczyzna cichym i zmęczonym głosem powiedział tak, to ja.
Dobrze cię widzieć Rick, powiedziała Ilonka.
Dobrze być widzianym, powiedział Rick. Idę spać, jestem bardzo zmęczony. Jutro rano sobie pogadamy. Muszę wszystko się dowiedzieć o waszym misiu, dodał.
Rick musiał być zmęczony, musiał mieć ciężki i długi dzień, bo dosłownie jak się tylko położył to w pokoju zaczęło się roznosić jego donośne chrapanie.
Rano, jeszcze przed 7, wszyscy z kawą w ręce wyszli na taras, żeby posłuchać Ricka opowieści.
Wyszedł na szczyt Marcy. Schodząc w dół pomylił trasy i poszedł zupełnie w innym kierunku. Był tak pewny tego, że idzie dobrze, że nawet nie sprawdzał z mapą. Dopiero jak doszedł do Marcy Dam to skojarzył, że coś chyba jest nie tak. Wtedy zorientował się, że niestety do schroniska ma jeszcze wiele mil w innym kierunku. Robiło się już ciemno. Rick jest ponoć jakimś byłym wojskowym z Kanady i ma przeszkolenie jak przetrwać w lasach. Miał do tego cały sprzęt w plecaku. Nawet przechodził koło campingów i ludzie oferowali mu schronienie na noc. Odmówił, bo wiedział, że jak przed wschodem nie dotrze do schroniska to zaczną się niepotrzebne poszukiwania. Niestety w tych lasach nie ma serwisu na telefony, więc musiał iść. Bał się niedźwiedzi. Zwłaszcza jak wiedział co misiu zrobił z nami. Szedł i głośno śpiewał. Śmiał się sam do siebie, że nawet zna tyle piosenek i śpiew tak świetnie mu wychodził. Szedł szybko, ale nie za szybko, żeby nie wzbudzić podejrzeń u niedźwiedzi. Nie widział ich, ale czuł, że one go obserwują. Wiedział, że te zwierzaki w nocy są bardzo aktywne i musi być bardzo głośny żeby ich nie zaskoczyć. Odetchnął z ulgą jak zobaczył światła schroniska. Ponoć siedział z pół godziny na tarasie zanim wszedł do środka. Chciał odpocząć, odetchnąć, nacieszyć się tą pełnią księżyca, którą wcześniej nie miał czasu oglądać.
Po śniadaniu, spakowaliśmy duże plecaki i po pożegnaniu się z załogą zaczęliśmy się zbierać do schodzenia w dół do miasteczka. Rick się dowiedział, że chcieliśmy iść go w nocy szukać i w geście podziękowania zaprosił nas do Kanady. Mieszka gdzieś w rejonach Ottawy. Mówił, że możemy przyjechać, mieszkać u niego i na pewno pójdziemy na jakieś piwo i hiki. Miło z jego strony. W Ottawie jeszcze nie byliśmy, więc jak zawitamy w tamte rejony to na pewno go odwiedziny.
Dużo ludzi też dzisiaj opuszczało schronisko. Część szła tak jak my, prosto na dół na parking, a część jeszcze chciała jakąś górkę po drodze zaliczyć. Myśmy niestety musieli się spieszyć, bo o 12 Ilonka miała ważne spotkanie w pracy na które chciała się wdzwonić, a tutaj nigdzie nie ma serwisu na telefony. Inni ludzie wybrali Big Slide, to co myśmy robili dwa dni temu. Trochę mieli ciężko, bo nie dość, że tam jest stromo do góry, to na dodatek padał deszcz, co po śliskich skałach utrudnia wspinaczkę, zwłaszcza z ciężkim bazowym plecakiem.
Niedaleko schroniska znowu spotkaliśmy niedźwiedzia. Tym razem zupełnie się go nie baliśmy. Przecież już mamy doświadczenie jak się zachować, po drugie miałem przygotowany spray na misie, a po trzecie, to ten niedźwiadek w ogóle się nie ruszał.
Po 1.5h dotarliśmy na parking Garden. Tutaj by nasz hike się zakończył, gdyby dwa dni temu udało nam się tu znaleźć miejsce. Niestety nasz samochód stoi w miasteczku Keene Valley, do którego musieliśmy jeszcze zejść 1.5 mili. Teraz już było super łatwo, po asfalcie. Zajęło nam to może 0.5h i naszym oczom ukazał się nasz samochód, który grzecznie na nas czekał. W całym Keene Valley nie ma serwisu na telefony. Musieliśmy podjechać do pobliskiego miasteczka Lake Placid, gdzie w lokalnym browarze mieli zimne piwo i wi-fi. To co oboje potrzebowaliśmy. Ilonka do pracy, a ja do spisywania tego wszystkiego co wydarzyło się przez cały weekend, a było tego trochę.
Niestety nie zdobyliśmy tych dwóch ostatnich szczytów. Mamy niedosyt hików po tym weekendzie. Oczywiście planujemy tu wrócić, ale nie w lato, za gorąco. Jesień w górach jest piękna. Chłodniej, mniej komarów.... a niedźwiedzie? Są, one zawsze będą, to jest ich dom. Miejmy tylko nadzieję, że park rangers wykonają swoją pracę i nauczą te zwierzaki, że hiker to nie jest zły człowiek. On im krzywdy nie chce zrobić, a wręcz przeciwnie, będzie się starał im pomagać jak tylko one mu na to pozwolą i nie będą przeszkadzały w realizowaniu naszych marzeń.
Ps. Właśnie firma Osprey (ta od której mam plecak) odpowiedziała na mój email. Napisali mi, że się cieszą, że mi się nic nie stało i żebym im wysłał mój plecak. Postarają się go naprawić, a jak się nie uda, to mi wyślą nowy. Oczywiście wszystko za darmo. To się nazywa serwis. Kocham Osprey.....!
2016.07.16 Big Slide, Adirondack Mountains, NY
Wyjazd do schroniska w Adirondack planowaliśmy już parę miesięcy temu, pewnie na jakiś nartach, albo zimowych hikach. Niestety w Stanach chodzenie po górach z możliwością zamieszkania w schroniskach było mało popularne i nie praktykowane. Może dlatego, że tutaj możesz rozbijać namiot prawie wszędzie w parkach i nie ma z tym większego problemu.
Noclegi w schroniskach stają się popularniejsze, więcej ludzi zaczyna to robić, ale niestety schronisk nie przybywa.
Jest ich naprawdę mało. W całych Adirondack są może 2 (dwa). A park jest tak duży, że kilkadziesiąt by się spokojnie zmieściło i dalej by były rzadziej rozlokowane niż w europejskich górach. W których jest ich dużo, są większe, nowocześniejsze, lepszy serwis (dobre winka), prysznice....
Dlatego żeby dostać łóżko w lato, w weekend, to miesiącami wcześniej musieliśmy to załatwiać. Dwa lata temu spędziliśmy 4 dni w Białych górach w stanie New Hampshire. Chodziliśmy od schroniska do schroniska, przepiękna wycieczka. Tak nam się to spodobało, że już odwiedziliśmy chatki górskie w Europie i Afryce. Teraz znowu pomysł padł na Stany. Tym razem stan New York, Adirondack park.
W tym parku byliśmy już wiele razy, lubimy tam jeździć. Chcemy zrobić wszystkie szczyty powyżej 4,000 stóp. Mamy już na koncie 22. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem to dorzucimy trzy kolejne górki: Big Slide, Basin i Saddleback.
W tych górach dużo jest prywatnych terenów, to oznacza że w niektórych miejscach są problemy z parkingiem. Dlatego też wyjechaliśmy z miasta już w piątek wieczorem i po trzech godzinach dojechaliśmy do Albany gdzie wzięliśmy hotel. O piątej rano opuściliśmy hotel i po dwóch godzinach jazdy byliśmy na parkingu o nazwie Garden. Niestety było już za późno. Parking był pełny na maksa. Nic nam innego nie pozostało, jak zostawić kolegę z plecakami i zjechać samochodem na dół i gdzieś w miasteczku zaparkować. Z powrotem udało nam się złapać autobus który podwiózł nas na parking. Ubraliśmy ciężkie, bazowe plecaki i ruszyliśmy doznać nowej przygody.
Plan na dzisiejszy dzień był następujący: Dojść do schroniska John Brook's Lodge (3.5 mili), wyładować ciężkie rzeczy z plecaka i zrobić jakiś fajny hike. Parking opuściliśmy o 8:30 i łatwą trasą, lekko do góry, wzdłuż strumyka udaliśmy się w kierunku schroniska. Było jeszcze rano, więc temperatura nie była za wysoka. To dobrze, bo niesienie ciężkich plecaków w upale nie należy do przyjemności.
Około 10 rano i podniesieniu się 800 stóp naszym oczom ukazał się budynek schroniska. Nie jest ono duże, maksymalnie mieści 28 osób i 3 członków załogi. Zarejestrowaliśmy się, wybraliśmy nasze łóżka, odciążyliśmy plecaki i wyruszyliśmy na hike.
Wybraliśmy hike na Big Slide. Dwie mile z hakiem w każdą stronę i jakieś 2,000 stóp do góry. Żeby nie wracać tą samą trasą postanowiliśmy zrobić kółeczko i zrobić jeszcze jeden szczyt, Yard. Tym sposobem hike się wydłużył do ponad 6 mil. Ładna pogoda, lekkie plecaki, motywacja.... damy radę. W schronisku obsługa nam powiedziała w którym kierunku powinniśmy iść żeby było łatwiej.
Powiedzieli nam, że do góry będzie stromo i trudno, ale potem będzie łatwiej i płaściej. Rzeczywiście mieli rację. Prawie od samego schroniska trasa zaczęła się ostro wspinać do góry. Może nie było gorąco, ale duża wilgotność powietrza i insekty skutecznie nam utrudniały hike. Chodzenie po górach w lato nie należy do łatwych. Dodatkowym utrudnieniem było wielokrotne przekraczanie strumyka. Ja myślę, że na wiosnę, jak śniegi topnieją wyżej w górach to ten szlak chyba jest niedostępny.
W okolicach 4,000 stóp las się znacznie przerzedził, a lekki wiaterek zaczął ochładzać nasze spocone ciała. Szlak stał się bardziej stromy i były miejsca gdzie ręce też zaczęły pracować.
Po kolejnych kilkudziesięciu minutach osiągnęliśmy szczyt Big Slide, 4240 stóp wysokości. Jak to w lato na popularnych szczytach, ludzi było dużo. Znaleźliśmy miejsce na skale, położyliśmy się, podziwialiśmy widoki i odpoczywaliśmy tak chyba z godzinę.
Większość ludzi wracała tym samym szlakiem, ale myśmy oczywiście wybrali inną, dłuższą trasę, żeby się nie powtarzać. W schronisku nam powiedzieli, że ta część będzie mniej uczęszczana, ale nie przypuszczaliśmy, że aż tak. Trasa była bardzo zarośnięta i często musieliśmy się przedzierać przez chaszcze.
Oczywiście prawie nikt tędy nie szedł. Na całej długości spotkaliśmy może dwie osoby. Ogólnie trasa nie była stroma, ale były ostre spady, które czasami wymagały użycia głowy i rąk przed zejściem w dół.
Po około dwóch godzinach doszliśmy do połączenia szlaków. Weszliśmy na jeden z główniejszych szlaków w Adirondack, który idzie od Adironack Loj (drugie schronisko) do John Brook’s Lodge, gdzie mieszkamy. Tu już było szeroko i łatwo, więc prawie zbiegając przez pół godziny, dotarliśmy do naszego schroniska.
Tak jak wcześniej pisałem, schronisko nie jest duże (28 osób), część ludzi już się relaksowała na werandzie, a część była dalej w górach. Niestety w amerykańskich schroniskach nie można kupić piwa ani winka. My wiedząc o tym, wynieśliśmy na naszych plecach potrzebne nam rzeczy do pełnego relaksu. Oczywiście tam nie ma lodówki na schładzanie piwa, ale obok schroniska przepływa lodowaty, górski strumyk, który idealnie spełnił swoje zadanie i już po paru minutach mogliśmy sobie usiąść na słynnych drewnianych Adirondack fotelach.
Tak sobie siedzieliśmy, popijaliśmy piwko i witaliśmy się z coraz to nowymi przybyszami. Niektórzy przychodzili prosto z parkingu, niektórzy z gór, jeszcze inni szli dalej rozbijać się gdzieś w lesie, ale na chwilę się zatrzymywali żeby odpocząć i zamienić parę zdań.
Około 17 większość ludzi już była w schronisku (a raczej na jego tarasie). Panowie z piwkami w puszkach, panie z winkami w kartonach, jeszcze inni z góralskimi herbatkami. Każdy z uśmiechem na ustach opowiadał wrażenia z dzisiejszego dnia. Była tam duża grupa hikerów z Kanady, którzy dosyć często przyjeżdżają w te rejony odpocząć i pochodzić po górkach. Z nimi większość czasu przesiedliśmy i prze-gaworzyliśmy o hikach i oczywiście o różnicach między Stanami a Kanadą.
Około 18 zaczęło coś ładnie pachnieć. Jak się później okazało to gospodarze schroniska zaczęli przygotowywać nam kolacje. Kurczak z grilla w bbq sosie tak ładnie pachniał, że chyba wszystkie niedźwiedzie z okolicy poczuły ten zapach.
Nie wiem czy jedzenia było takie dobre, czy my byliśmy wszyscy zmęczeni i głodni, ale wszystko zostało zjedzone. Po kolacji oczywiście jeszcze posiedzieliśmy i dalej „naprawialiśmy” świat z Kanadyjczykami. Dużo z tych ludzi chce zdobyć wszystkie 46 szczytów. Niektórzy są dopiero na początku, niektórzy tak jam my mają już trochę zaliczone (my po dzisiejszym dniu mamy dokładnie połowę, 23), a niektórzy już prawie kończą. Wszystkich łączy jedno, miłość do gór i otwartość na nowe przygody i znajomości. Około 22 załoga zaczęła gasić światła. W sumie to dobrze, bo jutro czeka nas duży i trudny dzień. Dobranoc, śniadanie o 7:30....
2016.07.04 Mt. Baker, WA
Samolot, redeye mamy dopiero o 10 wieczorem (mamy przynajmniej taką nadzieję), więc cały dzień chcieliśmy wykorzystać na zwiedzanie tego pięknego stanu. Pogoda nie zapowiadała się na najlepszą, ale my jak zwykle chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć. Godzinę na północ od naszego hotelu rozpoczyna się droga 542, którą można wyjechać na wysokość ponad 5,000 stóp.
Przepiękna, zawiła droga ciągnie się przez ponad 40 mil od poziomu Oceanu Spokojnego i kończy się na zboczach czynnego wulkanu Mt. Baker (10,781 stóp). Większość drogi prowadzi przez wilgotne lasy (rainforest), gdzie flora jest tak zielona i bujna, że często musieliśmy się zatrzymywać, podziwiać i oddychać tym jakże innym i nasyconym wilgotnością powietrzem. Oczywiście jak to w tym klimacie, padał deszcz, ale to tylko dodawało uroku otaczającemu nas lasowi.
Jeden z przystanków zrobiliśmy w rejonach wodospadów Nooksack. Mieliśmy szczęście i dzięki dalej topniejącym śniegom wysoko w górach, woda w North Fork Nooksack River była duża i rwąca. Minusem tego był wielki huk jaki ta spadająca woda powodowała, ale tego przecież na zdjęciach nie widać ani nie słychać.
Po jakieś kolejnej godzinie wyjechaliśmy z lasu, ale niestety wjechaliśmy w chmury, więc widoków dalej nie było.
W jakim byliśmy szoku (a zwłaszcza ja) jak pod koniec drogi zaczął się pojawiać śnieg, a na końcu było go już wiele metrów. Przecież to jest lipiec a nie marzec...!
W tych rejonach znajduje się też resort narciarski, Mt. Baker ski area. Resort, jak to resort na zachodzie, duże obszary, jazda ponad lasami.... Czym się wyróżnia? Ilością śniegu. Jest rekordzistą na świecie! Średnia ilość opadów śniegu w zimie to 640 inches (16 metrów). Rekord padł w 1998-99, spadło 1140 inchy (29 metrów) tego białego złota. Ale to musiało fajnie wyglądać. Szkoda, że mnie tu wtedy nie było. Jazda w takiej ilości śniegu musi być ciekawa. Teraz jest lipiec, a śniegu jest dalej mnóstwo.
Mieliśmy plany ubrać raki i trochę pochodzić po zboczach Mt. Baker. Niestety chmury i deszcz wybiły nam to z głowy. Trochę było to niebezpieczne. A szkoda, bo teren i widoki są ponoć oszałamiające. Mt. Baker, jak i cały park bardzo nam się spodobał i planujemy tu często wracać. Może nawet bardziej się przygotować i wyjść na szczyt, na który się idzie tylko dwa dni. Ludzie mówią, że zanim będziesz się wspinał na Mt. Rainer (14,410 stóp), to powinieneś się sprawdzić na Mt. Baker. Jeśli tu dasz radę, to masz szanse na Rainer'a. Mt. Rainer jest to wulkan, a zarazem najwyższa góra w stanie Washington. Dużo lodowców, idzie się parę dni, przewodnik i zezwolenie wymagane.
Pochodziliśmy trochę w klapkach wokół parkingu, ale deszcz szybko nas wygonił do samochodu.
Miejmy nadzieję, że następnym razem jak tu przyjedziemy będzie lepsza pogoda. Zjechaliśmy parę tysięcy stóp w dół, gdzie w przepięknym wilgotnym lesie strefy umiarkowanej zrobiliśmy sobie piknik.
Dostaliśmy informacje, że nasz samolot jest o godzinę opóźniony. Trochę nas to zdenerwowało, ale z drugiej strony mieliśmy jeszcze jedną więcej godzinę na zwiedzanie. Postanowiliśmy wracać do Seattle lokalnymi drogami, żeby coś więcej zobaczyć. Pierwsze wrażenie, wszędzie bardzo zielono, widać, że flora potrzebuje dużo deszczu, żeby być bujną. Małe domki, trochę przypominające letniskowe, ludzie w miasteczkach w swoim (zwolnionym) tempie wszystko załatwiają. Jak potrzebują się dostać do sąsiada na skróty na piwo, to mają tylko dwa rodzaje transportu:
Do Seattle dotarliśmy koło 6 po południu. Byliśmy „trochę” głodni, więc zanim pojechaliśmy na lotnisko oddać samochód, Ilonka wyszukała fajną restaurację na kolację, Elliott's Oyster House. Dwa dni temu jedliśmy przepyszne ostrygi w innej knajpie w Seattle, tak nam zasmakowały, że teraz też mieliśmy na nie wielką ochotę. Oczywiście nie chcieliśmy wracać do tego samego miejsca, więc znaleźliśmy coś nowego. Mieli ponad 20 różnego rodzaju ostryg, były pyszne, ale chyba dwa dni temu, były jeszcze lepsze. Natomiast rybki mieli wyśmienite. Zamówiliśmy Łososia i Halibuta. Obie ryby były łowione w północnym oceanie spokojnym u wybrzeży Alaski, a nie z farm. Ale pychota, lekko wypieczone, rozpływały się w ustach. Polecamy to miejsce dla ludzi co lubią żyjątka z oceanów.
Oddaliśmy samochód na lotnisku, nadaliśmy bagaże i myśleliśmy, że to już koniec przygód jak na ten weekend. Upssss.... pomyliliśmy się! Samolot mieliśmy o 11 wieczorem, tym razem American Airlines. Około 10:30 pani mówi, że lot jest odwołany. Co?!? Każdy tak zareagował. Jak to odwołany, dlaczego, przecież stoi koło rękawa? Pani na te pytania, nie umiała odpowiedzieć.
Wszyscy natychmiast ustawili się w gigantycznej kolejce do zmiany biletu na inny samolot. Wiedzieliśmy, że już dzisiaj niewiele poleci samolotów na wschodnie wybrzeże, a że jest długi weekend to i tak pewnie większość miejsc będzie zarezerwowana. Zamiast stać w tej długiej kolejce i pewnie nic nie wystać, szybko zadzwoniliśmy do American Airlines i przedstawiliśmy jaka jest sytuacja.
Pan ze spokojnym głosem powiedział, że nam postara się pomóc, ale że już nic do Nowego Jorku dzisiaj nie leci, że są tylko przesiadki. Myśmy się na to zgodzili i zmienił nam lot, który wylatywał za godzinę ze Seattle do Philadelphia, a później za dwie godziny do Newark w NJ. Stamtąd w 45 minut pociągiem można dostać się na Manhattan. Tym oto sposobem, ominęła nas kolejna noc w Seattle.
Udało się, lecimy na wschód. Po wylądowaniu w Philadelphia zjedliśmy śniadanko na lotnisku i udaliśmy się na samolot do Newarku. Upssss.... kolejna przeszkoda, Ilonka już powinna być w pracy, a my jeszcze w Pensylwanii. Dzisiaj miała ważne spotkanie, na którym powinna być, przynajmniej telefonicznie. Akurat o tej porze by była w samolocie. Czyli.... znowu nie leci. Za dwie godziny leci samolot na Queens, na LaGuardie, sprawdziła czy są miejsca i poprosiła o przesunięcie. Ja już zostałem przy moim locie, bo się spieszyłem do pracy.
Wsiadłem do czegoś malutkiego i wzniosłem się do góry.
Lot trwał tylko 25 minut i wylądowałem prawie w domu. Jeszcze tylko pociągiem 45 minut i już byłem w pracy.
Naprawdę im się bardzo spieszyło, bo jest taka zasada, że dopóki pasażerowie są w samolocie to nie wolno go tankować. Chyba to nie dotyczy długich weekendów, bo tylko jak wylądował to podjechała cysterna i zaczęła lać paliwo.
Z reguły staramy się podróżować bez nadawania bagażów. Chyba, że robimy duże hiki i musimy mieć raki i kije, które nie mogą być w podręcznym bagażu. Tym razem mieliśmy taki sprzęt, więc oba plecaki nadaliśmy. Jak w Philadelphi wyszło, że Ilonka leci na Queens, to zmieniliśmy oba bagaże na nią, bo ląduje blisko domu i taksówką łatwo to wszystko zawiezie. Hmmmm....... to by było za piękne. Ja, po wylądowaniu w Newarku sprawdziłem na telefonie, że ja nie posiadam żadnego bagażu, oba ma Ilonka i żaden ze mną tu nie przyleciał. Super, pomyślałem, w końcu im się coś udało. Wyznając zasadę, że nie ufaj nikomu, to poszedłem z ciekawości zobaczyć na taśmę na której wyjeżdżają bagaże. I co widzę? Widzę dwa nasze plecaki jak się ładnie kręcą na taśmie. K....... pomyślałem i głośno powiedziałem. Gdybym tam nie poszedł, to znowu by były problemy z ich odzyskaniem lub z dostarczeniem.
Tak oto, tym sposobem, ja wylądowałem w Newarku, Ilonka na LaGuardii, a oczywiście nasz samochód jest na JFK, bo stamtąd startowałem i tam mieliśmy planowo wylądować. Dzisiaj po pracy pojechałem po niego, przecież jestem wypoczęty po długim weekendzie.
Dziękujemy bardzo Delta i American Airlines za wspaniały „długi” i bezstresowy weekend. Ja rozumiem, że w piątek w NYC był ostrzeżenie przed tornadem, że był to największy dzień w historii Stanów jeśli chodzi o ilość pasażerów na lotniskach. Wiem, że pogoda czasami spłata figle, że samoloty się psują, ja to wszystko rozumiem. Ale że dwie największe amerykańskie linie nie potrafią znaleźć pilota przez ponad 6 godzin, albo, że nie podstawią innego samolotu jak się jakiś zepsuje to chyba coś tu nie jest tak.
Myślę, że bossowie tych korporacji powinni mieć jakieś głębsze przeszkolenie gdzieś w Azji i nauczyć się jak szanować, respektować i nie tracić klientów. Już wielkie ptaki z największego kontynentu lądują na paru lotniskach w Stanach. Wiem, że chcą dalej wejść w amerykański rynek. Ostatnio Delta, AA i United przegrało rozprawę i rząd amerykański zezwolił azjatyckim linią latać więcej po Stanach. Wszyscy wiemy jak to się dalej potoczy..... ✈️✈️✈️ Nowsze, lepsze samoloty, więcej miejsca, super miła obsługa... Jak jeszcze dadzą bagaże za darmo i konkurencyjne ceny biletów to już wszyscy wiemy co się stanie.
Happy 4th of July.......!!!!!
2016.07.03 North Cascades NP, WA
Dzisiejszy dzień był dniem świstaka. Dlaczego?
Po wczorajszym dniu z przygodami, dziś nie mieliśmy ochoty na żadne niespodzianki. O 7 rano opuściliśmy nasz hotel i udaliśmy się do odległego o prawie 2h Parku Narodowego North Cascades. Park ten jest najbardziej dziki, odludny, i posiada najstromsze góry w całych Stanach poza Alaską. Po drodze na parking Ilona zapytała się mnie dlaczego ja tu jeszcze nie byłem, przecież tu jest przepięknie a ja w Stanach już trochę mieszkam. Jak to dlaczego? „Po prostu z najlepszymi parkami czekałem na Ciebie”.
Plan na dzisiejszy dzień, nie był łatwy. Do pokonania mieliśmy 12 mil i musieliśmy się wznieść 4500 ft. do góry, a to tylko, żeby dojść do lodowca Sahale Glacier. A co dalej to czas, warunki i energia pokażą. Parking był dosyć pełny, widać, że wybraliśmy jeden z bardziej popularnych hików w tym rejonie. Szlak na Sahale Arm rozpoczyna się z wysokości 3600 ft i od razu niezliczonymi serpentynami wspina się zalesionym zboczem stromo do góry.
Od razu zauważyliśmy wielką różnicę we florze, jaka tutaj się znajduje. Drzewa były potężne i wysokie, a ściółka leśna bujna i bardzo zielona. Widać, że w tym klimacie, w lecie słońce długo świeci a także opady są intensywne.
Szlak był stromy ale łatwy. Dobrze, że ktoś wpadł na pomysł i poprowadził szlak serpentynami, co znacznie ułatwiało wspinaczkę. Czasami tylko powywracane drzewa spowalniały nas trochę bo te olbrzymy nie łatwo było pokonać. Na wysokości około 5tys ft. zig-zag'ki i las zaczęły się pomału kończyć a co za tym idzie, pojawiało się więcej śniegu, a widoki zapierały dech w piersiach.
Przewaga tego parku nad parkami w Colorado, Californii i innych stanach jest taka, że góry nie są aż tak wysokie a co za tym idzie nie ma problemu z aklimatyzacją. Natomiast jest to najbardziej wysunięty park, na północ w kontynentalnej części Stanów, więc klimat (lodowce) i ukształtowanie gór przypominają bardziej Alpy czy Alaskę niż parki wysunięte bardziej na południe.
5400 ft. osiągnęliśmy ok. 11:30 rano. Większość ludzi dochodzi tylko do tego miejsca, pewnie dlatego, że dalej ilość śniegu się zwiększa (nawet w lipcu) i szlak staje się typowo górski czyli trudniejszy. Po krótkiej przerwie na uzupełnienie kalorii, rozpoczęliśmy wspinaczkę w kierunku lodowca. Rzeczywiście nachylenie trasy wzrosło a także strome płaty śniegu zmniejszyły naszą prędkość.
Na wysokości ok. 6300 ft. poczuliśmy prawdziwe góry. Wiatr zaczynał nam naprawdę przeszkadzać, czasami musieliśmy się obracać od wiatru, żeby złapać oddech. Kolejnym utrudnieniem stały się świstaki. Zaczęły się pojawiać w takich ilościach, że nie wiedzieliśmy w którą stronę kierować aparat i kamerę. Świstaki były tak oswojone i nie bały się ludzi, że podchodziły prawie pod nasze nogi.
Im wyżej tym niestety wiatr i ilość chmur się zwiększały. My, jako wprawieni górołazy, dopóki było w miarę bezpiecznie szliśmy dalej. Oczywiście, uważając i nie chodząc po bardzo stromych płatach śniegu.
Około drugiej po południu doszliśmy do base camp. Jest to miejsce do którego dochodzą ludzie, którzy następnego dnia planują zaatakować szczyt Sahale. Od tego momentu zaczyna się lodowiec. Jego początkowa część nie jest trudna, więc mieliśmy plany trochę się na nim „pobawić”. Niestety wiatr i chmury skutecznie wybiły nam ten pomysł z głowy. Chodząc po lodowcu gdzie nie widzi się prawie nic, po pierwsze nie ma sensu, a po drugie jest to bardzo niebezpieczne.
Stan Washington posiada 450 kilometrów kwadratowych lodowców co oczywiście jest niczym w porównaniu do Alaski, która ma ich 200 razy więcej. Natomiast stan ten jest rekordowy poza Alaską jeśli chodzi o ilość lodowców. Następny jest Wyoming, który to ma ich sześć razy mniej. My poza rakami nie mamy jeszcze sprzętu na lodowce (zamierzamy kupić) więc zajęliśmy się fotografowaniem kozicy.
Ci co mieli namioty, pochowali się do nich przed wiatrem, natomiast my jak i parę innych osób rozpoczęło schodzenie w dół. Im niżej tym robiło się cieplej, a także wiatr malał. Można było w końcu ściągnąć czapkę i rękawiczki i znowu podziwiać widoki, bo wyszliśmy z chmur. Jak ktoś potrzebuje się schłodzić w lato z upału południa to zapraszamy do Washington. Proszę nie zapomnieć ciepłej czapki i rękawiczek, nam to się bardzo przydało. Jak się pakowaliśmy to Ilonka pokazała mi kalendarz z miesiącem lipiec jak ładowałem czapkę i rękawiczki do plecaka. Natomiast w górach mi dziękowała.
Po kolejnej godzinie doszliśmy do jeziora gdzie było bezwietrznie, ciepło i wreszcie można było zrobić przerwę, gdzie zmrożone piwo z batonikiem Clif wyśmienicie smakowało.
Od tego momentu trasa była łatwa, więc szybko ubywała. Spotkaliśmy wiele ludzi, którzy dopiero szli w góry ale widać było po ich sprzęcie, że dzisiaj nie wracają. Najbardziej zaskoczyła nas para w której kobieta niosła dziewczynkę w nosidełku na brzuchu, a dziecko na pewno miało mniej niż 2 lata. Jej partner miał potężny plecak, a do niego przyczepiony sprzęt typu namioty, karimaty itp... Zdecydowanie zostawali na noc lub więcej w tych górach. Szacun na maksa!
Po 9h hiku dotarliśmy znowu na pełny parking. Widać, że masa ludzi poszła na więcej niż jeden dzień. Nawet nie da się opisać jak pozytywnie jesteśmy zaskoczeni tym parkiem. Dalej nie wiem dlaczego do tej pory mnie tu nie było. Ale jedno wiem, że teraz będziemy tu częściej wracać. Park jest duży i ma wiele atrakcji, od małych spacerków dolinami do wielodniowych wspinaczek po lodowcach.
2016.07.01-02 Seattle, WA
Podróżowanie w długie weekendy w Stanach jest masakrą, no ale jak tu gdzieś nie polecieć jak się ma tyle wolnego. Podobno w ten weekend jeszcze więcej ludzi się zdecydowało lecieć niż w Święto Dziękczynienia (największy dzień tranzytu). Niestety pogoda w NY nie współpracowała i tak oto po kolei każdy lot był odwoływany lub opóźniony.
Wszystko zaczęło się od mojego kolegi z pracy, który z przykrą miną przyszedł powiedzieć, że jego lot jest odwołany i tak mógł polecieć w sobotę wieczorem....ale jak lecisz tylko na długi weekend to jaki jest sens lecieć dzień później. Tak więc jego piękna perspektywa spędzenia weekendu w Miami zmieniła się na ponurą perspektywę Nowego Jorku.
Następnie przyszedł czas na mnie.....patrząc teraz z perspektywy innych wydarzeń uważam, że miałam dużo szczęścia ale podróż nie zapowiadała się fajnie. Najpierw dojechałam pociągiem z NYC do lotniska Newark...i tu pierwsza niespodzianka. Coś mówili, że AirTrain jeździ z opóźnieniami, że mogę jakiś autobus wziąć. Jeszcze dałam im szanse poczekałam na AirTrain który zamiast jeździć co 5-10 minut jeździł co 30 minut. Jak wreszcie pociąg przyjechał to już było tyle ludzi, że z moim dużym plecakiem ciężko było się zmieścić. Poszłam więc na autobus...no nic spróbuję szczęścia tam. Jak to bywa w autobusie...ciasno na maksa. Ludzie z walizkami, nie bardzo jest je gdzie układać, ciasno a tu jeszcze dopychają na siłę. Jakby nie mogli częściej podstawiać autobusów. Zwłaszcza, że następny był już w kolejce. No nic jakoś udało mi się dojechać na terminal. Już po drodze moja aplikacja mi powiedziała, że jesteśmy opóźnieni o prawie 2h...ehhh...no nic najpierw wkurzenie i emocje...potem jak posłuchałam ile ludzi się spóźni na samolot, ile z nich będzie musiało spędzić noc na lotnisku bo nie złapią już tego dnia żadnego samolotu...to mi się zrobiło ich żal i moja sytuacja nie wydała się najgorsza. Oficjalna wersja opóźnień – przeciążenie ruchu i burze. Książka...tylko to uratowało mnie od nerwów...zaczęłam czytać i nawet nie zauważyłam jak minęła godzina...nie było aż tak źle. Aż tu nagle kolejna niespodzianka. Dzwoni do mnie Pani z hotels.com, że mój hotel w Seattle jest overbooked...co???? Hotele też sprzedają więcej pokoi niż mają. Na szczęście, bez dodatkowych kosztów przenieśli mnie do hotelu Fiermont. Tak, że nie narzekałam bo Fiermonts hotels są moje ulubione więc wyszłam na tym całkiem dobrze.
Lot minął spokojnie i muszę przyznać, że Alaska Airlines się postarała i najpierw wysiedli ludzie którzy mają przesiadki, potem my. Walizki były dość szybko.....tak więc o północy byłam w hotelu. Wiem powinnam być co najmniej 2h wcześniej ale przynajmniej nie spóźniłam się na żaden inny samolot, prom czy cokolwiek innego.
Miałam nadzieje, że przynajmniej teraz Darek obleci bez problemów. Przecież nie możemy oboje mieć pecha. Darek miał samolot super wcześnie rano (7 rano) i miał lądować w Seattle o 10 rano. Aktualnie jest godzina 14 a on właśnie wystartował. Prawie 7h opóźnienia. Z tego wynika, że moja sytuacja była najlepsza. Darek leci Delta. Delta podpadła nam już tyle razy ale chyba ten raz był najgorszy. Jest dużo ludzi, którzy sobie chwalą Deltę...my mamy z nią tylko problemy. Wiem, po co w takim razie nią lecimy? Po była dogodna i chcieliśmy dać im ostatnią szansę....koniec. O ile jeszcze mogę zrozumieć burze, pioruny, bezpieczeństwo tak nie mogę zrozumieć braku pilota. Czy linie lotnicze nie wiedzą, że będą potrzebować pilota? Czy oni naprawdę musieli najpierw zapakować wszystkich do samolotu, żeby się zorientować, że nie mają pilota? I to nie, że pilot dostał jakiejś poważnej choroby i musieli go reanimować w kokpicie. Nie......pilota po prostu najzwyczajniej w świecie nie było.....Ja nie mogę tego zrozumieć, że Delta, która zatrudnia 80,000 ludzi i w NYC nie może znaleźć pilota przez ponad 6 godzin!
Ja miałam szczęście wyspać się w hotelu....Darek niestety musiał koczować pod ścianą na lotnisku. Mówi, że całe lotnisko wyglądało jak jakiś hostel. Ludzie spali gdzie popadnie, leżeli, część pewnie spędziła tam noc. Dużo lotów dzień wcześniej było odwołanych, więc musieli koczować na lotnisku. Po 6h czekania ludziom już nawet przestało zależeć na tym samolocie. Po spóźniali się na rejsy które wypływają z Seattle na Alaskę. Wspaniałe wakacje dla wielu skończyły się stratą pieniędzy. Przykro, że w takich czasach nie można polegać na liniach lotniczych a one nawet nie poczuwają się do odpowiedzialności aby pokryć część kosztów.
Ja w oczekiwaniu na Darka zwiedzałam miasto. Byłam nadal na jet-lagu więc już o 8 rano wyruszyłam na miasto. Mój hotel jest w samym centrum więc wszędzie na nogach w miarę blisko. Wyszłam na miasto a tu niespodzianka....czy ja na pewno jestem w Seattle? Wszystkie ulice są pagórkami....dokładnie jak w San Francisco. Góra – dól, góra – dół. Aż wywołało to uśmiech na mojej twarzy. Niedaleko mojego hotelu – dosłownie za rogiem, jest biblioteka publiczna. Niektórzy (w różnych artykułach, które czytałam) zachwycali się architekturą tego budynku. Zdecydowanie inny niż reszta i ciekawy ale jakoś tak ginie wśród innych budynków.
Idąc dalej zaczynałam czuć się coraz bardziej głodna.....no nie mogło być inaczej niż iść na kawę i śniadanie do Starbucks'a. To właśnie tutaj w Seattle powstał pierwszy Starbucks który okazał się światowym sukcesem a kawa ta jest kojarzona z bardzo dobrą jakością a nawet stylem życia.
Wzmocniona kaloriami ruszyłam dalej przed siebie. Kolejnym punktem na mapie był Pioneer Square. To tu osiedlili się pierwsi emigranci. Pioneer Square był początkiem miasta Seattle. Niewielki ale dość zielony plac jest nadal kolebką osadników.....tym razem niestety bezdomnych. Nie wiem czy to ze względu, że byłam tak wcześnie rano czy to miasto ogólnie ma dużo bezdomnych ale jest ich trochę. Jeśli chodzi o ilość to porównałabym z Budapesztem, tylko, że w Budapeszcie są inteligentni bezdomni bo prawie każdy z nich rozwiązuje krzyżówki.
Pike Market albo jak kto woli Publick Market jest chyba zaraz po wierzy najważniejszym punktem turystycznym w Seattle. Obawiając się tłumów postanowiłam tam przejść się w następnej kolejności. Plan przypomina polskie place targowe. Poczułam się przez chwilę jak na kleparzu w Krakowie gdzie jedna pani sprzedaje kwiatki a inna własnej roboty koce itp.
To tutaj też jest najstarszy na świecie Starbucks. Spodziewałam się kolejki i rzeczywiście.....był tłum ludzi...ale nadal nie rozumiem dlaczego? Jedną przecznice dalej jest większy Starbucks, serwujący tą samą kawę i oczywiście jest prawie pusty. Ja unikam kolejek jak mogę, więc zaczęłam iść dalej.
Parę kroków dalej trafiłam na stoisko rybne. Tłum ludzi oznaczał, że na coś czekają. Okazało się, że miejsce to jest słynne z latających ryb. Co jakiś czas jak ktoś kupi całą rybę, jeden z pracowników podaje ją drugiemu rzucając. Szacun...jak każdy wie ryby są śliskie i złapać taką, żeby się nie wyśliznęła to aż sztuka. Ja nie kupiłam świeżej ryby ale wędzony łosoś wylądował w moim plecaku....będzie na kolację.
Idąc dalej trafiłam na kolejną ciekawostkę kulinarną. Pączki....ale takie mini. Małe stoisko, które sprzedaje pączki przyciągnęło moją uwagę głównie ze względu na maszynę która robiła te pączki. Wszystko było zautomatyzowane. Z jednej strony dozownik kształtował pączka, którego dawał prosto do oleju. Pączki są małe więc szybciutko się robią i wskakują na taśmę, która następnie je zsypuje do pojemnika....i voila....gotowe do jedzenia. Mam nadzieję, że pączki osłodzą Darusiowi przygody z samolotem więc kupiłam ich z tuzin.
Po placu targowym przyszedł czas w końcu na wieżę. Kierując się na nogach w jej kierunku trafiłam na „dzielnicę handlową” czyli skrzyżowanie Pike street z 5 av. Widać, że i tu 5 av. kojarzona jest głównie ze sklepami z ciuchami. Ja jednak szłam dalej. Przecież te same sklepy mamy w NY. Jak to bywa z punktami widokowymi, są one zazwyczaj bardzo oblegane. Tak tez jest ze Space Niddle w Seattle. Znalazłam ją idąc za większością ludzi bo to przecież nie jest żadnym zaskoczeniem, że każdy chce ją zobaczyć. Zaskoczeniem jednak dla mnie była wysokość tej wieży. Miałam nadzieję, że widać ją z różnych punktów miasta. Niestety ginie ona wśród innych wysokich budynków. Jednak nadal podobno z niej można zobaczyć Mt. Rainer. Wieża ma wysokość 605' ft.
Ustawiłam się grzecznie w kolejce po bilety. Nawet kolejka szła dość szybko. Niestety limit ludzi jaki wpuszczają na każdą godzinę sprawił, że jak przyszedł mój czas pakowania to najwcześniejsze wejście było dopiero o 3 po południu.
Ponieważ i tak wiem, że wrócę tu kiedyś z Darkiem, olałam wieżę. Pospacerowałam jednak po okolicy. Mają tam park z fontannami, jakieś małe stadiony, muzeum dla dzieci i muzeum ESM . Muzeum to jest pewnie rajem dla miłośników szeroko pojętej pop kultury. Jest tam dużo o światowych trendach w muzyce, o zespołach takich jak Nirvana, Police, Beattles czy Pink Floyd. Muzeum to jednak nie skupia się tylko na muzyce i można zobaczyć wystawę dedykowaną Star Wars czy słynnemu Mario Bross.
Ja jednak wybrałam oglądanie meczu i piwko. W barze poznałam Włocha, który jak się dowiedział, że jestem za Włochami a nie za Niemcami to zaczął gadać jak to Włosi....ale ciekawie opowiadał. Widać, że zna się na piłce nożnej i śledzi ligi włoskie tak, że parę ciekawostek się dowiedziałam.
Czas mijał szybko, mecz był bardzo ciekawy więc fajnie się siedziało ale Daruś już się zbliżał do Seattle więc szybko po meczu odebrałam bagaż z hotelu i pojechałam na lotnisko. Seattle ma bardzo dobre połączenie na lotnisko pociągiem (kolejką podmiejską). Płaci się $3, jedzie ok. 30-40 minut do samego centrum. Jest kilka przystanków więc każdy może wysiąść tam gdzie mu pasuje. Pociąg jeździ co 10-15 minut więc nie był za bardo napchany. I tak w końcu się spotkaliśmy. Darek po 12 godzinach przepraw samolotem a ja po 12 godzinach spędzonych w Seattle na poznawaniu tego miasta. Jedno z pierwszych pytań jakie Darek zadał to oczywiście jak mi się podoba miasto? Hmmmmm......zdecydowanie podoba. Rano miałam mieszane uczucie co do bezdomnych ale w ciągu dnia już ich prawie w ogóle nie widziałam. Pogoda...mówią, że w Seattle zawsze pada ale ja deszczu nie doświadczyłam, a przeciwnie było ładne słoneczko i idealna temperatura (nie za ciepło, nie za zimno). Po mieście poruszałam się głównie na nogach ale komunikację miejską mają dość dobrze rozwiniętą. Tak, że hmmmm....ciężko dawać opinię po jednym dniu ale nie wiem czy Seattle nie dałabym minimalnie wyżej niż San Francisco.
Oboje z Darkiem zmęczeni naszymi dniami i jednocześnie szczęśliwi, że znów razem postanowiliśmy sobie to jakoś wynagrodzić i pojechaliśmy na kolację do Westward. Miejsce to poleciła nam Darka była szefowa i dobrze bo byśmy pewnie nigdy tam nie trafili. A warto tam trafić. Miejsce jest nad samą wodę i specjalizuje się w owocach morza. Na start zamówiliśmy ostrygi. Specami nie jesteśmy ale czasem jemy je tu i tam. Te natomiast były przepyszne i prawie rozpływały się w ustach. Mają 8-10 rodzajów ostryg. Większość z wysp albo zatok stanu Washington, ale były też z British Columbia i z północnej Kanady. Chyba najlepsze jakie do tej pory jedliśmy. Inne dania z rybek też były przepyszne. Czuć, że wszystko świeżutkie i dobrze przygotowane.
Jutro czeka nas duży hike więc po kolacji pojechaliśmy do hotelu Holiday Inn w Burlington, gdzie spędzimy kolejne dwie noce.
2016.06.12 Toronto, Canada (dzień 2)
Niedziela – dzień drugi naszej przygody z Toronto. Jak już wspominałam Toronto jest bardzo zielonym miastem dlatego na dziś mieliśmy zaplanowaną wycieczkę na wyspę Toronto. Wyspani, po bardzo dobrym śniadanku w restauracji Fran’s (polecamy!), wsiedliśmy do metra. Komunikacja miejska w Toronto to metro, autobusy i tramwaje. Metro ma 4 linie. Dwie z nich są dość krótkie natomiast dwie przechodzą przez środek miasta. Jedna wzdłuż, druga w szerz.
Metro jeździ od 6:30 rano do 1:30 w nocy w tygodniu i dopiero od 9:30 rano w niedziele. Dla Nowojorczyków wydaje się to dziwne ale nie do końca. W nocy i tak głównie wraca się taksówkami a zamykanie metra na noc pomaga utrzymać je w czystości, i tak właśnie jest. Metro w Toronto jest czyste i przyjemne. Poza metrem mają też tramwaje i autobusy, choć część ludzi i tak wybiera przemieszczanie się na nogach lub rowerze.
Toronto ogólnie jest nowym miastem. To znaczy budowle czy wagony metra wyglądają na dość nowe. Natomiast system płacenia za metro jest prehistoryczny. Oczywiście nadal masz karty miesięczne, tygodniowe itp. Problem albo przygoda (zależy od punktu patrzenia) zaczyna się jak chcesz się przejechać metrem tylko raz. Musisz bowiem kupić token. Token można kupić w automacie za wyliczone drobne. Jeśli jednak nie masz drobnych to idziesz do pana w budce, płacisz banknotem a pan ci daje dwie rzeczy. Po pierwsze resztę – zrozumiale, a po drugie mały pojemniczek z drobnymi. Czyli C$3.25 (tyle kosztuje przejazd) w monetach C$0.25. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie jak dostaliśmy dużo monet (bo przecież chcieliśmy dwa bilety) i pan powiedział, że mamy je wrzucić do jakiegoś pojemnika przed nami. Nie był to żaden pojemnik gdzie wrzucenie monet odblokowywało przejście. Pojemnik był przy okienku….hmmm….pewnie jak tylko przeszliśmy przez bramki pan to wyciągnął i znów ładnie poukładał żeby dać kolejnemu zabłąkanemu turyście. Dobrze, ze w Kanadzie mówią po angielsku bo jakby nam to ktoś próbował wytłumaczyć w Japonii to byśmy nigdy nie zrozumieli o co tej osobie chodzi. No bo nadal nie widzimy sensu przerzucania tych pieniędzy z jednego pojemnika do drugiego i tak w kolko.
Po metrze przyszedł czas na prom. Polecam kupić bilety wcześniej na internecie - link. Nie trzeba kupować ich na konkretną datę czy godzinę a przynajmniej potem nie trzeba stać w kolejkach.
Na wyspę Toronto płyną trzy promy mniej więcej co 15-30 minut. Zależy to od godzin szczytu i zapotrzebowania na promy. My popłynęliśmy na centralną część wyspy a wracaliśmy z Hanlan's Point. Na wyspie Toronto jest lotnisko a cała reszta to jeden wielki park. Widać, że jest to popularna rozrywka na weekendy bo ludzie na promie płynęli z cooler’ami, parasolami, kocami itp. Rzeczywiście w parku jest dużo miejsca na biwak. Można grillować w cieniu na trawce albo poleżeć w słońcu na plaży. Dla tych co wolą trochę aktywnie spędzać czas polecam wynajęcie rowerku, łódki, pobiegać albo pograć w różnego rodzaju piłki.
My wybraliśmy spacerek po zachodniej stronie wyspy. Po drodze mijaliśmy fontanny, molo z którego można podziwiać to niekończące się jezioro, najstarszą budowlę w Toronto, latarnię na Gibraltar Point, która ma ponad 200 lat, plażę dla nudystów i tych co jednak wolą nosić strój kąpielowy.
Zdecydowanie polecam wyspę Toronto jak i samą przejażdżkę promem. Na wyspę można dopłynąć innymi środkami transportu. Można wynająć taksówkę wodną, tiki bar taxi, opłynąć tylko wyspę na jednym ze statków wycieczkowych ale z tego co się orientowałam to prom jest najtańszą i najbardziej elastyczną opcją.
Sam rejs na wyspę jest atrakcją. Można podziwiać super panoramę miasta. Widać cały downtown z wieżą w centralnym punkcie. Oczywiście na promie wieje…ale tam w sumie w całym mieście wieje. Teraz już rozumiem dlaczego Chicago nazwane jest wietrznym miastem. Pewnie tam wieje jeszcze gorzej niż w Toronto bo przecież leży nad jeszcze większym jeziorem.
Ostatnim punktem na naszej liście było Distillery Historic District. Jest to dzielnica Toronto, która powstała poprzez zaadoptowanie byłych budynków Gooderham and Worts Distillery, kiedyś największej destylarni w Kanadzie. Destylarnia ta została założona pierwotnie w Suffolk w Anglii a później została przeniesiona do Toronto w roku 1831. Jednak dopiero w 1859 nowa destylarnia została wybudowana w miejscu, które teraz nazywamy Distillery District. Pod koniec XIX wieku sprzedaż zaczęła spadać ale już w latach 1923 szybko wzrosła dzięki prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Część przemytników zaopatrywała się właśnie tu aby potem sprzedawać towar nielegalnie w Stanach. W tym też okresie Gooderham and Worts Distillery zostało sprzedane. Paręnaście lat później, w 1990, kompleks budynków został oficjalnie zamknięty i przemieniony w Distillery Historic District.
Dzisiaj Distillery District to głównie restauracje, knajpki, galerie, małe sklepiki z unikatowymi produktami i oczywiście piękne apartamentowce. Dzielnica bardzo nam się podobała, wczoraj byliśmy tu w Mill’s brewery, ale dziś chętnie wróciliśmy aby zobaczyć więcej i pochodzić po tych klimatycznych uliczkach.
Na samych ulicach można znaleźć dużo rzeźb, starych samochodów (jako dekoracja) czy mozgi...akurat teraz była wystawa mózgów. Ciekawie to wyglądało. Tutaj tez spotkaliśmy się z naszymi innymi znajomymi i poszliśmy do fajnej meksykańskiej restauracji: El Catrin. Bardzo przyjemna meksykańska restauracja z dobrym jedzeniem, miłą obsługą i zimnym piwem....do tego fajne towarzystwo starych przyjaciół i czego można chcieć więcej....dobrze ze zdążyliśmy na samolot.
Ponownie 25 minut pociagiem na lotnisko i przejscie przez ochrone. Poniewaz byl to lot miedzynarodowy to oczywiscie TSA pre nie dziala a do tego musielismy przejsc przez cale emigration. Cala ta papierkowa robota zajela prawie tyle samo co sam lot. Bo lot trwa tylko 55 minut. Tak ze szybciej jest polecieć do Toronto niż pojechać na drugi koniec Nowego Jorku.
Jaka mamy opinie po tym krótkim pobycie? Zdecydowanie fajne miasto. To nie jest nic dziwnego, jak napiszemy, że miasto to jest czystsze. W porównaniu z Nowym Jorkiem każde miasto jest czystsze tak samo jak metro. Jest dużo zieleni, i to nie tylko w parkach ale też na ulicach, widać co jakiś czas posadzone drzewka. Natomiast z rzeczy, które naprawdę nas zaskoczyły to:
ilosc browarów – nie spodziewałam się, ze piwo z lokalnych mikro browarów jest tu az tak popularne
wielkość restauracji – gdzie nie weszliśmy to było miejsca na setki ludzi. Może oni tak dużo oglądają meczów sportowych, że duże restauracje/bary to podstawa
architektura – podobały mi się ich biurowce/wieżowce. Większość z nich wyglądała jakby była zbudowana z kolorowych klocków lego. Fajnie to komponuje się w całość, jest estetyczne i bynajmniej nie nudne.
Tak że wycieczkę polecamy każdemu zwłaszcza, że nie daleko, bilety nie są drogie a dolar kanadyjski dobrze stoi.
Wylądowaliśmy, po 1h lotu wylądowaliśmy w NY na lotnisku LGA. Pomimo, że jesteśmy lokalni a może dlatego właśnie, że tu mieszkamy nie ustawiliśmy się w długiej kolejce po taksówkę, nie zamówiliśmy też Ubera. Chcieliśmy za to sprawdzić jak lotnisko to jest przystosowane dla turystów (zwłaszcza tych z innych krajów). Tak więc, postawiliśmy na komunikację publiczną. I tu było mega rozczarowanie. Po pierwsze znaki na lotnisku w bardzo limitowany sposób pokazywały gdzie jest autobus. Jak już dotarliśmy na przystanek to nie mogliśmy kupić biletu. My na szczęście mieliśmy metro-card które pozwoliły nam pojechać autobusem. Jednak biedny turysta może kupić bilet tylko w jednym automacie ale tylko pod warunkiem, że ma wyliczoną kwotę w monetach. Automat niestety nie przyjmuje papierkowych pieniędzy nie mówiąc już o kartach kredytowych. Oczywiście automaty mają tylko dwa języki hiszpański i angielski. Jest to straszna różnica i czasami aż wstyd, że inne miasta potrafią mieć obsługę automatów w 6 lub więcej językach. Przyjmować różne formy płatności a oznaczenia są tak dokładne, że szybko się można zorientować co, gdzie i jak. No ale wracając do prymitywnej La Guardi, wzięliśmy autobus, który był zatłoczony na maksa. Myśmy się zastanawiali gdzie mamy wysiąść i musieliśmy miejscami użyć Google Maps bo ciężko było po nocy zorientować się gdzie aktualnie jesteśmy. Współczuję turystom, którzy próbują się zorientować gdzie mają wysiąść aby wziąść subway. Niestety podobne przeżycia mają Ci co lądują na JFK czy Newark. Ciekawe kiedy NY dojdzie do poziomu światowych miast i będzie miał transport tak rozwinięty i przyjazny turystom jak Londyn, Toronto, Madryt czy inne wielkie miasta.
2016.06.11 Toronto, Canada (dzień 1)
Toronto, albo jak lokalni mawiają Torono jest największym miastem w drugim co do wielkości kraju na świecie....tak, co do wielkości, bo co do ludności to Canada jest troszkę dalej na liście. W całej Kanadzie mieszka mniej ludzi niż w stanie California, który to stan jest z kolei 23 razy mniejszy od tego potężnego kraju.
Wycieczkę do tego miasta zaplanowaliśmy dość spontanicznie. Ja narzekałam, że dawno nigdzie nie lecieliśmy i, że w sumie to mało miast zwiedzamy, a Darek jest otwarty na wszelkie sugestie, żeby tylko wbić kolejną pinezkę w naszą mapę.
Tak więc bilety kupiliśmy miesiącami wcześniej, kiedy to jeszcze nie wiedzieliśmy, że polecimy do San Francisco. Toronto okazało się najtańszą opcją do 3h lotu. Połączenie super, wylecieliśmy z samego rana w sobotę a wylatywaliśmy w niedzielę wieczorem. Tak więc mieliśmy prawie pełne dwa dni.
Nie do końca wiedzieliśmy czego spodziewać się po Toronto. Z jednej strony największe miasto więc pewnie będzie dużo biurowców itp. Od innych słyszeliśmy mieszane opinie. Jedni opisywali to miasto jako pełne zieleni, życia, sportu itp., a inni, że jest nudne. Wiadomo, ile ludzi tyle opinii. Tak więc musieliśmy polecieć i wyrobić sobie własną opinię.
Toronto ma dwa lotniska: Pearson i Bishop. Lotnisko Bishop jest położone na wyspie Toronto i jest bardzo blisko centrum miasta. My jednak wylądowaliśmy na lotnisku Pearson, które to położone jest na obrzeżach miasta ale można się tam dostać w bardzo łatwy i miarę tani sposób. Na lotnisko Pearson jeździ pociąg, który kosztuje C$12 w jedną stronę i już w 25 minut możesz być w centrum miasta (Union Station). Jest to stosunkowo tanio bo Uber wycenił nam przejażdżkę na C$70. Pociąg jest bardzo wygodny, czysty, można podładować co potrzeba i nawet jest WiFi.
Bardzo szybko bo już o 10:30 rano dotarliśmy do centrum Toronto i naszym oczom ukazała się wieża (CN Tower). Jest to zdecydowanie symbol tego miasta i punkt orientacyjny, który widać z każdego zakątka. Wieża jednak musiała poczekać, bo przecież śniadanie jest ważniejsze. Niestety nie udało nam się znaleźć miejsca gdzie serwują typowe śniadania (czytaj jajka) więc poszliśmy do browaru (Amsterdam Brewery) i zamówiliśmy żeberka z piwem....w końcu na wakacjach można wszystko.
Amsterdam Brewery jest położone nad samym jeziorem. Ma bardzo ładny taras i widok dlatego szybko wszystkie stoliki się zapełniły. Jeśli jednak chodzi o jakość jedzenia czy piwa to było OK. Żeberka nie odchodziły od kości jak powinny a piwo było dobre ale w innych miejscach nam bardziej smakowało. Widok za to nie da się ukryć wyśmienity na jezioro, wyspę i lotnisko, które się tam znajduje.
Już planując wyjazd do Toronto zaskoczyła mnie ilość browarów. Potem tylko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że piwo i mikro-browary są tu bardzo popularne. Podobno w samym mieście jest około dwudziestu browarów. Zapowiada się intensywny pobyt – a myśleliśmy, że to jest rodzinne miasto.
W Toronto jak i całej prowincji Ontario, biznes alkoholowy kontrolowany jest przez rząd i alkohol może być sprzedawany tylko w specjalnej sieci sklepów. Niestety, jest to kontrolowane przez dużych producentów piwa więc nie każdy browar ma możliwość wybicia się. Dlatego coraz więcej powstaje browarów, które mogą mieć restaurację, bar a także mały sklepik gdzie można zaopatrzyć się w piwo. Co nas zdziwiło to wielkość tych barów jak i restauracji. Są one bardzo duże. W Nowym Jorku przywykliśmy raczej do mniejszych restauracji czy barów na parę dziesiątek ludzi. W Toronto restauracje są na setki ludzi.
Po śniadaniu przyszedł czas na wieżę. W Toronto wszystko jest w miarę w zasięgu ręki więc znad jeziora można spokojnie przejść się na nogach. Koło CN Tower jest Rogers center, gdzie akurat odbywał się mecz baseball oraz akwarium. My podążyliśmy prosto do wieży i wyjechaliśmy na ostatnie piętro Sky Pod. CN Tower została ukończona w 1976 roku i przez długi czas (34 lata) była najwyższą wieżą i wolno stojącą budowlą na świecie. Dopiero Burj Khalifa w Dubaju i Canton Tower w Chinach zepchnęły ją na 3 pozycję. Nadal jednak jest to najwyższa budowla wolno stojąca na półkuli zachodniej.
CN Tower ma kilka atrakcji. Podstawowy bilet kosztuje C$35 ale warto dopłacić C$12 i wyjechać na samą górę na tak zwany SkyPod. Jest to oszklony taras widokowy z panoramą na całe Toronto oraz oczywiście jezioro Ontario. Jezioro to jest najmniejszym jeziorem wchodzącym w skład Great Lakes. Nawet ze SkyPod nie widać końca tego jeziora...nam się wydawało ogromne a ono nadal jest najmniejsze. Okna nie są za duże więc robienie zdjęć nie jest tak efektowne jak na dolnym poziomie ale można poczuć jak wieża się kiwa pod wpływem wiatru. Podobno ta część ma odchylenie 0.5 m przy silnych wiatrach.
SkyPod znajduje się na wysokości 447m (1465 ft.) natomiast bardziej popularny taras widokowy jest prawie 100 metrów niżej, 346m (1136 ft.). Na niższym poziomie jest też więcej atrakcji. Jest restauracja gdzie można zjeść lunch/kolację. Wtedy wyjazd na ten poziom jest wliczony w cenę jedzenia. Jest to sposób na zaoszczędzenie paru dolarów ale wtedy SkyPod trzeba doliczyć osobno (albo sobie odpuścić). Myśmy po pierwsze chcieli wyjechać na samą górę (i nie żałujemy) a po drugie jak zobaczyliśmy, że lunch+deser w restauracji kosztuje C$55 to stwierdziliśmy, że nam się to nie opłaca. Na niższym poziomie można też wyjść na taras na zewnątrz. Jest on oczywiście ogrodzony siatką i otwarty tylko przy małym wietrze. Najpopularniejszą jednak atrakcją jest Edge Walk czyli spacer po krawędzi. W opcji tej można wyjść na platformę wokół wieży i przejść się na około. Oczywiście jesteś przypięty i zabezpieczony na wszelkie sposoby ale i tak bym się bała.
Dla tych mniej odważnych jest glass-floor. Podłoga zrobiona ze szkła, gdzie możesz popatrzyć w dół i widzisz ponad 300 metrów pod sobą ulicę i ludzi wyglądających jak mrówki. Ciekawe przeżycie. Pierwszy krok może być nie najłatwiejszy ale potem to już sama zabawa. Niestety jest to dość mały fragment i ludzie się tłoczą jeden na drugim.
Skoro bawimy się w turystów to się bawimy. Po raz pierwszy w życiu zdecydowaliśmy się wziąć autobus wycieczkowy. Wybraliśmy City Sightseeing, dwu poziomowy autobus, który jeździ po mieście od atrakcji do atrakcji a załoga opowiada co jest co, wplatając w to trochę historii i anegdotek. Brzmi ciekawie. Jest to też autobus hop-in, hop-off czyli można wsiadać i wysiadać na przystankach kiedy tylko się chce.
Pomimo, że wsiadaliśmy w dość popularnym miejscu udało nam się znaleźć miejsce na dachu. Miejscami było za gorąco ale z dołu mało widać i zdecydowanie ciężko jest robić zdjęcia. Na szczęście Toronto ma dużo mniejsze korki niż NY więc większość czasu jechaliśmy. Pani ciekawie opowiadała i dowiedzieliśmy się, że dawno dawno temu Toronto było nazywane York. Na wzór Nowego Yorku. Szybko jednak Toronto dostało przezwisko Dirty York, Stinky York etc.
Objechaliśmy parę atrakcji ale ponieważ jeden z przystanków był blisko naszego hotelu to postanowiliśmy wysiąść, zameldować się i wrócić do autobusu po małej przerwie. Upsss....nie było tak łatwo. Wyszliśmy na autobus, który podobno jeździ co 15 minut. Niestety my czekaliśmy pół godziny i nic się nie pojawiło. Tak więc zrezygnowani zdecydowaliśmy przejść się nad jezioro gdzie mieliśmy spotkać się ze znajomymi. Chyba już nigdy nie zdecydujemy się wziąć tego rodzaju autobusu. Jednak nie ma to jak zwiedzanie miasta na własnych nogach. Wycieczki nie udało nam się dokończyć ale i tak nie wiele atrakcji nas ominęło.
Wieczór spędziliśmy nadrabiając stracony czas z naszymi znajomymi. Wiadomo jak to bywa, fajnie się siedziało, gadało i wspominało. Zaczęliśmy w knajpce Slip, która niestety okazała się za głośna aby prowadzić rozmowy więc przenieśliśmy się do restauracji Moxie's. Restaurację tą poleciła nam koleżanka, która prowadzi bloga o jedzeniu więc wybór był wyśmienity. Nie spodziewaliśmy się, że w Toronto ryby są, aż tak popularne ale co ważniejsze świeże i dobrej jakości. Nie ma to jak tatar z tuńczyka czy łosoś z jeziora Lois.
Wieczór skończyliśmy w Mill Brewery. Jakoś bardziej podobał nam się ten browar od Amsterdam Brewery. Mieli dużo smaczniejsze piwka a obsługa też była szybsza i milsza.
2016.05.30 San Francisco, CA (dzień 10)
No i minęło 10 dni....kolejne dziesięć intensywnych dni, dużo się działo, dużo porobiliśmy zdjęć i ponagrywaliśmy filmu....znów spędzimy parę dni, żeby to wszystko nadrobić bo przecież wakacje nie kończą się w chwili wylądowania w Nowym Jorku. Wakacje, trwają nadal bo nadal żyją w nas wspomnienia....
Ostaniom noc spędziliśmy w Sacramento. Zdecydowanie miasto cieplejsze niż San Francisco. Jak to pogoda może się zmienić jak tylko trochę wjedzie się w ląd. Do domu wracaliśmy red-eye czyli nasz samolot dopiero odlatywał o 10 w nocy tak więc mieliśmy jeszcze dużo czasu na zobaczenie co nam się nie udało w SF. Zaczęliśmy od Napa Valley. Byliśmy tam 5 lat temu ale wtedy o winie wiedzieliśmy tylko, że jest białe i czerwone. Teraz znając się troszkę więcej inaczej na to patrzyliśmy i co pięć minut mówiliśmy....o popatrz tu jest Neyers, a tu Hoig....a tam Alpha Omega.... Teraz już bardziej rozpoznajemy winiarnie. Wiemy co lubimy i w czym się specjalizuje dana winiarnia. Zwłaszcza Darek, bo ja nadal próbuję go dogonić z wiedzą.
Niestety nasze ulubione winiarnie są dostępne tylko jak masz umówione spotkanie co było trudne do osiągnięcia w długi weekend – wiadomo każdy właściciel też chce sobie odpocząć. Inne winiarnie to niestety komercja jak w Justin.
Tak więc trochę pojeździliśmy po winiarniach. Zaglądnęliśmy tu i ówdzie przekonując się tylko coraz bardziej, że Napa to komercja a Paso Robles jest dużo lepsze. Oczywiście wszyscy kojarzą winiarnie tylko z Napa i mało kto w ogóle wie o istnieniu Paso ale jeśli chcesz być unikatowy i doświadczyć czegoś mniej komercyjnego to polecamy zdecydowanie Paso.
Tak jeżdżąc w kółko dojechaliśmy do miasteczka Sausalito. Miasteczko to jest niedaleko Golden Gate National Recreaction Area, które też mieliśmy w planie. Niestety zapomnieliśmy, że to jest przecież poniedziałek świąteczny i ludzie mają długi weekend. Najpierw zajechaliśmy do restauracji FISH z nadzieją na jakiś dobry lunch. Kolejka była tak długa, że nawet nie szukaliśmy miejsca na parking. Darek się zaczął śmiać, że znów znalazłam jakaś wypasioną knajpę pośrodku niczego do której są kolejki na kilometr. Nie sądziliśmy, że im dalej będziemy jechać tym będzie gorzej.
Przejechaliśmy dalej, ucieszyliśmy się, że przy wybrzeżu w samym centrum miasteczka jest parking. Byliśmy pewni, że sobie spokojnie zaparkujemy i pójdziemy się przejść. i znów się pomyliliśmy. Były trzy duże parkingi a każdy zajęty na maksa więc o miejscu można było zapomnieć. Samo miasteczko jest rzeczywiście bardzo fajne. Zaraz nad wodą, z dużą ilością deptaków, knajpek, małych lokalnych sklepików. Ale ta ilość ludzi....masakra....
Tak więc pojechaliśmy do Parku Golden Gate Recreaction Area. Przez cały park przebiega droga można przejechać, zatrzymać się co jakiś czas, zrobić większy lub mniejszy hike albo tylko pstryknąć zdjęcie. Jak to bywa w SF oczywiście była mgła i strasznie wiało tak więc najlepiej było się gdzieś przejść aby wejść w głąb lądu albo zejść niżej i być osłoniętym skałami. My zrobiliśmy to i to. Zatrzymaliśmy się w najwyższym punkcie drogi, pstryknęliśmy zdjęcia Golden Gate Bridge (jak typowi turyści) i poszliśmy troszkę dalej. Co prawda mostu już stamtąd nie było widać (dlatego pewnie było mniej ludzi) ale i tak widoki były fajne.
A potem na drodze był znak...uwaga bardzo stromo. Przed tym znakiem większość ludzi zawracała ale my oczywiście się nie wystraszyliśmy i pojechaliśmy dalej. Dojechaliśmy do szlaku, który prowadzi na plażę z czarnym piaskiem. Prawie jak na Hawajach...ciekawe skąd on się tu wziął.
Nie do końca wyglądał jak piasek wulkaniczny...bardziej jak jakiś żwir ale nie jestem pewna. Chcieliśmy wracać na około przez tunel żeby nie wepchać się znów w ten korek turystów ale niestety nam tunel zamknęli i musieliśmy zjechać z góry ślimacząc się wraz z innymi turystami. No tak.....długie weekendy w Stanach. Mam nadzieję, że w następny długi weekend polecimy w jakieś odległe miejsce i nie będzie zbyt tłoczno.
Mieliśmy jeszcze trochę czasu a w sumie nie odwiedziliśmy jeszcze parku Presidio. Tak więc to się stało naszą następną destynacją. Parkiem można dojść pod sam most Golden Gate chociaż najładniejszy widok na most jest jednak z góry. W parku jest muzeum rodziny Walta Disney'a oraz Palace of Fine Arts Theatre. To ostatnie to bardziej ruiny, które ładnie wyglądają i często są wykorzystywane przez parę młodą do sesji zdjęciowej.
Podobno jest tak też fontanna Yoda z Gwiezdnych Wojen ale nie udało nam się jej znaleźć. Takim oto sposobem zakończyliśmy naszą przygodę z San Francisco. W pierwszym wpisie pisałam, że jestem podekscytowana, że zawsze mnie to miasto fascynowało i może nawet kiedyś rozważę przeprowadzkę tu.
No i jakie mam wrażenie? Zdecydowanie pozytywne. Ludzie są bardziej wyluzowani. Widać, że nie ma tak dużo wypasionych restauracji i ludzi w garniturach. Młodzi ludzie mają kasę ale się nią bawią. Na pewno nie można generalizować, ale to co widziałam to ludzie raczej byli za imprezą, spędzeniem miło czasu niż za najnowszym gadżetem czy fancy restauracją. Może to tylko Cleo i jego znajomi.....może, ale popatrzcie na Zuckerberga czy Steva Jobs, oni też nie słyną z garniturów. Miasto samo w sobie jest bardziej przestrzenne i czystsze niż NY. Brakowało mi trochę komunikacji miejskiej, ale może po prostu większość tu jeździ Uberem czy na rowerze. W samym mieście korków nie widzieliśmy natomiast dojazd do miasta to zawsze autostrada ok. 5 pasów zakorkowana. No tak ludzie z Google pracują poza SF a pewnie mieszkają bliżej miasta... dokładnie odwrotnie niż w NY.
To co mi się jednak podoba najbardziej (zaraz poza czystością) to ludzie, którzy mają pasję. Tam prawie każdy ma jakąś pasję związaną z wodą lub górami. Każdy myśli bardziej o podróżach, o sporcie, o wolnym czasie niż o wyścigu szczurów. Moja opinia na pewno nie jest obiektywna bo byłam tam tylko parę dni ale chętnie przekonam się jak tam się żyje na dłuższą metę...może kiedyś....czas pokaże.