Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 76
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2017.04.12 Cameron Highlands, Malezja (dzień 4)
"Chwila jest jak herbata - może być czarna, czerwona, zielona, biała czy owocowa, a każda ma inny smak, kolor, charakter, właściwości."
To by się nawet zgadzało - życie jest różnorodne jak różnorodne są herbaty, a każda chwila (jak i herbata) ma inne działanie. Nasz dzisiejszy dzień był zdecydowanie pod kątem herbaty...i dżemu truskawkowego. A jakiej herbaty? Tym razem zielonej....bo nasz dzień był cały zielony.
Zanim jednak przejdziemy do herbat to trzeba było zjeść śniadanie. A co może być na śniadanie skoro jesteśmy w Strawberry ParkResort - oczywiście w takim wypadku musiał polecieć dżem truskawkowy. Cameron Higlands jest słynne przede wszystkim z plantacji herbat, ale też z plantacji truskawek i innych "polskich" warzyw (np. kapusty). Ponieważ tereny te znajdują się w górach to jest dużo chłodniej i można sadzić coś więcej niż tylko daktyle i inne palmy.
Jak już wspomniałam truskawki są tu tak samo popularne jak herbata i trzeba przyznać, że ich świeży, domowy dżemik truskawkowy jest przepyszny. My jednak nie pojechaliśmy zwiedzać farmy truskawek - to większość z nas pamięta z ogródka babci. Natomiast plantacje herbaty - dla nas to nadal egzotyka.
Nie sądziłam, że Malezja słynie z herbaty. Indie czy Chiny jak najbardziej ale chyba nigdy nie piłam herbaty z Malezji - choć może po prostu nie zwróciłam na to uwagi. Nadal Chiny i Indie przodują i razem produkują ponad 50% herbat na świecie. O dziwo Kenia jest zaraz za Indiami a potem Sri Lanka, Turcja itp. Malezja niestety nie załapuje się do pierwszej dziesiątki ale myślę, że jakościowo na pewno prześcignie parę krajów.
Nie myślcie, że my zwiedzamy tylko winiarnie i browary - bo to nie do końca jest prawda. Wczoraj zwiedzaliśmy BOH Sungai Palas Tea Center, jest to kawiarnia z tarasem widokowym, gdzie można napić się przepysznej herbatki (mają dość duży wybór) jak i zjeść przepyszne ciacho (sernik herbaciany wygrywa). Przypomina to trochę winiarnie. Tutaj nie robisz co prawda tastingu herbat ale możesz sobie wiele zamówić i popróbować a potem iść do sklepu i kupić te co najbardziej ci smakowały.
Dziś z kolei pojechaliśmy na plantacje herbaciarni BOH. Główne plantacje znajdują się troszkę dalej (jakieś 20-30) min od Tea Center. Można ta wyjść na punkt widokowy skąd można podziwiać zielone wzgórza porośnięte krzewami herbaty. Bardzo spokojny, uspokajający i piękny widok. Można tak siedzieć na ławeczce i gapić się przed siebie w nieskończoność.
Znajduje się tam też fabryka herbaty, którą na szczęście można zwiedzać. Tak więc dowiedzieliśmy się o 5 fazach robienia herbaty:
1. Zbieranie i suszenie - oczywiście najpierw trzeba zebrać liście herbaty i je wysuszyć
2. Przeżucanie / rolowanie - specjalna maszyna miesza i wykręca liście tak, że przerywa komórki liście. Jest to potrzebne aby wydobyć soki do fermentacji.
3. Fermentacja - dokładniej powinna być nazwana utlenianiem. Jest to proces chemiczny w którym enzymy z liści wystawione są na działanie tlenu. Liście które zaczynają proces fermentacji są zielone ale po jej skończeniu zmieniają barwę na ciemny brąz. Proces ten zajmuje przeciętnie 1.5h
4. Suszenie - fermentowane liście następnie przerzucane są do suszarni, gdzie w temperaturze 140C - 160C redukowana jest wilgotność (powstała w procesie fermentacji). Proces ten trwa ok. 15-30 min.
5. Sortowane - ostatni etap to sortowanie. Po wysuszeniu herbata jest szatkowana do pożądanych rozmiarów. Każda herbata ma inną konsytencję, grubość ziaren. Każdy rodzaj herbaty to nie tylko inne liście, inne krzewy herbaty ale też inna gęstość i tekstura ziaren.
Oczywiście po zwiedzaniu przyszła pora na małą przerwę przy herbatce. Tu też mają taras i kawiarnię ale dużo mniejszą niż w Tea Center.
Po odpoczynku rozdzieliliśmy się z naszymi przyjaciółmi i my pojechaliśmy do Parku Narodowego Negara (Taman Negara), a Grzesie na Bali odpoczywać. Taman Negara jest najstarszym lasem tropikalnym na świecie i podejrzewają, że ma on ponad 100 mln. lat. My mamy domek w dżungli i mamy nadzieję spotkać jakieś fajne zwierzątka.
Po 4h dojechaliśmy do miasteczka Kuala Tahan skąd łódka (za 1 MYR) przewiozła nas przez rzekę do naszego hotelu. Śpimy w Mutiara. Jest to hotel położony w parku. Ma około 100 domków, które można wynająć. Nasz domek był jeden z mniejszych bo miał tylko 1 sypialnię, dwa łóżka i łazienkę. Był za to położony trochę z tyłu i z balkonu widzieliśmy tylko krzaki dżungli.
Pierwszym zwierzęciem jakie spotkaliśmy była jaszczurka która biegała po naszym pokoju i chowała się po kątach. Darek mnie jednak uspokoił, że to dobry znak - bo jak jest jaszczurka to nie ma komarów i innych robaków bo jaszczurka je skutecznie wytępi. Ja dla świętego spokoju i lepszego snu wolałam wypić drinka na orzeźwienie jak i odwagę. Tak więc poszliśmy do hotelowego baru i zamówiłam bardzo dobry drink z wódką, sokiem z cytryny i sokiem z ogórka. Pychota....polecam. Bar hotelowy to trochę za dużo powiedziane. Tak naprawdę jest to tylko otwarta hala gdzie podają śniadania, obiady a między przerwami piwo i drinki. Mało jest tu barów z klimatyzacją. Czasem jak masz szczęście to jest klima ale drzwi i tak będą otwarte.
Upał nas więc szybko przegonił i jak rozpieszczeni amerykanie wróciliśmy do pokoju gdzie była klimatyzacja. Czasem tylko słyszeliśmy jak małpy skakały nam po dachu a za oknem chrumkały dzikie świnie. Niestety okna są dość małe więc tylko po odgłosach wiedzieliśmy, że coś przyszło nas odwiedzić. Zmęczeni padliśmy szybko spać tak że nawet przespaliśmy kolację. No nic nadrobimy jedzenie innym razem.
2017.04.11 Cameron Highlands, Malezja (dzień 3)
Najważniejszą rzeczą jaka dzisiaj się wydarzyła to z pewnością jest przyznanie mi wizy do Qataru. Ilonka już ją dostała parę dni temu, a z moją coś się ociągali. Ciekawe dlaczego musieli mnie lepiej sprawdzić. Dobrze, że ją dostałem, bo inaczej bym musiał siedzieć na lotnisku w Doha 12 godzin, a Ilonka by pewnie wyszła na miasto. Także rano jak zobaczyłem email to byłem szczęśliwy.
Mimo że wczoraj trochę posiedzieliśmy w barach i późno poszliśmy spać, to dzisiaj już o 5 rano nie mogliśmy spać. Widać, źe strefy czasowe nam dokuczają. 5 rano, co by tu robić? Śniadania jeszcze nie ma, serwują dopiero od 7. Nadrobiliśmy zaległości w blogu, spakowaliśmy się i poszliśmy na śniadanie. Oczywiście musieliśmy spróbować tradycyjnego malezyjskiego śniadania - Nasi Lemak
Wybór jedzenia był jak zwykle ogromny. Najedliśmy się jak by to był ostatni posiłek w naszym życiu, wzięliśmy lokalne taxi i pojechaliśmy do innego hotelu, do Renaissance. Pojechaliśmy tam, nie po to żeby się zameldować, ale po to żeby wypożyczyć samochody. Niewiele jest wypożyczalni samochodów w mieście, a jeszcze mniej zezwala ci oddać w innym miejscu. Nam pasowało oddać na lotnisku, więc wzięliśmy z Avis.
Mieliśmy świetnego kierowcę taksówki. Gościu tak przeklinał po angielsku, że aż się zastanawialiśmy skąd on zna tyle wulgarnych słów. Wiadomo, jak to w tych krajach w godzinach szczytu, korki były duże. Każdy kierowca dostał od niego niezłą wiązankę słów.
Samochody odebrane, bagaże zapakowane i w drogę. Plan na dzisiejszy dzień to dojechać do Cameron Highlands i tam trochę pozwiedzać. Wyjazd z miasta w godzinach szczytu z kierownicą po prawej stronie nie należał do najłatwiejszych. Dopiero jak wjechaliśmy na autostradę E1 to trochę odetchnęliśmy i pojechaliśmy dalej na północ.
Cameron Highlands to są wyżyny znajdujące się w środkowej części półwyspu malezyjskiego. Ludzie już tu od wielu lat zaczęli przyjeżdżać ze względu na wspaniały klimat. Świetna odskocznia od tropikalnych malezyjskich upałów. Większość terenów znajduje się ponad 1500 metrów n.p.m, a szczyty przekraczają 2000 metrów. Poza klimatem, to miejsce słynie z hików, plantacji herbaty i truskawek.
Droga z Kuala Lumpur zajęła nam jakieś 4 godziny. Po zjechaniu z dobrej, szybkiej autostrady, przez prawie dwie godziny wspinaliśmy się do góry.
Taką ilością serpentyn to ja chyba nigdy nie jechałem. Zakręt przechodził w zakręt. Nie dość, że droga była wąska to jeszcze ilość samochodów ciężarowych nas przerażała. Na zakrętach mijanie się z nimi nie należało do przyjemnych. Ścinali serpentyny na maksa. Wyznawali zasadę, że duży może więcej i nie przejmowali się małymi samochodzikami. Niektórym jednak ta brawurowa jazda nie wychodziła i niestety kończyła się tragicznie.
Około 2 po południu dojechaliśmy do Brinchang. Małe miasteczko leżące w sercu Cameron Highlands. Tutaj znajduje się nasz hotel, ale na niego pora przyjdzie później, jak narazie to trzeba się napić herbaty.
BOH jest to największa plantacja i przetwórnia herbaty w tym rejonie. Robią ją już od prawie 100 lat. Mają wiele rodzajów, także każdy z nas wziął oczywiście inną i do tego ich słynny truskawkowy sernik, albo tiramisu z zieloną herbatą.
Wszystko super smakowało. Odwiedziliśmy jeszcze ich sklepik, zakupiliśmy trochę herbat do domu i pochodziliśmy po plantacji.
Za wiele nie mieliśmy czasu żeby robić jakiś hike, także postanowiliśmy na jeden ze szczytów wyjechać samochodem. Pod szczytem znajduje się też Mossy Forest (Mechaty las), którego chcieliśmy odwiedzić. Wcześniej wyczytałem, że "droga" nie jest łatwa (tu nie ma łatwych dróg), ale jest do zrobienia nawet zwykłym samochodem. Niestety nie mamy żadnego zdjęcia z drogi bo nikt o tym nie myślał jadąc stromo pod górę, wąską drogą gdzie czasem trzeba było lusterka składać.
Początek był nawet OK. Stromo do góry po plantacjach herbaty, ale po asfalcie. Tutaj telefony nie działają, ale mieliśmy kontakt między samochodami za pomocą walkie-talkie. Po jakimś czasie jakość asfaltu uległa znacznemu pogorszeniu, nachylenie się zwiększyło, a także szerokość drogi miała wiele do życzenia. Oczywiście to jest dwu-kierunkowa droga i podczas mijania się często jeżyły nam się włosy na głowie. Jechałem pierwszy, Grzegorz dzielnie, w bezpiecznej odległości podążał za mną. Droga stawała się coraz to gorsza, ale z obliczeń Ilonki do szczytu było już niedaleko. Straciłem z widoku Grzegorza, ale nie mogłem się zatrzymać, bo bałem się, że ten nasz mały samochodzik dalej już nie ruszy, tak było stromo. Po paru minutach zrobiło się bardziej płasko, więc się zatrzymałem i zacząłem wzywać drugi samochód za pomocą walkie-takie. Niestety z drugiej strony nikt się nie odzywał, była cisza. Pomyślałem, że pewnie za daleko już od niego odjechałem i postanowiłem tu na niego poczekać. Wysiedliśmy z samochodu, żeby zobaczyć co się dzieje i tu nas strach obleciał. Nasze przednie koło prawie nie ma powietrza! Upsss.... nawet nie wiem czy ten samochód ma zapasówkę. Nawet jak ma to pewnie jest to cienka dojazdówka, na której zjazd na dół byłby ciekawy.
Nie tracąc czasu postanowiliśmy zjeżdżać na dół puki jeszcze mamy w oponie trochę powietrza. Zawracanie tutaj nie należało do łatwych, ale jakoś się udało i rozpoczęliśmy zjazd. Po jakimś czasie nawiązaliśmy kontakt z drugim samochodem, który dzielnie jechał do góry. Jak się okazało, Grzegorza samochód był chyba trochę słabszy i po prostu stanął pod górę. Grześ wysadził wszystkich z samochodu i kazał im pchać go do góry. Szło to powolnie, ale poskutkowało. Minęliśmy się na drodze i dalej jechałem w dół. Powietrza było coraz mniej, często podwozie zahaczało o wyboje w drodze. Chciałem jak najszybciej wyjechać na główną drogę, ale też nie mogłem jechać za szybko, bo bałem się o felgę. Na szczęście jakoś dojechaliśmy do głównej drogi i nawet szybko znaleźliśmy stację benzynową. Niestety nie mieli serwisu opon, ale przynajmniej mogłem dopompować i dalej szukać wulkanizatora.
Grzegorz dojechał do mnie i dalej już razem rozpoczęliśmy poszukiwania. Udało się, gdzieś na uboczu jest mały zakład, gdzie lokalna pani z uśmiechem na ustach dosłownie w parę minut wyjęła gwoździa z opony i załatała dziurę.
Wszystko jest dobre, jak dobrze się kończy. Zajechaliśmy do naszego hotelu, Strawberry Park Resort i tam przy pysznej kolacji wspominaliśmy kolejny, dosyć ciekawy dzień z wakacji.
Steaki z lokalnej krowy były pyszne. Malezja nie słynie z tego rodzaju jedzenia, ale jednak potrafili go dobrze przyrządzić. Wpierw dwa tygodnie go trzymali w solach, a potem idealnie upiekli. Dało się zjeść.
2017.04.10 Kuala Lumpur, Malezja (dzień 2)
Zagrajmy w małą grę skojarzeń. Z czym kojarzy Wam się Kuala Lumpur? Gdzie to w ogóle jest? Daleko, egzotycznie, Azja, korki, zatrucie powietrza, duże miasto, wieże Petrona itp.
Dla mnie to na pewno była odległa, choć dostępna kraina. Nie do końca na samym szczycie mojej listy ale nadal bardzo wysoko.
Jednak kiedy siedziałam w Heli-Bar, na lądowisku dla helikopterów na 34 piętrze jakiegoś biurowca i patrzyłam na wieże Petrona to nie mogłam uwierzyć, że tu jestem...muszę przyznać, że było pięknie, spokojnie i inaczej. Ale byłam szczęśliwa...
12 godzin wcześniej....
Jak Darek pisał w Kuala Lumpur wylądowaliśmy dość późno więc wczoraj nie widzieliśmy miasta. Dziś natomiast był zaplanowany cały dzień na mieście. Wiedzieliśmy, że szybko nie wrócimy z powrotem do hotelu więc rozpoczęliśmy od dużego śniadania - a było naprawdę ogromne. W naszym hotelu serwują dość różnorodne śniadanie i każda kultura może sobie znaleźć to co lubi. Tak więc był kącik azjatycki z dużą ilością ryżu, mięs i ryb, sosów, warzyw, pierożków, makaronów itp. Dziwię się, bo dla mnie to bardziej wyglądało na lunch czy obiad/kolację a nie na śniadanie.
Oczywiście spróbowaliśmy wszystkiego po trochę. Było też coś bardziej amerykańskiego - czyli omlety i słodkie pączki oraz coś europejskiego, czyli sery, wędliny, jogurty i owoce.
Po takim jedzonku mieliśmy siłę na pokonanie 272 stopni świątyni w Batu Caves. Świątynie w skałach, zwane Batu Caves znajdują się na obrzeżach miasta. Można tam dojechać Uber'em za ok. 30 MYR ($7-8) albo pociągiem za 2.5 MYR ze stacji KL Sentral. My w ramach oszczędności czasu wybraliśmy Uber'a. Ogólnie Uber tu istnieje i jeździ ale drażni nas, że nigdy nie jest na czas. Często na początku jest 7 minut a po 10 minutach jest kolejne 10 min. Tak więc cokolwiek mówią, trzeba pomnożyć przez 3.
Batu Caves jest hinduskim miejscem świętym. Są tam 3 główne jaskinie, każda inna. Jest wiele mniejszych światyń hinduskich i ludzie naprawdę przychodzą się tu modlić. Schody, które widzicie na zdjęciu strzeże 42 metrowy posąg Murugan'a. Jest to największy posąg tego boga na świecie - rzeczywiście robi wrażenie.
Wspomniane 272 stopnie prowadzi do głównej jaskini / jaskini świątyni. Ta część jest za darmo i jest ogólnie dostępna. Tylko gdzie niegdzie są porobione ołtarzyki, do których jak chcesz podejść i się pomodlić to musisz ściągnąć buty. My z respektu dla modlących się zrezygnowaliśmy z zachowywania się jak rasowi turyści i zamiast łazić po ołtarzu w butach i pstrykać multum zdjęć (zrobiliśmy tylko kilka), skupiliśmy się na małpkach.
Małpek tu jest prawie tyle samo co ludzi. Po Gibraltarze, nie robiło to na nas już wrażenia, choć muszę przyznać, że nadal z wielką przyjemnością pstrykałam zdjęcie za zdjęciem. Większość małp nie zaczepiała ludzi, no chyba, że miałeś jedzenie albo pokazałeś jej plecak. Wtedy sprytne małpki były zaraz obok ciebie i sprawnie otwierały plecak, wyciągały jedzenie i zmykały na drzewo. Poza słodyczami od ludzi to jadły one bardzo dużo kokosów. Po ilości skorupek domyślam się, że muszą one gdzieś rosnąć nie daleko.
Główna jaskinia według mnie wymaga trochę remontu. Ma na pewno niesamowitą lokalizację, i jest fajnie położona ale mieszanie się wiary, ceremonii, straganów z pamiątkami i jedzeniem jakoś mi nie pasowało. To już polskie kiermasze pod kościołami są lepiej zorganizowane.
Wracając na dół po schodach nie zapomnij zaglądnąć do Ciemnej Jaskini (Dark Cave). Taka naprawdę to polecam zaglądnąć tam wychodząc na górę. Jaskinię tą zwiedza się z przewodnikiem i nigdy nie wiesz na którą grupę się załapiesz. My mieliśmy szczęście i musieliśmy czekać tylko 15 minut ale czasem czeka się i 45 min. 45 minut potrzeba na obejście całej jaskini. Znaczy się na obejście części ogólnie dostępnej. Cała jaskinia ma 2 km długości ale dla ludzi dostępne jest tylko 800 m. Można iść dalej jak się wcześniej zarezerwuje Adventure Trip. Pierwsza część jest bardziej edukacyjna, pani przewodnik, pokazywała nam różne robaki, pająki, myszki itp. Podobno w jaskini też jest multum nietoperzy (20,000), nie dziwi nas to, jak i węży, i unikatowych pająków.
Część komnat jaskini jest zamknięta za względu na mikro-klimat. Jest tam specyficzna temperatura i wilgotność, która pomaga niektórym żyjątkom się rozwijać. Groty te są stosunkowo małe i jakby grupa ludzi tam weszła to klimat by się automatycznie zmienił i temperatura by się podniosła.
Inna część jest niedostępna głównie ze względu na występowanie pająka (niestety nazwę zapomniałam), który jest unikatowy i występuje tylko w tych jaskiniach. Podobno pająk ten ma segmentową budowę ciała co nie jest spotykane u innych pająków. Pająki z segmentową budową ciała występowały w erze dinozaurów i niestety większość wymarła.
Bardzo fajna wycieczka, zdecydowanie poleca się wyedukować na temat małych organizmów jak i formacji skalnych. A do tego bycie w takim ciemnym miejscu, gdzie nic a nic nie widać, gdzie jak zgasi się latarki to słychać tylko grzechotania nietoperzy i nie widać różnicy między zamkniętymi powiekami a otwartymi, niesamowite uczucie. Dopiero na końcu jest mały prześwit i można nawet wyjść poza wyznaczoną trasę bo tam już jest mniej żyjątek.
Ostatnią jaskinią, którą odwiedziliśmy jest Ramayana Cave. Trzeba do niej podejść troszkę tak jakby się szło w kierunku dworca kolejowego. Jest to również hinduska świątynia. Tym razem nie było tam nabożeństw ale poprzez posągi opowiedziana jest historia Ramayana, ważnej postaci w religii hinduskiej. Niestety brakowało mi jakiegoś opisu na wstępie jaką rolę odgrywa ta postać/bóg w religii Hindu. Myślę, że jednak znajomi w pracy mnie wyedukują i szybko nadrobię błędy. Póki co niesamowicie było zobaczyć kunszt pracy w postaci tych wszystkich posągów. Wyglądało to jak polska szopka betlejemska tylko w dużo większym wydaniu.
Świątynia jest płatna 5 MYR ($1.5) i pewnie dlatego jest utrzymana w bardzo dobrym stanie, samo wejście robi już wrażenie z wodospadem, zaprzęgiem koni i posągami.
Muszę przyznać, że upał dawał nam się we znaki. Troszkę się na chodziliśmy a w jaskiniach wcale chłodno nie było. Standardowo utrzymywała się tam temperatura koło 25-28C co było tylko małym ochłodzeniem po wejsciu z 30-35C upału.Tak więc czekanie na Ubera, który może kiedyś przyjedzie było mało kuszące i wybraliśmy opcję pociągu. Mieliśmy nadzieję, że skoro jest to ostatnia stacja to może przyjedzie wcześniej i będzie klimatyzowany - tak też się stało. Kolejną rzeczą jaką zauważyłam jest brak oszczędności. Tutaj jest na porządku dziennym, że klimatyzacja jest ustawiona na maksa na chłodzenie a i tak wszystkie drzwi są otwarte. Hmmm....ciekawe jakie mają rachunki bo prądu to oni chyba taniego jednak nie mają.
Wszyscy byliśmy spragnieni czegoś zimnego więc jak tylko pociąg zawiózł nas na stacje KL Sentral to udaliśmy się do baru. KL Sentral jest główną stacją gdzie krzyżują się metro i pociągi podmiejskie. Chyba wszystkie linie przejeźdżają przez tą stację. Na metro bilety kupuje się w formie plastikowych tokenów. Skanuje się je przy wejściu i potem wrzuca z powrotem do maszynki przy wychodzeniu. Pamiętaj, żeby nie zgubić tokena bo nie wyjdziesz z metra - no dobra wyjdziesz ale pewnie będziesz musiał zapłacić jakąś karę.
Ochłodzenia przyszedł czas....żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ze sobą strojów kąpielowych. Bar w hotelu Aloft (Mai Bar) znajduje się na dachu i ma niekończący się basen (infinity pool). Trend zapoczątkowany Singapurze rozprzestrzenia się i teraz każdy hotel chce mieć basen na dachu z widokiem na miasto i wrażeniem, że basen nie ma ścianki, nie ma końca.
Nie posiadając strojów kąpielowych, znaleźliśmy ochłodzenie w lokalnych drinkach i piwach. Jak do tej pory to nie mamy szczęścia znaleźć tej taniej Malezji. Fakt, faktem jak do tej pory jedliśmy tylko w hotelu i tu też jest hotel więc z zasady ceny są wyższe ale żeby były porównywalne do NY to się troszkę zaskoczyliśmy. Tak więc nie siedzieliśmy długo i wzięliśmy metro do następnej stacji.
Metro w KL jest bardzo czyste. Zauważyliśmy to już w pociągu podmiejskim ale metro również, zaskoczyło nas czystością. W większości metro jest naziemne i jeździ bez kierowcy. Wszystko jest zautomatyzowane i kierowane przez komputer. Dzięki temu pewnie jest w miarę szybkie i jeździ dość często. Bilet nie jest drogi bo kosztuje 1.20 MYR czyli $0.30. Mniej więcej wszystko w Malezji dzielimy na 4 czyli podobnie jak w Polsce. Tak więc 1 MYR = 1 PLN, mniej lub więcej.
Przyszedł czas na kolejne świątynie. Kolejna Hinduska Świątynia - Sri Mahamariamman Temple, jest najstarszą i podobno najbogatszą w wystroju hinduską świątynią w Malezji. Została ona zbudowana w 1873 roku i do dziś odprawiane są tam modły w różnych intencjach. My mieliśmy szczęście być świadkami ceremonii / modlitwy w intencji zdrowia.
Aby wejść do świątyni znów trzeba było ściągnąć buty ale tym razem już się skusiliśmy bo rzeczywiście warto wejść do środka. Jedna refleksja mnie uderzyła. Hinduska wiara, kultura jest bardzo kolorowa i wesoła. To, że hindusi uwielbiają kolory wiem po moich znajomych z Indii. Rzeczywiście oni uwielbiają ubierać się w przeróżne kolory co wygląda bardzo ładnie i radośnie. Wiedziałam też, że ich bogowie przybierają postacie zwierząt i ludzi (twarz słonia albo małpy a ciało człowieka) ale jakoś tak będąc w tej świątyni, słuchając ich śpiewu poczułam się mile widziana, odprężona a wszystko było takie wesołe, kolorowe a nie szare i smutne jak w kościele katolickim.
Po świątyni hinduskiej przyszedł czas na China Town - co tu się działo. Wszystko można było kupić, Rolex'y, torebki Louis Vuitton i czego tylko dusza zapragnie. Na szczęście nikt z naszej ekipy nie zwraca uwagi jakiej marki torebkę nosi więc mogliśmy szybko przejść i znów wskoczyć do metra, żeby dojechać do Menera Tower.
Podobno z tej wieży jest ładniejszy widok bo widzisz Petronas Towers. Dziś niestety Petronas Towers są zamknięte bo jest poniedziałek więc postanowiliśmy to sprawdzić. Menera jest spoko - nie wiem czy warto iść tu i tu. Wydaje mi się, że jakbym miała komuś polecić to bym jednak poleciła taras widokowy na Petrons Towers.
Menera ma jednak swoje plusy. Zdecydowanie było mało ludzi. Dzięki temu zwiedzanie jest przyjemnością. Najwyższy taras też jest na zewnątrz, tak że można wypić piwko, pooglądać panoramę i ochłodzić się wiatrem. Tak - tam jest też bar. Oczywiście znów ceny jak dla turystów.
Dzieci już pomału marudziły, że za dużo chodzenia - fakt faktem zrobiliśmy dziś trochę kilometrów a upał nam nie pomagał. Oczywiście jak to rasowi turyści parę razy zabłądziliśmy ale na szczęście telefony, GPS, Google Maps zawsze nam towarzyszą. Dodatkowo Malezyjczycy są bardzo pomocni. Tak jak Japończycy - jak tylko widzieli, że nie wiemy gdzie iść to pytali się czy mogą pomóc i z cierpliwością pomogli. Nie tak jak w Maroku, że robili to tylko dla własnego biznesu. Ogólnie Kuala Lumpur pozytywnie mnie zaskoczył, że nie ma naganiaczy i naciągaczy.
Żeby już więcej nie chodzić, na kolację wybraliśmy Black Market. Fajna knajpka z lokalnym BBQ. Jest to bardziej restauracja niż bar, więc na poobiedniego drinka poszliśmy zaraz obok do heli-Bar.
Ciężko jest znaleźć ten bar. Zaufaliśmy Google i podeszliśmy pod budynek w którym powinien się znajdować bar. Budynek wyglądał na zwykł biurowiec i ciężko było uwierzyć, że na samej górze jest impreza. Spytaliśmy się jednak ochroniarza a on od razu wsadził nas do windy i kazał wyjechać na 34 piętro.
Bar jest na płycie byłego lądowiska dla helikopterów. Teraz jest tam tylko lekkie ogrodzenie i pełno stolików. Zdecydowanie polecam się tam przejść zwłaszcza wieczorem bo widok na wieże jest super.
Ostatnim etapem naszej dzisiejszej przygody był bar "No Black Tie". Słynie on z Jazz'u. Lokalne chłopaki nieźle wywijali na gitarach i perkusji. Pomimo, że nie mieli saksofonu to grali Jazz i nawet im to całkiem fajnie wychodziło. Zagrali też Layla, Eric'a Claptona.
Niestety nam się przysypiało więc nie siedzieliśmy długo i spacerkiem doszliśmy do hotelu.
2017.04.08-09 Kuala Lumpur, Malezja (dzień 1)
W pomyśle i realizacji tych wakacji jak zwykle pomogły nam linie lotnicze. Wstępnie na początku tego roku mieliśmy jechać do Indii. Niestety, jak to często bywa, życie pokrzyżowało nam plany i Indie musieliśmy przesunąć na inny okres. W kwietniu, kiedy oboje możemy już gdzieś wyjechać na dwa tygodnie jest tam za gorąco, więc musieliśmy wymyślić coś innego.
Wiele ciekawych zakątków Świata chodziło nam po głowie, aż tu pewnego dnia Ilonka pisze do mnie z pracy, że Qatar Airways ma specjalną ofertę.
"...Można lecieć tymi liniami aż do Azji południowo-wschodniej za jedyna $500 w obie strony..." Ilonka napisała. Hmmm.... pomyślałem, ten rejon Świata może nie był na samej górze naszych planów wakacyjnych, ale kiedyś, przynajmniej raz w życiu, chcieliśmy go odwiedzić. Jako bazę startową wybraliśmy Kuala Lumpur, stolicę Malezji. Wielu-milionowe miasto leżące w zachodniej części kraju.
Plan na następne 17 dni mamy następujący:
Lecimy z Philadelphia do Doha w Qatar. Tam mamy przesiadkę i dalej Qatar Airways lecimy do Kuala Lumpur. Zwiedzamy miasto i dwa dni później, już samochodem zwiedzamy kontynentalną część Malezji. Następnie przyjdzie czas na Singapur, a potem na Indonezję. Tam trochę świątyń, trochę hików na wulkany, smoków z Komodo.... Pod koniec znów Kuala Lumpur i powrót do domu. W powrotnej drodze wybraliśmy 12-to godzinną przesiadkę w Doha, żeby zobaczyć trochę tego przepychu i bogactwa. Plan jak zwykle jest napięty ale ciekawy. Polecimy, aż 11 samolotami, popływamy łódkami, pojeździmy samochodami... Miejmy nadzieję, że wszystko przebiegnie bez komplikacji i uda nam się wszystko zrealizować i ładnie opisać. Lecą z nami znajomi, to powinno być raźniej. Ponad połowa naszej trasy pokrywa się z ich planami, więc będzie razem można gdzieś "po rozrabiać".
Jednym z czynników wpływających na niską cenę zapewne jest wylot z Philadelphii, stolicy Pensylwanii. Lotnisko JFK w Nowym Jorku jest na pewno o wiele droższe. Rano w sobotę, bez żadnych korków, samochodem w dwie godziny dojechaliśmy do Międzynarodowego Portu Lotniczego w Philadelphii. Wszystko tu jest tańsze, nawet parking na samochód. Kosztuje niecałe $7 za dobę, a nie $17 jak na JFK. Ilość ludzi też jest o wiele mniejsza i po szybkiej odprawie spotkaliśmy się z naszymi znajomymi przy pierwszym śniadaniu na tej podróży.
Qatar Airways należy do światowej czołówki najlepszych linii lotniczych. Lecieliśmy już Emirates i Etihad?, które też są w tym elitarnym klubie. Spodziewaliśmy się super samolotu i jeszcze lepszego serwisu. W miarę nasze oczekiwania się spełniły. Mieli co prawda parę minusów, ale ogółem było wszystko ok. Spóźnili się ze startem jakieś 20 minut (ale nadrobili w powietrzu), brakło im jednego rodzaju jedzenia i na drinki trzeba było czekać dłużej niż w Emiratach. Chyba Emiraty za bardzo nas rozpieściły. Lot był dosyć długi, bo trwał aż 12 godzin. Na szczęście w takich liniach nawet się tego nie odczuwa. Nie dość, że jest dużo miejsca na nogi, to znowu nasz plan się udał i mieliśmy 3 miejsca. W sumie to trzecie miejsce przez większość lotu było zajęte przez mojego kolegę, który bardzo intensywnie pomagał mi "upłynnić" ten długi lot. Niestety samolot nie mógł lecieć w linii prostej. Jest trochę niegrzecznych ludzi na naszej planecie i musieliśmy ich omijać. W ten sposób ominęliśmy Ukrainę i Syrię.
W dobrym towarzystwie szybko leci czas i nawet nie zauważyliśmy kiedy zaczęliśmy się obniżać i naszym oczom ukazał się zupełnie inny krajobraz. Wylądowaliśmy w Doha, stolicy Qataru. Jest to chyba jedno z większych lotnisk w jakich byłem a na pewno mają największego miśka.
Dłuuuuugo trzeba było iść, żeby dojść do części głównej, a następnie do naszego rękawa. Widać, że mają tu za dużo miejsca. Wszystko jest takie wielkie, obszerne, szerokie. Lotnisko posiada 30 restauracji, hotel, basen, siłownie, spa, wiele sklepów..... Trzeba im przyznać, że dbają o czystość. Począwszy od toalet, poprzez korytarze, a skończywszy na detalach, wszystko wypucowane na maxa! OK, mają jedną wadę, było za ciepło. Ja wiem, że jest 6 rano, na zewnątrz pewnie jest +30C, ale mogliby to lepiej schładzać.
2.5h przesiadka zleciała (w większości na przemieszczaniu się i obowiązkowych zakupach w duty free) i zapakowali nas do kolejnego samolotu. Tym razem "krótki" lot, tylko 7.5h. Znowu będzie drastyczna zmiana klimatu. Startujemy z suchych, pustynnych krain, a wylądujemy w wilgotnym i tropikalnym rejonie. Ach ta nasza Ziemia, taka mała, a taka różnorodna.
Kolejny raz linie nie zawiodły i w wygodnych warunkach, na wysokości 12km nad Indiami i Oceanem Indyjskim udawaliśmy się dalej na wschód. Lecimy w bardzo ciekawą i odmienną część globu, w miejsca, które dla ludzi z zachodniego świata są zupełnie inne, egzotyczne, tropikalne. Miejsca, które większość z nas zna tylko z tv i internetu. Miejmy nadzieję, że ludzie, kultura, krajobrazy, zabytki, jedzenie.... i wszystko inne zaskoczy nas pozytywnie i będziemy wszystkich namawiać żeby udali się w tą daleką podróż.
Przed samym lądowaniem popsikali czymś samolot, powiedzieli, że takie są przepisy i wylądowaliśmy. Odebraliśmy plecaki i po 29 godzinach podróży wreszcie mogliśmy wyjść na zewnątrz i zacząć od najważniejszego punktu podróży.
Była 10 wieczór, a dalej było gorąco. Czuje, że tutaj, na równiku upał będzie nam na maksa doskwierał. Nasz hotel, Pullman, znajduje się w centrum Kuala Lumpur. Lotnisko oddalone jest aż o 60km od miasta. Na szczęście Uber też już tutaj doszedł i nawet ma dobre ceny. Za 6 osób wyszło tylko $30, taniej niż pociąg. Po kolejnej godzinie ukazało nam się Kuala Lumpur.
W Doha kupiliśmy sobie fajne whisky, Cragganmore Speyside Single Malt. Piłem już trochę scotch, ale tego chyba jeszcze nigdy nie piłem. Nawet dobre, dobrze pasowało do jedzenia i do naszych zmęczonych twarzy. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, powspominaliśmy najdłuższą podróż każdego z nas i poszliśmy spać. Jutro długi dzień, zwiedzamy stolicę Malezji, Kuala Lumpur.
2017.03.28 Ateny, Grecja (dzień 4)
Ostatni, czwarty dzień w południowej Grecji.
Jak to szybko zleciało, jak zawsze na mini wakacjach. Samolot mamy dopiero koło 4 po południu, więc postanowiliśmy dzisiejszy dzień też wykorzystać na maksa.
Wypożyczyliśmy samochód w mieście, a oddaliśmy go na lotnisku. Tym sposobem nie musieliśmy się martwić o transport na lotnisko, a i podjechać można było tu i tam.
Do wypożyczalni Sixt mieliśmy jakieś pół godziny na nogach. Można się było przejść uliczkami Aten i obserwować jak miasto radzi sobie z porannymi godzinami szczytu. Ruch, głośno, każdy się gdzieś spieszy, nic specjalnego. Ateny dzisiaj rano przypominały trochę Nowy Jork. OK, w NY może są szersze ulice i chodniki, a na pewno jest mniej skuterów na ulicach i więcej ludzi.
Samochód wypożyczony, więc przyszła pora na śniadanie. Mój najlepszy pilot wyszukał knajpkę pół godziny na południe od Aten, w miasteczku Glyfada. Restauracja Malebi słynie z przepysznych, wielkich pankejków (amerykańskich naleśników).
Spokojne, ciche, czyste, greckie miasteczko. Tak go określiliśmy jak wysiedliśmy z samochodu przed restauracją. Nikt się nigdzie nie spieszy, a Grecy siedzą sobie na porannej greckiej kawie i z uśmiechem na ustach rozmawiają jak to im jest dobrze w kraju, w którym gospodarka nie stoi na dobrym poziomie, a Europa musi słać €€€!
Zamówiliśmy chyba największe pankejki jakie do tej pory jedliśmy, popiliśmy kawą i ruszyliśmy dalej przepiękną drogą na południe. Jedzenie było pyszne. Warto było tu wstąpić, zwłaszcza, że było nam to po drodze.
Głównym planem dzisiejszej wycieczki było odwiedzenie boga mórz i oceanów, Posejdona. Mieszka on sobie na najbardziej wysuniętym cyplu na południe półwyspu Attyka. Po niecałej godzinie od śniadania dojechaliśmy do jego posesji.
Widać, że nie najlepiej mu się powodzi. Nie dość, że ma stary dom ( jakieś 2.5 tysiąca lat), to jeszcze nadaje się do kapitalnego remontu. Mieszka tam wraz ze swoją bratanicą Ateną. Jej dom jeszcze jest w gorszym stanie. Cały zawalony, prawie go nie widać.
Natomiast widok mają wspaniały na przepiękne może śródziemne. Gospodarzy nie było w domu. Ponoć pojechali do Zeusa na zjazd rodzinny na Olimpie. Niestety na tym wyjeździe nie mamy czasu wyjść na Olimp, więc połaziliśmy jeszcze tam chwilę, postrzelaliśmy parę zdjęć, poczytali trochę historii o tym miejscu i wróciliśmy do samochodu. Fajne miejsce, ciekawe, ale strasznie wietrzne.
Z przylądka na lotnisko dojechaliśmy w 45 minut, oddaliśmy samochód i oficjalnie długi weekend w Grecji można uważać za zakończony. Jeszcze tylko 10 godzin prawie pustym samolotem i już w domu.
Dlaczego taki pusty samolot? Dwa tygodnie temu Emirates Airlines otworzyły nowe połączenie z Newarku do Aten. Jak na razie nie mają wielu pasażerów, ale myślą, że w ciągu pół roku zapełnią samolot. Dobre ceny i super serwis na pewno im to załatwi.
Mieliśmy dzienny lot i ładną pogodę nad Europą. Widoki europejskich Alp z 10km są wspaniałe.
Za 11 dni znowu tędy polecimy, tylko "troszkę" dalej. Lecimy do Kuala Lumpur z przesiadką w Doha, Qatar. Wybraliśmy linie (raczej one nas wybrały dając super niską cenę) Qatar Airways. Ten przewoźnik należy do jednych z najlepszych na świecie, wraz z Emirates i Etihad Airways. Tymi liniami już lataliśmy i rzeczywiście są świetne. Ciekawe czy Qatar Airways też będzie taki super. Gdzieś do dwóch tygodni zdamy relacje.
Czy warto jest polecieć na parę dni do Grecji? Na to pytanie każdy sobie indywidualnie musi odpowiedzieć. Ja mówię, że na pewno tak. Był to mój pierwszy pobyt w tym kraju, ale nie ostatni. Północna Grecja i góra Olimp dalej na nas czekają.
Grecja jest bardzo turystycznie przyjazna, nie za droga i z dobrym jedzeniem. Do zwiedzania Aten samochodu nie trzeba wypożyczać i można znaleźć tanie hotele w centrum miasta. Ludzie są bardzo przyjaźni, otwarci i dobrze znają język angielski. Jak się jeszcze dołoży wielo-tysięczną historię, ciepły klimat, górzysty teren, setki wysp, dobre wina.....Chyba już nie muszę dalej wymieniać, prawda?
aς πάμε στην Ελλάδα (let's go to Greece).
2017.03.27 Ateny i Santorini, Grecja (dzień 3)
Kiedy na wakacjach się odpoczywa? Nie wiem, na pewno nie na paro-dniowym wypadzie do Europy.
Wczoraj po intensywnym oglądaniu wielu starych kamieni i braniu czynnego udziału w życiu nocnym Ateńczyków, padliśmy zmęczeni do łóżka. Nie na długo, o 4:30 rano obudził nas budzik i kazał dalej zwiedzać.
Uberkiem na lotnisko i dalej odlot..... Taxi w Atenach jest tanie w porównaniu do komunikacji miejskiej. Na dwie osoby to już powoli przestaje się opłacać brać pociąg na lotnisko, a na jeszcze większą grupę, to już zupełnie nie ma sensu.
Pojechaliście kiedykolwiek na jedno-dniową wycieczkę samolotem? Ja też nie! Na jedną noc tak, ale nigdy żeby rano lecieć, a wieczorem wracać. Kiedyś w końcu musiał być ten pierwszy raz.
Ryanair za €18 przerzucił nas kilkaset kilometrów na południe, na słynną wyspę Santorini. Polecieliśmy tam z dwóch powodów. Po pierwsze, zobaczyć i wyrobić sobie własną opinię na temat najsłynniejszej greckiej wyspy. Po drugie, my zawsze chcemy dalej i dalej. Ateny są najbardziej wysuniętą stolicą w kontynentalnej części Europy, a dla nas to dalej za mało. Dalej i dalej....
Lot był bardzo krótki, trwał cały pączek! Dokładnie, na lotnisku kupiłem sobie duży pączek na śniadanie (chyba największy jaki do tej pory jadłem) i zacząłem go jeść zaraz po starcie. Jak go kończyłem to właśnie lądowaliśmy na Santorini. Ryanair, jak to Ryanair, czasami ma też zalety i nawet o czasie wylądował na wyspie.
Wylądowaliśmy o 8 rano. Lotnisko, jak i autobus lokalny jakim jechaliśmy do "głównego" miasta Santorini miał wiele do życzenia. No cóż, nie zawsze pieniądze z turystyki są dobrze inwestowane. Parę minut po 8 dotarliśmy do miasteczka Fira i zabraliśmy się do zwiedzania.
Ilonka jak zwykle była na maksa przygotowana i zwiedzanie rozpoczęliśmy od starego portu. Nie było to takie proste, bo większa część wyspy jest górzysta i żeby zejść na dół do morza, to trzeba nieźle po klifach na dół zasuwać. Udało się i po jakiejś pół godzinie byliśmy już na dole.
Dobrze, że było jeszcze wcześnie i cała wyspa spała, później pewnie jest tu masa turystów. Na dole poza paroma wałęsającymi się lokalnymi niewiele się działo. Poudawaliśmy Greka razem z nimi, porobiliśmy parę zdjęć i zapakowaliśmy się do kolejki linowej, która wywiozła nas z powrotem na górę.
Jak później lokalni nam mówili, to jesteśmy w najlepszej porze roku na zwiedzanie Santorini. Marzec, kwiecień, druga połowa września i pierwsza października to jest idealny czas. W zimie bardzo wieje, a w lato jest gorąco na maksa. Temperatury przekraczają 35C (w Atenach nawet 40C), a wilgotność na wyspach jest okropna. Santorini nie jest plażową wyspą. Tutaj prawie nie ma plaż, wszędzie są strome zbocza, które prawie pionowo wpadają do morza.
Nie ma też hotelów. Wszystko to małe, paro-pokojowe pensjonaty z basenem i jacuzzi. W sezonie (lato) ludzie, żeby się ochłodzić siedzą w basenach, popijają coś zimnego i podziwiają wspaniałe widoki.
My na szczęście nie jesteśmy w lato, dlatego mogliśmy iść na hike. Ilonka wybrała dosyć długi "spacer", jakieś 9km. Ze stolicy wyspy Fira, aż na jej północny koniec, do najładniejszego miasteczka, Oia. Przepiękny długi hike ze wspaniałymi widokami, który przechodził przez parę mniejszych miasteczek i trochę górzystych terenów.
Zdziwiła nas ilość małych kościółków po drodze. Na prawdę jest iść dużo, większość ma tradycyjne trzy dzwony i jasno-niebieski dach. Fajnie się wkomponowywały w tą surową, niezalesioną wyspę.
Po około trzech godzinach dotarliśmy do Oia. Pierwsze co zrobiliśmy do wpadliśmy do lokalnego baru na roku i wypiliśmy po parę piwek. Mimo, że nie było za gorąco to jednak pić się chciało.
Po ugaszeniu pragnienia ruszyliśmy na zwiedzanie Oia. Fajnie się chodzi po miasteczku. Wąskimi, zawiłymi uliczkami do góry i na dół. Nie ma na nich samochodów ani skuterów. Teraz na nich nie było też dużo ludzi, ponoć w sezonie jest tyle turystów, że ciężko jest przejść.
Prawie wszystkie domy pomalowane są na biało, niektóre dachy na niebiesko. Chłodny wiaterek powiewał, bardzo mili zapracowani lokalni, co przygotowywali się do sezonu nas pozdrawiali. Dotarliśmy do końca miasteczka, dalej był już tylko klif i woda. Znaleźliśmy knajpkę w której w cieniu spróbowaliśmy kolejnego greckiego przysmaku, lody z kawą. W wysokiej szklance ze zmrożoną kawą były wrzucone dwie gałki lodów. Nawet to ciekawie smakowało.
Lody ochłodziły, kawa pobudziła, a głód zaczął doskwierać. Ilonka wcześniej wyczytała, że w tym miasteczku znajduje się jedna z najlepszych restauracji na całej wyspie Santorini, Laokasti Restaurant. Knajpka jest po drugiej stronie miasteczka, więc znowu "musieliśmy" przez całe przejść i podziwiać cudowne widoki.
Udało nam się nawet znaleźć najbardziej fotografowany kościół na wyspie (a może i nawet na świecie). Santorini każdemu kojarzy się z biało-niebieskimi domkami. Prawda jest taka, że białych domków rzeczywiście jest dużo ale te niebieskie dodatki są tylko sporadyczne.
W restauracji Laokasti w sezonie ponoć trzeba robić rezerwacje z dużym wyprzedzeniem, teraz nie było z tym problemu i mogliśmy siedzieć gdzie tylko chcieliśmy. Zamówiłem gulasz z ośmiornicy, a Ilonka prostokątne sznycelki z szafranem.
Jedzenie było bardzo dobre, ale nie powalało. Jak się szef kuchni dowiedział, że jesteśmy z Polski to podszedł do nas z deserem (Panacota) i powiedział, że on też kiedyś był w Polsce. Niestety nie w Krakowie tylko w Warszawie, na jakimś meczu piłki nożnej.
Fajnie się siedziało i gadało o naszym kolejnym wspaniałym dniu w Grecji. Niestety nie za długo, bo za parę minut odjeżdża już ostatni autobus z Oia do centrum wyspy, a potem na lotnisko.
Lotnisko na Santorini jest bardzo stare. Potrzebuje na maksa odnowienia. Wiele rzeczy jest popsutych, nieczynnych, a sam wygląd przypomina jakiś opuszczony, stary dworzec kolejowy PRL. Ludzie budują piękne pensjonaty, kafejki, restauracje..... starają się żeby klient wracał, bo turystyka jest najbardziej dochodowym businessem na Santorini. Rząd też powinien coś z tym robić. Drogi, lotnisko, autobusy.... wszystko wymaga odnowienia i rozbudowy. Po to żeby turysta za rok wrócił na Santorini, a nie poleciał np. na Korsykę czy Ibizę.
Mieliśmy trochę czasu do odlotu, więc udaliśmy się do lotniskowego baru. Bar posiada tylko jeden rodzaj piwa! Naprawdę!? Natomiast ma fajny taras widokowy, na którym można było usiąść i obserwować jak pracownicy lotniska radzą sobie z obsługą samolotów. Zupełnie różni się ona od pracy na dużych lotniskach. Mają znacznie więcej czasu, znają wszystkich pilotów, odpoczywają w krzakach przed następnym samolotem.....
Z powrotem do Aten lecieliśmy Olympic Air, trochę lepszy niż Ryanair, a na pewno ma znacznie więcej miejsca.
Dobrze, że Grecy, tak jak i Hiszpanie lubią nocne życie. Na pożegnalną kolację z Atenami udało nam się dopiero dotrzeć około 10 wieczorem. Oczywiście większość knajp była dalej otwarta i serwowała całe menu. Klasyczne greckie jedzenie, jak i czerwone, lokalne wino do mięsa znowu dodało nam energii na nocne szwendanie się po Atenach. Jak zwykle Ilonka znała już ciekawy bar, do którego obowiązkowo musieliśmy zawitać. Wstąpiliśmy do Brettos Plaka.
Bar słynie z tradycyjnych, greckich drinków, a także wielu innych nalewek swojej roboty. Na start wzięliśmy Ouzo i Raki. Potem poleciały kolejne wynalazki, ich roboty brandy, greckie wina, jakieś piwa....... Jak zwykle super się siedziało i dyskutowało o wszystkim i o niczym, a także nadrabiało zaległości z blogiem. Niestety Gracjanie dalej uważają, że palenie papierosów jest modne. Rano kawa i papieros to podstawa. Widać dużo plakatów na ulicach, jak ładne modelki palą papierosy. W restauracjach i barach można palić i każdy to oczywiście robi. Na szczęście w restauracjach można tylko palić przy stolikach na zewnątrz, a nie w środku. Natomiast w barach można palić wszędzie. Każdy to robi, kobieta, mężczyzna, wszyscy palą. Zastanawialiśmy się dlaczego rząd tego nie chce zmienić i dopasować się do reszty Europy. Widać, że jednak za bardzo nie ingeruje on w życie swoich obywateli. Jest większa wolność. Ludzie parkują samochody gdzie chcą i nie można przejechać. Na motorach jeżdżą wszędzie. Po ulicach pod prąd, po chodnikach, miedzy stolikami. Pieszy nigdzie nie ma pierwszeństwa, nawet na zielonym świetle musi bardzo uważać. Natomiast na czerwonym wolno przechodzić ulicę jak w Stanach, ale tego nie polecamy. Myśmy tylko raz to spróbowali i mało co nas gościu na motorze nie rozjechał, który nie wiadomo skąd wyjechał.
Nawet na paro-dniowym wyjeździe do innego kraju może się wiele wydarzyć, mnóstwo zobaczyć i się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Podróżujcie jak tylko możecie!!!
Już było dosyć późno jak wyszliśmy z baru i wolnym spacerkiem udaliśmy się w kierunku hotelu. My po prostu uwielbiamy nocne spacery po usypiających, starych miastach. Ok, Ateny może jeszcze nie spały. Dalej było trochę otwartych barów i bardzo chciały nas wciągnąć, ale nie daliśmy się. Wiedzieliśmy, że za parę godzin musimy wstać i dalej zwiedzać.
Szliśmy powili, cały czas widząc oświetlony Akropol, który góruje nad miastem. Przepiękna jest ta budowla. Pomyśleć, że 2.5 tysiąca lat temu człowiek już potrafił coś takiego wybudować. Wybudować po to, żeby później to prawie całe zniszczyć. Ach ci ludzie, sami nie wiedzą co chcą.
Ateny mają też wady. Jedną z nich jest bardzo przestarzały system kanalizacyjny. Po załatwieniu się papierek wrzuca się do kosza, a nie jak w większości krajów do ubikacji. Turyści jednak mają "dziwne" nawyki i często tego nie przestrzegają. Efektem tego są gówna lejące się po ulicach. Osobiście takie widzieliśmy i w podskokach udawaliśmy się do naszego hotelu.
2017.03.26 Ateny, Grecja (dzień 2)
Jakby o dzisiejszym dniu miał pisać Darek to wpis wyglądał by tak...
"No więc były kamienie, stare kamienie. Po pierwszych ruinach była przerwa na piwo a potem długo dużo innych kamieni i żadnej przerwy - aż się skarżyłem."
No dobra może by jeszcze wstawił zdjęcie albo dwa....
No więc może ja postaram się wam przybliżyć historię Aten....bo działo się tu wiele i muszę przyznać, że archeolodzy to mają głowy. Nie dość, że mają niesamowitą wiedzę, to jeszcze potrafią poskładać te puzzle. Znajdą jakiś kawałek po parudziesięciu latach jakiś inny kawałek i nagle wiedzą, że to jest posąg np. Ateny i potrafią go nawet jakoś odtworzyć i zrobić kopię, żebyśmy mogli sobie to lepiej wyobrazić.
Dziś zdecydowanie mieliśmy dzień łazikowania. W planie mieliśmy przejść całe (a przynajmniej starą część) Ateny. Pan w hotelu polecił nam zacząć zwiedzanie Akropolu i pobliskich ruin od skrzyżowania ulic Adrianou & Apostolou Pavlou. My jednak zwiedzanie zaczęliśmy od kawy i śniadania, ale posłuchaliśmy Pana i wybraliśmy restaurację na rogu wspomnianych ulic.
Idąc ulicą Apostolou Pavlou po lewej stronie jest park gdzie można zobaczyć Ancient Agorę (stary rynek na którym handlowano czym się da) i świątynie Hephaestus. Świątynia jest fajna, natomiast Ancient Agora to naprawdę sterta kamieni którą trzeba bardzo dobrze zrozumieć, żeby zachwyciła.
Po prawej natomiast jest wzgórze Filopappou. Polecam to miejsce bardzo. Po pierwsze można się wspiąć na Philopappos Monument (pomnik na cześć pisarza Gaius Julius Antiochus Epiphanes Philopappos).
Po drodze i z samego szczytu na którym jest pomnik, jest fajny widok na Akropol. Oczywiście, wzgórze Akropol widać prawie z każdego miejsca w Atenach, ale jak jesteś na podobnej wysokości to przynajmniej można sobie fajne selfie zrobić.
W parku można spędzić prawie cały dzień i odwiedzić więzienie Sokratesa. Są to 3 jaskinie, które potocznie są zwane więzieniem Sokratesa, ale bliżej naszych czasów były wykorzystywane do przechowywania dzieł sztuki czy innego dobytku kulturalnego.
W parku spędziliśmy dobrą godzinę a i tak nie zaglądaliśmy w każdy zakątek. W Atenach na każdym kroku są jakieś ruiny Aż się dziwię, że byli oni w stanie wybudować metro, bo pewnie co zaczęli kopać to pojawiały się jakieś ważne kamienie. Może dlatego metro jest dość głębokie, żeby być pewnym że się na nic nie natną. Ale fajnie tak chodzić, po mieście gdzie co krok coś jest. W końcu przyszedł czas na sławetny Akropol. Słoneczko już mocno smażyło, więc zanim uderzyliśmy na najsławniejsze wzgórze to postanowiliśmy zagasić pragnienie piwem i Pellegrino. Tak na marginesie, to pomimo, że Włochy mają za rogiem, to Pellegrino jest droższe niż w NY.
Akropol....udało nam się kupić bilet z 50% zniżką bo dla nich nadal jest zima. Na zimę mają specjalne promocje. Tak więc jeśli planujesz jechać do Grecji w następnym roku to polecam ostatni tydzień Marca. Nie dość, że ceny hoteli są niższe to jeszcze można zaoszczędzić na biletach wstępu. A do tego pogoda jest super i można spokojnie chodzić w krótkim rękawku.
Akropol w starożytnej Grecji to osiedle, miasto znajdujące się na wzgórzu. W Atenach Akropol to przede wszystkim miejsce kultu. Znajdowało się tam parę głównych budowli:
Partenon – świątynia zbudowana w latach 447–432 p.n.e., na cześć bogini Ateny, patronki miasta.
Świątynia Ateny Nike – świątynia Ateny Zwycięskiej w porządku jońskim
Propyleje (Propyleie) – budowla wejściowa.
Pinakoteka – zbiór obrazów, dzieł sztuki, magazyn, skarbiec
Zanim jednak przekroczy się bramy Propyleje, to można z góry podziwiać Teatr - Odeon Heroda Attyka. Teatr mógł pomieścić 5-6 tys ludzi i jest stosunkowo nowy bo wybudowany w roku 161 n.e. Do dziś stoi i powala swoim pięknem. Niesamowita budowla!
Idąc dalej dotarliśmy w końcu do Partenonu. Budowli, którą każdy chyba zna ze zdjęć. Budowli, która kojarzy się z Grecją Starożytną. Niestety Partenon dużo przeszedł 436 p.n.e jako świątynia na cześć Ateny, potem dostał się w ręce chrześcijan którzy zburzyli jego fasadę i przerobili na kościół katolicki. Potem dobrali się do niego muzułmanie. Największe zniszczenie nastąpiło jednak w 1687 n.e, kiedy to był wybuch i pół budowli uległo zniszczeniu. Aktualnie archeolodzy próbują odbudować co się da, jednak praca z tak delikatną i starą budowlą wymaga czasu.
Czy wiecie, że tympanon Panteonu przedstawiał Atenę walczącą z Posejdonem o panowanie nad Atenami? Na szczęście Atena wygrała.
Posejdon i Atena to jedna z ciekawszych par w mitologii. Teoretycznie Atena był bratanicą Posejdona. Atena była córką Zeusa, który z kolei był bratem Posejdona. Proste, nie? Prawie, w mitologii nic nie jest proste i ciężko czasem zrozumieć dlaczego Atena była zazdrosna o Meduzę (kochankę Posejdona) i zamieniła jej piękne blond włosy w stado węży. W architekturze często świątynie Ateny występują zaraz obok świątyń Posejdona. Tak jest tutaj w Atenach jak również na półwyspie Sunion (będziemy tam we wtorek). Jeśli natomiast chodzi o Ateny to podobno Posejdon walczył z Ateną o panowanie nad miastem. Jak się możecie domyśleć, stolica ta nazywa się Ateny na cześć zwycięstwa bogini mądrości.
Świątynia Ateny to chyba moja ulubiona budowla. Pewnie dlatego, że najwięcej się jej zachowało. Kolejny raz doceniliśmy czas w którym zdecydowaliśmy się odwiedzić Ateny. Już dziś było dużo ludzi ale nie chcę wiedzieć co tu się dzieje w sezonie. Zrobienie zdjęcia bez tłumów jest nie możliwe a ludzie wchodzą w kadr non-stop.
Akropol to też zbocza północne, południowe, wschodnie i zachodnie. My zboczem południowym zeszliśmy w kierunku Muzeum Akropolu. Po drodze minęliśmy jeszcze parę innych odkryć jak kolejny teatr, Teatr Dionizosa. Ten teatr było dużo większy ale niestety zachowała się jego mniejsza część. Wybudowany w 6 wieku przed naszą erą był w stanie pomieścić nawet 17 tys ludzi. Jest to pierwszy kamienny teatr. Pomimo jego niesamowitej wartości archeologicznej można nadal usiąść na widowni i wczuć się w klimat.
Dla tych co chcą się trochę lepiej wyedukować polecam odwiedzenie muzeum Akropolu. To tam jeszcze bardziej zaczęłam podziwiać pracę archeologów. Tak wiele potrafili odkopać rzeczy ale do tego opisać, zidentyfikować a czasem nawet połączyć te wszystkie puzzle układanki. Niestety w muzeum nie można robić zdjęć więc udało mi się zrobić tylko to jedno.
Nie ma jednak lekko....zwiedzać trzeba dalej. Następnym przystankiem był Stadion Olimpijski, Panathinaiko (znaczy wykonany z dobrego marmuru). Muszę przyznać, że zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Po pierwsze stadion ten ma ponad 2500 lat i nadal jest w bardzo dobrym stanie. Po drugie bycie na stadionie i możliwość chodzenia po budowli nie tylko tak starej ale miejscu pierwszych igrzysk olimpijskich z 1896 roku jest niesamowite. Do tego dostaliśmy audio-tour i mogliśmy po przez nagrane opowiadania i odgłosy przenieść się w czasie o ponad 100 lat a czasem nawet więcej. Bo przecież stadion był używany przez te wszystkie lata aż od 330 roku p.n.e.
Dowiedzieliśmy się, że stadion ten jest w całości zrobiony z marmuru i mieści 68 tys ludzi. Jeszcze przed oficjalnymi igrzyskami olimpijskimi odbywały się tu różne inne zawody sportowe w których często uczestniczyli król i królowa. Mieli oni swoje specjalne miejsca zwane tronami. Dziś Darek poczuł się przez chwilę Królem i "udawał Greka". Zresztą on udaje Greka cały czas, nie tylko na stadionie.
Poszwendaliśmy się po stadionie prawie godzinę. Słuchając opowieści, skakaliśmy po stopniach (które są dość strome), odkrywaliśmy ukryte tajemnice, których nie widać na pierwszy rzut oka. Doszliśmy nawet do jaskini, która prowadzi na zaplecze gdzie odbywały się konferencje prasowe a atleci przygotowywali się do zdobycia największego trofeum.
O 19 godzinie zamykają stadion. My tez już byliśmy troszkę zmęczeni całym dniem nauk, więc poszliśmy do Plaka, starego miasta. Darek całą drogę wspominał zwiedzanie Budapesztu z teściem bo jak twierdzi tam nie umierał na suchoty i nie był tak torturowany jak starożytny Macedończyk. No dobra..wysłuchałam tych próśb o jakiś wodopój i po 8h łażenia poszliśmy na kolację. Ja miałam ochotę na standardowego gyrosa. Udało nam się na szczęście dogadać z kelnerem i zamówiłam gyrosa w postaci kanapki, a Darek tradycyjnie (jak dla turystów) w formie talerza.
Muszę przyznać, że dzień był męczący a jutro znów długi dzień pełen wrażeń. Nie mogliśmy jednak zapomnieć o naszych wiernych słuchaczach i udaliśmy się do pobliskiego baru Party Bar. Gdzie pisaliśmy i publikowaliśmy bloga. Byliśmy tez świadkami jak kelnerki się kłóciły, przez co pomieszały nasz rachunek i zapłaciliśmy mniej. Grecy to jest jednak zamotany naród. Często dostajemy coś za darmo albo płacimy mniej bo ktoś sobie o czymś zapomniał.
2017.03.25 Ateny, Grecja (dzień 1)
Mitologia...każdy z nas czytał ją w szkole. Niektórych fascynowała a innych nudziła. Mnie po części fascynowała ale wiedziałam, że moja wiedza jest za mała żeby docenić te stosy kamieni jakie są w Atenach i nie tylko. Teraz, troszkę bardziej dojrzała postanowiłam się wyedukować. Ciekawe czy po spędzeniu 3 dni w Grecji ogarnę te wszystkie mity, który tata połykał jakie dzieci i która mama miała romans z jakim dzieckiem. Edukację zaczęłam w samolocie...10h lotu jest idealne aby przeczytać skróconą wersję mitów Greckich.
Czy to był jedyny powód żeby odwiedzić Grecję....oczywiście, że nie. Jak zwykle do wyboru naszej destynacji popchały nas linie lotnicze. Tym razem Emirates otworzyły połączenie Newark - Ateny, pierwszy samolot na tej trasie poleciał 12 marca. 2 tygodnie później i my się załapaliśmy. Oczywiście, Emiraty są kochane i nie zapomniały o specjalnej ofercie dla ludzi z branży więc grzechem by było nie skorzystać.
Wylot był niestety z Newark więc przygodą było dostać się na to lotnisko. Wzięliśmy Path do miasteczka Newark i jak tam wysiedliśmy, żeby na ostatnie parę kilometrów wziąć taksówkę to aż się przestraszyliśmy. Zawsze jak się ląduje w nowym miejscu to jest takie pierwsze uczucie, że nie wiesz co dalej, co cię czeka po wyjściu z terminalu, dworca - uczucie strachu, niepokoju, ciekawości itp. My to uczucie mieliśmy nie po wylądowaniu w Atenach ale po wyjściu z dworca kolejowego Newark. No nic...przygoda, przygoda. Najważniejsze, że bezpiecznie dojechaliśmy, dolecieliśmy i dotarliśmy do naszego pokoju w samym centrum dzielnicy Psiri - która słynie z barów, restauracji, muzyki na żywo itp. No więc czego chcieć więcej....Beer Time!
Beer Time jest na placu Iroon. Jak to Darek mówi mamy do niego 2...nie 2 km tylko 2 metry. Jak to bywa w Grecji dużo stolików jest na zewnątrz. Często ciężko jest nawet przejść ulicą bo ludzie siedzą przy stolikach czy przy skrzynkach po winie i przy drinku lub kawie dyskutują ze znajomymi. Beer time zaplusował nam miłą obsługą ale również dużym wyborem lokalnych piw. Delikatnie na początek spróbowaliśmy house beer (ważonego przez bar) i oczywiście jakiegoś IPA.
Robił się już wieczór więc nasz żołądek domagał się jakiejś Greckiej Sałatki. Tak więc wyruszyliśmy na poszukiwania. Pan w naszym hotelu był bardzo pomocny i dał nam listę wszystkich restauracji które musimy odwiedzić. Troszkę ich jest i pewnie wszystkich nam się nie uda zaliczyć, ale za sugestią poszliśmy na souvlaki do Bairaktaris. Oczywiście tradycyjnie musieliśmy zamówić sałatkę Grecką. Prawdziwa sałatka tu różni się od polskiej wersji dużą ilością oliwy. Oni tutaj dodają oliwę litrami do wszystkiego. Od amerykańskiej wersji różni się brakiem sałaty zielonej. Tutaj podstawą są pomidory. Pomidory są dodawane do wszystkiego.
Oczywiście musiały też dla porównania polecieć liście winogron. W Stanach jada się to na zimno jako przystawka. Tutaj też jest to przystawka ale liście są wypełnione ryżem z mięsem i podawane na ciepło. Prawie jak gołąbki, tylko liść jest inny.
No i na koniec oczywiście kebab czy gyros jak kto woli...Oczywiście z żadnej knajpy nie da się wyjść zanim nie poczęstują cię grappą, my dostaliśmy grappę i deser...ale niestety obie rzecz nie powalały.
Spędziliśmy trochę czasu w restauracji bo przecież przejeść tych porcji się nie da. Siedzieliśmy na zewnątrz i śmialiśmy się z naganiaczy. Grecja ma europejskie podejście jeśli chodzi do zakupów. Zdecydowanie nie jest to Maroko, ale jeśli chodzi o restauracje, to jest masakra. Przed każdą restauracją ktoś stoi kto zaprasza, żeby wejść do środka i krzyczy, że ma tradycyjną kuchnię grecką. W dzielnicach turystycznych raczej nie spotkasz innych restauracji. W barach czasem kupisz hamburgera czy pizze, ale poza tym to restauracje serwują głównie kuchnię grecką. Oni chyba są patriotami bo sami tez się żywią w tych tawernach.
Na dziś nie planowaliśmy zwiedzania, bardziej chcieliśmy się poszwendać po mieście i poczuć lokalny klimat. Takim oto sposobem doszliśmy do baru Drunk Sinatra. Przyciągneł nas tam cytat który dumie reprezentuje bar "Jest mi żal ludzi którzy nie są pijani.", podobno tak kiedyś powiedział Frank Sinatra.
Całkiem fajny bar w których większość stolików była zarezerwowana ale udało nam się zająć miejsce na zewnątrz. W sumie fajnie tak siedzieć na zewnątrz bo można poobserwować lokalnych....tym razem zwróciliśmy uwagę na skuterki/motorki. Większość ulic jest dość wąska a niektóre są nawet zamknięte dla ruchu samochodowego. Na skuterkach łatwiej i szybciej się wszędzie dostać ale kierowcy to wariaci. Nigdy nie wiesz gdzie się jakiś pojawi.
Kolejną rzeczą charakterystyczną dla Aten jest graffiti i plakaty. Ale nie jakieś ładne - wręcz przeciwnie. Wszystkie możliwe miejsca są wymalowane jakimiś napisami. Jak sprawdzałam dzielnice na Google Maps to byłam troszkę przerażona, myślałam, że w takiej dzielnicy może lepiej nie mieszkać. Ale teraz już wiemy, że to jest na porządku dziennym i nie ma się czym przejmować tylko przejść obojętnie jak 90% lokalnych.
Kawa....grecy piją ją nagminnie. Tu jest prawie tyle samo kawiarni co barów. My też zrozumieliśmy, że kawa jest niezbędna do życia i przed kolejnym piwem, odwiedziliśmy miejsce gdzie sprzedają lody, kawę i ciastka....miejsce jest otwarte do północy i nawet po 23 miało tam klientów. Dziwne...choć włosi mają podobnie. W Turynie też było więcej cukierni niż barów.
W końcu pełni nowej energii, odważni i wyposażeni w bluzy z kapturem odważyliśmy się odwiedzić bar a dachu hotelu Grande Bretagne, GB Roof Garden. Zdecydowanie polecam to miejsce jeśli chcesz się napić piwka z ładnym widokiem na Akropol. Hotel jest mega wypasiony, więc dlatego potrzebowaliśmy odwagi, żeby tam wejść głównym wejściem i się spytać, którędy na dach. Pani na recepcji zmierzyła nas wzrokiem ale pokazała drogę do windy. Na górze przyjęli nas bardzo miło i nawet udało nam się zdobyć stolika na zewnątrz z przepięknym widokiem. Taki widok trzeba było uczcić szampanem i 18 letnią whiskey no i oczywiście tiramisu. Darek standardowo zrobił sobie kolegę z kelnera i wdał się z nim w dyskusję, gdzie jest najlepsze tiramisu...pytanie się tylko pojawiło w ilu krajach jedliśmy już tiramisu...i czy kiedykolwiek ktoś pobije oryginalne z Włoch....
Wiadomo, wypasiony hotel, super widok i taras to i ceny są wysokie. Tak więc nie siedzieliśmy za długo ale na jedną kolejkę zdecydowanie polecamy tam się przejść. A potem można zwiedzić hotel schodząc na nogach z 8 piętra po schodach....ale jakich fajnych schodach.
Jet-lag zaczął nam dokuczać więc skierowaliśmy się w kierunku domku. Na koniec odwiedziliśmy ponownie nasz lokalny bar.....Beer Time. Fajnie jest mieć swój własny pub na końcu świata....przynajmniej wodę w butelce na rano można dostać za darmo.
A w ogóle to życie jest niesprawiedliwe...nie dość, że dwa tygodnie temu jak imprezowaliśmy z moim kolegom z Polski w NY to zmienili nam czas i skrócili nam noc. A, że historia lubi się powtarzać to robią nam to samo dziś w nocy. Tak więc zmykamy spać, żeby nadrobić sen pomimo, że znów mamy noc krótszą o jedną godzinę....ehhh...problemy życiowe podróżników!
2017.03.18-19 Killington, VT
Śnieżyca Stella nawiedziła północno-wschodnią cześć Stanów. W całym rejonie spadło dużo śniegu. W Nowym Jorku nie było go za wiele, natomiast w środkowym Vermont spadło aż 34" (86cm). Nie pozostało nic innego jak zarzucić plecaki na barki, odkopać samochód i ruszyć na północ.
Standardowy wyjazd w sobotę rano i w ciągu 4.5h, bez korków dojechaliśmy do Killington. Wybrała się nawet dość duża ekipa, bo w końcu ma to być najlepszy weekend na narty w tym sezonie. Nie dość że jest bardzo dużo świeżego śniegu, to jest idealna pogoda. Słonecznie, bezwietrznie i temperatura jak na wiosenne narty w okolicy 0-5C. Idealna na opalanie się.
Zdziwiła mnie mała ilość ludzi. Spodziewałem się potężnych kolejek, bo przecież warunki są idealne, a do większości wyciągów wsiadaliśmy z biegu.
Ze względu na bardzo dużą ilość śniegu Killington otworzyło prawie wszystkie trasy. "Ale super warunki", każdy tak powiedział po paru zjazdach. Miękko, bez lodu, wszystko super widać, można carvingiem wcinać się głęboko przy dużych prędkościach.
Po paru szybkich zjazdach na rozgrzewkę, nie marnowaliśmy więcej czasu na ubijane trasy, tylko udaliśmy się w lasy aby sprawdzić głębokość śniegu.
Rzeczywiście, tego nasypało. Zwłaszcza snowboardziści się czasem zapadali i potem wygrzebywali się z tego puchu. Wiadomo, gdzie nie gdzie nadal korzenie i kamienie wystawały, ale one zawsze będą wystawać. Narciarze skutecznie zeskrobią każdą warstwę śniegu. Zaczęliśmy od łatwiejszych lasków, potem oczywiście poszły już ciekawsze, stromsze, gdzie często musiałem się zastanawiać jak dany odcinek pokonać.
Jeździliśmy po wszystkich siedmiu szczytach. Zażywając kąpieli śnieżnych i słonecznych.
A Ilonka w tym czasie spacerowała i pokonywała kolejne metry w górę.
"No tak....szlam do góry i szłam i myślałam.....myślałam dlaczego resorty na wschodnim wybrzeżu są tak strasznie różne od zachodniego wybrzeża, czy Europy. Po pierwsze, to poza Stratton tu nie ma miasteczek. Jest parking, jest base no i stok....żadnych sklepów, kafejek, barów czy restauracji. W base jest zazwyczaj co najmniej jedna wielka sala do siedzenia, jeden sklep z ciuchami narciarskimi, jeden bar często serwujący również jedzenie i "food court" gdzie można zamówić przemielone paluszki z kurczaka albo za drogiego, niedobrego hamburgera.
A jak to się ma do Europy czy Zachodniego wybrzeża. Gdzie te leżaki, relaks, restauracje drogie, ale z dobrym jedzeniem, czy sklepy z markową odzieżą. Gdzie ci co nie jeżdżą na nartach mogą stracić czas i pieniądze.
Wiadomo, ze w większych górach sezon trwa dłużej i ludzie chcą spędzać więcej czasu na zewnątrz, ale myślę, że można nadal porobić fajne miejsca z tarasami, dużymi szklanymi ścianami, zacząć serwować lepszej jakości jedzenie itp.
Tak więc jest pomysł.....trzeba to zmienić ;) podobno Killington będzie się zmieniać i będą próbowali zrobić coś w formie miasteczka. Ciekawe jak i kiedy im to wyjdzie. Możliwości mają duże, bo mają duży teren i już maja 6 baz na dole. Trzeba je tylko połączyć ładnymi chodnikami zamiast parkingami i wpuścić ludzi z kapitałem. A jaki jest mój pomysł? Kupić domek zaraz przy stoku, na górze mieszkać a na dole otworzyć fajny bar/restauracje z grillem na zewnątrz, szklanymi ścianami które w cieple dni można otworzyć itp. A na górze mieszkać.....brzmi jak super plan na wcześniejszą emeryturę. Damy wam znać jak będziemy robić rekrutacje do pracy ;)
Niestety póki co, nie mamy kasy na domek więc skupiłam się na wymyślaniu w głowie biznes planu. Tak idąc, doszłam na szczyt Killington, gdzie jest lodge w którym oczywiście nie było miejsca, a na zewnątrz jest tylko jedna ławka, o którą się biły 3 grupy ludzi.....dobrze że moja brygada dojechała pierwsza i przejęliśmy panowanie nad stolikiem, gdzie wyciągnęliśmy nasze piwko, kabanosy, ptasie mleczko i mieliśmy lunch jakich mało."
Po lunchu bardzo nie chciało się jeździć, ale przecież grzechem byłoby marnować takie warunki. Ogromna ilość śniegu ma tez swoje wady. Dosyć szybko robią się duże, ale miękkie muldy, co bardzo nadwyręża kolana i skutecznie zmniejsza prędkość. Muldy też bardzo męczą, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po zjechaniu taką trasą, piweczko w słoneczku na wyciągu smakuje wyśmienicie. Na maksa ochładza spoconego narciarza.
Oczywiście jeździliśmy do samego końca i około 4pm, tak jak szefowa Ilonka kazała, zameldowaliśmy się w barze Long Trail aby posłuchać lokalnego zespołu i poopalać się na tarasie.
Ponieważ jest to weekend Świętego Patryka, to głównym kryterium wyboru hotelu była odległość do baru. Takim sposobem wylądowaliśmy w Comfort Inn w Rutland skąd mieliśmy tylko 8 min na nogach do Vermont Tap House. Niestety, miejsce to okazało się bardziej pizzeria niż barem. Pizze mieli bardzo dobrą, a do tego duży wybór piw (ok. 20 lanych). Niestety to miejsce nie miało nastroju irlandzkiego baru, więc wziąłem sprawy w swoje ręce i znalazłem lokalny bar, gdzie jak weszliśmy to wszyscy się obrócili i gapili się na nas z minute. Chyba turyści tu nie przychodzą. Lubię takie, nie-turystyczne miejsca. Niestety zmęczeni całym dniem nie siedzieliśmy za długo i wróciliśmy do łóżeczek.
NIEDZIELA
W Niedzielę po śniadaniu znowu zaatakowaliśmy Killington. Tym razem rano pogoda nie była najlepsza. Chmury i mgła.
Na szczęście około 11 rano, wiosenne słońce rozgoniło to paskudztwo i już do końca dnia znowu była idealna pogoda.
Dzisiaj podobnie jak wczoraj, pierwszych parę rozgrzewających zjazdów zrobiliśmy łatwiejszymi, ubitymi trasami, a potem zaczęliśmy wyszukiwać ciekawych terenów.
Jedną z naszych ulubionych tras jest Royal Flush. Nic na niej nie robią. Tak jak spadnie śnieg, tak sobie leży. Jest stromo, dużo muld, ziemi, korzeni, kamieni..... po prostu idealny raj dla narciarzy. W połowie trasy jest obowiązkowa przerwa na piwko i opalanie się.
Tak można by siedzieć i podziwiać jak niektórzy potrafią tą trasą zlecieć w tak idealny, super dopracowany, rytmiczny styl, że aż się człowiek zastanawia jak to w ogóle jest możliwe. Na szczęście my też kochamy narty, więc ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu ciekawych terenów.
Gondola K1 wyjeżdża prawie na sam szczyt. Do szczytu jest może jakieś 10 minut na nogach. Mało kto tam się wspina, no bo po co, przecież wszystko już stąd widać. Natomiast mało kto wie, że z samego szczytu schodzi trasa narciarska, Catwalk. Jest to bardzo wąski, stromy, podwójny diament. Oczywiście nic tam nie jest robione, więc jest ciekawie.
Rzadko jest otwarta, ze względu na brak naśnieżania, a także na wielkie głazy, które dopiero duże opady śniegu mogą przysypać. W ten weekend trasa była otwarta i oczywiście musieliśmy ją sprawdzić.
Po zjechaniu Catwalk, nic nam już nie pozostało jak zjechać na dół do Bear Mountain i odpocząć. Ilonka, która zrobiła już swój hike, też tam była i oczywiście znalazła nam wolny stolik na zewnątrz w słoneczku.
Tutaj na dole czuć było wiosnę na maksa. Cieplutko, muzyka, jedzenie, zimne napoje.....
Po lunchu już niewielu z nas miało siłę żeby wstać od stołu i iść dalej na narty. Widać, że był to bardzo intensywny weekend.
Jednak warunki były za piękne na marudzenie, więc wraz z kolegą dalej ruszyliśmy się bawić. Żeby szybko spalić lunch i wrócić do narciarskiego rytmu wybraliśmy Outer Limits. Strome podwójne diamenty, ale nie techniczne. Potem jeszcze poleciało parę innych tras, które idealnie zakończyło ten wspaniały, jak do tej pory najlepszy weekend na nartach w tym sezonie.
W ten weekend MAX pass ogłosił nowe ceny i resorty na 2017/18 sezon. Nie dość, że dołożyli dwa nowe resorty na wschodzie (Whiteface i Windham) to jeszcze obniżyli cenę do $629. Trzeba wpłacić $50 do końca kwietnia, a resztę dopiero po lecie. MAX pass to jest chyba jeden z najlepszych interesów jaki narciarz może zrobić.
Narciarstwo to piękny sport, a narciarstwo prawie za darmo? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie....
W tym roku już płacę $38 za dzień na nartach, a nie był to łatwy sezon. Dużo razy musiałem zostać w NYC, zamiast jechać w góry. Mam nadzieję, że w następnym sezonie na maxa wykorzystam MAX pass.
Teraz mamy parę ciekawych wyjazdów, więc nartki odłożyłem na bok, ale Killington obiecuje, że na pewno będą otwarci do Maja, a może nawet do Czerwca. Na pewno przynajmniej jeszcze raz w Maju wyskoczy się na wiosenne narty. Przecież kto to widział, żeby płacić $38 za dzień, jak można zbić do $35.
2017.02.04-05 Okemo, VT
Jest środek zimy, a my przez ostatnie trzy weekendy nie wyjechaliśmy ani raz na narty. Tylko praca i praca nam w głowie. Chyba się starzejemy!!!
Musieliśmy to natychmiast zmienić, żeby nie zwariować do końca. Spragnieni sportów zimowych już o 7:45 rano byliśmy na parkingu w Okemo, VT.
W Okemo byliśmy już wiele razy. Fajny, duży resort i nawet w miarę blisko NY. Jakieś 4 godziny samochodem.
Ładna pogoda i dobre warunki spowodowały, że w sobotę ilość ludzi w górach była stanowczo za wielka. Po 10 rano do głównych wyciągów stało się nawet po 15 minut. Dobrze, że znamy ten resort i szybko uciekliśmy w mniej popularne miejsca. Tutaj już było znacznie lepiej, mniej ludzi na trasach i na wyciągach.
Już parę razy opisywaliśmy ten resort, więc nie będziemy się powtarzać. Chcę tylko napisać, że Matka Natura chyba chce nas przeprosić za ostatni sezon, bo naprawdę dała nam dużo śniegu, a jeszcze z pomocą armatek śnieżnych jest go już naprawdę dużo. Nie są to może idealne warunki, ale w porównaniu do poprzedniego roku to jest o wiele lepiej.
Dzisiaj jest pierwszy dzień w tym sezonie, gdzie 100% tras zostało otwartych. Czasami może trochę oblodzone, albo z wystającymi korzeniami, ale i tak super. Musieliśmy oczywiście parę wypróbować.
Przy tak dobrych warunkach, oczywiście nie było mowy o traceniu czasu na lunch. Była mała przerwa na górze na piwko z Ilonką, która dzielnie zdobyła szczyt, ale to tyle. Był z nami kolega, który od paru lat nie jeździł na nartach, więc jak się dorwał do białego szaleństwa to musieliśmy oczywiście jeździć do końca i wsiąść na ostatnie krzesełko o 4 po południu.
W Okemo też spotkaliśmy znajomych, którzy wynajęli cały dom zaraz przy trasie. "Niestety" zaprosili nas na hamburgera i piwko po nartkach. Nie wypadało odmówić, więc jak już wszystkie wyciągi zamknęli to ich odwiedziliśmy. Jak się okazało, to ich tam było ponad 20 osób w tym potężnym domu. Zeszło nam tam trochę, bo przecież przywitać i pożegnać się z każdym i do tego wypić piwo to trochę dużo. Tak więc do dolnej bazy zjechaliśmy już prawie po ciemku.
My niestety nie mieszkaliśmy zaraz przy trasie. Nasz hotel, Ascutney Mountain Resort, znajdował się jakieś 20-25 minut samochodem od Okemo. Polecam ten hotel. Duży, fajny, czysty z pełną kuchnią. Tam ze znajomymi, przy pysznej kolacji (dziękujemy Beatko i Madziu) próbowaliśmy walczyć i zdobywać kontynenty. Oczywiście chodzi o grę planszową Ryzyko.
NIEDZIELA
Nie wiem jak Ilonka znalazła wczoraj wieczorem drogę do naszego hotelu, ale dzisiaj rano wracając do Okemo jechaliśmy ciekawymi drogami. Uwielbiam małe, leśne bez-asfaltowe dróżki w górzystych krainach.
Część naszych znajomych dzisiaj wcześniej wróciła do NY, więc ja wraz z Damianem samotnie wyszukiwaliśmy ciekawych tras w resorcie.
Ilość ludzi dzisiaj była znacznie mniejsza niż wczoraj. Na większość wyciągów można było wsiadać bez żadnych kolejek. Pewnie dlatego, że dzisiaj w Stanach jest Super Bowl i większość amerykanów chce oglądać to największe wydarzenie w futbolu amerykańskim. My europejczycy, nie do końca jesteśmy fanami tego sportu, więc mogliśmy przez cały dzień rozkoszować się pustymi stokami.
Ilonka dzisiaj też nie próżnowała i przeszła całe góry, aż do Jackson Gore, gdzie tam razem wszyscy spotkaliśmy się na lunch i na coś do ugaszenia pragnienia.
Jeździliśmy oczywiście do końca, próbując bawić się kolegi nową kamerką. Fajna, mała, ale niestety ma słaby stabilizator obrazu. GoPro musi nad tym jeszcze trochę popracować.
Zakup sezonowego pasu, MAX pass, to był świetny pomysł. Już jeżdżę za darmo, a przecież jeszcze mamy przed sobą 3 miesiące białego szaleństwa. Nas, biednych narciarzy nie stać na NIE kupienie MAX pass-u.
Narty to świetny sport, a narty za darmo? Fantastyczny sposób na spędzanie wolnego czasu.
MAX pass napisał, że już w połowie marca ma ogłosić super ceny i resorty na następny sezon. Narciarze, nie przegapcie okazji!
2017.01.07-08 Killington, VT
Nowy rok. Co się z tym wiąże? Postanowienia noworoczne, noworoczne rezolucje. Każdy jakieś ma, każdy chce zmian w nowym roku, chce coś fajnego, ciekawego zrobić, dokonać.
Ja też mam plany. Chcę więcej podróżować. Chcę więcej czasu przebywać w górkach, więcej nartek i hików. Czy to się uda? Nie wiem, ale będę robił wszystko w tym kierunku. Czy to nie jest piękne, jak znajdujesz się w takich pięknych odludnych krainach. Z dala od dużych miast, tego huku, hałasu, cywilizacji. Oddychasz świeżym powietrzem, czas znacznie wolniej leci. Czy to na hiku, czy na nartach, czy tylko przejazdem. Warto zwolnić, zatrzymać się, popatrzeć wokół i powiedzieć: Ale tu pięknie!
Jak na razie w tym roku plan wykonuję. W Nowym Roku byliśmy w Maine na nartach, tydzień później też jedziemy. Tym razem do Killington w stanie Vermont. Trochę bliżej niż Sunday River w Maine, zaledwie 420 km.
Killington też jest dużym resortem. 7 gór, ponad 20 wyciągów. Czasami w weekendy jest za dużo ludzi, ale teraz mają być duże mrozy i pewnie część ludzi to wystraszy.
Dokładnie o 8 rano zajechaliśmy na parking i prosto poszliśmy na wyciąg. Killington posiada pięć dolnych baz. Jedną z lepszych jest Bear Mountain. Mniej ludzi, można zaparkować prawie na trasie, rano słońce idealnie oświetla stoki i dobry bar. Czego więcej potrzeba.
Było trochę zimno, jakieś -17C. Na początku maska narciarska była potrzebna. Zwłaszcza jak leciało się szybko na dół. Brak ludzi i idealnie przygotowane trasy spowodowały to, że już koło 10 rano było nam ciepło i maskę można było schować.
Na ten wyjazd przyjechaliśmy większą grupą. Część znajomych już wczoraj tutaj dojechała, także koło dziesiątej spotkaliśmy się na stoku i dalej już razem szusowaliśmy.
Około 11 postanowiliśmy zagrzać się w barze i odwiedzić Ilonkę. Jak już wspomniałem, Bear Mountain ma fajny, duży bar. Lokalne lane piwa i inne ciekawe drinki na zabicie mrozu. Ilonka na dzisiaj też zaplanowała ambitny dzień. Postanowiła dokonać zimowego wyjścia na szczyt Killington.
Dokładnie, hike w Killington to nie byle co. Szczyt Killington ma wysokość 4241 ft. i należy do moich ulubionych szczytów górskich. Dwa razy szliśmy na Killington z Darkiem od strony Appalachian Trail, która przechodzi prawie przez szczyt. Ja na Killington lubię wychodzić, też trasami narciarskimi. Jeśli chodzi o Killington up-hill policy (przepisy chodzenia po trasach narciarskich) to wymagane jest kupienie biletu za $20. Jest to bilet na cały sezon więc nie jest tak źle.
Dodatkowo resort ma restrykcje po jakich trasach można chodzi, i tak wyjść trzeba z bazy Ramshead (ok. 2200 ft) i wspinać się trasą Easy Street aż na szczyt Ramshead. Następnie trasą Frolic można przejść na szczyt Snowdon. A potem...a potem to nikt nie wie już co wolno co nie. Pytałam się ludzi z obsługi i ski patrolu i mówili, że można iść na szczyt. W regulaminie pisze, że nie można....ale ja regulamin przeczytałam dopiero wieczorem przy piwku, więc się nie liczy.
Tak więc trasa Killink doszłam do Great Northerns i podreptałam w kierunku szczytu. Moment jak się wychodzi z Killink jest fajny. Wychodzisz na niewielką polankę, po czym widzisz szczyt i zdajesz sobie sprawę jak to jest daleko...ale tak naprawdę w górach zawsze wszystko wydaje się dalej niż jest w rzeczywistości więc nie było tak, źle i już po niecałej godzince doszłam do baru na szczycie, gdzie inny hiker mnie poznał i spytał się:
- A jak ty zeszłaś na dół?
Na co ja odpowiedziałam
- Na dół??? Ja tu doszłam...cały czas po trasach.
No tak, na górę można wyjechać kolejką, ale po co płacić $30 za kolejkę, jak można spalić trochę kalorii, podziwiać widoki i trochę potrenować. Same plusy!
My przez ten czas, jeździliśmy prawie po całym Killington. Od łatwych zielonych, do trudniejszych zalesionych. Jak dostałem smsa, że Ilonka zdobyła szczyt, to my wzięliśmy gondolę i też pojechaliśmy na szczyt na lunch i oczywiście jej pogratulować.
Po lunchu część znajomych pojechała już na dół, a ja z paroma wytrwałymi narciarzami zaczęliśmy wyszukiwać ciekawe trasy. I znaleźliśmy.... polanki.
Nie były to łatwe trasy. Dużo muld, korzeni, krzewów, trawy. Wyznając zasadę, że nie ma złej trasy tylko trzeba z odpowiednią prędkością je pokonywać, pomalutku na dół udawało nam się zjechać. W Bear Mountain na dole byliśmy parę minut przed czwartą, więc jeszcze udało mi się samotnie załapać na ostatnie krzesełko.
Ostatni zjazd był już bardzo powolny i dobrze znanymi mi trasami. Nie chciałem się pogubić bo już prawie się ściemniało.
Kolejnym plusem Bear Mountain bazy jest muzyka na żywo na dole. Lokalny z gitarą fajnie grał, zimne piwko się lało, fajnie się siedziało i wspominało kolejny udany dzień na nartach.
Mieszkaliśmy w nawet fajnym hotelu, Cortina Inn, jakieś 15 minut samochodem od Killington. Duży hotel z wieloma atrakcjami. Basen, hot-tub, masaże, pomieszczenie z grami....
Tam dopiero udało nam się spotkać z kolejnymi znajomymi. Ach, jakie to Killington jest duże. Siedzieliśmy, gadaliśmy i planowaliśmy kolejne dalekie wypady na narty.
NIEDZIELA
Dzisiaj postanowiliśmy się trochę pomęczyć. Diamenty, muldy, łąki, lasy..... co nam tylko do głowy wpadnie. Kolega ma nowe GoPro więc chciał się trochę pobawić i ponagrywać. Fajne to nawet jest. Nie za duże, a nawet dobrej jakości. Trochę baterie na mrozie wysiadają, ale tak to już niestety z nimi bywa.
Jak zwykle mróz wystraszył ciepłych leniuszków, więc całe góry były prawie nasze. Na rozgrzewkę wzięliśmy parę niebieskich tras, takich jak: Skyburst, Cruise Control, Needle's Eye.... Potem zaatakowaliśmy czarne trasy. Tu już było ciepło. Mimo, że spadło dużo śniegu, to dalej dało się odczuć początek sezonu. Na podwójnych czarnych było za dużo lodu. To w połączeniu z dużymi oblodzonymi muldami nie sprawiało dużej radości z jazdy. Pojechaliśmy w las.
W lesie pusto, brak ludzi, cisza. Nie braliśmy trudnego lasu bo kumpel chciał przetestować swoje nowe GoPro i bał się, że jak będzie stromo to jego nowa zabawka rozwali się o drzewa.
Jak jeszcze trochę poćwiczy nagrywanie to będzie można jakieś fajne filmiki składać, prawda? Zapuszczaliśmy się coraz to w głębsze lasy. Jeżdżę w Killington od 20 lat, a w niektórych miejscach to ja dopiero po raz pierwszy byłem. Podobał nam się zjazd trasą rowerową. Zwłaszcza ich zakręty i sztucznie zbudowane skocznie.
Słońce zaszło i natychmiast zrobiło się super zimno. Było już po drugiej, więc wróciliśmy do Bear Mountain coś przekąsić.
Po lunchu bardzo nam się już nie chciało wychodzić na ten mróz, ale wiem, że później bym tego żałował. Następny wyjazd na narty dopiero za 4 tygodnie. Było już po trzeciej jak jeszcze poszedłem na parę zjazdów.
Teraz to już zupełnie nie było nikogo. Nawet ludzie do obsługi wyciągów grzali się w budkach i tylko wychodzili jak ktoś podjeżdżał do wyciągów. Czasami jak szybko podjechałem to nawet nie zdążyli wyjść.
Było zimno, mroczno i sypał lekki śnieg. Może nie są to idealne warunki na narty, ale przecież na to nie mamy wpływu. Czasami jest słoneczko i ciepło, a czasami "troszkę" gorzej.
Parę minut po czwartej zjechałem na dół. Na parkingu ubyło już znacznie aut. Zostały tych najwytrwalszych, albo tych co się już dosyć długo grzeją w barze. Przebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Niestety tym razem powrót nie był taki łatwy i szybki. Na granicy VT i MA dopadła nas śnieżyca. Na szczęści nie była długa, ale i tak skutecznie zwolniła całą autostradę. Dobrze, niech sypie w górach, pomyśleliśmy. Niech ta zima będzie śnieżna i mroźna, taka jak kiedyś bywały. W końcu mam sezonowy bilet na większość dużych resortów na wschodnim wybrzeżu. Po tych trzech wyjazdach bilet się już prawie spłacił, a przecież sezon się dopiero zaczyna.
2016.12.30-2017.01.02 Sunday River, ME
Czy zima może przeszkodzić w planach sylwestrowych? Na ile jesteśmy mocni, silni i żadne anomalia pogodowe nie przeszkodzą nam zrealizować planów?
Do tej pory nie sądziłem, że pogoda wpłynie na moje plany. Ilość śniegu jaka spadła w stanie Maine, "niestety" pokrzyżowała nasze plany.
Sylwestra mieliśmy obchodzić na Manhattanie, w jakimś barze na South Street Seaport. Miały być fajerwerki, miało być wesoło i miało być do rana. 30 grudnia dostałem maila z Sunday River (SR) że spadło ponad 20 cali śniegu i matka natura ma w planie nadal dorzucić jeszcze więcej. Tak, macie racje, to tam gdzie byliśmy tydzień temu.
Cóż nam pozostało - trzeba sylwestra przenieść dzień wcześniej i sprawdzić czy aby dobrze policzyli te cale śniegu. Ja wiem, znowu ponad 1tys km w samochodzie, ale czy siedzieć 6h w aucie czy w barze....to prawie to samo, a może przynajmniej na zdrowie to wyjdzie.
Tak więc 30 grudnia (piątek) w pracy poleciał szampan. Nie był to byle jaki szampan, bo i rok nie był byle jaki. Louis Roederer, Cristal 2007. Co Wam powiem, to że dało się wypić. A tak na prawdę był bardzo dobry, ale czego się spodziewać po takim klasyku. Mamy jeszcze parę w sklepie, jak ktoś ma ochotę.
Ilonka wywiązała się bojowo z zadania i powiedziała, że jak sylwester to i impreza. Tak więc wieczór spędziliśmy w dość dużym gronie, lekko ponad 20tys fanów zespołu Phish. Udało jej się załatwić bilety do loży w Madison Square Garden. To dobrze, bo przynajmniej nie musiałem się przeciskać przez tłumy, a lodówka pełna piwa była pod ręką.
Nie znałem tego zespołu wcześniej. Zaczęli w latach 80-tych i pochodzą z Vermont. Spodobała mi się ich muzyka - elektroniczna i ciekawa....sami posłuchajcie.
Po koncercie szybko pakować się, bo przecież decyzja o wyjeździe została już podjęta. Jutro, w sylwestra, po pracy o 8 wieczorem wyjeżdżamy w góry. Nie chcieliśmy spędzić Sylwestra w samochodzie na autostradzie, więc Ilonka jako specjalistka od obliczeń i hoteli, znając możliwości kierowcy, korki na drogach, obliczyła w którym miejscu będziemy blisko północy i tam zarezerwowała hotel. Padło na Andover....dokładnie middle of nowhere (po środku niczego). O 11:45 wpadliśmy do recepcji z szampanem w ręce a o 11.55 ten szampan chłodził się już w lodzie.
Nowy Rok przywitaliśmy totalnie nie w naszym stylu, to znaczy przed telewizorem oglądając transmisję z New York i Miami. Cel uświęca środki, godzinę później chrapiąc śniliśmy o ośnieżonych górach.
Z Andover do Sunday River zostało nam jeszcze 3h wiec pobudka musiała być bardzo wczesna. Wiem, w Nowy Rok wstając o 5:30 rano to trzeba być wariatem, ale pasja nie wybiera. Robiło się już jasno i można pomału było oglądać zaśnieżone krainy i drogi.
Rzeczywiście spadło tutaj dużo śniegu. Nie mierzyliśmy dokładnie ile cali, ale tak na oko to ze 20 powinno być.
Parę minut przed 9 rano zajechaliśmy na hotelowy parking i prosto poszedłem na nartki.
Tutaj Ilonka zaskoczyła mnie po raz kolejny. Znalazła w ostatniej chwili hotel ski in/out. Grand Summit Resort. Nie dość, że hotel leży na trasie narciarskiej to jeszcze wyszukała cenę jak za jakiś tani motel gdzieś daleko przy drodze. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale nie wnikam, hotele to jej działka na wyjazdach.
Ilonka poszła na swoje ulubione hiki, a ja zaatakowałem ośnieżone trasy narciarskie. Ludzi jak zwykle w SR nie było dużo, więc znowu można było non-stop jeździć. Na głównych trasach już jednak ludzie trochę ten świeży śnieg rozjeździli i miejscami było twardo i oblodzono. Śnieżyca była tutaj dwa dni temu.
Dwa dni temu, w piątek był rekord w SR jeśli chodzi o ilość narciarzy na stokach. Ponoć kolejki do wyciągów były gigantyczne. O 10 rano przestali już sprzedawać bilety. Doszli do wniosku, że nie obsłużą tylu narciarzy. Nie dziwię się wygłodniałym narciarzom. Rok temu przecież nie było u nas zimy, a w grudniu tego roku spadło już więcej śniegu niż przez cały poprzedni sezon.
W związku z tym, że na trasach nie było już dużo puchu pojechałem go szukać do lasu. Tutaj już było inaczej. O wiele więcej nie rozjeżdżonego śniegu. Sunday River ma wiele tras przez lasy, więc mogłem się wybawić za wszystkie czasy. Rok temu żaden las nie był otwarty ze względu na brak śniegu.
Zabawy w laskach są bardzo męczące, więc skontaktowałem się z Ilonką i zrobiliśmy sobie przerwę na coś energetycznego i zimnego. Ilonka też już była ostro zmęczona. Chodzenie po głębokim śniegu pod górę wcale nie jest takie łatwe.
Irish coffee i zimne IPA od razu dodało energii na kolejne zabawy.
Przejeżdżając koło trasy Flying Monkey (Latająca Małpa) zauważyłem, że jest otwarta. Tą trasę otwierają tylko parę razy w roku, po dużych opadach śniegu. Rok temu ani raz ją nie otworzyli. Trudna, stroma, techniczna i przez las. Idealna na zakończenie intensywnego, wspaniałego i wyczerpującego dnia na nartach.
Na koniec jeszcze odwiedziliśmy hotelowy bar, Camp, żeby się lepiej spało. Mają fajne nóżki z kurczaka w sosie z jagód. Polecamy...
Mając ski in/out i nie być na pierwszym krzesełku to prawie jak polecieć do Nowej Zelandii i nie widzieć Kiwi (przynajmniej na zdjęciu). Także 10 minut przed otwarciem wyciągów byłem już na dole gotowy i zwarty. Zdziwiłem się ilością ludzi. Było ich chyba już kilkadziesiąt, stali grzecznie do wyciągów. Jeżdżenie samemu ma parę plusów. Jeden z nich to szybkie załadowanie się na wyciągi. Nie musisz stać w kolejce tylko wchodzisz na linię dla pojedynczych, gdzie z reguły jest mało ludzi.
Co do minuty, o 9 rano otworzyli wyciągi i można było rozpocząć kolejny wspaniały dzień na nartkach. Było minus parę stopni, słonecznie i bez wiatru. Idealne warunki.
Na start zleciałem parę razy po dobrze ubitych niebieskich i czarnych trasach. SR słynie z dobrego groomingu, więc zanim ludzie tego nie rozjeżdżą to można super carvingiem wcinać się w zmrożony, ale nie oblodzony śnieg.
Dzisiaj wyjątkowo było dużo ludzi w górach. Tak gdzieś od 11 rano zaczęły robić się kolejki do wyciągów i też trasy były pełne ludzi. Dużo śniegu i dużo ludzi niestety nie idą w parze. Zaczęły powstawać muldy. Na szczęście były to miękkie, nie oblodzone muldy, więc aż tak bardzo nie przeszkadzały.
Zawsze można było pojechać na trudniejsze trasy, albo do lasu i już ludzi nie było. Koło pierwszej zjechałem do głównej dolnej stacji wyciągów, South Ridge, żeby spotkać się z Ilonką i odpocząć. Ale tu było ludzi. Nawet nart nie było gdzie zostawić, nie mówiąc już o dostaniu się do baru po piwo.
Szybko przenieśliśmy się do White Cap, drugiej z czterech dolnych stacji. Tam bez tłumów, na zewnątrz przy ognisku z lokalnymi rozmawialiśmy jaka ta zima jest wspaniała i śnieżna.
Czas fajnie leciał, piwko się fajnie piło, a tu niestety dnia ubywało. O czwartej zamykają wyciągi, a tu jeszcze tyle gór do zjeżdżenia. Zostawiłem Ilonkę żeby pilnowała ogniska, a ja wziąłem się do roboty.
Ludzi już było znacznie mniej. Niektórzy dalej siedzieli na lunchu, a niektórzy pewnie już wyjechali do domów po długim świątecznym tygodniu. Trochę sobie jeszcze pośmigałem i obowiązkowo na koniec, na zachód słońca zrobiłem ostatni taniec w lesie. Jest tam taka fajna trasa, Last Tango (ostatnie tango). Długa, zalesiona, nie za trudna, nie za stroma, idealna na zakończenie dnia. Oczywiście już nikogo na niej nie spotkałem.
Jak zjechałem na dół to już wyciągi były zamknięte. Chyba się za bardzo roztańczyłem w tym lesie. No nic, pomyślałem, trzeba się pakować do samochodu i w drogę. Jedynie 600km i już będziemy w znacznie cieplejszym NY. Był to naprawdę szybki i spontaniczny weekend. Wszystko działo się w ostatniej chwili i z wielką prędkością. W drodze powrotnej bardzo cieszyliśmy się z decyzji wyjazdu. Mimo, że byliśmy „trochę” zmęczeni to nie żałowaliśmy ani minuty. Czuliśmy, że nie zmarnowaliśmy weekendu w nowojorskich barach obchodząc Nowy Rok.
Za tydzień kolejny wyjazd. Tym razem trochę bliżej, jakieś 400km. Jedziemy do Killington w stanie Vermont. Też tam trochę spadło śniegu, może nie aż tyle co w Sunday River, ale „musimy” to zbadać. Jedzie większa grupa, to pewnie będzie wesoło.
2016.12.24-26 Sunday River, ME
Święta Bożego Narodzenia można spędzać na wiele sposobów. Myśmy wybrali bardziej spokojny i relaksacyjny sposób i pojechaliśmy całą rodzinką w góry.
Zima w tym sezonie jest wyjątkowo dobra, ale jest to początek sezonu żeby mieć jak najlepsze warunki to udaliśmy się daleko na północ. Pojechaliśmy do oddalonej o ponad 500 kilometrów, Sunday River w stanie Maine. Tam w wynajętym domku postanowiliśmy spędzić wigilię, Święta a także pochodzić po górach i zażyć białego szaleństwa.
Niestety sezon narciarski w tym roku rozpoczynamy dopiero pod koniec grudnia, bo nam się biznesu zachciało. Na szczęście każdy świętuje i mogliśmy zamknąć sklep na 3 dni i uciec z zatłoczonego miasta.
Sunday River jest jednym z lepszych resortów na wschodnim wybrzeżu. Ma osiem szczytów połączonych wyciągami. Sprawia to, że narciarze mają do dyspozycji wiele terenów, od łatwych do super trudnych przez lasy albo stromo z muldami. Daleka odległość resortu od dużych miast sprawia że w ogóle nie ma kolejek do wyciągów, i bardzo często masz całą trasę tylko dla siebie.
Droga zajęła nam ponad 6h, wcale nie było to źle, bo nie było korków. Tak więc o drugiej w nocy, w domku można było zjeść przepyszny bigos przygotowany przez tatusia. Ponieważ późno poszliśmy spać to i późno wstaliśmy. Ale nie ma pośpiechu, wyciągi w Sunday River są czynne aż do 8 wieczorem. Ja i tatuś jako wprawieni narciarze, jeździliśmy bez przerwy i szybko nadrobiliśmy rano stracony czas.
Pogoda nie była może idealna, ale w porównaniu z poprzednim sezonem była fantastyczna. Prószył lekki śnieżek, było bezwietrznie, a temperatura tylko lekko poniżej zera. Tak można by jeździć aż do 8 wieczór, ale musieliśmy odebrać Ilonkę i mamusię bo im kawiarnie zamykali.
Jak myśmy jeździli na nartkach to Ilonka wzięła mamusię na spacer do miasteczka Bethel. Miasteczko pomimo że bardzo blisko dużego resortu narciarskiego jest dość małe. Dwie główne uliczki, parę restauracji, jakiś bed & breakfast.... Dziewczyny znalazły lokalna kawiarnie gdzie poszły na kawę, ciacho i plotki. Niestety wszystko w miasteczku zamykali o 3 po południu więc i my postanowiliśmy wrócić do domku i przygotowywać wigilijną kolację.
Powrót nie był taki łatwy, bo już parę lat nie byliśmy w tym resorcie i łatwo się można pogubić. Jest on tak duży, że mapę często musieliśmy wyciągać.
Wigilia jak to wigilia, pysznie, dużo (nawet za dużo). Obowiązkowo po Wigilii Święty Mikołaj rozdał nam prezenty. Jeden - gra planszowa Pandemia - szczególnie spodobała się wszystkim i do późnych nocy ratowaliśmy świat od zarazy. Bardzo polecamy ta grę, ponieważ wszyscy grają przeciwko grze, ta gra nie tylko uczy logicznego myślenia ale też pracy zespołowej i podejmowania szybkich decyzji.
W Niedzielę, nie pozostało nam nic innego jak spalić kalorie z wczorajszej obfitej Wigilii. Siostra też do nas dojechala więc w trójkę ponownie zaatakowaliśmy górę. Niestety pogoda dziś nie była po naszej stronie. Ze względu na mocny, porywisty wiatr, wszystkie wyciągi na szczyty zostały zamknięte. Można było jeździć tylko do połowy gór. Niektórzy długo się zastanawiali czy jest sens kupić bilet na te parę wyciągów. Natomiast ja nie miałem tego problemu. Parę miesięcy temu kupiłem MAX pass. Jest to sezonowy pass na większość dużych resortów na wschodnim wybrzeżu. Pozwala on jeździć do pięciu dni w każdym resorcie, nie ma znaczenia czy święta czy weekend. Cena biletów w Resortach narciarskich dochodzi już do $100 albo nawet więcej za dzień. Ja jak dobrze i umiejętnie wykorzystam ten pass to nawet połowy z tego nie będę płacił.
Ilonka spalała kalorie jak zwykle na hiku. W Sunday River uphill policy jest bardzo fajne i można chodzić po trasach narciarskich których się chce. Trzeba tylko kupić pass za symboliczne $10. Tak więc Ilonka uderzyła w kierunku szczytów, ale w połowie drogi zobaczyła bar....I postanowiła się tam ogrzać przez chwilkę. Nas też na wyciągach dosyć dobrze wywiało, więc jak dostałem SMS-a że Ilonka znalazła bar, to szybko z pędem wiatru, dołączyliśmy do niej.
Po krótkiej przerwie Ilonka ruszyła na szczyt a my na dól. Wiatr zaczął ustawać, dzięki czemu resort otwierał coraz to więcej wyciągów. Ok. 2 popołudniu można było wyjechać już na szczyty.
"Ale tu wieje!" powiedzieliśmy po wyjechaniu jednym z wyciągów. Były ładne widoki, bo wiatr przegonił większość chmur z całego stanu Maine, ale długo na szczycie nie dało się wytrzymać.
W między czasie Ilonka zdobyła szczyt i trasą Ekstazy zeszła trochę w dół, spotkała się ze mną aby wypić piwko. Tak więc "po Ekstazy wylądowaliśmy w krzakach na piwie".
Po jeszcze kilku szybkich zjazdach, wraz z zachodem słońca, udaliśmy się do domku szykować pyszną kolację i oczywiście ratować świat przed kolejną pandemią.
Poniedziałek, czyli drugi dzień świąt, też oczywiście spędziliśmy na nartach. Było bezwietrznie, więc wszystko było otwarte. Jak zwykle brak ludzi, szybkie wyciągi i wszystkie stoki należały do nas. Żeby nie było za pięknie, dzisiaj temperatura dawała nam w kość. Było dobrze poniżej -10C. Dodając do tego pęd i szybkość zjazdu, odmrożenie nosa jest bardzo prawdopodobne.
Tak więc po 4 godzinach jazdy, ciepła Irish coffee brzmiała kusząco. Oczywiście najlepsza kawa jest w najlepszym barze. W Sunday River, jest jeden z najlepszych ski barów na wschodnim wybrzeżu, The Sliders. To nadal jest dużo gorsze od Alpejskich super barów, ale na kraj w którym Prohibicja nadal istnieje, nie jest źle.
Dla porównania, tak się ludzie bawią w Europie. Meribel, Francja 2016.
Meribel, Francja 2016
Ten bar jest zwłaszcza popularny na wiosnę, kiedy to słoneczko ogrzewa jego taras, na którym przy grillu, muzyce i czymś chłodnym narciarze "odpoczywają". Przy dzisiejszych mrozach nie udało nam się wykorzystać możliwości tarasu, ale i tak przy dobrym jedzeniu w środku pożegnaliśmy się z Sunday River. Jeszcze raz przekonaliśmy się że warto spędzić w samochodzie ekstra godzinkę czy dwie i jechać tutaj, niż do resortów w Vermont.
To już jest ostatni wpis w tym roku - 50. Dużo się działo, było ciekawie, czasem z dreszczykiem, zdecydowanie z dużą ilością zwierząt. 50 wpisów przez cały rok to jeden tygodniowo - nie jest źle, ale zawsze może być lepiej. Dlatego życzymy sobie jeszcze więcej przygód i podróży tych małych i tych dalekich. Tego samego życzymy wam - żeby na pewno nie było nudno i monotonnie, czasem z dreszczykiem ale zawsze z uśmiechem!
2016.11.06 Christchurch, Nowa Zelandia (dzień 15)
Dzisiaj już opuszczany ten daleki i jakże inny kraj. Zanim jednak pojechaliśmy na lotnisko, to chcieliśmy się trochę przejść po Christchurch i pożegnać się z nim.
Miasto to leży na wschodnim wybrzeżu, więc ilość opadów jest znacznie mniejsza niż w górskiej, zachodniej części kraju. Świeciło słoneczko, nie było wiatru, jakieś 18C. Idealna pogoda na spacerek po mieście i na jakieś lokalne śniadanko.
"Trochę" nam żal opuszczać Nową Zelandię. Wiem, byliśmy tu tylko dwa tygodnie, ale staraliśmy się wykorzystać czas na maksa. Czasami odległości czy pogoda nie była po naszej stronie, ale ponoć mogło być gorzej.
Co myślimy o tym kraju po wizycie? Czy nasze wyobrażenie się zmieniło i czy jest inne niż to jakie mieliśmy przed postawieniem naszych stóp na tej dalekiej ziemi? Krótka odpowiedź: tak, trochę inaczej sobie to wszystko wyobrażaliśmy i chcemy tu wrócić.
Wiemy, że jest to długi i daleki lot. Byliśmy stanowczo za krótko. Na początku się zastanawialiśmy dlaczego ludzie się nam dziwią, że przyjechaliśmy tylko na dwa tygodnie. Teraz po tych dwóch tygodniach, my się sami sobie dziwimy. Ale uwierzcie nam, że jak byśmy mogli to byśmy z chęcią przyjechali na 2-3 miesiące i się nie nudzili.
Co nas najbardziej zaskoczyło?
Nie widoki. Spodziewaliśmy się bajkowych krajobrazów i takie zastaliśmy.
Nie ludzie. Wiedzieliśmy, że jest to na maksa turystyczny kraj i lokalni wiedzą, że turystyka to ich jeden z głównych dochodów. Każdy tutaj chce ci pomóc, pokazać drogę, wytłumaczyć, w barach i restauracjach objaśnić menu albo dopasować wino i piwo do ciebie. Zaufanie też jest wysokie. Oni ci po prostu ufają. Jak oddajesz samochód to nikt go nie sprawdza, jak wylatujesz, to nikt ci nie waży bagaży, itd....
Nie czystość i kultura. Każdy z nas ma chyba wyobrażenie o NZ jako o mega czystym kraju i taki zastanie. Od zapachowych mydełek na lotnisku, poprzez zupełny brak śmieci do kultury lokalnych, którzy wiedzą do czego służy kosz na śmieci. Nawet jak parę razy stałem na skrzyżowaniu i nie wiedziałem jak jechać, to ani raz nikt na mnie nie zatrąbił Czy wiecie, że w prawie każdej knajpie która ma siedzenia na zewnątrz były kremy z filtrem do opalania (oczywiście za darmo), żebyś nie dostał poparzenia słonecznego jak pijesz piwko w ogródku.
Byliśmy w szoku jeśli chodzi o jedzenie. Naprawdę, spodziewaliśmy się super świeżego, organicznego i dobrego. To co dostaliśmy to było jeszcze lepsze niż się spodziewaliśmy. Począwszy od fast-foods do dobrych restauracji. Robiąc jajecznicę na boczku rano w domu, czujesz i widzisz, że to jest coś innego niż jadamy w domu. Jedynie to chleb nam nie smakował. Większość mieli te miękkie waty, a nie taki dobry, świeży chlebuś. Mieli bagietki, ale jakieś takie twarde. Nie wiem, może nie znaleźliśmy dobrej piekarni, albo nie mają.
Pod wielkim wrażeniem byliśmy też powietrza. Wiadomo, spodziewaliśmy się czystego, bogatego w tlen powietrza. Ale chyba nie aż tak. Naprawdę, jak się zrobiło parę głębszych wdechów to aż się w głowie kręciło od nadmiaru tlenu. Z drugiej strony czego się spodziewać po kraju, który prawie nie ma ciężkiego przemysłu, a najbliższy sąsiadujący kraj jest oddalony o tysiące kilometrów. Posiada dużo lasów, pastwisk, gór.
Trochę mają słabo rozwiniętą sieć dróg. Przemieszczanie się czasami może stwarzać problem. Zwłaszcza w sezonie (grudzień, styczeń) ilość samochodów na drogach może być problemem. Plusem jest, że wszystkie drogi są za darmo.
Nowa Zelandia nie jest tanim krajem. Aktualnie kurs USD do NZD jest dla nas korzystny, około 1 USD = 0.7 NZD. Ale i tak paliwo, hotele, jedzenie, usługi turystyczne są drogie. Na dłuższy pobyt chyba RV jest dobrym pomysłem. Trochę więcej się wyda na wypożyczenie i paliwo, ale odpadną koszty hotelów i częściowo jedzenia.
Podsumowując wyprawę to jesteśmy zadowoleni i bardzo polecamy. Im dłużej tym lepiej. Jeśli się wybieracie na krócej niż miesiąc to nawet nie starajcie się planować zwiedzenia całego kraju. Nie ma sensu i fizycznie jest to nie możliwe. Myśmy za dwa tygodnie zwiedziliśmy tylko środkowo-południową część południowej wyspy. I tak czasami to już było naciągane. Bardzo polecamy hiki, zwłaszcza te ich Great Walks. Jeszcze bardziej się odrywasz od cywilizowanego świata, a widoki są oszałamiające.
Nowa Zelandia jest krajem z bardzo dużą ilością opadów. Tam na 100% będzie padało. Kurtka i spodnie przeciwdeszczowe, ochrona na plecak, to podstawa.
Jak się nic nie zmieni to planujemy tam wrócić w lipiec, albo sierpień 2019. Niestety też pewnie tylko na 2-3 tygodni. Trochę zwiedzić północnej wyspy, a trochę wrócić na południową. Wtedy tam będzie pełnia zimy, czyli nartki i zimowe spacery.
Przed nami jeszcze ponad 20 godzin w podróży i już w domu. Lecimy na wschód, więc samoloty w tym kierunku szybciej pokonują odległości. Po raz pierwszy zdarzyło nam się cofnąć w czasie. Wystartowaliśmy z Christchurch w niedzielę o 16, mieliśmy dwu-godzinną przesiadkę w Auckland i potem 12-to godzinny lot do Los Angeles. Wylądowaliśmy tam w niedzielę o 13. Siedząc w LA i czekając na kolejny samolot do NY, fajne zdanie powiedziałem: za dwie godziny wsiedliśmy do naszego pierwszego samolotu. Ach te podróże w czasie.
Air New Zealand. Przed przeleceniem się tymi liniami, czytałem trochę o nich i wydawało mi się, że są tak świetne jak najlepsi azjatyccy przewoźniki. Niestety nie są. Nie odbierzcie tego źle, dalej to są bardzo dobre linie. Porównuje ich do najlepszych europejskich, ale jednak do czołówki światowej troszkę im brakuje.
Na start, samolot był opóźniony po godzinie w obie strony. W tamtą stronę spóźniliśmy się na przesiadkę do Christchurch. Dobrze, że tam samoloty latają co godzinę, więc nas przerzucili na następny lot. Zanim wylądowaliśmy to kapitan powiedział, że na przesiadkę nie zdążymy, ale już mamy rezerwacje na następny lot.
Serwis na pokładzie też nie był na najwyższym poziomie. Jedzenie dało się zjeść, ale nie było pyszne, wybór alkoholi nie był super. Częstotliwość też wymaga poprawy.
Ogólnie linie są ok, polecam je, ale jakby jeszcze nad paroma szczegółami popracowali to naprawdę by byli super. Mają duży potencjał, piękny kraj, fajni ludzie, na pewno dadzą radę.
e noho rā (Goodbye)
2016.11.05 Droga do Christchurch, Nowa Zelandia (dzień 14)
Dzisiaj jest to już nasz ostatni, pełeny dzień wakacji w tej wspaniałej krainie. W planie mamy dojechać do Christchurch, które znajduje się 410 km od Fox Glacier. Zanim to jednak zrobiliśmy postanowiliśmy odwiedzić lodowiec Fox.
Wczoraj zrobiliśmy dosyć duży hike w pobliskiej wiosce i oglądaliśmy Franz Josef. Fox glacier jest mniejszy, ale ponoć też ładny.
Niestety do, albo na żaden z tych lodowców nie można wyjść albo podejść. Na dole one są za bardzo strome i jest to niebezpieczne. Nie ma to jak w Chamonix, gdzie po Valle Blanche w lato można biegać ile się chce (w dolnej partii oczywiście). Tutaj można na oba te lodowce wylecieć helikopterem i dopiero tam, w górnej części (gdzie jest płaściej) z przewodnikiem pochodzić. Nawet to rozważaliśmy, ale często pogoda tutaj nie jest najlepsza, są chmury i nic nie widać. Szkoda czasu i pieniędzy, ta impreza kosztuje ponad 500 NZD na osobę.
W ciągu paru minut podjechaliśmy na parking i ruszyliśmy w górę rzeki lodowcowej. Szlak prowadzi głęboką doliną gdzie jeszcze niedawno (jakieś 200 lat temu) był potężny, gruby lodowiec. Niestety lodowce się kurczą od kilkuset lat. Nie tylko w NZ, ale i na całym świecie.
Po jakieś pół godziny, łatwym szerokim szlakiem doszliśmy do punktu widokowego znajdującego się jakieś 500 metrów od czoła lodowca.
Wszystkie lodowce posuwają się na dół. Ich prędkość zależy od wielu czynników. Ten w górnej części posuwa się 4-5 metrów na dzień, a w dolnej 50-60 cm. Postaliśmy tak chwilę i podziwialiśmy ten ogrom natury. Niestety długa droga przed nami, trzeba się zbierać, powiedzieliśmy.
Parę dni temu wspominałem, że Nowa Zelandia nie ma autostrad. Gorzej, ona, a zwłaszcza jej południowa wyspa jest bardzo górzysta. Oni też tutaj nie mają wiaduktów ani tuneli, a jak mają wiadukt, to aż robią punkt widokowy, bo to jest wielka atrakcja.
Podróżowanie odbywa się wąskimi drogami z niezliczoną ilością serpentyn. Do góry i na dół, do góry i na dół..... i tak cały czas. Często pada, więc nawierzchnia może być śliska. Trzeba bardzo uważać. Ma to też swoje plusy, nie jest nudno jak na autostradzie i kierowca raczej nie uśnie za kierownicą. NZ jest dużym krajem, więc odległości też są znaczne. Myśmy ograniczyli się tylko do środkowo-południowej części południowej wyspy, a i tak za dwa tygodnie zrobiliśmy ponad 3000 km. Średnio robiliśmy około 250 km tymi dróżkami. To tak jakby codziennie jechać z Krakowa do Zakopanego i z powrotem, o wiele bardziej krętą i górską drogą niż Zakopianka.
Jaka rada dla podróżujących? Miejcie dużo ulubionej muzyki (radio raczej nie działa), dobrze przypnijcie bagaże, bo będą latać na serpentynach i tankujcie jak macie już pół baku bo następna (czynna) stacja paliw może być za daleko. Jeszcze jedna rada. Wypożyczcie najmniejszy samochód do jakiego się zmieścicie i będziecie się czuć komfortowo. W tym kraju cena paliwa jest droższa niż w Europie, a po tych górach silniki wyjątkowo dużo palą. Cena ropy jest o wiele niższa niż benzyny, więc jak macie taką opcje, to bierzcie diesla.
Droga do Christchurch prowadzi przez piekny park narodowy, Arthur's pass. Idealne miejsce, na zrobienie sobie przerwy i podziwianie widoków. Aż dziw bierze, że tak blisko (100 km) od największego miasta na południowej wyspie są tak piękne góry, z resortami narciarskimi. Niektórzy to naprawdę mieszkają w raju.
Jeżdżąc tak tysiącami kilometrów po tym kraju, zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego nie widzimy żadnych pól uprawnych. Żadnego zboża, ziemniaków, kukurydzy. Wszystko to zielone pastwiska na których pasą się barany, owce, krowy, sarny....
Do tej pory nie wiemy. Może lokalny farmer lepiej zarobi na mięsie, mleku czy wełnie niż na ziemniakach, które pewnie można sprowadzać z innych krajów.
Około 17 dotarliśmy do Christchurch. Zameldowaliśmy się w tym samym hotelu co spaliśmy pierwszą noc jak tutaj wylądowaliśmy. Hotel Ibis znajduje się w centrum miasta, więc od razu ruszyliśmy na miasto. Dzisiaj mamy specjalny dzień, nasza piąta rocznica ślubu. Mamy to zamiar uczcić w fajnej knajpce. Ale zanim to zrobimy to troszkę powałęsamy się po mieście.
W 2011 (roku naszego ślubu), było tutaj trzęsienie ziemi. Zginęło 185 osoby. Widać, że miasto do końca się jeszcze nie odbudowało. Ku czci i pamięci ofiar, zorganizowali specyficzny rodzaj pomnika, białe krzesła. Każde krzesło symbolizuje jedną ofiarę tragedii. Niestety wśród "dorosłych" krzeseł, były też malutkie, dziecinne krzesełka. Przykre i bolesne....
Idąc dalej natrafiliśmy na specyficzny kościół. Większość konstrukcji jest z tektury. Dziwne, nie? Jak to się może utrzymać i nie zawalić. Ponoć cały mieli zbudować z tektury, ale niestety w Nowej Zelandii nie mają tak mocnej tektury. Sprowadzanie z innych krajów było jednak za drogie.
Dobra, wystarczy zwiedzana, trzeba zacząć świętować naszą rocznicę. Na start poszliśmy do browaru Pomeroy's. Jak to w takim miejscu, mają za dużo craft piw. Znowu musiałem wziąć sobie zestaw paru piw i jak zwykle te świeże piwka mi super smakowały.
Przyszła pora na kolacje. Trip Advisor nam powiedział, że jedna z lepszych restauracji to Bloody Marys. Zrobiliśmy rezerwacje na 21 i głodni udaliśmy się w jej kierunku.
Jeszcze w NZ nie jedliśmy ostryg, więc na start musiały polecieć. Były bardzo ciekawe. Moim zdaniem bardziej "mięsiste" niż te które jadamy na półkuli północnej. Muszle bardzie szpiczaste , mniej płaskie. Podają je bez żadnego sosu, tylko cytrynę dostajesz. Bardziej czujesz ostrygę niż wszystkie sosy jakie z nimi dostajesz.
Już trochę jagnięciny tu jadłem, więc najwyższy sposób spróbować czegoś innego. Dziczyzna też już była, więc przyszła pora na krówkę. W menu wyczytałem, że mają steaki, które leżały w soli 30 dni (dry aged beef). Jadłem je w Stanach wiele razy, są naprawdę pyszne. Ciekawe czy w NZ też robią wspaniałe steaki, takie jak w moim kraju. Cena podobna, za duży kawałek mięsa trzeba zapłacić około 50 NZD.
Po około 20 minutach wołowinka pojawiła się na stole. Na pierwszy rzut oka jest trochę cieńsza niż ta którą jadamy w Stanach. Mięso dalej było miękkie, miały dobry i bogaty smak, rozpływało się w ustach. Klient może sobie zamówić steaka z wieloma sosami. Zamówiłem z pieprzowym sosem, ale poprosiłem żeby podali go z boku, bo przecież dobre mięsko nie wolno jeść z żadnym sosem. Wziąłem sos bardziej dla doświadczenia innego smaku niż dla jego jedzenia. Tak jak pisałem, steak był bardzo dobry, ale nie był super. Jak na mięso, które leży 30 dni w specjalnych lodówkach, przy temperaturze około 0C i ze specjalnymi bryłami soli powinno być lepsze. Nie wiem czy to sprawa pieczenia, rodzaju mięsa, czy diety krówki, ale w Stanach w dobrym steak house dostaniesz lepszy kawałek. Nie wszystko można mieć najlepsze. Nowa Zelandia słynie z jagnięciny i łososia, najlepsze jakie do tej pory jadłem. Natomiast steaki to w Stanach. Chyba, że w tej restauracji nie umieli piec, ale knajpa wyglądała na porządną i miała świetne opinie na internecie. Ilonka miała łososia i pył pyszny.
Słyszałem też, że w Argentynie można dostać dobry kawałek mięcha. Jeszcze nas tam nie było, ale chodzi nam po głowie. Mendoza, steak house, lokalny Malbec, góry Andy..... już się staje głodny.
Oczywiście jak to bywa z winami do jedzenia, jedna butelka to stanowczo za mało. Musiała polecieć druga. Jest takie powiedzenie, że Magnum (1.5L) to jest odpowiedni rozmiar wina na dwie osoby do jedzenia. Pod warunkiem, że ta druga osoba nie pije. U nas nie ma osoby nie pijącej, to chyba musiały by być dwa Magnum, czyli 4 normalne butelki. Na szczęście nie musiało aż tyle wina być wypite.
Restaurację już pomału zamykali, więc przenieśliśmy się z tym winem do sąsiadującego baru. Tam wspominając wspaniałe wakacje, które niestety dobiegały już końca, a także nasze 5 latek w małżeństwie jeszcze chwile posiedzieliśmy.
2016.11.04 Lodowiec Franz Joseph, Nowa Zelandia (dzień 13)
Na dziś przypada nasza piąta rocznica ślubu. A co się robi w tak ważne święto? Jedni idą na pyszną kolację, inni kupują swoim żoną drogą biżuterię. Mój najukochańszy mąż zafundował mi test. A test wygląda mniej więcej tak:
Ale po kolei. Wczoraj po zrobieniu paru-set kilometrów dotarliśmy do małego miasteczka Fox Glacier. To tutaj i 30 km dalej można podziwiać dwa najsławniejsze lodowce Fox i Franz Joseph. Żeby pochodzić po lodowcu trzeba wynająć przewodnika i helikopter, który cię tam wywiezie, a potem przewodnik oprowadzi po lodowcu. Podobno w tym rejonie pada deszcz “tylko” 260 dni w roku więc loty w większość przypadków są odwoływane. Pewnie dlatego kosztują one dość dużo, ok. 500 USD od osoby.
My zdecydowaliśmy, że jak na lodowiec to do Patagonii albo do Chamonix więc na dzień dzisiejszy planowaliśmy tylko spacerki. Do obu lodowców można dojść w miarę wydeptaną drogą. Zajmuje to 1,5h w obie strony I można zobaczyć czoło lodowca.
Wyznając zasadę, że tam gdzie wszyscy jest nudno wybraliśmy trasę na Robert's point. Podobno stamtąd jest się najbliżej lodowca. Trasa ma 12,5 km i wg ich obliczeń powinna zająć nam 5,5h. Pierwsze pół godziny zrobiliśmy szybciej niż przewidywali. Trasa szła szeroką drużką przez typowy Nowo-Zelandzki las.
Potem pojawił się most wiszący. Oni tu kochają mosty wiszące. Jak do tej pory nie miałam doświadczenia z takimi mostami, a tu są na każdym kroku. Tak samo jak kręte drogi (nie ma tu tuneli ani wiaduktów) czy mosty dla samochodów jednokierunkowe. Mosty wiszące są zapewne tańsze w budowie, po za początkową fazą zamocowania lin nie jest wymagany dostęp do mostu z dołu. Dlatego ułatwia to budowę mostów w górach. W ciągu tych ostatnich paru dni przeszłam już chyba z 15 wiszących mostów. Nadal na niektórych czuję się nie pewnie, i nie lubię uczucia chwiejącej się podłogi, ale czego się nie robi dla ładnych widoków.
Tak więc mostek przeszłam a potem następny. Trasa już bardziej przypominała dobrze nam znane Adirondacks niż Great Walks w NZ. Trzeba było przeskakiwać mniejsze strumyczki, skałki i korzenie były standardem, a wszystko było dość mokre. Bo pomimo, że nie padało to i tak wszystko było mokre i wilgotne. Tutaj opady są bardzo częste i pewnie dlatego wszystko jest takie piękne zielone.
Szliśmy z 1.5h kiedy na naszej drodze pojawił się mostek...ten już do małych nie należał. Niestety tego testu nie zdałam. Mam nadzieję, że pomimo to i tak będziemy się kochać następne 50 lat i zwiedzać świat jak szaleńcy.
Przed Nepalem muszę chyba potrenować trochę więcej w NZ bo z tego co się orientuję też tam jest parę ciekawych mostków wiszących. Ten mnie powalił i stwierdziłam, że ja zawracam. Jakoś perspektywa wracania nim nie uśmiechała mi się.
A jak Darek opisuje mostek i dalszą część trasy?
Jeszcze chyba nigdy tyle nie chodziłem po wiszących mostkach co tutaj. I to nie mam na myśli 5 czy 10 metrowego mostku. Mówię o kilkudziesięciu, albo nawet o 100+ metrach w powietrzu.
Wiadomo, wszystkie są bezpieczne, ale to tak jak z role-costerem. Wiesz, że nic ci się nie stanie, a jednak przeżywasz ten moment stąpnięcia na wąską, drewnianą, wiszącą w powietrzu deskę.
Masz takie dziwne uczucie, jak jeszcze nawet nie jesteś w połowie, a mostek się już nieźle buja. Im dalej idziesz, tym huśtanie staje się coraz to bardziej odczuwalne. Starasz się nie patrzeć w dół, bo wiesz, czujesz i słyszysz, że pod tobą długo nie ma nic, a później to już tylko skały i wodospady. Jednak musisz patrzeć pod nogi, bo większość z nich jest bardzo wąska, praktycznie ciężko się jest na nich mijać. Deski też są śliskie, wiadomo, leje tutaj często.
Ufff.... najdłuższy mostek zaliczony. Jakoś długo się po nim szło. Teraz już powinno polecieć. Niestety nie. To już nie jest nowozelandzki Great Walk. Szlak nie był tak super przygotowany.
Szedł strono pod górę, po kamieniach i korzeniach. W dodatku ostro padał deszcz, więc wszystko było super śliskie. Jak to w Rain Forest, kamienie były obrośnięte mchem, po którym płynęła woda, a korzenie też nie stanowiły stabilnego gruntu.
Po jakiś dwóch godzinach doszedłem do punktu widokowego. Wow, cel uświęca środki, powiedziałem, jak zobaczyłem co mnie otacza.
Może nie było dobrej widoczności, ale i tak było wspaniale. Te góry, wodospady, lodowiec, no i oczywiście brak człowieka. Byłem sam. Tak stałem, patrzyłem i nawet nie wiem kiedy zleciało jakieś 10 minut.
Teraz już naprawdę ostro lało. Wiedziałem, że przede mną długa droga na dół, a w takich warunkach o wiele gorzej i wolniej idzie się na dół niż do góry. Schodząc tak na dół spotykałem nawet trochę ludzi, którzy dopiero teraz szli do góry. Prawie każdy się mnie pytał czy ma jeszcze daleko do końca. Pod koniec jak mówiłem, że macie jeszcze przynajmniej 1.5h, i podobnie tyle samo w dół, to niektórzy mówili, ILE?!
Dużo ludzi było odpowiednio przygotowanych do warunków. Był to najtrudniejszy hike jaki zrobiłem w NZ. Na dole były ostrzenia, że nie będzie łatwo. Niestety niektórzy chyba sobie nie zdawali sprawy gdzie idą i już na dole byli przemoczeni. A im wyżej tym było gorzej, stromiej, zimniej i bardziej wiało. Bez odpowiedniego ubrania na deszcz i w tenisówkach to ten "spacerek" chyba nie należy do przyjemności. Ach ta dzisiejsza młodzież.
Jak Darek wspomniał niestety pogoda się zepsuła. Zanim doszłam do auta to już ładnie zaczęło padać. Skoro zeszłam dużo wcześniej niż planowałam chciałam podejść jak wszyscy turyści na czoło lodowca. Spacerek nie duży 1.5h ale w deszczu to żadna przyjemność.
Poczekałam chwilkę ale nie zapowiadało się, żeby deszcz przestał padać. Tak więc zakryłam aparat kurtka i ruszyłam w kierunku lodowca - w końcu zdjęcia muszą być. Trasa jest bardzo dobrze przygotowana. Widać, że chodzą tam i ludzie w japonkach i butach na hike. Niestety ze względów bezpieczeństwa nie można dojść do lodowca i ogląda się go tylko z za barierek. Mogliby te barierki zrobić troszkę bliżej. Punkt obserwacyjny zmienia się w zależność od aktualnego stanu pogody i lodowca. Dziś był 750m przed lodowcem.
Szłam dość szybko więc cała trasa zajęła mi 1h. Na szczęście w autku jest sucho i można wreszcie wyschnąć. Darek dołączył do mnie, też cały przemoczony ale szczęśliwy, że udało mu się zobaczyć lodowiec. Doszliśmy do wniosku, że lodowiec Fox nie ma sensu oglądać dziś kiedy pogoda jest zła. Lepiej jutro rano podjechać tam. Podobno rano zawsze są większe szanse na ładną pogodę o czym przekonaliśmy się rano. Żal nam było trochę turystów, którzy kupili wycieczki helikopterem i teraz oglądali tylko chmury bo przecież nie wiało i wycieczki nie zostały odwołane.
Miasteczko Fox Glacier jest bardzo małe. Jedna główna ulica którą przejdziesz w 30 min. Parę sklepów z pamiątkami, bary i restauracje i oczywiście hotele. Pewnie gdyby nie fakt, że mają lodowiec nie byłoby tu nic. My odwiedziliśmy jeden lokalny Saloon. Było dość wcześnie i może dlatego nie było za dużo ludzi. My za to nie chcieliśmy długo siedzieć bo w domku czekało dobre winko i rocznicowa kolacja - dziś skromnie tylko lokalne serki, prosciutto i inne lokalne przysmaki, za to smacznie i przytulnie.
No i bym zapomniała...mieliśmy jednego gościa na naszej skromnej kolacji. Papuga Kea - jedyna górska papuga spotykana tylko w Nowej Zelandii. Kea aktualnie jest pod ochroną ale parę lat temu była mocno tępiona przez ludzi. Podobno potrafiła polować na jagniątka. Aż, ciężko uwierzyć jak taka mała papuga mogła upolować/zabić małego baranka.
Tak więc Kea przyszła na nasz ganek, zaczęła skrzeczeć w swoim języku a Darek zlitował się i poczęstował ją chlebem. Baliśmy się otwierać szeroko drzwi balkonowe, żeby nam nie weszła i nie zagościła w naszym pokoju. Tak więc przez szybę w drzwiach robiliśmy jej zdjęcia.
Zjadła kromkę chleba i odleciała, ale po jakiejś godzinie przyleciała znów i zaczęła skrzeczeć. Tym razem już jej nie dawaliśmy jeść. Chyba nie powinno się karmić dzikich zwierząt - nawet takich co się nie boją ludzi.
2016.11.03 Jezioro Wanaka, Nowa Zelandia (dzień 12)
Pomimo, że z Mt. Cook do fox Glacier w linii prostej jest ok. 30 km to my musieliśmy zrobić 460 km aby przejechać z jednego miejsca do drugiego.
To bynajmniej nie był nasz wymysł tylko wymysł departamentu dróg w NZ. Pomimo, że każdy (no może 95%) turysta zwiedza Nową Zelandię przemieszczając się non-stop z punktu A do B to ich drogi w cale nie są rewelacyjne. Ich autostrady to jedno-pasmowa droga. Teoretycznie możesz tam jechać 100 km/h ale jest to ciężkie do osiągnięcia bo non-stop są ostre zakręty. Na szczęście nie mają problemów z korkami i często ilość samochodów na drodze można policzyć na palcach jednej ręki.
Nowa Zelandia też nie ma żadnych tuneli ani wiaduktów. My rozpieszczeni przez tunel Mt. Blanc i ogólnie ilość tuneli i wiaduktów w Europie troszkę narzekaliśmy. Tak więc skoro nie ma tunelu pod górami to trzeba jechać na około i pokonać 460 km.
Po drodze nie ma wiele cywilizacji. W związku z tym widoki są powalające a jedyne stworzenia jakie się widuje po drodze to owce. Oczywiście nie narzekaliśmy tylko czasem po drodze stawaliśmy pstryknąć jakieś zdjęcie.
Pierwszym większym miastem napotkanym na naszej drodze była Wanaka. Miasto to jest położone nad jeziorem o tej samej nazwie. My postanowiliśmy zrobić sobie tam przerwę. Tym razem skomplikowałam Darkowi drogę do baru i najpierw kazałam mu przejść labirynt.
Puzzle World to rodzaj muzeum gdze przedstawiane są różnego rodzaju iluzje, hologramy czy przekrzywione domy. Posiadają oni też labirynt. Z począku nam się wydawało, że eee....damy radę, nic trudnego. Tak więc ambitnie zdecydowaliśmy się na zrobienie trudniejszej wersji. W labiryncie są 4 wieże, każda w innym rogu. Aby zaliczyć labirynt trzeba wejść do każdej wieży (łatwiejsza opcja) albo wejść do wieży w odpowiedniej kolejności (żółta, zielona, niebieska, czerwona). Podobno podstawowa wersja zajmuje 30-60 min a zaawansowana 60-90 min.
I tak szukając żółtego rogu doszliśmy najpierw do zielonego. Skoro robimy opcję zaawansowaną to sie nie liczy. Potem z żółtego znów zaczęliśmy szukać zielonego i tak w kółko. Musimy przyznać, że zabawa była przednia a labirynt wcale nie był łatwy. Nam zajęło około 90 min to znalezienie wszystkich wież w odpowiedniej kolejności. Potem przyszedł czas na pokoje iluzji. Najbardziej spodobał nam się "tilted house", przekrzywiony dom. Wchodzisz do niego i nagle błędnik zaczyna świrować.
Ponieważ podłoga jest przekrzywiona w stosunku do płaszczyzny ziemi i nie masz żadnych okien jako odnośnika to twój mózg nie wie co się dzieje. Słyszałam o tym wcześniej ale bycie tam w środku i przeżycie tego na własnej skórze jest nie do opisania.
Dzięki temu trikowi oszukują też fizykę. I tak woda płynie do góry a kulka na stole nie leci w dół tylko do góry.
Jak to łatwo jest oszukać nasz mózg. Mała zmiana otoczenia, zamknięcie człowieka w pomieszczeniu bez okien, dać mu inny punkt odniesienia i już nasza percepcja postrzegania świata jest inna.
Kolejnym punktem był pokój który z zewnątrz (bez obiektów, ludzi w środku) wygląda normalnie. Zwykły pokój, podłoga, sufit i dwie pary drzwi. Wszystko się zmienia kiedy wejdziemy do środka. W jednym rogu ludzie są bardzo mali a w drugim wielkoludy. Wrażenie takie jest ze względu na odległość sufitu od podłogi. Nic w tym pokoju nie jest proste i dzięki temu można się bawić w wielkoludy i liliputy.
Muzeum ma też do zaoferowania inne iluzje i ogólnie jest zabawą dla dzieci jak i dorosłych. Bardzo ciekawy pomysł na "muzeum". Po spędzeniu dobrze ponad 2h w Puzzle World pojechaliśmy nad jezioro. Jezioro Wanaka jest przepięknym jeziorem otoczonym górami, Miasteczko położone jest na jego południowym brzegu. Miasteczko nie duże ale przez swoją lokalizację widać, że bardzo popularne wśród turystów.
Wzdłuż jeziora jest deptak i parę barów i restauracji. My wstąpiliśmy do jednego z nich na lunch. Fajnie się tak zrelaksować po pokonaniu ponad 200 km. Niestety kolejne 200 km było przed nami i znów ruszyliśmy w drogę.
Teraz wjeżdżaliśmy w rejon zwany "West Coast". Najpierw droga wiodła przez góry i jeziora a potem wzdłuż linii brzegowej. Tak więc po jednej stronie mieliśmy piękne góry i lasy tropikalne a po drugiej plażę. A my jechaliśmy w kierunku lodowców.
Kiedy dojechaliśmy do naszego lodge (Fox Glacier Lodge) pani powiedziała nam, że tu niedaleko jest plaża na której się można opalać a całkiem niedaleko widać góry pokryte lodowcami...hmmm...ciekawe.
Podobno lodowce Fox i Franz Joseph są jedynymi lodowcami na świecie które wchodzą w las tropikalny. Dawniej były one dłuższe i dochodziły do oceanu. Teraz łączą się z lasem tropikalnym. No nic jutro zobaczymy te słynne lodowce. Póki co lekka kolacja i do spania bo jutro hike i oglądanie lodowców.
2016.11.02 Hike w Mt. Cook Parku Narodowym, Nowa Zelandia (dzień 11)
Mt. Cook Village rzeczywiście jest malutka. Wczoraj w ciągu paru minut udało nam się całą objechać. Z drugiej strony tutaj nie przyjeżdżasz na zakupy, ani na spędzanie czasu w wiosce. Każdy tutaj chce iść na hike, albo przynajmniej dojść do punktów widokowych gdzie może oglądać wspaniałe ośnieżone Alpy południowe z których schodzą lodowce.
My zaplanowaliśmy średniej długości hike, chcemy dojść do Schroniska Muller, wysokość 1800 metrów. Jak siła, pogoda i warunki śnieżne dopiszą, to obok schroniska jest szczyt Mt. Oliver (1933 metrów), który też mamy w planie zdobyć. Powyżej schroniska już nie ma szlaków, idzie się za pomocą mapy albo GPSa. Oliver nie jest techniczny i przy dobrej pogodzie widać go ze schroniska. Szczyt ten zyskał swoją sławę dzięki Edmundowi Hilary, który swoją karierę alpinistyczną rozpoczął właśnie od tego szczytu.
Zaparkowaliśmy samochód na parkingu i tu mała niespodzianka. Obok nas zaparkował RV. Wysiadła z niego para i zapytała się gdzie idziemy. Odpowiedzieliśmy, że idziemy do Muller House. Oni szli do Hooker Lake i chcieli się dowiedzieć jakie są warunki, bo mają ze sobą cztero-miesięczne dziecko. Warunki nie były najlepsze, +5C, chmury i lekki deszczyk. Chyba im to za bardzo nie przeszkadzało bo wybrali się tam na hike, na który idzie się jakieś 3 godziny. Ta para jest z Izraela i podróżuje po NZ miesiąc w RV. Coraz więcej ludzi z tego kraju spotykamy. Miesiąc temu w Monachium na Octoberfest też świętowali. Szacun!!!
Nasz start był z wysokości 700 metrów, czyli mieliśmy do pokonania 1100 metrów w pionie do schroniska. Obliczyliśmy, że w 4-4.5 godzin tam dotrzemy. Niestety pogoda nie zapowiadała się najlepsza. Chmury, mgła i lekki deszczyk. My się pogody nie boimy (na dole), ubraliśmy się w odpowiednie ubrania i ruszyliśmy przed siebie.
Nowa Zelandia może jest jednych z najładniejszych krajów, ale pogodę to nie ma najlepszą. Zwłaszcza rejon fiordów i gór jest bardzo mokry. Rocznie spada tutaj około 7-8 metrów wody w różnej postaci! Dla porównania średnia na Ziemi jest poniżej metra. W Seattle spada około metra, a w najbardziej mokrym mieście w kontynentalnej części Stanów ilość opadów wynosi 1.5 metra. Mowa oczywiście o Nowym Orleanie.
Dlatego pewnie ceny za helikoptery, albo za inne podobne usługi widokowe są tak drogie. Oni mają niewiele dni żeby zarobić kasę. Większość dni loty są odwołane ze względu na złą pogodę!
Na dole było jeszcze OK. Nie było wiatru, a chmury, aż tak bardzo wszystkiego nie zasłaniały.
Ten hike jest bardzo specyficzny. Idzie się bardzo stromo do góry, ale super przygotowaną trasą. Zrobili stopnie, które Ilonka w drodze powrotnej policzyła (tak, deszczowa pogoda czasami wpływa depresyjne). Naliczyła aż 1814 stopni! Stopnie mają wiele zalet. Główna to ta, że w klimatach w których ciągle pada deszcz albo śnieg, woda nie płynie trasą na dół i jej nie niszczy.
Od tego momentu szlak jest o wiele trudniejszy i już nie ma schodków, tylko są strome skały. Chodzenie po mokrych skałach w deszczu nie należy do łatwych rzeczy, więc nasza prędkość znacznie zmalała. Do tego już wyszliśmy z lasu i wiaterek czasami też dawał znać o sobie.
Idąc tak do góry spotkaliśmy pana co schodził w dół ze schroniska. Zamieniliśmy parę zdań. Powiedział, że koło chatki dalej nie ma słońca i że jest dużo śniegu. Raki mieliśmy ze sobą, więc śniegiem się nie przejmowaliśmy. Gorzej było z widokami. Mieliśmy nadzieję, że wyjdziemy z chmur i będą odlotowe widoki. Po dłuższej naradzie podjęliśmy decyzje o powrocie na dół. Szkoda, ale lepiej coś na dole zrobić niż siedzieć w chmurach.
I tak ze spuszczonymi głowami schodziliśmy w dół. Ilonki głowa była cały czas spuszczona bo liczyła schody.
Im niżej tym pogoda stawała się lepsza. Na dole już większość czasu byliśmy w słońcu. Dzisiaj chmury upatrzyły sobie wyższe partie gór i tam się zasiedziały.
Wróciliśmy do samochodu, przebraliśmy się w letnie ubrania, zjedli po kanapeczce, wypili po piwku i ruszyli w inne miejsce. Pół godziny od parkingu można dojść do punktu widokowego Kea Point.
Jest to miejsce gdzie przy ładnej pogodzie można oglądać Mt. Cook (najwyższy szczyt w NZ, 3724 metrów), a także inne lokalne wysokie górki. Udało nam się zdobyć ławeczkę gdzie naprawdę się super siedziało i oglądało te wspaniałe górki. Pogoda jak to w górach, często się zmienia, więc tym razem słońce wygrało i wygoniło chmury.
Dalej już nie było szlaku, ale oczywiście my zawsze coś wymyślimy i poszliśmy dalej. Kilkaset metrów w górę znaleźliśmy świetną skałę, która posłużyła nam za ławeczkę.
Tak sobie siedzieliśmy, chłodziliśmy się piwkiem i obserwowali lodowce. Co jakiś czas odrywały się potężne bryły lodu i spadając w dół robiły wiele hałasu. Trochę ludzi też tu przyszło. Robili zdjęcia, chodzili wokół, każdy był pod wrażeniem potęgi lodowców.
Dosiadł się do nas pan z Kanady, z Toronto. Gostek uwielbia lodowce. Ponoć był na każdym kontynencie je oglądać. Mieliśmy trochę wspólnych tematów, bo my już też wiele "zamarzniętych rzek" widzieliśmy. Jednak Kanadyjczyk powiedział, że nie ma to jak Patagonia. Potężne, długie, schodzące do oceanu. Coś jak Alaska, tylko brak ludzi, i to jest piękne. Planujemy, planujemy....
Posiedzieliśmy tak chyba z godzinę i wróciliśmy do samochodu. Po drodze odebraliśmy pizze z takiego fajnego miejsca i na balkonie z fajnym winkiem (oczywiście Pinot Noir z Central Otago), patrząc na wspaniałe góry w promieniach zachodzącego słońca, wspominaliśmy dzisiejszy dzień.
Dzień rozpoczął się wielkimi planami zdobycia szczytu Oliver. Niestety pogoda miała inne dla nas plany. Wygoniła nas ze szczytów i kazała siedzieć w dolinkach, gdzie też było przyjemnie. W wysokich górach pogoda jest nie do przewidzenia. Jak to powiedział kapitan na jednym ze statków. Co 10 minut dostaje nową pogodę, bo dalej do przodu nikt nie jest w stanie przewidzieć. Zdobywanie szczytów w złych warunkach jest za bardzo niebezpieczne. Lepiej odłożyć to na inny czas, góra poczeka, nigdzie nie pójdzie.
2016.11.01 Winiarnie & Mt. Cook, Nowa Zelandia (dzień 10)
Po wczorajszej urodzinowej imprezce Darusia przyszedł czas na opuszczenie Queenstown. Miasteczko bardzo nam się spodobało i chętnie tu wrócimy w sezonie narciarskim. Musi tu być fajnie w zimie jak całe miasteczko zawalone będzie narciarzami. Póki co jest wiosna i rano postanowiłam przejść się po miasteczku, zrobić jakieś zakupy no i przede wszystkim skombinować jakieś śniadanko. W końcu solenizant zasługuje na śniadanie do łóżka. No i znalazłam.....śniadanie ze strzykawką... nie ma to jak kupić pączka (bardzo dobrego zresztą) i dostać do niego strzykawkę pełną nadzienia. Super pomyśl bo dajesz sobie tyle nadzienia ile dusza zapragnie.
Ciekawa sprawa – nie mamy tu kaca. Nie imprezujemy za dużo więc to na pewno jest powód ale przecież wczoraj wypiliśmy troszkę więcej i nadal dziś obudziliśmy się jakby nigdy nic. To chyba to powietrze. Na pewno wrócimy dotlenieni jak nigdy w życiu bo przecież nie ma chyba na świecie kraju, który ma lepsze powietrze.
Po śniadanku przyszedł czas na wino. Dosłownie i w przenośni. Dziś planowaliśmy przejechać z Queenstown do Parku Narodowego Mt. Cook. Droga która łączy te dwa miejsca przechodzi przez rejon zwany Central Otago. Rejon ten zaraz po Marlborough jest jednym z bardziej znanych winnic w Nowej Zelandii. Central Otago charakteryzuje się ciepłymi dniami (w lecie temp. dochodzą do 28C) jak i zimnymi nocami (temp. spada do 9C). Klimat taki jest dość dobry dla „zimnych” winogron. Tak więc uprawiane są tu głównie Pinot Noir, Riesling jak i Pino Gris etc. Również winogrona te, poprzez częste zmiany temperatur cechują się wyższą kwasowością.
Wczoraj do kolacji piliśmy wino z winiarni Gibbston Valley i bardzo nam smakowało. Tak się fajnie złożyło, że winiarnia ta jest dokładnie po drodze z Queenstown do Mt. Cook. Tak więc grzechem byłoby nie wstąpić.
Testowanie win jak i cała otoczka jest zbliżona do stylu amerykańskiego. Jest dedykowany bar gdzie każdy turysta może podejść i wybrać sobie co chce testować. Jest też sala restauracyjna gdzie można zjeść lunch i oczywiście zamówić wino z winiarni. My ograniczyliśmy się do testowania. Niestety win tych nie można kupić w Stanach. Produkują oni za mało win aby mieli co eksportować do USA. Nam winka zasmakowały i zdecydowaliśmy się przywieźć jedno do NY. Wygląda, że nasza lodówka znów się wzbogaci o nową pozycję.
Zauważyliśmy, że wszystkie wina jakie piliśmy w NZ są odkręcane. Troszkę nas to zaczęło zastanawiać. Spytaliśmy się więc Pana w winiarni o powód dlaczego nie używają korków. Podobno, przez to, że NZ jest stosunkowo małym producentem wina dostawali korki gorszej jakość. Przez co procent win które się psuły był dość wysoki i przestało im się to opłacać. Podobno najlepsze korki idą do USA, Francji czy innych krajów. Pewnie to i prawda, że mała, biedna Nowa Zelandia nie mogła się wybić ale myślę, że koszty też miały znaczenie. Przewiezienie tylu korków do NZ może być dość kosztowne.
Po zakupach w winiarni ruszyliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy inne winiarnie ale już sobie je darowaliśmy. Chcieliśmy się ograniczyć do tych najlepszych/unikatowych. Mijaliśmy też jakieś lokalne potworki/zwierzątka pasące się na łąkach.
Droga do Mt. Cook'a zajęła nam około 3h ale jak zwykle nie narzekaliśmy. Widoki po drodze były niesamowite a otaczająca nas zieleń tylko nas uspokajała. Około 17 godziny dojechaliśmy do wioski Mt. Cook. Spodziewaliśmy się czegoś małego ale nie aż tak. Wioska ta znajduje się w parku narodowym i ma tylko hotele. Jest ich ok 10 i jedyne restauracje to te hotelowe.
Fajnie tak mieszkać w samym parku i budzić się z widokiem na górki. Kolejny plus mieszkania w parku to odległość na hiki. Wszędzie blisko więc przed kolacją mogliśmy sobie podejść i zobaczyć lodowiec Tasman. Jest to największy lodowiec na półkuli południowej, poza Antarktydą, oczywiście. Niestety do samego lodowca się nie dojdzie ale można wyjść na punkt widokowy.
Widok jest piękny, a pewnie jeszcze ładniejszy jak jest mniejsze zachmurzenie. Z punktu widokowego można zobaczyć lodowiec który niestety zmniejsza się z każdym rokiem. Jest też piękny widok na jezioro powstałe z wód polodowcowych. Na jeziorze jeszcze od czasu do czasu są mniejsze odłamy lodowca.
Nam się jezioro tak spodobało, że zeszłyśmy na dół i inną trasą poszliśmy do jeziora. Stąd już nie widać lodowca ale jest się bliżej odłamków lodu. Najładniejszy jednak widok jest z rzeki Tasman. Tam można „prawie” dotknąć brył lodu.
W tym rejonie można jeszcze przejść się do Blue Lakes (niebieskie jeziora). Oczywiście, skoro jest trasa to my poszliśmy. Niestety jeziora miały niski poziom wody i nie było tego powalającego widoku. Dopiero trzecie jezioro jest lekko niebieskawe. Pierwsze dwa bardziej przypominają kałużę, niż piękne górskie jeziora. Ale warto się przejść dalej do trzeciego jeziora.
Po spacerku już nie wiele się działo. Kolacja, blog i do spania....jutro kolejny wielki hike. Mam nadzieję, że pogoda nam dopisze.
2016.10.31 Routeburn Track, Queenstown, Nowa Zelandia (dzień 9)
Routeburn Track, jeden z ośmiu wspaniałych Great Walks w Nowej Zelandii. Znajduje się w miarę blisko Queenstown, jakieś półtorej godziny malowniczą drogą wzdłuż jeziora Wakatipu.
Szlak ma 32km. Można go zacząć tak jak my, z Queenstown, albo z drugiej strony, z drogi na Milford Sound. Zalecane jest go pokonać w 2-3 dni. Jest firma co ci przewiezie samochód na drugą stronę jak planujesz zrobić całą trasę. Samochodem jedziesz prawie 5 godzin.
Można też go przejść tak jak my to zrobiliśmy, w jeden, długi dzień. Zaczynasz z dolinki, wychodzisz na przełęcz i wracasz tą samą drogą. Wtedy długość hiku wynosi 27km. Najlepsze widoki i tak są z przełęczy, wcześniej po obu stronach idzie się lasami.
Wyjechaliśmy wcześnie rano z Queenstown i przepiękną drogą wzdłuż jeziora udaliśmy się na początek szlaku. Pogoda zapowiadała się wspaniała, słońce świeciło na bezchmurnym niebie i było bezwietrznie.
W słońcu na parkingu na wysokości 460 metrów było +3C, natomiast jak weszliśmy w las, to poczuliśmy lekki mrozik na twarzy. Uwielbiamy taki start, można iść szybko, nie pocić się, a orzeźwiające powietrze dodaje wiele energii. Szło się dobrze przygotowaną, szeroką trasą wzdłuż strumyka. Woda w nim była nadzwyczaj czysta. Naprawdę, nawet na głębokości wielu metrów, dalej widziało się dno w tej turkusowej wodzie. Czasami szlak urozmaicały nam wiszące, huśtające się mostki.
Do pierwszego schroniska, Routeburn Flats doszliśmy gdzieś w 2 godziny. Ładnie położone schronisko na skraju wielkiej, trawiastej polany przez którą leniwie wiła się rzeczka. Usiedliśmy na ławce w słoneczku i podziwialiśmy wspaniałe widoki.
Schroniskiem opiekuje się pani, która pochodzi z Berlina. 10 lat temu tu przyjechała i powiedziała, że tu jest pięknie i nigdy już nie wyjechała. Ludzie to jednak mają odwagę na takie decyzje. Troszkę jeszcze z nią pogadaliśmy i ruszyliśmy dalej w drogę. Pani, dowiedziawszy się o naszych dalszych planach na hike, powiedziała, że jeszcze mamy dużo przed sobą. Ostrzegła nas też, że w godzinach popołudniowych wyżej w górach ma być silny wiatr i żeby jak najszybciej iść w góry i ewentualnie zawrócić jak będzie niebezpiecznie.
Słuchając rad Niemki, ubraliśmy plecaki i szybko ruszyliśmy w górę. Tutaj już nie było tak łatwo. Szlak nadal był w miarę szeroki, ale jego nachylenie drastycznie się zmieniło, było stromo. Nadal było chłodno, więc nie pocąc się posuwaliśmy się do góry. Dalej byliśmy w lesie, ale co krok to wyłaniały się przepiękne góry.
Po jakiejś godzinie doszliśmy do kolejnego schroniska, Routeburn falls. Jest to nawet dość spory kompleks budynków, które znajdują się na wysokości 1000 metrów, tuż na granicy lasu.
Nie tracąc czasu (pogoda ma się pogorszyć), ruszyliśmy dalej w górę. Zaraz jak wyszliśmy z lasu to poczuliśmy mocniejszy wiatr, ale nadal było ok. Wiedzieliśmy, że do przełęczy mamy jeszcze jakieś dwie godziny marszu. Tutaj już się zupełnie inaczej szło. Ponad lasami, alpejskimi polanami, wiele wodospadów, a te widoki...!!!
Można pewnie tu iść szybciej, ale się nie dało. Za piękne tereny nas otaczały. Za każdym zakrętem było coś innego, coś ciekawszego, coś co powodowało, że aparat i kamera sama wpadała do ręki.
Pod koniec były już nawet odcinki po śniegu, ale nie za długie, ani nie super strome. Łatwe do pokonania.
Przełęcz, Harris Saddle (1255 m), osiągnęliśmy koło 14. Tu już trochę wiało, ale nadal było znośnie. Tuż obok przełęczy znajduje się jezioro o tej samej nazwie. Idealnie wkomponowane w górski krajobraz, aż by się chciało rozbić namiot i spędzić tam kilka dni.
Ze względu na wiatr ciężko było na przełęczy się posilić. Około 10 minut w przeciwnym kierunku znajduje się schron, w którym w zaciszu można usiąść i odpocząć. Nie można tam nocować. Wiedzieliśmy, że potem 10 minut pod górę musimy wracać, ale i tak była to najlepsza opcja.
W schronie było trochę osób. Nawet spotkaliśmy parę z Polski, którzy mieli robić całą trasę, ale się wystraszyli pogody. Druga para była mieszana (Anglia i NZ). W latach 90 byli w Krakowie. Bardzo im się podobało. Najbardziej wspominali jak wyjechali na jakąś wioskę w okolicach Krakowa i się przejechali wozem drabiniastym. Ciekawie o jakiej wiosce mówili. Ale ten świat jest mały, co?
Fajnie się siedziało, ale niestety trzeba było wyjść i wracać na dół. Najpierw 10 minut na górę na przełęcz, gdzie znowu jeziorko nas przywitało wspaniałym widokiem.
Schronisko Routeburn falls w miarę szybko osiągnęliśmy. Od tego momentu zaczynają się lasy, więc wiatru już się tak bardzo nie baliśmy. Postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę i w końcu zjeść jakiś lunch.
Teraz już leciało w dół. Dobrze przygotowana trasa, w lesie, bez wiatru. Co chwilę tylko zatrzymywaliśmy się na podziwianie widoków, oglądanie krystalicznie czystych wodospadów albo napotkanych po drodze mieszkańców lasu.
Około 18 dotarliśmy do samochodu. Był to duży i długi hike. 27 km i jakieś 1200 metrów do góry i na dół. Nogi to trochę odczuły, ale było warto, zwłaszcza w tak pięknej pogodzie, która rzadko się zdarza w tej części NZ.
Na 20:30 mieliśmy zrobioną rezerwacje w Queenstown na urodzinową kolację. Extra czas wykorzystaliśmy na farmę baranów. Musieliśmy sobie przecież jakiegoś wybrać na kolacje.
Tak jak wczoraj pisałem, Queenstown to imprezowe miasto, ale też słynie z bardzo dobrych restauracji. Dzisiaj mam urodziny, więc trzeba to jakoś godnie świętować. Wybraliśmy restaurację Botswana Butchery, która ponoć jest rajem dla ludzi którzy kochają mięska!
Teraz w Queenstown nie ma sezonu, a restauracja była pełna. Kelner nam powiedział, że w sezonie to trzeba rezerwacje robić tak wcześnie jak się rezerwuje hotel, tygodniami do przodu. Chyba jednak dobrze tu gotują
Na start poleciał tatar, i to nie byle jaki tatar, z sarny. Jedliście kiedyś? Oczywiście jak każdy dobry tatar, był posiekany, a nie mielony. Ponoć mielone mięso już nie ma tej struktury, co siekane. Wszystkie włókna są rozerwane i je się jak niedopieczony hamburger. Ostatnio jadamy tatary z różnych żyjątek (łosoś, tuńczyk, krowa...) i wszystko siekają. Coś chyba w tym musi być.
Jak smakuje surowa sarnina? Jednym słowem, pyszna. Mięsko rozpływało się w ustach. Oczywiście ma smak dziczyzny, ale tutaj nawet jagnięcina smakuje dziko.
Jak przystało na dobrą knajpę, listę win też mieli bogatą. Większość win to nowozelandzkie Pinot Noir, takie też szukaliśmy. Somalier polecił nam wino z pobliskiej winiarni, Gibson Valley 2014. Tak nam smakowało, że może jutro pojedziemy do tej winiarni na wine tasting i na zakupy. W końcu będziemy przejeżdżać przez Central Otago. Bardzo mała produkcja, więc te wina nie są osiągalne w Stanach. Nasze wyobrażenie o winach z NZ się "troszkę" zmieniło, zwłaszcza z Central Otago. Ich Pinot Noir bardziej przypominają wina z Oregon czy Burgundy a nie np. z Marlborough w NZ. Ach, jak te podróże nas kształcą!
Przyszedł czas na główne danie. Oczywiście wybór mięs mają olbrzymi, ale będąc w kraju, który hoduje najlepszą jagnięcinę na świecie, grzechem by było jej tutaj nie zamówić. Ponoć jagnięcina w Walii też jest pyszna. Jadł ktoś?
Zamawianie dalej nie było proste, bo mają parę rodzajów tego mięsa. Różne części baranka, a także z różnych części kraju (niziny, wyżyny).
Wybraliśmy Lamb Shoulder z górskiego baranka (to chyba jest udziec barani, albo łopatka). Mięso jest podawane na dwie osoby i waży "jedyne" 1.4kg. Kość z tego ważyła 250 gramów, więc mieliśmy ponad kilogram idealnie wypieczonego mięcha. Nie ma co opisywać jak to smakowało, bo to tak jak z widokami w górach, brak słów.
Było przepyszne! Z zewnątrz skórka idealnie zrumieniona, a w środku soczyste, delikatne mięsko. Wiem, że pieczenie to nie wszystko, trzeba mieć też dobre zwierze, które nie siedzi na farmie, tylko biega po górkach i zajada świeżą, czystą trawę. Jego mięśnie wtedy stają się mocne, silne, dobrze przerośnięte, co potem widać na talerzu.
Tak siedzieliśmy, ogryzaliśmy kosteczki i zastanawialiśmy się, że dzięki podróżą człowiek ma możliwości poznawania nowych kultur, zwyczajów, ludzi, a także kuchni, które oczywiście różnią się od naszej.
Do lizania kosteczek musiało polecieć drugie wino. Tym razem wzięliśmy Akitu, też PN z Central Otago. Nie było, aż tak złożone i pełne jak to pierwsze, ale też "dało się wypić".
Ach co to był za wieczór. Dziękuje Ilonko za wspaniałe urodziny.