Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 76
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2017.08.20 Valle Nevado, CL (dzień 4)
Jak przystało na niedzielę - dziś był dzień małego leniuchowania. Oczywiście nie znaczy to, że wogóle nie poszliśmy w góry albo, że spaliśmy do południa. Ja musiałam dzis popracować - niestety nie ma łatwo i w dobie internetu trzeba być dostępnym 24/dobę. No własnie w dobie internetu. A co jeśli internet nie doszedł we wszystkie zakamarki świata.
Tak więc ja wyruszyłam w poszukiwania WiFi. Nie chciałam siedzieć nigdzie w środku. Nadal chciałam być na świerzym powietrzu. WiFi w hotelu dostępny jest tylko na recepcji i w sali komputerowej. Knajpek jest tu kilka ale niestety internet w nich jest dość słaby i ciężko tam pracować. Udało mi się znaleźć w miarę dobre połączenie w okolicy jackuzi. Całkiem niezłe miejsce na biuro - nie?
W między czasie Darek poszedł na narty ale...
Wczoraj chyba za bardzo przeforsowałem nogi. Jeżdżenie cały dzień w głębokim śniegu ma też swoje wady. Nogi też mają limit wytrzymałości. Ale oczywiście na wakacjach nie wolno odpoczywać, więc dzisiaj już od rana zacząłem białe szaleństwo. Może nie bawiłem się tak ostro jak wczoraj, bardziej wybierałem ubijane trasy.
Całe Valle Nevado położone jest powyżej granicy lasów. Co to oznacza? To oznacza, że przy dobrej pogodzie, takiej jak dzisiaj, widoki są oszałamiające. Gdzie nie spojrzysz to same piękne góry. Cały czas chcesz się zatrzymywać i robić fotki. Dzisiaj mi to nawet odpowiadało, nogi chciały często stawać.
Wyjechałem na najwyższe miejsce gdzie tutaj można wyjechać wyciągami, na Tres Puntas, 3670 metrów. Wyjeżdża tutaj dłuuugi wyciąg orczykowy. Jedzie się wiele minut stromo pod górę. Pośladki i uda bolą od ciągłego ściskania małego talerzyka żeby go nie wyrwało. Zresztą w całym Valle Nevado więcej jest orczyków niż wyciągów krzesełkowych. Pewnie taniej jest założenie takiego wyciągu, a przy dużych wiatrach (często tu takie panują) orczyk dalej może jechać.
Ze szczytu przepięknie widać El Plomo (5,430 m.) z jego lodowcami, a w drugą stronę przebijało się zza chmur Santiago. Idealne miejsce na przerwę, piwko i wpatrywanie się w otaczające mnie Andy. Dzisiaj nie miałem siły iść dalej, ale za parę dni tu wrócę z kolegą, ubierzemy raki i podejdziemy jeszcze wyżej, żeby zrobić piękny zlot.
Wróciłem do głównej części resortu a tu rozczarowanie. Jest niedziela, czyli to pewnie tłumaczy duże kolejki do wyciągów. Dużo ludzi i mało wyciągów, a na dodatek bałagan. W Europie to ludzie się pchają na chama do wyciągów. Na cztero-osobowych krzesełkach sześć osób by jechało gdyby mogło. W Stanach jest obsługa i wszystko ładnie układa, tak, że wolne krzesełko nie jedzie do góry. Tutaj każdy robi co chce. Jeżdżą pojedynczo, czekają na innych, nie dosiadają się.
Nie chciało mi się już wracać na orczyki wyżej w góry (nogi zabroniły), więc zjechałem na dół, dołączyłem do Ilonki, otworzyłem piwo i zacząłem jej przeszkadzać w pracy.
Reszta ekipy szybko dołączyła, zamówiliśmy pizzę i ogólnie zrobiliśmy sobie dłuższy lunch. Ja tutaj przyjechałem z szerokimi nartami na puch, natomiast kolega takie narty dopiero tutaj wypożyczył. Dzisiaj był jego pierwszy dzień na tych nartach, więc jego nogi też chciały dłuższej przerwy
Nie wiem jakim cudem po lunchu chłopaki mieli siłę iść jeszcze na narty. Ale jak coś się kocha to nie ma, że boli. Tak więc narciarze poszli na narty a ja poszłam do hotelu. Niestety siedzenie w słońcu przez parę godzin dało mi się we znaki i szybko padłam do łóżka. Obudziłam się jak reszta wróciła z nart i trzeba było iść na kolację. Tutaj kolacje są wliczone w cenę. Mamy do wyboru dwie restauracje. W jednej wybiera się z menu i można zamówić przystawkę, sałatkę, danie główne i deser. My osobiście wolimy drugą restaurację gdzie jedzenie serwowane jest jako bufet i każdy może jeść co chce i ile chce, a do tego można podejść pod grill i zamówić sobie mięsko albo rybkę lub jakiś makaron.
Moją ulubioną częścią jest jednak deser. No bo jak się nie skusić na takie małe, pysznie wyglądające ciasteczka. Wieczorem nadrabialiśmy zaległości komputerowe....tym razem wiedzieliśmy gdzie znaleźć wifi. Jednak życie bez wifi jest ciężkie...ale na tym powinny polegać prawdziwe wakacje, limitowany dostęp do internetu to lepsza integracja z towarzystwem.
2017.08.19 Valle Nevado, CL (dzień 3)
Kiedy ostatni raz mieliście dzień w waszym ulubionym sporcie który będziecie pamiętać do końca życia? Tydzień temu, miesiąc, rok, pięć lat? Na nartach może miałem 4-5 takich dni w życiu. Dzisiejszy na pewno do takich zaliczę.
Wczoraj w nocy nad południowymi Andami przeszła śnieżyca i spadło 20+ centymetrów świeżego puchu.
Puch w Ameryce Południowej różni się od puchu w Europie. Stary kontynent jest mokry, więc puch jest ciężki. Tutaj wszędzie wokół są pustynie, które wysuszają powietrze. Puch jest lekki i się nie lepi. Po prostu raj dla narciarzy.
Dzisiaj cały dzień jeździłem w raju, w Valle Nevado. Nie będę za wiele się rozpisywał. Załączę więcej zdjęć. Ludzie którzy jeżdżą na nartach to zobaczą, nie narciarze nigdy tego nie zrozumieją.
Wyciągi otwierają o 9 rano, więc o 8:55 grzecznie stałem w kolejce na ich otwarcie.
Pierwszy zjazd był delikatny, taki na rozgrzewkę, natomiast każdy następny był ciekawszy.
W tym czasie Ilonka atakowała górki:
Pomimo, że mam bilet na narty i mogę używać wszystkich wyciągów to wybrałam spacerek do góry. Po pierwsze bilet mam bo i tak był wliczony w cenę a pokój bez wyżywienia i nart w innym hotelu był droższy. Po drugie dla ćwiczenia spacerek do góry jest wskazany. Po trzecie, w Valle Nevado nie ma za dużo wyciągów. Większość to orczyki na których ciężko by było iść w rakach. Tak więc aby dojść do jedynej knajpy położonej w górach założyłam raki i ruszyłam w drogę.
Nie widać aby dużo ludzi chodziło tu po górach. Czasem widziałam ślady ale to głównie snowboardziści, którzy czasem biorą deskę pod pachę i gdzieś podchodzą. Ogólnie po trasach można chodzić, trzeba tylko mieć ważny bilet na narty i sprzęt.
A chodzić jest gdzie. Niesamowite przestrzenie, stosunkowo mało ludzi, widoki zapierające dech w piersiach i piękna pogoda. Czułam troszkę brak tlenu ale nie było źle. Myślałam, że będę tam szła około 2h ale udało mi się wyjść w niecałą godzinę.
Infrastruktura tych gór jest dużo gorsza niż w Europie czy na zachodnim wybrzeżu. Tak więc w górach jest tylko jedna restauracja z tarasem. Znajduje się ona na szczycie gondoli więc można tam spotkać przeróżnych ludzi. Panienki prawie w szpilkach jak i prawdziwych narciarzy. Niestety nie ma tam WiFi wiec czekając na resztę ekipy podziwiałam widoki - może i lepiej. Lepsze to niż być wpatrzonym w telefon.
W między czasie Daruś dalej szalał w górkach.
Około południa dojechałem do jednych z ciekawszych terenów w Valle Nevado, do Ancla.
Tutaj nie ma tras. Jedzie się na dół.
Szczególnie jeden rejon utkwił mi w pamięci. Bajka. Napotkany po drodze przewodnik mi tylko powiedział (nawet ładnie mówił po angielsku), że można tu zjechać tylko trzeba uważać, bo dużo kamieni jest lekko przysypane śniegiem. Powiedział też, że im szybciej jedziesz tym mniej się zapadasz i mniej będziesz haratał o kamienie. Jechałem dosyć szybko, ale i tak narty muszę dać do naprawy. Ilość śladów można policzyć na palcach jednej ręki. To się dopiero nazywa jeżdżenie na nartach na końcu świata.
Na lunch wróciłem do głównej części, gdzie już było dużo ludzi i trasy rozjeżdżone. Ilonka już dzielnie pilnowała stolika na tarasie.
Na lunch były kabanosy i piwko z plecaka. Można niby coś zamówić do jedzenia ale jakoś hot-dog za $12 mnie nie zachęcił więc kabanos, orzeszki i czekolada wystarczyła.
Po lunchu zjechałem parę razy, ale już nie było siły na jakieś wielkie szaleństwa. Dalej aklimatyzacja nie zostało zakończona. To dopiero nasz drugi dzień.
Na dole spotkałem Ilonkę i się zaczęło.
W między czasie ja zeszłam. Nasz hotel jest położony w połowie stoku więc spotkała mnie niespodzianka. Zeszłam kawałek na dół a tu się okazało, że znów muszę się trochę wspinać na górę.
Dziś (jak w każdą sobotę) miał być pokaz z pochodniami. Po zachodzie słońca narciarze biorą pochodnie w dłonie i zjeżdżają z samego szczytu. W związku z tym zamówiliśmy sobie kolację na wcześniejszą godzinę. Tak aby zjeść jeszcze przed zachodem słońca. Akurat na styk po kolacji zdążyliśmy zobaczyć zachód słońca - przepiękny.
I poszliśmy się wpychać na taras widokowy. Pomimo, że było dość mroźnie, to nadal dużo ludzi się uzbierało na tarasie i czekali na pokazowy zjazd. Trochę zajęło im ułożenie się ale grała muzyka, i wszyscy dobrze się bawili. W końcu ruszyli z góry. Widać było najpierw małe punkciki, które poruszały się w kolumnie w dół. Im bliżej dołu tym wyraźniejsze postacie się robiły. Na koniec wszyscy zebrali się w wielkim kółku i minutą ciszy podziękowaliśmy, za ładny pokaz.
Po pokazie każdy dostał symbolicznego drinka Pisco Sour. Nie był jednak tak smaczny jak w Santiago. Widać, że kupili jakąś masówkę. Spróbowaliśmy ale szybko przenieśliśmy się do hotelu gdzie rozegraliśmy parę partyjek w grę planszową Indigo i porozmawialiśmy z pracownikami hotelu. Za każdym razem jak ich częstujemy piwem to nam dziękują bardziej niż jakby dostali napiwek....hmmm...ciekawe dlaczego...
2017.08.18 Valle Nevado, CL (dzień 2)
Znacznie lepiej śpi się na łóżku w hotelu niż na siedzeniu w samolocie. Do takiego wniosku doszedłem dzisiaj rano jak po 8 godzinach wylegiwania się otworzyłem oczy. Spanie nadrobione, można dalej kontynuować wakacje. Dzisiejszy dzień zapowiada się ciekawy. Około 11 rano mają nas odebrać spod hotelu i zawieź gdzieś wysoko w góry.
W Santiago są straszne różnice temperatur. W nocy jest dosyć zimno, kurtki się przydają. Natomiast w ciągu dnia jest gorąco, zwłaszcza w słońcu. Czyli z ciepłego miasta w niecałe dwie godziny (50 km) mamy zajechać do krainy śniegów i lodowców. Po dobrym i obfitym śniadaniu w hotelu wyruszyliśmy w góry.
Dobrze, że przyjechał duży samochód. 4 osoby plus kierowca, sprzęt narciarski, wszystkie bagaże..... zajęły trochę miejsca. Około 11:15 opuściliśmy cieplutkie Santiago i udaliśmy się w góry. Kierowca niestety prawie nic nie mówił po angielsku, więc znowu nasz super słaby hiszpański musiał się wziąć do roboty. Początek drogi był dwupasmową, szeroką autostradą. Po około 30 minutach zjechaliśmy z niej i zaczęło się ostro do góry.
Po drodze mieliśmy oczywiście kontrole drogową. Policja (Carabineros) spisała nam numery paszportów i życzyła bezpiecznej drogi. Byliśmy na wysokości 600 metrów, a musimy wyjechać na 3km. Dużo drogi przed nami. Ponoć musimy pokonać 40 serpentyn, wyjechać na płaskowyż i potem jeszcze kolejne 20 pętelek.
Im wyżej tym lepsze widoki. Dalej było ciepło, palmy i kaktusy rosły koło drogi. Do śniegów jeszcze daleko. Kierowca pomału, ale jednostajnie wspinał się do góry. Robiliśmy częste przystanki na podziwianie widoków i na zdjęcia.
Z góry dopiero było widać jak w całym Santiago unosi się wielki smog. W sumie jak byliśmy w mieście to nie czuliśmy tego aż tak, ale teraz z góry to masakra tam jest na dole.
Na postojach odwiedzały nas lokalni mieszkańcy gór, szczególnie Kojoty i Albatrosy. Jak w pewnym momencie Albatros nad nami poszybował, to aż było słychać świst powietrza z jego skrzydeł. Coś jakby przelatywał ktoś na lotni nad nami. Ale to ptaszysko jest wielkie.
Minęliśmy 2,000 metrów, śniegu zaczął się pojawiać. Dalej było go niewiele, ale jak wysiadaliśmy z samochodu to już czuliśmy mroźniejsze powietrze. Po drodze minęliśmy dwa resorty narciarskie, Colorado i La Parva. Ponoć górami z Valle Nevado można do nich dojechać. Nie omieszkamy tego za parę dni zbadać.
Teraz śniegu zaczęło szybko przybywać. Widoki były coraz to ciekawsze. Niestety droga była stroma i wąska. Kierowca nigdzie się nie mógł zatrzymać. W końcu minęliśmy znak z napisem 3,000 metrów i wjechaliśmy do wioski położonej wysoko w Andach. Do jednego z najsłynniejszego resortu w Ameryce południowej, wjechaliśmy do Valle Nevado.
Wioska jest niewielka. Składa się z paru hotelów, barów, sklepików..... Wszystko to jest otoczone górami, które szczyty sięgają ponad 5,000 metrów. Widok zapierał dech w piersiach. Do braku oddechu przyczyniła się też wysokość. Byliśmy na 3,000 metrów, tu już jest mało tlenu. Najgorsze jest to, że my dopiero jesteśmy na dole. Wyciągami jedziesz dalej w górę. Nawet nie wiem na jaką wysokość. Później to sprawdzimy.
Niestety nasz pokój nie był jeszcze gotowy. Co tu robić, pomyśleliśmy. Długo się nie zastanawialiśmy. Szybko przebraliśmy się, zapięliśmy narty i ruszyliśmy zwiedzać teren. Mieliśmy tylko troszkę na dole się pobawić, sprawdzić śnieg i się zaaklimatyzować.
Co wam powiem, to wam powiem, ale świetnie tak w sierpniu szusować po naturalnym śniegu. Valle Nevado ma najlepszy system wyciągów w całej Ameryce Południowej. Wiadomo, nie są to Stany czy Europa, ale i tak mają ich trochę. Zjechaliśmy parę razy na dole i oczywiście zachciało nam się większych atrakcji.
Wyjechaliśmy trochę wyżej i dopiero stąd zobaczyliśmy jak to jest ogromne. Przed nami ukazały się piękne Andy z wielkim lodowcami i polami do zjeżdżania na nartach. Niestety śniegu nie mają za wiele. Dużo skał wystaje i wiele terenów jest nieczynnych. Miejmy nadzieję, że wciągu tego tygodnia spadnie tutaj metr śniegu i będzie można na maksa używać białego szaleństwa!
Zjechaliśmy parę razy ze szczytów, ale jednak brak aklimatyzacji dawał się we znaki. Zresztą było już po 16 i niedługo wyciągi będą zamykać, a raczej nie chcemy w tych górach nocować. Widoczność robiła się coraz gorsza. Zjechaliśmy na dół i poszliśmy sprawdzić jakie après ski lokalni tutaj mają.
Muzyka grała na żywo, piwo i Pisco 50% taniej, Fondue się rozpływało w ustach. Świetny klimacik. Bardzo nam się podobało i super się siedziało. "Niestety" mieliśmy rezerwacje na kolacje na 19 więc musieliśmy opuścić ten bar. Na pewno tu jeszcze nie raz zawitamy podczas naszego pobytu.
Po kolacji zaczęło się zwiedzanie (szwendanie) hotelu. Zaglądaliśmy w każdy kąt i chyba każdy pracownik nas już zna. Z ciekawostek muszę dodać, że nasz hotel jest położony na niezłej skarpie.
Wchodzisz z poziomu ulicy i jak się okazuje jesteś już na ósmym piętrze. My mieszkamy na piątym, więc musieliśmy zjechać w dół trzy piętra. Nieźle, nie? Siedząc tak w jednej ze świetlic zauważyliśmy, że na zewnątrz jest ostra śnieżyca. Wiało i sypało na maksa. Świetnie, pomyśleliśmy. Jutro powinny być idealne warunki narciarskie.
2017.08.17 Santiago, CL (dzień 1)
Kolejny kraj na mojej liście. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam w Chile a przecież to taki piękny kraj. W ogóle to stwierdzam, że za mało podróżujemy do Ameryki Południowej. Zawsze jakoś tak się składa, że inne kraje są bliżej, bilety są tańsze albo trafia nam się okazja nie do odrzucenia. Tym razem okazja też była nie do odrzucenia – zima w środku lata, odwiedzenie dwóch nowych krajów a przede wszystkim zaliczenie kolejnych dwóch stref czasowych.
Tak więc po 10h locie o godzinie 6:30 rano wylądowaliśmy w Santiago, stolicy Chile. Nawet nie łudziliśmy się, że uda nam się dostać pokój w hotelu tak wcześnie rano, ale i tak pojechaliśmy prosto z lotniska do hotelu. W najgorszym wypadku zawsze można bagaże dać do przechowalni. Zarezerwowany mieliśmy hotel Marriott Courtyard. Pani na recepcji była prze miła i zdecydowanie dołożyła wszelkich starań, abyśmy dostali pokój wcześniej. Jednak przed 10 rano było to nadal nie możliwe.
W związku z tym zostawiliśmy bagaże, odświeżyliśmy się i poszliśmy szukać miejsca z dobrym śniadaniem. Pani z hotelu poleciła nam Cafe Malba. Rzeczywiście bardzo przyjemne miejsce z pysznym jedzonkiem.
Idąc do Cafe Malba zdziwiła nas ilość kawiarni i barów w okolicy. Nasz hotel jest trochę na uboczu i trochę się bałam, że nie będzie tu nic do roboty ale się myliłam. Jak się później okazało to więcej knajpek jest koło naszego hotelu niż w centrum miasta i są dużo przyjemniejsze.
Wiadomo 10 rano to za wcześnie, żeby się szlajać po knajpach. Zresztą my też byliśmy troszkę zmęczeni. Wróciliśmy do hotelu i udało nam się zdobyć pokój. Dość szybko padliśmy na łóżko i poszliśmy spać. Starość nie radość i już niestety nie sypiamy za dobrze w samolotach. Wiadomo, coś tam się pośpi ale nie jest to tak wygodne jak łóżeczko. W między czasie do hotelu dotarli nasi znajomi. Tym razem wakacje spędzamy z dwójką innych znajomych, którzy niestety nie lecieli z nami samolotem i nas dogonili w hotelu parę godzin później. Jak już wszyscy się ogarnęli to poszliśmy na miasto. Pierwszy punkt naszej wycieczki był dość blisko. Supermarket. Jutro jedziemy w góry i nie chcemy przepłacać i kupować wszystkiego po cenach resortu więc się zaopatrzyliśmy w lokalnym supermarkecie. W supermarkecie nie umknęło naszej uwadze piwo „Aged” (rocznikowe).
Piwo było niesamowicie dobre. Jedno z tych piw, które możesz pić godzinę bo się delektujesz każdym łykiem. Aby piwo przetrwało tak długo to musi mieć większy poziom alkoholu ale to było tak dobrze wyważone, że nawet się nie czuło tego. Na wyjazd zrobiliśmy duże zakupy. Na szczęście hotel ma wspólny parking z centrum handlowym i udało nam się wjechać wózkiem sklepowym do naszego pokoju hotelowego. Był trochę wstyd na recepcji ale pracownicy hotelu byli w takim szoku, że nawet nam nic nie powiedzieli tylko zaczęli się śmiać.
Po wszystkich sprawach organizacyjnych przyszedł czas na zwiedzanie miasta. Nie każdy miał szczęście i możliwość zjedzenia dobrego śniadania więc restauracja/knajpka została przegłosowana. Poszliśmy do CHiPE Libre Republica Independiente del Pisco.
Knajpa ta słynie z Pisco. Podobno zawsze Chile i Peru się kloca kto robi lepsze Pisco. Ta restauracja postanowiła ze nie ma granic i stworzyli nowy „kraj” Republica del Pisco. Stworzyli oni mapę rożnych rejonach w których produkuje się Pisco i ciągnie się to od południowego Chile aż do Limy.
My na dzień dobry zamówiliśmy drinki ale już po pierwszej kolejce zostaliśmy wyedukowani, ze drinki są dobre dla bab a prawdziwi faceci pija Pisco delektując się jak dobrym brandy. Bo Pisco to nic innego jak brandy. Też jest robione z winogron i dochodzi do perfekcji w beczkach. Zazwyczaj ma około 40% alkoholu. Pisco sour jest najpopularniejszym drinkiem na bazie tego alkoholu. Można jednak zamówić bardziej wymyślne drinki i tak ja wybrałam drink z sokiem pomarańczowym, rozmaryn i innymi dodatkami.
Mieliśmy super kelnera który opowiedział nam bardzo dużo o rodzajach Pisco, o całej idei stworzenia knajpy gdzie nie ma granic jeśli chodzi o Pisco jak i o różnicach miedzy różnymi krajami. W Chile Pisco dzieli się na 3 podstawowe grupy. Podział jest na podstawie długości przechowywania w beczkach (proces zwany leżakowaniem). Najmłodsze zwane transparent (przeźroczyste) przechowywane są tylko 6 miesięcy. Kolejny stopień to 6 miesięcy do 1 roku, to Pisco Reservado. Ostatnie zwane aged są najdłużej przechowywane bo ponad rok. Mogą być nawet przechowywane kilka lat. Często przechowywane są one w beczkach po burbonach nawet przez kilka lat. My testowaliśmy 6 letnie Pisco. Wyróżniało się ono kolorem. Normalnie pisco jest przezroczyste ale im dłużej leżakuje tym ciemniejsze się robi i bardziej przypomina burbon zarówno w smaku jak i kolorze.
Z drugiej strony Pisco w Peru jest klasyfikowane bardziej na podstawie procesu i szczepu winogron. Pierwsza grupa to Pisco Puro zrobione tylko z jednego typu winogron. Druga grupa to Acholado pomieszane szczepy (blended). Trzeci Mosto Verde nie ogranicza ile szczepów winogron trzeba tam dodać ale różni się od reszty sposobem destylacji i fermentacji.
Darek jako najlepszy somalier ocenił, że Pisco aged jest najlepsze i może konkurować z dobrymi koniakami czy nawet whiskey. Kolejnym plusem tej restauracji było jedzenie. Poleciały ośmiornice, ceviche i cała masa innych przysmaków. Najedliśmy się jak głupie świnki i trzeba było spalić jakoś te kalorie. Poszliśmy więc zwiedzać miasto. Było już pod wieczór więc klimat na ulicach był bardzo mieszany.
W planie mieliśmy zobaczyć starą część miasta z zamkiem prezydenta, plaza de Armas itp. Tak więc ruszyliśmy w kierunku „centrum” nie wiedząc do końca czego oczekiwać. A na ulicach Santiago po 8 wieczór dzieje się wiele. Prawie jak w piosence SDM Opadły Mgły – tylko tutaj nie mleczarze ciągnęli swoje wózki ale panie grille z kurczakami. Ciekawy widok – muszę powiedzieć. Zazwyczaj pani miała wózek na węgiel, oczywiście podpalony a na kracie robiły się szaszłyki z kurczaków. Z kolei Panowie zazwyczaj mieli rozłożony kocyk na chodniku na którym rozrzucone były czekoladowe batoniki. Ciekawe czy oni naprawdę sprzedają batoniki czy jest to jakaś przykrywka.
Szwendając się po mieście doszliśmy do wniosku, że przydałaby się nam gotówka. Niby nic trudnego – wystarczy wejść do banku i wyciągnąć kasę z bankomatu. Okazało się, że nie wszystko w życiu jest takie proste jak się wydaje. W Chile mają jakieś dziwne zabezpieczenia dla kart debetowych i nie można wyciągać pieniędzy z bankomatu jak się nie ma karty z lokalnego banku. Tak więc zrozpaczeni pocieszyliśmy się lokalnymi pączkami. Za które, udało nam się zapłacić kartą kredytową.
Doszliśmy wreszcie do rynku – i muszę przyznać, że się trochę rozczarowałam. Zamek prezydencki to taki jakiś zwykły budynek natomiast Plaza de Armas, która miała być ich rynkiem nie wiele ma do zaoferowania.
Tak więc wskoczyliśmy w Uber (na szczęście tutaj też doszedł uber) i wróciliśmy pod nasz hotel. Dzielnica w której mamy hotel jest bardziej biznesowa ale jest czystsza, przyjemniejsza i ma więcej kameralnych kafejek i restauracji. Tak więc po małym spacerku po okolicy wróciliśmy do hotelu. Jutro jedziemy w górki. Czas zacząć prawdziwe wakacje!
2017.08.16 Santiago, CL (dzień 0)
Lato - o czym prawdziwy narciarz marzy w te upalne miesiące? Tylko o jednym, żeby jak najszybciej minęły te gorące dni, deszcz zamienił się w śnieg i pokrył lokalne wzgórza. Wiem, że marzenia się spełniają i trzeba je mieć. Moje o nartach w letnie miesiące też się spełniło. Może nie posypało na lokalnych górkach, ale na sąsiednim kontynencie spadło ostatnio trochę śniegu.
Samolotem parę godzin więcej niż samochodem do Maine a już jesteśmy na drugiej półkuli, gdzie w sierpniu zima jest w pełni. Zawsze w zimie uciekamy na północ, aby było więcej śniegu. Na globie spadliśmy prościutko na dół, jak po sznurku.
Często, tak jak i tym razem bilety mieliśmy prawie za darmo, więc nie obeszło się bez małego zamieszania na lotnisku. Latamy na biletach dla załogi, więc nigdy do końca nie wiemy czy polecimy. Pan przy odprawie dał na kwitki na bagaże, że są w zawieszeniu i musieliśmy chwilę poczekać. Jak zwykle wszystko dobrze się skończyło i musieliśmy tylko dopłacić $100 za narty i wsiedliśmy do LATAM. Wszystko było na styk z czasem, więc już nie było czasu na żaden relaks ani na piwko.
Linie LATAM (byłe LAN) nie należą do jakiś super, są przeciętne. Dało się to wyczuć w serwisie i komforcie na pokładzie. "Trochę" ta Azja nas rozpieściła. Emiraty, Etihad czy inne samoloty z tamtych rejonów to dalej czołówka światowa. Nasz lot trwał 11 godzin. Fajnie, że nie musimy zmieniać stref czasowych i nie będziemy mieli Jet-laga.
Po paru godzinach lotu (gdzieś nad Kubą) piwo im się skończyło, więc poszliśmy spać. Trochę ciasno było (mimo, że wzięliśmy siedzenia z większym miejscem na nogi) także niewiele pospaliśmy, ale jakoś szybko zleciało i o 7 rano wylądowaliśmy w stolicy Chile, Santiago.
Zimno tu mają, obydwoje to stwierdziliśmy zaraz po wyjściu z terminalu. Mino, że palmy rosną to może było +5C. Wyjście też nie było łatwe. Na początku w odprawie paszportowej gościu ani słowa nie mówił po angielsku, a potem dziesiątki lokalnych chciało nam zaoferować transport. Myśmy dzielnie przez nich się przedarliśmy i wyszliśmy na zewnątrz gdzie nie było łatwo, ale zamówiliśmy Ubera.
W około pół godziny dotarliśmy malutkim samochodem do naszego hotelu gdzie spędzimy jedną noc. Było jeszcze wcześnie rano, więc nasz pokój nie był gotowy. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni i udaliśmy się zwiedzać Santiago.
2017.07.29-30 Slide Mountain, Catskill, NY
Nasz ostatni kemping w tym roku...tak dobrze widzicie. Jest dopiero koniec lipca, środek lata, wszyscy spędzają weekendy poza miastem a my właśnie zamykamy sezon kempingowy. Jeśli dobrze nas śledzicie to zauważyliście już pewnie, że w tym roku nie byliśmy jeszcze nigdzie na nartach...no więc w zimie jeździliśmy po ciepłych krajach, w lecie zamykamy sezon kempingowy wcześniej aby ochłodzić się w Ameryce Południowej – no i oczywiście opalić. Bo nie ma nic lepszego niż narciarska opalenizna.
Po 4 latach znów postanowiliśmy zrobić hike w Catskill. Jakoś od 2013 roku nie jeździliśmy do Catskill. Zasada była prosta. Na zwykły weekend jedziemy do Adirondack, na długi weekend w Białe Góry. Oczywiście, zarówno Białe Góry jak i Adirondacks są większe i ciekawsze więc wybór wydaje się oczywisty. Nie chcieliśmy jechać dwa razy w miesiącu do Adirondack więc przeprosiliśmy się z Catskill i wybraliśmy jeden z dłuższych szlaków.
W piątek po pracy szybko pojechaliśmy do hotelu w Poughkeepsie – byliście kiedyś tam? My też nie, ale byliśmy w szoku. Niby małe, zwykłe miasteczko gdzieś w upstate New York (północnej części stanu NY) a jednak nie takie zwykłe. Przejeżdżaliśmy przez nie koło 11 w nocy a na ulicach było nadal pełno ludzi, pod kręgielnią na parkingu był tłum samochodów a jak podjeżdżaliśmy pod nasz hotel to zaskoczyło nas kino samochodowe. Wszystko tam mają a życie toczy się prawie jak w NY.
My niestety na kino nie mieliśmy czasu – a szkoda bo nigdy nie byłam w kinie samochodowym. Nie tracąc czasu poszliśmy spać, żeby na drugi dzień wstać o 5 rano i wyruszyć w drogę. Z hotelu do kempingu mieliśmy ok. 1h jazdy. Trzeba było jednak jeszcze skombinować drzewo u lokalnego drwala i zarejestrować się na kempingu. Nie ma łatwo ale ponieważ trasa którą wybraliśmy zaczyna się i kończy na kempingu to chcieliśmy mieć już wszystko przygotowane. Aby po hiku tylko otworzyć sobie piwko i spokojnie usiąść na krzesełku.
Hike wyliczyliśmy na 11h. Mieliśmy zdobyć 3 szczyty w tym najwyższy Slide i wrócić okrężną drogą na pole namiotowe. Szczyt Slide można zrobić bardzo łatwo z parkingu ale wtedy raczej nie zdobędzie się dwóch pozostałych szczytów. Trenować jednak trzeba, na łatwiznę iść nie można więc ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy w górę.
Trasa nie rozpieszczała. Nadal była łatwiejsza niż w Adirondack ale były momenty gdzie stawaliśmy przed skałami i zastanawialiśmy się co dalej.
Pierwszy szczyt Wittenberg zdobyliśmy dość łatwo. Nawet nie robiliśmy na nim przerwy, tylko od razu uderzyliśmy na drugi szczyt Cornell. Z drugiego szczytu zobaczyliśmy nasze przeznaczenie Slide. Piętrzył się nad nami – ale jak to się mówi cel jest zawsze bliżej niż myślisz. Tak więc zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Nadrobiliśmy spalone kalorie i ruszyliśmy dalej w drogę.
Tu już sprawa wyglądała troszkę gorzej. Widać, że mało ludzi zapuszcza się w te rejony. Większość ludzi na Slide wychodzi z parkingu (który my później miniemy) albo robi tylko pierwsze dwa szczyty. Ogólnie to co my robimy jest zalecane na dwa dni.
Tak więc najpierw musieliśmy zejść do dolinki (ok. 1000 ft / 300 metrów) aby potem znów się zacząć wspinać. Odcinek od dolinki prowadził statecznie do góry i w niektórych miejscach musieliśmy pomyśleć jak najlepiej będzie się wyspinać na górę.
Trasa widać, że jest mało uczęszczana bo jest dość zarośnięta. W każdym razie wspinamy się do góry, pokonujemy kolejne przeszkody, wyspinaliśmy się nawet „schodami do nieba” (dziękujemy wolontariuszom którzy je naprawiają) i tak sobie idziemy....aż nagle widzę, że ludzie spuszczają plecaki na linie. No to nieźle. Jak już jest tak źle, że ludzie używają linę do podania na dół plecaka to musi być niezła jazda.
Jazda była – ale chyba z tymi ludźmi. Odcinek nie był łatwy ale przy zaufaniu swoim butom, podstawom zasad tarcia i małym samozaparciem pokonaliśmy tą skałę w mgnieniu oka. Szlak rzeczywiście dostał miano ciekawego. Jak się później okazało, kiedyś już go zrobiliśmy ale zapomnieliśmy.
Udało się – osiągnęliśmy szczyt Slide w całkiem dobrym czasie. Pogoda była idealna, piękne słoneczko, bezchmurne niebo i do tego mieliśmy czas na dłuższą przerwę – żyć nie umierać!
Posiedzieliśmy na szczycie dłuższą chwilkę obserwując ludzi którzy wyszli z kierunku którym my planowaliśmy schodzić. Patrzyliśmy tylko na ich buty czy są bardzo wybłocone – ale jak zobaczyliśmy bandę dzieci, w czystych bucikach to wiedzieliśmy, że nie będzie źle. I tak też było – trasa na dół była mega łatwa. Wyjście na Slide z tej strony to bułka z masłem. Podobno kiedyś ta droga była przeznaczona na samochody i może dlatego była w miarę szeroka i nawet nie taka stroma.
Tak więc szybko zlecieliśmy na parking. Niestety to nie był nasz parking. Do naszego autka mieliśmy jeszcze 4 mile (6.5 km). Tak więc znów ruszyliśmy w drogę – dosłownie i w przenośni – do pokonania mieliśmy kawałek drogą asfaltową, potem Darek znalazł skrót więc przeszliśmy przez czyjąś posesję, i już myśleliśmy, że to koniec, że teraz to tylko z górki na pagórki. W górach zawsze oczekuj najważniejszego. Po zejściu całkiem sporego kawałka w dół naszym oczom okazały się kolejne schody do nieba – tym razem nie wiedzieliśmy czy płakać czy się śmiać. Wiedzieliśmy, że musimy się tam wydrapać aby potem już naprawdę zlecieć na dół na kemping.
W między czasie spotkalismy innego turyste. Troszkę sobie uszkodził kolano i szedł dość wolno ale na szczęście poratowaliśmy go lekiem przeciwbólowym i dostał kopa. Kiedy my marzyliśmy o zimnym piwku na kempingu, pysznym hamburgerze domowej roboty, on mówił, że najchętniej by zjadł frytki z serem i wypił milk shake (koktajl mleczny) – ehhh ci amerykanie.
Na kemping dotarliśmy koło 7 wieczorem. Szybciej niż przewidywaliśmy, cali i zdrowi z uśmiechami na twarzach. Drzewa mieliśmy na całą noc a do tego na naszym polu zostały jeszcze dwa duże pniaki. Po kolacji spalenie jednego z tych pniaków stało się moją misją. Poległam jednak. Cała noc nie wystarczyła na spalenie pniaka i szybciej my polegliśmy na naszych karimatach niż pień przemienił się w popiół.
Rano pospaliśmy troszkę dłużej. Po raz pierwszy nigdzie nam się nie spieszyło. Z kempingu też nas nawet nie wyrzucali więc spokojnie pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie i spakowaliśmy nasz mały domek. No ale co dalej? Pogoda jest za piękna, żeby tak po prostu wrócić do NY.
Zdecydowaliśmy się odwiedzić Hunter. Jest to resort narciarski, dość popularny wśród Nowojorczyków. W zimie są tam tłumy i kolejki do wyciągów, natomiast w lecie resort ten jest słynny głównie z najdłuższego zip-line w całej Ameryce. My zip-line sobie odpuściliśmy. Darek już kiedyś go zrobił a ja robiłam inny w Polsce. Posiedzieliśmy więc na tarasie przy piwku narzekając jak to amerykanie nie potrafią mieć takiego fajnego klimatu jak ma Europa. Szukając czegoś Europejskiego dotarliśmy do dobrze na znanej restauracji Last Chance – restauracji która ma ponad 300 gatunków piwa w tym dobrze wszystkim znany Żywiec.
Fajnie było zjeść lunch na świeżym powietrzu. Pogoda była idealna i chciałoby się odpoczywać dalej ale niestety czekała nas droga do domku w korkach. Bo przecież każdy skądś wraca – jak nie z gór to z plaży. Tak więc po obfitym lunchu ruszyliśmy w drogę.
2017.07.15 Iroquois Mountain, Adirondack, NY
Od ostatniego wpisu na naszym blogu minęło już prawie dwa miesiące. Wcale to nie oznacza, że na początek lata nie mieliśmy żadnych ciekawych planów. W połowie czerwca byliśmy na kempingu w górach Catskills, ale ze względu na całonocne ogniskowanie nie zrobiliśmy żadnego ciekawego hiku. Na początku lipca mieliśmy lecieć na parę dni do stanu Oregon.
W planie miało być zwiedzanie tego pięknego stanu w połączeniu z odwiedzeniem paru winiarni w Willamette Valley. Niestety ze względu na potężne burze jakie wtedy przechodziły przez wiele stanów większość samolotów lecących na zachód musiała być odwołana. Nasz też niestety zostały odwołany. Także długi weekend w lipcu spędziliśmy w Nowym Jorku oglądając sztuczne ognie. Już nie pamiętam kiedy je ostatni raz oglądałem na żywo.
W końcu przyszedł wolny weekend i można było wyskoczyć za miasto. Dawno już nie robiliśmy długiego i trudnego hiku (ostatni raz to był wulkan Merapi w Indonezji), więc było oczywiste, że nasze plany weekendowe będą z tym związane. Chodzenie po górach jest jak narkotyk, jak raz już zaczniesz to już nie zrezygnujesz. My oczywiście nie planujemy rezygnować z naszego "nałogu" i wybraliśmy szczyt Iroquois w Adirondack. Tak, dokładnie, te same rejony gdzie rok temu misiu nas zaatakował.
Z Iroquois niestety nie mamy miłych wspomnień. Już dwa razy próbowaliśmy go zdobyć. Dwa razy bez stanięcia na szczycie. Raz pogoda nie była po naszej stronie (długo idziesz niezalesioną granią, gdzie podczas silnego wiatru i burzy nie jest to dobry pomysł), a drugi raz mieliśmy późny start i nie chcieliśmy w nocy szwendać się po wtedy jeszcze nam nieznanych terenach.
O 7:30 rano wjechaliśmy na już dosyć pełny parking nad jeziorem Heart. Tym razem pogoda też nie była po naszej stronie, kropił lekki deszczyk. W informacji dowiedzieliśmy się, że szlaki są śliskie i pełne błota, a po południu mogą występować burze. Wyznając zasadę, że nie ma złej pogody, tylko człowiek jest za mało przygotowany, ubraliśmy się odpowiednio i ruszyliśmy w góry.
Mimo, że pogoda nie była najlepsza to byliśmy w szoku ile ludzi w ten dzień poszło w góry. Parking rano był już prawie pełny, a jak się potem dowiedzieliśmy, to po nas w góry wybrało się jeszcze ponad 80 grup. Na szczęście z Heart Lake rozpoczyna się wiele tras i szybko każdy szedł w swoją stronę i szlaki stawały się puste.
Pierwsze 3.7 km szliśmy łatwym, szerokim szlakiem aż dotarliśmy do Marcy Dam. Tutaj znajduje się dużo dzikich pól namiotowych, jezioro, a także kolejne rozgałęzienia szlaków.
Gdzie dużo namiotów i ludzi to i też niedźwiadki przychodzą na kolacje. "Niestety" nie spotkaliśmy żadnego, ale ostrzeżeń było wiele, zwłaszcza dotyczyły chowania jedzenia do specjalnych misio-odpornych kontenerów na noc.
My wybraliśmy szlak nad kolejne jezioro, Avalanche Lake i ruszyliśmy dalej
Tutaj szlak dalej był łatwy, ale znacznie węższy. Było więcej dużych kamieni, a także błoto i kałuże. Wciąż nie było stromo, więc w miarę szybko pokonaliśmy 2,5 km i dotarliśmy nad jezioro, gdzie spotkaliśmy trochę ludzi, z którymi wspólnie ponarzekaliśmy na pogodę. Może nie była najgorsza (mogło przecież ostro lać), ale też nie była perfekt. Często bywały przelotne deszcze, po których z drzew cały czas kropiło.
Nagle stawało się coraz to jaśniej, a po paru minutach wyszło słońce. Dobrze, że tak się stało, bo od tego miejsca szlak nie rozpieszczał.
Wpierw szedł wzdłuż jeziora po rumowisku skalnym, gdzie na każdym kroku były zainstalowane drabinki żeby te olbrzymie głazy pokonać. Przynajmniej już wiemy dlaczego to jezioro ma nazwę lawinowe.
Czasami szlak szedł nad samym jeziorem, a że poziom wody był wysoki po ostatnich opadach, to często musieliśmy skakać po skałach żeby nie wpaść do wody.
Po niecałej godzinie przeszliśmy jezioro i dotarliśmy do kolejnego rozgałęzienia. Tutaj znajduje się parę dzikich pól namiotowych i kolejny szlak na najwyższą górę w stanie NY, Mt. Marcy. Marcy mamy już zaliczony, więc odbiliśmy w prawo na Iroquois. Jak się okazało, był to najtrudniejszy odcinek na naszym dzisiejszym hiku.
Oczywiście znowu wyszły chmury i zaczął padać deszcz. Na szczęście nie na długo, ale wystarczyło, żeby nas znowu zmoczyć. Mieliśmy do pokonania 600 metrów w pionie na odcinku 2.7 km, czyli zapowiadało się stromo do góry. I było. Na początku po korzeniach, błocie i kamieniach. Trochę było ślisko, zwłaszcza, że deszczyk dalej sobie ładnie padał.
Po niecałym kilometrze doszliśmy do strumyka, który oczywiście trzeba było przejść. Ilonka za bardzo nie lubi strumyków, ale i tak bylismy mokrzy wiec woda nie robila na niej wrazenia. Potem była ciekawsza jazda. Szlak szedł centralnie strumykiem przez ponad kilometr i stromo do góry.
Wiedzieliśmy, że będzie trudno, ale nie aż tak. Żeby wspinać się po wodospadach do góry, gdzie cały czas się leje woda (dużo wody, bo ciągle leje). Dobrze, że znowu na chwile wyszło słońce to nas trochę ogrzewało.
Pamiętam, że parę lat temu szliśmy tym szlakiem z mama Ilonki. Szliśmy w drugim kierunku i było znacznie mniej wody, ale i tak było super trudno. Wielki szacun i podziw dla mamusi za wytrzymałość i odwagę.
Po jakieś kolejnej godzinie rozciągania się i wyszukiwania trasy w strumyku doszliśmy do płaściejszej części, a także nasz potok nagle zniknął. Chyba minęliśmy jego źródło, chociaż wciąż słyszeliśmy jak jeszcze płynie pod skałami. Niestety byliśmy już na granicy lasów i nasz szlak był zarośnięty niską kosodrzewiną.
Oczywiście znowu zaczęło padać i przeciskanie się przez wąską kosówkę sprawiało trochę trudu. Gdzieś około 2 po południu wyszliśmy na przełęcz pomiędzy Iroquois a Algonquin.
Wiatr, chmury i deszcz. Tak zostaliśmy przywitani na przełęczy. Uwielbiamy Adirondack. Szlak w prawo idzie na Algonquin i dalej do samochodu. To jednak później, najpierw musimy zaliczyć szczyt który już dwa razy nam się nie udało. Idziemy na Iroquois. Czyli skręciliśmy w drugim kierunku i zaczęliśmy się wspinać.
Czasami po stromych skałach, czasami wąsko przez kosówkę. Mieliśmy do pokonania lekko ponad kilometr. Nawet spotkaliśmy trochę ludzi idących w przeciwnym kierunku z którymi ciężko się było wymijać. Były tak gęste chmury, że wpierw było słychać że ktoś/coś idzie, a dopiero potem wyłaniała się postać. Na szczęście za każdym razem był to człowiek, a nie niedźwiadek.
Każdy mówił, że szlak jest ciekawy, ale niestety przez deszcz i chmury nic nie widać.
Dobrze, że mamy GPS to wiedzieliśmy gdzie jest szczyt. Żeby dojść do Iroquois, to wcześniej trzeba przejść przez trzy fałszywe szczyty, z których w tych warunkach każdy wygląda jak ten główny. O 2:30 GPS nam powiedział, że stanęliśmy na właściwym szczycie. Zdobyliśmy Iroquois (1,476 m)
Mimo, że widoczność była słaba, zimno, deszczowo, to uczucie było niesamowite. W końcu udało nam się go zdobyć. Jest to już 24 szczyt z 46 najwyższych szczytów w Adirondack. Jeszcze tylko 22 i staniemy się członkami elitarnego klubu 46er.
O przerwie na posiłek na szczycie za bardzo nie było mowy, więc tym samym szlakiem wróciliśmy na przełęcz. Z Iroquois nie ma innego szlaku, idzie i wraca się tym samym.
Na przełęczy nawet już tak nie wiało, więc można było sobie usiąść i coś przekąsić. Dzięki zimnie i deszczu nasze piwko nawet się bardzo nie zagrzało i nas idealnie orzeźwiło. Parę innych osób wpadło na ten sam pomysł i nawet w większym gronie można było ponarzekać na pogodę.
Nagle słyszymy krzyki, głośne ludzkie odgłosy wiwatujące na punkcie czegoś. Oczywiście nic nie widać w tych chmurach. Może po 15 sekundach zrozumieliśmy dlaczego ludzie się cieszą. Wiatr przepędził chmury i wyszło słońce, a wraz z nim piękne widoki.
Wiedzieliśmy, że mamy jeszcze jeden szczyt do zaliczenia, Algonquin (drugi co do wysokości w Adirondack, 1,559 m), więc za długo nie mogliśmy się rozkoszować widokami. Ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy pod górę. Do szczytu mieliśmy zaledwie 700 metrów. Szło się łatwo, sucho i z pięknymi widokami.
Szlak prowadzi niezalesioną, skalistą granią, więc przez cały czas podziwialiśmy przepiękne góry Adirondack. Szczyt szybko osiągnęliśmy. W związku z tym, że przerwę mieliśmy nie dawno, to na szczycie za długo nie zabawiliśmy. Troszkę po nim pochodziliśmy robiąc zdjęcia i rozkoszując się widokami.
Zejście ze szczytu nie należało do łatwych. Może nie było aż tak trudne jak wyjście z drugiej strony, ale czasami sprawiało trochę trudności.
Zwłaszcza niezliczona ilość potężnych głazów, korzeni skutecznie spowalniała nam schodzenie. Szlaki zaczynały się łączyć, ludzi zaczęło przybywać, teren stawał się coraz to płaszczy. Z każdym krokiem byliśmy bliże samochodu, bliżej odpoczynku.
Około 7:30 wieczorem wypisaliśmy się ze szlaku i zakończyliśmy ten trudny, ale jakże wspaniały hike.
Tak siedząc sobie koło samochodu, popijając zimne piwko, witając się ciągle to z nowymi ludźmi wracającymi z gór wspominaliśmy dzisiejszy dzień. Pogoda nie była idealna, szlak był długi i ciężki, ale co najważniejsze zdobyliśmy Iroquois. Zostało nam jeszcze "tylko" 22 szczyty i będziemy w klubie najlepszych.
W sumie to dzisiaj przeszliśmy 21 km i wspięliśmy się ponad 1,200 metrów. Dobry wynik jak na takie warunki.
Niedaleko trasy jest camping gdzie nasi znajomi już od paru dni odpoczywali. Zajechaliśmy do nich i sami się dziwiliśmy, że mieliśmy jeszcze dużo energii na wspólne biwakowanie.
Idealne zakończenie dnia. Z przyjaciółmi przy ognisku, dyskusjach i pysznym jedzeniu z grilla.
Rano bardzo nam się nie chciało wstawać i wychodzić z namiotu. Zakwasy czuliśmy prawie na całym ciele. Długo zajęło nam wygrzebywanie się z namiotu i jego składanie.
W powrotnej drodze wstąpiliśmy do Peekskill Brewery, fajnego browaru w miasteczku Peekskill. Jakaś godzinka samochodem albo pociągiem z Nowego Jorku. Bardzo lubimy i polecamy ten browar. Dobre jedzenie i świeże piwko, czego trzeba więcej po takim intensywnym weekendzie.
2017.05.28 Franconia Notch, White Mountains, NH
W górach najbardziej nie lubię/boję się trzech rzeczy: misiów (i innych dużych zwierząt), wiszących mostków i dużych strumyków. Z tych trzech rzeczy, strumyki i mostki są nadal niczym w porównaniu do misiów. I tak na przykład jak rok temu uciekaliśmy przed misiem to nawet strumykiem biegłam i butów nie zamoczyłam. Tak to już jest, że jak instynkt przetrwania bierze górę to nie zwraca się uwagi na pierdoły.
Drugi dzień w Białych Górach. Na szczęście miś nas nie odwiedził, mostków wiszących tu nie ma z zasady....ale strumyk musiał być. Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy hike na Twin Mountains (bliźniacze góry). Fajny szlak, 11 mil, 3.5tys ft. wysokości...przynajmniej tak nam się wydawało. Co może pójść źle...
Do szlaku mieliśmy 30 min samochodem więc nie tracąc czasu, po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Parking Twin Mointains znajduje się na końcu drogi Turtle Trail do której dojechać można drogą numer 3. Parking o dziwo był pełny na maksa. Spodziewałam się trochę ludzi ale i tak ilość samochodów mnie pozytywnie zaskoczyła. Nie tracąc czasu pozbieraliśmy się i pełni energii ruszyliśmy zdobywać szczyty - North & South Twin Mountains.
Droga zaczynała się spokojnie. Fajnie szlo się szeroka ścieżka, w lesie i ciszy. Az tu nagle po około 20 minutach przed nami pojawił się strumyk. I nie ma wyjścia. Trasa wyraźnie prowadzi na druga stronę...zapomnieli tylko zbudować mostek.
No wiec nie pozostało nic innego jak ściągnąć buty i wejść do tej lodowatej wody. Podobno zimna woda poprawia krążenie ale pomimo ze jest koniec maja to woda była za zimna....prędzej bym dostała odmarznięcia niż poprawy krążenia. Szybko iść za bardzo tez się nie da. Za nami szla kolejna para i gościu chyba chciał jak najszybciej wyjść z wody i skończyło się na tym że cały wpadł.....wszystko miał przemoczone.
My przeszliśmy, osuszyliśmy trochę nogi w słoneczku i ruszyliśmy dalej zdobywać szczyt. Troszkę ten strumyk popsuł nam humor i nasz czas przejścia już nie wyglądał fajnie. Ale nic...nie ma co się poddawać... przynajmniej przez następne 20 min.
Szlak znów był przyjemny...szeroki, nie za stromy ale...znów nas zaskoczył. Pierwotnie myśleliśmy ze szlak idzie skalistym wybrzeżem ale się okazało że patrzyliśmy na złe oznaczenia. Brzegiem nie dało się za wiele przejść. Kawałek był jeszcze wydeptany pewnie przez ludzi szukających szlaku, ale potem robił się gęsty las i zero nadziei na znalezienie szlaku. Zerknęliśmy na mapę i uświadomiliśmy sobie ze szlak idzie brzegiem rzeki....ale nie tym brzegiem na którym my jesteśmy. Cofnęliśmy się do miejsca gdzie po raz ostatni widzieliśmy oznaczenie szlaku, popatrzyliśmy na druga stronę i się załamaliśmy.....znów trzeba przejść rzekę...
Tym razem już sobie odpuściliśmy. Wiem nie wolno się poddawać – ale z drugiej strony też mądry jest ten kto wie kiedy należy sobie odpuścić. Po pierwsze zobaczyliśmy na mapie, że rzekę trzeba będzie przechodzić jeszcze parę razy. Po drugie zdenerwowaliśmy się, że szlak jest słabo oznaczony a po trzecie to nie chcieliśmy wracać po nocy w obawie, że pogubimy szlak. A jeśli chcieliśmy zdobyć to co pierwotnie zaplanowaliśmy to byśmy skończyli hike koło 9 – 10 w nocy. Przestało więc to być zabawne...
W zamian, cofnęliśmy się na strumyk, przeszliśmy go po raz kolejny (tym razem ostatni), siedliśmy w słoneczku z piwkiem i pozwoliliśmy, aby muchy i komary nas pogryzły...no dobra ta ostatnia część była nie zamierzona ale niestety nieunikniona.
No tak ale co ze spalaniem kalorii??? Przecież nie możemy tak leniuchować przez cały dzień. Tak więc na dokładkę poskakaliśmy na skakance. Taka drobnostka a cieszy. Ostatnio kupiłam skakankę i dostałam zajawki na skakanie...już zapomniałam jakie to może być fajne ćwiczenie.
Tak minął nam dzień. I może bez dużego hiku ale nadal przyjemnie, na świeżym powietrzu i z odrobiną sportu. W drodze powrotnej odwiedziliśmy inne pole namiotowe “Sugarloaf”. Całkiem fajna miejscówka. Jest tam trochę prywatności, nie widać było żadnego szeryfa. Może kiedyś zdradzimy nasze Chipmonki z Lafayette Place i wypróbujemy to nowe pole namiotowe. Póki co wróciliśmy na lunch na nasze standardowe pole na Lafayette Place. A lunch był bardzo międzynarodowy. Nie ma to jak Polska konserwa z PRLs, pasta paprykowa z Grecji i piwo z Meksyku. A wszystko zjedzone na Amerykańskim łonie przyrody.
Ta noc była cieplejsza. Tak więc po kolacji posiedzieliśmy przy ognisku, wpatrywaliśmy się jak zahipnotyzowani w ogień i po prostu cieszyliśmy się życiem....no bo jak tu się nie cieszyć, że misie trzymały się z daleka od nas.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i w Poniedziałek trzeba było już wracać. Deszcz nas wygonił i ruszyliśmy w drogę już koło południa. Nie był to najlepszy pomysł, bo wszyscy wtedy wracali – korki były niemożliwe. Na szczęście technologia się spisała i skutecznie omijaliśmy korki przejeżdżając przez małe miasteczka. Muszę przyznać, że zaskoczyło nas, że takie duże, bogate i zadbane domki są w New Hempshire. Zazwyczaj jeździmy autostradą i nie zdajemy sobie sprawy co tak naprawdę jest za krzakami które odgradzają rzeczywistość od autostrady. Z drugiej strony to nie dziwne – podobno wiele pisarzy wybiera mieszkanie w New Hempshire, Main czy Vermont. Może my też kiedyś nie będziemy musieli być w biurze codziennie i kupimy sobie domek w górach...może...póki co czas wrócić do zatłoczonego i głośnego Nowego Jorku.
2017.05.27 Franconia Notch, White Mountains, NH
Lato. Z czym wam się kojarzy lato? Nam z górami i kempingami.
W tym roku późno rozpoczęliśmy biwakowanie, dopiero pod koniec Maja. Niestety praca i inne obowiązki trochę nas opóźniły w tym, ale w pierwszy długi, letni weekend musieliśmy gdzieś wyjechać. Pojechaliśmy do dobrze nam już znanego kempingu w stanie New Hampshire, do Lafayette Place.
Już w Marcu jak robiliśmy rezerwacje, to ilość miejsc była ograniczona. Ostatnio jak sprawdzaliśmy to oczywiście już nic wolnego nie było. Kemping jest położony w samym środku Franconia Notch, z którego rozpoczyna się wiele hików w przepiękne Białe Góry.
Z Nowego Yorku wyjechaliśmy niestety późno, około 9 wieczór. Po 6 godzinach, czyli o 3 rano wjechaliśmy na kemping.
Było bardzo ciemno i super cicho. Szybko i w ciszy rozbiliśmy namiot, wypiliśmy parę piwek i poszliśmy spać. Jutro (w sumie już dzisiaj) czeka na nas ciekawy hike.
Dobrze że noc była zimna (jakieś 6-7C) to mogliśmy pospać do 10 rano. Czasami w upalne lato słońce już o 8 rano tak nagrzewa namiot, że dalsze spanie staje się niemożliwe.
Croissant'y z grilla naładowały nasze wewnętrzne baterie i ruszyliśmy w góry.
Na dzień dzisiejszy, wiedząc że rozpoczniemy hike późno, zaplanowaliśmy średniej długości spacer.
Plan polegał na dojściu do schroniska Greenleaf, trasą Old Bridge i powrót inną, dłuższą, mniej uczęszczaną trasą z powrotem na kemping.
Jednym z plusów tego pola namiotowego jest to, że wiele tras właśnie na nim się rozpoczyna. Nigdzie nie trzeba podjeżdżać samochodem. Prosto z namiotu atakujesz górki.
Trasa do schroniska była nam już dobrze znana. Schodziliśmy już tędy parę razy, natomiast nigdy nie szliśmy do góry.
Widać, że jest długi weekend i szlak jest bardzo popularny. Mijaliśmy wiele ludzi, i tych którzy szli tylko na parę godzin, i tych których brody i wielkość plecaków mówiły nam, że są niezłymi górołazami.
Jak zwykle w górach, im wyżej tym widoki ciekawsze. Tutaj też było podobnie.
Ostatnia godzina hiku była dosyć intensywna. Stromo po skałach do góry. W sumie nie było ciężko, ale ilość ludzi jaka schodziła tym szlakiem była tak duża, że często musieliśmy czekać na swoją kolejkę, żeby przejść wąskie odcinki.
Po około 3 godzinach doszliśmy do schroniska Greenleaf. Fajnie położone, nad jeziorek w cieniu góry Lafayette. Część ludzi tu dochodziła i meldowała się na noc, część tylko odpoczywała przed dalszą wędrówką. My też usiedliśmy w słońcu przed schroniskiem na lunch i odpoczynek.
Siedzieliśmy chyba z godzinę. Odpoczywając, podziwiając widoki i przyglądając się ciągle to nowym przychodzącym albo odchodzącym turystom. Było już popołudniu, więc całe schronisko, a zwłaszcza kuchnia szykowała się do robienia kolacji. Fajny klimat tutaj panował. Aż chciało by się zostać, ale niestety nasz "dom" był parę tysięcy stóp niżej, więc musieliśmy się zbierać.
Żeby urozmaicić sobie trochę życie, na powrót na dół wybraliśmy znacznie mniej uczęszczaną trasę, Greenleaf Trail
Na całym 3 milowym odcinku spotkaliśmy tylko dwie osoby. Zupełnie inny klimat niż na tym ciężko uczęszczanym szlaku jakim wychodziliśmy do góry. Skala trudności była mniej więcej porównywalna do tej drugiej trasy. Górna część stroma, a później się już spłaszczało. Widoki były ok, ale chyba z pierwszego szlaku były ciekawsze.
Widać, że mimo końca maja, śnieg dalej leżał w paru miejscach. Nie dziwię się, w sumie mieliśmy jeden z najlepszych sezonów narciarskich od wielu lat.
Po około dwóch godzinach zeszliśmy na dół. "Niestety" do naszego pola namiotowego mieliśmy jeszcze dwie mile.
Fajny, łatwy, płaski szlak w ciągu godziny zaprowadził nas na nasz nasz kemping. Znów poczuliśmy zapach ognisk i grillowanych potraw. My też szybko zabraliśmy się do roboty i kolacja wraz z ogniskiem natychmiast powstała.
Oczywiście nie mogło zabraknąć długich, polaków dyskusji przy ognisku do późnych godzin. Nie za późnych, bo jutro rano wczesna pobudka i duży hike nas czeka.
Lafayette Place kemping znajduje się w samym sercu Franconia Notch. W miejscu gdzie jest dużo niedźwiedzi. Rok temu misie nas tutaj odwiedziły, więc żeby nie powtórzyła się sytuacja wszystko musieliśmy posprzątać. Potem przebrać się w czyste, nie pachnące żadnymi potrawami ubranka, wejść w ciepłe śpiwory, bo zapowiadała się zimna noc i smacznie zasnąć.
2017.04.23 Doha, Qatar (dzień 15)
Jakim sposobem Doha pojawiła się na naszym planie? Muszę przyznać, że Doha nigdy nie była na mojej liście. To znaczy była jak każdy zakątek świata ale nie jako priorytet. Pojawiła się jednak okazja i trzeba było ją wykorzystać. Qatar Airlines dają możliwość zwiedzenia Dohy jeśli masz przesiadkę. Tak więc wybraliśmy połączenie z 14h layover, złożyliśmy podanie o wizę i czekaliśmy na rezultaty.
Ja wizę dostałam bardzo szybko natomiast Darek musiał czekać na nią prawie tydzień dłużej. No wiadomo, amerykanów trzeba dokładnie sprawdzać. Dodatkowym zbiegiem okoliczności jest fakt, że mamy znajomych w Doha. Mieliśmy nadzieję, że znajdą dla nas trochę czasu i pokażą nam jak to się imprezuje w nie pijącym kraju.
Samolot z Kuala Lumpur mieliśmy o 9 rano. Po 8 godzinach, czyli koło południa (czasu Qatar) wylądowaliśmy na pustyni. Lotnisko w Doha podobno jest jedno z lepszych. Rzeczywiście jak popatrzysz na sklepy i restauracje to jest super. Ale jak tylko masz wyjść z lotniska to jest masakra. Przejście przez odprawę celną zajęło nam ponad godzinę. Chciałam w tym czasie publikować bloga ale internet na lotnisku jest bardzo słaby. Tak, że wielki minus.
Udało się, dostaliśmy nową pieczątkę do paszportu (9 na tym wyjeździe), kupiliśmy bilety na miejski autobus i wyszliśmy z klimatyzowanego terminala. Co nas uderzyło? Powiew zimnego powietrza....no tak po tropikach w Azji, 35C w Doha to prawie jak zima. Naprawdę było to miłe przywitanie. Autobus 704 zawiózł nas z lotniska prosto do Souq Waqif. Nie ma problemu, że się zgubisz bo autobus jedzie do końca i musisz wysiąść na pętli.
Souq Waqif – miejsce które powinno się znaleźć na liście każdego kto zdecyduje się odwiedzić Doha. Jest to rodzaj ich starego miasta. Muszę przyznać, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona ilością kafejek i restauracji. My byliśmy koło 14 więc sklepy i restauracje dopiero budziły się do życia i sprzedawcy otwierali swoje straganiki. Ze względu na upały tutaj życie toczy się wieczorami. Spodobała mi się piaskowo, pustynna zabudowa. Czegoś takiego brakowało mi w Dubaju czy Abu Dhabi.
Stąd jest niedaleko do Museum of Islamic Art. Kolejne miejsce godne odwiedzenia. Miejsce jest położone w fajnym miejscu. Zaraz nad wodą. Przeszliśmy deptakiem, podziwialiśmy panoramę biurowej części miasta i zastanawialiśmy się czemu tu jest tak dużo łódek. Jak się okazało, bardzo popularne jest wynajęcie łódki na zachód słońca. Podobno nie jest to droga impreza i kosztuje ok. $100 od łódki ale my na zachód słońca już mieliśmy inne plany – Happy Hours...tik-tak, tik-tak.
Muzeum Sztuki Islamskiej – pierwszy plus dostało za klimatyzację, drugi za bezpłatny wstęp a trzeci, najważniejszy, za kolekcję. Wiedziałam, że islam ma długą historię i piękne elementy dekoracyjne. Tutaj można jednak zobaczyć okazy sprzed dwóch tysięcy lat aż po bardziej współczesne czasy.
Oczywiście dywany są elementem często powtarzającym się – no bo kto nie słyszał o perskich dywanach. Ale też wszystkie inne naczynia codziennego użytku, biżuteria, dekoracyjne elementy są majstersztykiem.
Najbardziej mnie chyba uderzył fakt, że wiele tych rzeczy jest z Syrii, Iranu, Iraku i innych krajów w których trwa wojna albo jeszcze niedawno trwała. Przykre jest, że tyle rzeczy, takie bogactwo kulturowe jest tam niszczone tylko dlatego, że jakiś idiota chce dojść do władzy.
W muzeum spędziliśmy około godzinę. I przyszedł czas spotkać się z naszymi znajomymi. Była to niedziela ale dla nich weekend to Piątek i Sobota. Tak więc my pozwiedzaliśmy najważniejsze punkty a oni akurat skończyli pracę. Obok muzeum jest piękny park, kawiarnia a wszystko jest położone nad wodą i znów można podziwiać wieżowce biznesowej części miasta.
Tik-tak, tik-tak i happy hours się kończą. Tak więc pojechaliśmy tam gdzie imprezują obcokrajowcy. Qatar jest bardziej restrykcyjny niż UAE jeśli chodzi o alkohol. Nie można niż wwieść do kraju i na lotnisku skanują wszystkie twoje bagaże, podręczne i nadawane. Z polską kiełbasą nie ma problemów ale jak masz flaszkę wódki to będziesz mieć kłopoty. Oczywiście barów tu nie ma i pić można tylko w hotelach. Jednak aby wejść do hotelu muszą zeskanować twój paszport i wpisać Cię do bazy danych. Codziennie od 6 – 8 pm są happy hour gdzie piwo w hotelu można dostać za ok.$7 potem cena idzie w górę i kosztuje przeciętnie $14. Kolejny kraj gdzie jak to Darek stwierdził ciężko jest być zawodowym pijakiem.
W Qatar mieszka dużo obcokrajowców. Pootwierały się tu duże korporacje (głównie powiązane z ropą naftową) i potrzebowali dodatkowych ludzi do pracy. No więc pierwsze pytanie jakie zadaliśmy znajomym (polce i anglikowi) to: jak wy tu dajecie radę i jak to jest z tym alkoholem. Tak więc jest jeden sklep „booz store” (jeden na cały kraj) gdzie musisz mieć mapę, żeby wiedzieć jak tam się dostać. Jak już nawet uda ci się znaleźć sklep to musisz mieć specjalną kartę, żeby wjechać na parking. Kartę taką może wydać Ci tylko twoja firma. No dobra wiesz już gdzie jest sklep i masz kartę....myślisz jestem w raju. Nie do końca. Na alkohol możesz wydać tylko 20% swojej wypłaty. Wydaje się wystarczająco ale pomyśl, że nie każdy może mieć taką kartę. Wyobraź sobie, że w grupie 6 znajomych tylko jedna osoba pracuje w firmie która ma takie benefity.
W takim wypadku pozostają hotele i ich happy hours. Dobry biznes dla hoteli – nie dziwota, że budują je tam jeden za drugim. Tak więc najlepszą imprezę mieliśmy w kraju który jest najbardziej restrykcyjny jeśli chodzi o alkohol. Zawsze powtarzamy, że nie ma to jak poznać lokalnych, którzy wiedzą gdzie iść.
Tik-tak, tik-tak i musimy wracać. Niestety samolot na nas nie będzie czekać, a i tak się już robiło późno więc wskoczyliśmy do taksówki i sru na lotnisko. Jakoś szybko poszliśmy spać po całym dniu wrażeń i obudziliśmy się dopiero nad Europą. Tak to mogę latać.
2017.04.22 Kuala Lumpur, Malezja (dzień 14)
Ostatni cały dzień spędziliśmy w Kuala Lumpur. Chcieliśmy tak jakoś bardziej poczuć to miasto. Trochę mniej jak turyści, a bardziej jak lokalni mieszkańcy tej wspaniałej, wielkiej azjatyckiej metropolii. Może nie do końca jak mieszkańcy, bo jednak mieliśmy wykupione bilety na wyjazd na wieżowce Petronas Towers. Wczoraj nie udało nam się zdobyć biletów na wieczór, więc musieliśmy dzisiaj to załatwić.
Kuala Lumpur leży w gorącym, tropikalnym klimacie. W związku tym mieszkańcy w ciągu dnia starają się spędzać czas w środku, w pomieszczeniach i dopiero wieczorem wychodzić na miasto. Wczoraj wieczorem chodząc po mieście odkryliśmy barowo-imprezową dzielnice (ulica: Jalan P Ramlee) i dzisiaj też mieliśmy zamiar tam się zabawić.
Ilonka, jak to Ilonka, na koniec zafundowała nam najlepszy hotel na jakim byliśmy na tym wyjeździe, Shangri-la. Ponoć znowu udało jej się znaleźć jakieś zniżki i cena była przystępna.
Rano musieliśmy wcześnie wstać, bo niestety żeby zdobyć bilety na słynne wieże Petronas to trzeba już rano tam się ustawić do kolejki. Wczoraj w sumie mogliśmy kupić bilety, ale tylko na godzinny dzienne, na które nie chcieliśmy. Wszystkie nocne były już wyprzedane. Natomiast mają jakąś małą pulę biletów, że możesz tylko tego samego dnia kupić, ale musisz się liczyć z tym, że to jest mała pula i może ich braknąć. Zaryzykowaliśmy i się udało. Kupiliśmy bilety na 19:30. Yupiiii...!!!
Co robią lokalni w sobotę rano w Kuala Lumpur? Jak to co, idą na śniadanie. Dzisiaj nie chcieliśmy jeść śniadania w hotelu, więc po udanym zakupieniu biletów wstąpiliśmy do knajpki coś przegryźć. Był to dobry pomysł. Jak to mówią, było smacznie i tanio, o wiele taniej niż w hotelu.
Po śniadanku połaziliśmy jeszcze trochę, zaglądając w różne kąty i wróciliśmy do hotelu. Było już koło południa, a więc temperatura w mieście rosła. W chłodnym pokoju nadrobiliśmy trochę naszego bloga, a także ucięliśmy sobie małą drzemkę. Dzisiaj jest ostatnia noc naszych wakacji, więc potrzebowaliśmy dużo siły, aby godnie pożegnać się z Azją.
Po południu, jak już trochę temperatury spadły, zaatakowaliśmy miasto. Nie mieliśmy żadnych szczególnych planów. Po prostu tak sobie połazić i zobaczyć co spotkamy. Czasami podjechaliśmy metrem, czasami na nogach, często wstępując do barów na coś lokalnego. Znaleźliśmy stare Kuala Lumpur, to które było popularne, zanim miasto nie zaczęło się na maksa rozbudowywać.
Tu już nie było turystów, żadnych drogich hoteli ani sklepów, ludzi też o wiele mniej na ulicach. Dziurawe, wąskie chodniki, brudniej, trochę bezdomnych leżących w cieniu. Jak by to była pierwsza dzielnica jaką widziałem w Kuala Lumpur, to bym był rozczarowanym tym miastem. Tutaj też już widać, że miasto się rozbudowuje. Wszędzie są place budowy nowych hoteli, biurowców, parków, dróg.... Pewnie jak znowu odwiedzimy to miasto za parę lat, to go nie poznamy.
Wróciliśmy do bardziej cywilizowanej części miasta i udaliśmy się w kierunku wież.
Dobrze, że byliśmy na czas, bo tutaj niestety bilety są na godziny i tylko wyjedziesz o swoim czasie. Nie tak jak na niektóre inne wieże, że jest jakaś tolerancja czasowa. Była nas może 20 osobowa grupa i w pierwszej kolejności wyjechaliśmy na słynny most między wieżami. Most który zainspirował wielu producentów z Hollywood.
Most ma dwa poziomy. Dla turystów jest dostępna tylko jego dolna część, a górna pewnie jest dla pracowników biurowców. Obsługa powiedziała, że mamy 10-15 minut i możemy sobie chodzić po całym moście i pstrykać zdjęcia.
Nie byliśmy wysoko, 41 piętro, ale było takie jakieś fajne uczucie, jak się po nim stąpało. W końcu jest to najwyżej położony "most" na świecie. Byliśmy już na wielu innych wieżowcach, ale to jest coś innego. Na wieżach może jesteś wyżej, ale wiesz, że pod tobą jest wiele pięter betonu. Tutaj nie ma nic, pusto i dopiero 170 metrów niżej jest ulica. Druga rzecz, to jak jesteś na wieżach, to ich już nie widzisz, są pod tobą. Tutaj oba budynki widzisz, jesteś z ich boku, widzisz je od samego dołu do góry. Ogólnie dobrze pomyślane i podobało nam się.
Następnie wyjechaliśmy na samą górę na 86 piętro. Też dostaliśmy 10-15 minut czasu na podziwianie widoków. Tutaj już nie było takiego WOW. OK, byliśmy wyżej, najwyżej jak można w tym mieście wyjechać, ale tak jakoś nie ogarnęli tego do końca. Po pierwsze, nie można wyjść na zewnątrz i poczuć tego miasta z góry, tego wiatru, dźwięku, przestrzeni..... Po drugie w środku było za jasno i wszystko się w szybach odbijało.
Nie zrozumcie mnie źle. Warto jest wyjechać na górę i zobaczyć z lotu ptaka jak metropolia się rozrasta i buduje, ale mogli to lepiej zorganizować. Coś jak np. Burj Khalifa w Dubaju. Znacznie lepiej tam nam się podobało.
Zjechaliśmy na dół, ominęliśmy ich obowiązkowe 10-15 minut na sklep z pamiątkami i z inną grupą po cichu zjechaliśmy na dół. Wróciliśmy do hotelu, żeby zostawić sprzęt fotograficzny i ruszyliśmy żegnać się z Kuala Lumpur.
Głodni, tylko po śniadaniu, wstąpiliśmy do knajpki na kolację. W tym kraju świnia jest mało popularna, więc jak znalazłem żeberka ze świniaka to musiały polecieć na stół. Ilonka zamówiła ryż z wieloma dodatkami i powstała pożegnalna uczta.
Była sobota wieczór. Miasto bawiło się na maksa. Wszędzie było słychać głośną muzykę z barów i klubów. Kuala Lumpur prawie niczym nie różniło się od metropolii europejskich ani amerykańskich. Ludzi też było pełno, chodzili, bawili się, śmiali i płacili za drinki porównywalne ceny jakie znajdziesz w Nowym Yorku.
My już wyrośliśmy z klubów, wiec w barach przy piwku obserwowaliśmy nowy świat. Świat, który wydawał nam się, że będzie wolniejszy, cichszy, tańszy, mniej rozwinięty, a na pewno nie podobny do tego który widzimy w krajach zachodnich. Pomyliliśmy się, Azja, a zwłaszcza jej potężne miasta, to już nie to co pamiętamy ze starych filmów. To już jest nowy świat, cywilizowany świat, który idzie do przodu pełną parą i kto wie co będzie za kolejne 10-20 lat. Na pewno będzie inny. Jak inny? Tego nikt nie wie, ale obiecujemy wam, że do Azji będziemy często powracać, porównywać i opisywać.
Najlepiej jest jednak pojechać samemu i ocenić. Żaden blog, książka, film nie potrafi cię przenieść tak dokładnie, detalicznie i wyrobić sobie swojej opinii, jak podróż w te miejsca. Bon Voyage.
2017.04.21 Kuala Lumpur, Malezja (dzień 13)
To już jest koniec - no prawie. Wracamy do punktu zero. Dwa tygodnie temu wylądowaliśmy w Kuala Lumpur. Nie wiedzieliśmy czego oczekiwać, czego się spodziewać i jak to będzie. Dziś wracamy do tego miasta z głową pełną wrażeń, kartą pamięci zapełnioną na maksa no i paroma godzinami video.
Na tych wakacjach (nie licząc połączenia US - Malezja) wewnątrz samej Azji mieliśmy 7 samolotów. Muszę przyznać, że miałam wielkie obawy, że będą poopóźniane, że nie uda nam się zrealizować wszystkiego co zaplanowaliśmy ale na szczęście się udało. Dziś tylko jeden samolot nawalił. Byłoby zbyt pięknie jakby wszystko udało się bez dodatkowego biegu przez lotniska.
Z wyspy Flores (Komodo) wylecieliśmy z 30 min opóźnieniem. Mieliśmy 2h na przesiadkę więc jakoś strasznie nie panikowaliśmy. Do momentu kiedy nie zobaczyliśmy lotniska na Bali. Po pierwsze to nas wysadzili pośrodku płyty i kazali gdzieś iść. Nie do końca wiedzieliśmy gdzie ale jakoś znaleźliśmy wyjście.
Nasze bagaże wyjechały na linie ostatnie. Widać, że tu się nikomu nie spieszy. Ogólnie na Bali ludzie są bardzo powolni. Pomału, zrelaksuj się, nie ma pośpiechu, w końcu jesteś na wakacjach. No tak ale nie jak masz przesiadkę i musisz złapać następny samolot. Udało się - dostaliśmy plecaki i sprint na międzynarodowy terminal. Biegliśmy z tym wózkiem, że już nas nawet nikt nie zaczepiał o taksówkę. Zdążyliśmy - byliśmy godzinę i jedną minutę przed odlotem czyli teoretycznie minutę przed zamknięciem nadawania bagaży. Ale Pani nic nie mówiła. Uśmiechnęła się tylko i przyjęła nasze bagaże. Udało się....godzinę później siedzieliśmy już w samolocie Malaysia Airlines do Kuala Lumpur.
Planując wakacje długo zastanawiałam się jakie linie lotnicze wybrać. Jest duży wybór, od linii znanych jak Malaysia Airlines czy Sinapore Airlines, poprzez znane ale budżetowe jak AirAsia, Tiger czy JetStar do małych które nie wiele nam mówią. Spróbuję tu podsumować te które mieliśmy okazję wypróbować.
Malaysia Airlines - pewnie każdy słyszał niezbyt miłą historię o zaginionym samolocie. Niestety wypadki się zdarzają nawet najlepszym. Na Malaysia można wyrwać bardzo dobrą cenę na Business class jak się kupi bilety odpowiednio wcześnie. Zazwyczaj BC jest 2x droższa niż economy ale jak za economy płacisz $25 za osobę to za business można $50. Linie są spoko. Na czas, sprawnie, posiłek na pokładzie i standardowa ilość miejsca. Należą też do OneWorld więc jak ktoś zbiera mile American Airlines to powinien być pierwszy wybór.
SilkAir - linie te należą do Singapore Airlines. Latają one tylko po okolicznych miastach. Spodziewałam się serwisu najwyższej kategorii, bo przecież Singapore Airlines są najlepszymi liniami na świecie. Serwis był bardzo dobry ale porównywalny do Malaysia czy Garuda. Standardowo bagaż i przekąska na pokładzie były w cenie.
Garuda Airlines - ostanie linie lotnicze z kategorii regularnych. One należą do SkyTeam więc można zbierać mile w połączeniu z Deltą. Są to narodowe linie Indonezji. Bardzo dużo samolotów i to naprawdę wielkich ptaków widać na lotnisku w Yogyakarcie. Podobne do Silk i Malaysia.
Wszystkie powyższe linie oferują bardzo podobny serwis i ciężko wybrać te najlepsze. Wybór powinien być ukierunkowany programem partnerskim do jakiego się należy.
Air Asia - należą do kategorii tanich linii lotniczych ale przy dobrym zaplanowaniu są całkiem fajne. Ponieważ są to tanie linie to nie oferują ani darmowego bagażu ani posiłku. Proponuję wykupić sobie wcześniej walizki. Można kupić cały zestaw gdzie płacisz mniej niż za walizkę jak wykupujesz na lotnisku a masz wliczone: możliwość wyboru miejsca, nadanie 1 bagażu i jakąś kanapkę.
Ostanie linie jakimi lecieliśmy to WingsAir. Muszę przyznać, że chyba najgorsze i raczej bym ich unikała, chyba, że leci się tylko z podręcznym bagażem. Po pierwsze to biletów nie można kupić na ich stronie. Należą oni do LionAir więc można próbować przez stronkę lionair.co.id Ciężko znaleźć na stronie regulacje odnośnie bagażu ale na lotnisku się dowiadujesz, że masz limit 10kg na bagaż nadawany. Za każde następne kilo trzeba dopłacić ok. 13tys IDR (czyli $1) niby nie wiele ale oczywiście nie przyjmują kart więc trzeba mieć przygotowaną gotówkę. I najlepiej drobne bo Pani nie ma wydać.
Ciężko jest podróżować między wyspami nie latając. Można wykupić rejs na statku ale to nie to samo. Rada? Planuj wcześniej, staraj się latać normalnymi liniami, żeby zaoszczędzić na dodatkowych opłatach za bagaż i zawsze warto sprawdzić różnicę między business class a economy.
A'propo wcześniejszego planowania to polecam kupić bilety na wieże Petronas Tower z wyprzedzeniem paru dni. My niestety mieliśmy limitowany dostęp do internetu przez ostatnie parę dni więc nam się to nie udało. Po krótkiej przerwie odświeżającej w hotelu ruszyliśmy w kierunku wież. Mieliśmy nadzieję, że może jakieś ostatnie bilety na godzinę 21 dostaniemy. Niestety się nie udało. Zaszliśmy tam koło 7 wieczorem i już wszystko było wyprzedane. Również na jutro. Na szczęście każdego dnia rano dokładają parę biletów które można sprzedać na bieżący dzień. Tak więc postanowiliśmy jutro z samego rana, przed śniadaniem przebiec się pod wieże aby dostać bilety na 19:30. Zobaczymy czy się uda.
Oczywiście wieże są połączone z domem handlowym. My przeszliśmy go bardzo szybko i wylądowaliśmy po drugiej stronie gdzie jest park KLCC. Bardzo przyjemny park a do tego ma fontanny. Przy piwku poczekaliśmy na pokaz światła, muzyki i wody. Pokaz zaczyna się o 20 godzinie i trwa około 15-20 minut. Potem przerwa i znów powtórka.
Fontanny były fajne, ładne kolory, kształty itp. Brakowało mi tylko dynamiki i delikatnego przejścia między piosenkami. Po pierwszej piosence myśleliśmy, że to już koniec a to się okazało, że po minucie puścili następną. Jednak Dubaju nie pokonali.
W drodze powrotnej weszliśmy na jedno piwko do Beach Bar. Fajne miejsce. Mają w akwarium prawdzie rekiny. Takie malutkie ale nadal rekiny. Wyszliśmy tylko jak zaczęło się robić za bardzo clubowo i panienki może 15-20 lat przychodziły i podrywały zagranicznych turystów. Jakoś nie nasze klimaty.
Znaleźliśmy za to miejsce na kolację, które całkowicie odpowiadało naszemu stylowi. BBQ Nights - jak sama nazwa mówi to restauracja z przeróżnego rodzaju mięskiem z grilla. Zamówiliśmy talerz różnorodności, żeby spróbować wszystkiego po trochu. Nie mają oni piwa w ofercie ale Pan pokazał Darkowi gdzie jest 7eleven i "stoliczku nakryj się" piwo się pojawiło. Tańsze niż w barze. Jedzenie było bardzo dobre a Daruś się cieszył, że nie musi jeść papek.
Na szczęście nasz hotel był bardzo blisko (po drugiej stornie ulicy) to skierowaliśmy się w jego kierunku. W końcu jutro trzeba zaatakować wieże.
Tym razem poszaleliśmy i wzięliśmy jeden z lepszych hoteli w Kuala Lumpur. Shangri-la jest siecią ekskluzywnych hoteli, głównie w Azji. Czujemy się w nim trochę jak słoniątka w składzie porcelany ale na szczęście bardzo się nie przejmujemy i ładujemy się z dużymi plecakami do windy. Rzadko mamy okazję spać w pięcio-gwiazdkowych hotelach. Malezja i Indonezja dała nam tą możliwość. Wakacje nie należały do tanich ale nadal utwierdzam się w przekonaniu, że ta część Azji jest tania (poza alkoholem). My po prostu, żyliśmy tu na dużo wyższym poziomie. Lataliśmy business klasą, spaliśmy w wypasionych hotelach i chodziliśmy po restauracjach i barach dla turystów. Troszkę obawialiśmy się, że to co jest 3 gwiazdkami w Malezji będzie 1 gwiazdką w Stanach czy Europie. Myślę, że nie byłoby tak źle. Następnym razem to sprawdzimy - póki co fajnie było pożyć przez dwa tygodnie jak bogatsza klasa.
2017.04.20 Komodo National Park, Indonezja (dzień 12)
Indonezja ma ponad 13,000 wysp. Tym razem nie odwiedzimy wszystkich, trochę mało czasu na to mamy. Wiele wysp jest niezamieszkanych i bez nazw, a co najciekawsze, można je kupić.
Dzisiaj rano lecimy dalej na wschód, na wyspę Flores. Następnie płyniemy do Parku Narodowego Komodo oglądnąć smoki. Jak jakaś wyspa wpadnie nam w oko to pewnie sobie ją kupimy, rozbijemy na niej namiot i nazwiemy ją Dziubdziuk's Island. Przecież jesteśmy tutaj milionerami...!!!
Na Bali załadunek do krajowego samolotu wygląda trochę inaczej niż na zachodzie świata. Wypuszczają cię na płytę lotniska i idź sobie znajdź swój samolot. Szliśmy za ludźmi i udało nam się wsiąść do dobrej maszyny.
Lot trwał 1.5h nad pięknymi, tropikalnymi wyspami i wylądowaliśmy na lotnisku Bandar Udara.
Tutaj nie można tak sobie pojechać i oglądać Smoki z Comodo. One są na innej wyspie, na którą jakoś trzeba się dostać i oczywiście przewodnik tam jest wymagany. Nie łatwo było znaleźć agencję która nam to wszystko załatwi. Internet na maksa ostrzegał przed oszustami i niebezpiecznymi łódkami. Wysłałem trochę mail do paru agencji i najbardziej nam się spodobała Gotokomodo Tour & Travel. Po około 30 mailach dogadałem się z panem Hendrik (właściciel agencji) i zaufaliśmy mu.
Na lotnisku był już nasz przewodnik Patrick, z którym pojechaliśmy do agencji i tam spotkaliśmy Hendrika. Dokonaliśmy płatności, w gotówce oczywiście i udaliśmy się w kierunku naszej motorówki.
Jest parę możliwości na zwiedzanie Komodo. Szybka, motorówką i wtedy można wiele w jeden dzień zobaczyć, albo wolna, zwykłą łódką. W opcji wolniejszej potrzebujesz przynajmniej dwa dni i śpisz na łódce. My oczywiście nigdy nie mamy za wiele dni więc wybraliśmy motorówkę.
Zapakowaliśmy się na nią i ruszyliśmy przed siebie.
Pierwsze wrażenie było takie sobie. Trochę inaczej wyobrażaliśmy sobie naszą łódkę. Wiedzieliśmy, że nie będzie to jakiś wypasiony jacht, ale jakoś myśleliśmy że będzie lepszej jakości. Motorówka była tylko dla nas i składała się z trzy-osobowej załogi. Naszego przewodnika, sterownika i gościa od silników i wszelakich innych prac. Wiem, że szybkie łódki są głośne, ta też należała do tego rodzaju, głośnych potworów. Oczywiście nie miała żadnego systemu nawigacji, ani zabezpieczeń. Coś takiego jak koła ratunkowe, kamizelki czy oświetlenie do prowadzenia nocą tutaj nie znają. Toaleta to luksus, więc też jej nie było. Pomyśleliśmy przygoda, przygoda i wypłynęliśmy z portu na głębokie wody.
Wcześniej pisałem do Hendrika że potrzebujemy trochę piwa i jak jest to możliwe to żeby przygotował na łódkę. Wiem, że w Indonezji kupienie piwa to nie jest łatwa sprawa, wiec byłem pozytywnie zaskoczony jak cały cooler był wypełniony lokalnym piwem. Odrazu poleciało parę piwek i klimat na motorówce się poprawił.
Do pierwszej wyspy mieliśmy jakieś dwie godziny. Płynęliśmy wśród naprawdę pięknych wysp z widocznymi malutkimi, rybackimi wioskami. Przewodnik starał się nam jak najwięcej opowiadać, ale czasami ciężko go było zrozumieć. Patrick mówi dobrze po angielsku, ale ten huk dwóch dużych silników często zagłuszał naszą konwersacje.
Około 11:30 przypłynęliśmy na wyspę Rinca. Smoki można oglądać na paru wyspach. Największe szanse na ich zobaczenie masz na Wyspach Komodo i Rinca. Tu i tu jest ich ponad tysiąc, ale wyspa Rinca jest znacznie mniejsza niż Komodo, więc szanse na ich spotkanie są większe.
Co to są w ogóle Komodo Dragons?
Komodo Dragona są to największe jaszczurki jakie żyją na naszej planecie. Wielkością pobijają nawet wielkie jaszczury z wysp Galapagos. Naukowcy określają, że początki ich życia sięgają aż 40 milionów lat wstecz. Najpierw żyły w Azji, potem przemieściły się do Australii, a aktualnie zamieszkują parę wysp w archipelagu indonezyjskim. Rozmiar samca może osiągnąć nawet 3 metry długości i ważyć ok 200kg. Samice są trochę mniejsze.
Ze względu na małą populację, są ona pod ścisłą ochroną i nawet zoo na całym świecie muszą się ostro starać żeby dostać po parce. Smoki są wszystkożerne. Jedzą od małych zwierzątek, poprzez sarny, aż do wielkich wołów. Atakują też ludzi, a także są kanibalami i zjadają siebie nawzajem. W ich ślinie znajduje się potężna ilość bakterii, które po ugryzieniu są wpuszczane w system krwionośny i ofiara za jakiś czas padnie. Człowiek jak mu się uda to musi jak najszybciej dostać się do szpitala na skomplikowane i drogie leczenie. Problem w tym, że w zasięgu paru godzin nie ma żadnego szpitala, a czas szybko leci i może go braknąć. Większa zwierzyna, jak np. bawół pożyje trochę dłużej, nawet do tygodnia. Smok ma super węch (wyczuwa jedzenie nawet z 10km) i będzie za ofiarą podążał aż do skutku. Te potężne jaszczury nie muszą jeść nawet tygodniami, ale jak się dorwą do jedzenia to dzięki specjalnie skonstruowanej jamie ustnej potrafią połknąć kozę w całości.
Pożerają też samych siebie. Dorosłe samce zjadają małe smoczki, nawet swoje własne. Samica składa 15-20 jaj w ziemi i po 8-9 miesiącach wykluwają się małe jaszczureczki, które są bronione przez matkę przez pierwsze pare miesięcy. Następnie małe smoczki uciekają na drzewa i tam siedzą długi okres czau w obawie przed samcami żeby ich nie zjadły. Dorosłe jaszczury już na drzewa nie wyjdą. Małe schodzą tylko na chwilę na ziemię, po wodę i jedzenie. Niezłe z nich potwory, co?
Po tych wszystkich informacjach park ranger powiedział, to co idziemy szukać smoków?
Pewnie, że tak powiedzieliśmy i ruszyliśmy za nim. Przewodnik jeszcze zadał nam pytanie czy któraś kobieta ma okres, bo jeśli tak to musi iść przynajmniej dwóch strażników. Smoki są bardzo wyczulone na krew i jeden przewodnik może sobie nie dać z nimi rady i będzie problem bo one nawet biegną 20km/h.
Zdziwiło nas, że przewodnik miał tylko kijek zakończony widełkami. Coś takiego w kształcie procy. Trochę nas to wystraszyło, że przed tymi potworami taki mały kijek nas obroni. Pokazał nam co on będzie robił jak smok będzie się dziwnie zachowywał i ruszyliśmy.
Po 10 minutach doszliśmy do zabudowań rangerów, gdzie oczywiście leżało parę jaszczurów.
Powiem wam, że jak tak podeszliśmy gdzieś na odległość 5 metrów od smoków to ciarki przeszły nam po ciele. Leżały sobie te leniwe bestie i tylko czasami podnosiły głowę do góry.
Widziałem jak jaszczura podnosiła głowę do góry, patrzyła się w naszym kierunku i zaczynała głośno syczeć to ranger stał z kijem przygotowanym do obrony. Ponoć jak smok widzi taki podwójny kij przesuwany po ziemi to on zaatakuje ten kij a nie nas. Miejmy nadzieję, że przewodnik wie co mówi.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej w las tropikalny w kierunku gniazda smoków. Ponoć tutaj samice składają jaja. Widać było całe pole zryte z wielką ilością dziur w ziemi. Samice składają jaja tylko w jednej dziurze, ale robią ich wiele dla zmylenia wroga. Inne zwierzęta, a także smoki samce zakradają się tutaj, wygrzebują jaja i je zjadają. Im więcej dziur tym większe szanse że drapieżniki ich nie znajdą.
Następnie ruszyliśmy dalej wzdłuż rzeki do góry. Po jakiś 10 minutach zauważyliśmy małe dwa smoki, które chodziły po ziemi. Z reguły one są na drzewach, ale pewnie zeszły coś zjeść i napić się wody. Znowu trochę postaliśmy obserwując ich zachowanie. Idąc dalej do góry wyszliśmy z lasu i zaczęły się łąki z wysoką trawą. Czasami smoki lubią się chować w trawie i zaczajać się na swoją ofiarę. Było koło południa, więc słońce i upał był mega wielki. Nawet dla smoków było za gorąco. Pewnie się gdzieś pochowały w cieniu.
Wyszliśmy na przełęcz, podziwialiśmy chwilę widoki, porobiliśmy zdjęcia i zaczęliśmy schodzić w dół do lasu żeby schować się w cieniu. W lesie przy domkach rangerów oczywiście czekały na nas smoki. "Pobawiliśmy" się trochę z nimi i poszliśmy do wejścia do parku. Po drodze jeszcze jakiś smok czy dwa przeleciały, a także inne zwierzaki się pojawiły.
Wsiedliśmy na łódkę, odpalili głośne silniki i ruszyliśmy w kierunku jednej z najładniejszych wysp na naszej planecie, na wyspę Padar. Rejs trwał dwie godziny, ale nawet szybko zleciał, bo podali nam lunch. Nic specjalnego, ale nawet smaczne i lokalne. Pieczony kurczak, oczywiście z ryżem i jakieś warzywa.
Z dołu już wyspa wyglądała wspaniale, ale z góry jeszcze lepiej. Nie było nikogo, cała wyspa należała do nas. Chciałem ją kupić, ale przewodnik powiedział, że ona należy do parku i nie można jej kupić. Szkoda, bo jest naprawdę piękna i nie powinna być przecież droga, nie?
Do szczytu, z którego widać całą wyspę idzie się jakieś 25-30 minut. Ledwo co wyszliśmy. Był taki straszny upał, że oddychanie tym gorącym powietrzem aż powodowało ból w płucach. Coś jak w domu otworzysz piekarnik i wsadzisz tam głowę. Przewodnik powiedział, że temperatura jest gdzieś 45-50C i wysoka wilgotność. Oczywiście nie ma drzew i cały czas idziesz w słońcu. Miejscami było stromo do góry i musieliśmy się trzymać skał. Nie było to łatwe, bo skały były tak nagrzane, że aż jak długo trzymałeś na nich rękę to parzyły. Nigdy w życiu jeszcze nie szedłem w takim upale. W Afryce czy w Malezji aż takich upałów nie było.
W końcu wyszliśmy, spoceni na maksa. Woda którą nieśliśmy w ciągu tej pół godziny tak się nagrzała, że aż nie chcieliśmy jej pić, a musieliśmy.
Jednak warto było tak się pomęczyć. Widok ze szczytu zapierał dech w piersiach. Rzeczywiście jest to jedna z najładniejszych wysp na świecie, było jak w bajce. Trochę postaliśmy, porobiliśmy wiele zdjęć i musieliśmy wracać, było za gorąco. Baliśmy się, że słońce nas spali do reszty.
Na dole każdy z nas "musiał" się zanurzyć w oceanie indyjskim dla ochłody. Woda była ciepła, ale dla naszych rozpalonych ciał wydawała się lodowata. Dopiero po paru minutach wszystko wróciło do normy. Super tak było popluskać się w krystalicznie czystej wodzie i podziwiać tą wspaniałą wyspę co nas otacza.
Zaczęło coraz więcej łódek przypływać. Jak wybierasz dwu lub więcej dniowy rejs po wyspach to tutaj jest jedno z miejsc gdzie śpisz na łódce.
Była już 16:30 i przewodnik powiedział, że musimy wracać, bo mamy około 3 godziny do portu z którego startowaliśmy.
Nasza motorówka oczywiście nie ma żadnych świateł i nawigacji wiec po ciemku nie powinna pływać.
Jak to często w tym rejonie bywa, przyszła burza tropikalna. Lało ostro, a łódka nie miała wycieraczek na przednią szybę. Sternik prawie nic nie widział, ale cały czas pruł do przodu żeby zdążyć przed zmierzchem. Nie zdążył, ostatnie odcinki pokonywaliśmy już prawie po ciemku. Wiele innych łódek też nie było oświetlonych, oni tu chyba pływają na wyczucie.
Udało się, dopłynęliśmy do portu, gdzie czekał na nas samochód i zawiózł nas do oddalonego o 15 minut hotelu.
W końcu na twardym gruncie w ciszy można było się ochłodzić. A było po czym, dzień naprawdę należał do długich i ciężkich.
Człowiek już dawno zapomniał, że jeszcze istnieją miejsca w których czasami prąd wyłączają. Tutaj czasami nam wyłączali tak na minutę, dwie. Było wtedy tak fajnie cicho i ciemno.
2017.04.19 Świątynia Borobudur, Yogyakarta, Indonezja (dzień 11)
Dziś lecimy przez Bali na Komodo Island. Nie bylibyśmy jednak sobą jakbyśmy nie wykorzystali czasu co do ostatniej minuty i nie pojechali czegoś zobaczyć. Po śniadanku - konserwie hotelu (oczywiście konserwie z PRL), spakowani wsiedliśmy do auta z kierowcą i przewodnikiem. Kolejna wycieczka zorganizowana przez nasz hotel.
Światynia Borobodur jest największą i najstarszą świątynią buddyjską. Jest ona położona 40 km od Yoyakart'y. Droga minęła nam szybko bo mieliśmy super przewodnika. Po pierwsze, świątynia jest buddyjska a on wyznaje buddyzm. Tak więc od razu staje się idealną osobą do opowiadania o tej religii. Po drugie Pan miał niesamowitą wiedzę, dość dobry angielski i był przygotowany na najwyższym poziomie. Dał nam mapki, wydruki i zaczął opowiadać. Skończył dopiero jak odwoził nas na lotnisko 5h później.
Tak więc dowiedzieliśmy się, że świątynia Borobudur została wybudowana pomiędzy rokiem 778 AD a 842 AD. Ma ona 42 metry wysokości i jej podstawa mierzy 15.129 metrów kwadratowych. W całości wybudowana jest ze skał wulkanicznych. Jak to Pan przewodnik powiedział "gratis from the volcano". Za każdym razem jak wybucha wulkan jest to oczywiście tragedia. Ale ludzie potrafią tu znaleźć dobro w każdej rzeczy więc skały które wypluwa wulkan wykorzystują na budowę domów itp. Potrafią również rzeźbić w tych kamieniach. Jadąc ulicą widać piękne kopie buddy i inne posągi. Podobno zakup takiego posągu jest bardzo tani ale wysyłka niesamowicie droga. Nie dziwię się.
W samej świątyni znajdują się ponad 504 posągów prawdziwej wielkości, 73 wielkie i 1399 małych. Budda przedstawiony jest najczęściej w pozycji medytacji. Pozycji jest kilka. Ja na zdjeciu poniżej ulożyłam ręce w symbol nauki. Jest to obustronne - można tak pokazać jak nauczasz albo jak sam się uczysz.
Oprócz posągów znajduje się tam 2672 płasko-rzeźb. Świątynia składa się z 3 głównych poziomów. Pierwszy najbliższy ludziom przez co najniższy to poziom pokus. Jest to podstawa świątyni i na murkach otaczających świątynię można zobaczyć płaskorzeźby przedstawiające różne pokusy jak na przykład nałogi (picie, palenie, hazard), inną jest plotka, inny panel przedstawia narcyzm i chęć bycia u władzy itp. Troszkę pokus na ziemi jest więc i trochę tych paneli z rzeźbami też jest.
Następny poziom (strefa) to odrodzenie (strefa formy). Na tym poziomie przedstawione jest życie Siddhārtha, według wiary jest to ludzka postać Buddy. Podobno jest ponad 1200 historii przedstawionych w postaci płaskorzeźb i nasz przewodnik zna je wszystkie. Skupił się on jednak na najważniejszych i opowiedział historię Siddhārtha, jego narodziny, przepowiednia, że Siddhārtha umrze w nędzy i biedzie, jego zżyciena zamku, małżeństwo i wreszcie opuszczenie zamku. Podobno raz Siddhārtha usłyszał jak grajki śpiewali, że świat to raj. Siddhārtha więc postanowił opuścić zamek i zobaczyć co jest za murami. Jego ojciec, który bał się, że jego syn umrze w nędzy i ubóstwie nie chciał się na to zgodzić ale w końcu się zgodził pod warunkiem, że Siddhārtha będzie mieszkał w zamkach które tata dla niego wybudował po drodze.
Siddhārtha opuścił pałac i z początku mu się bardzo podobało. W pewnym momencie ujrzał starszą osobę. Zdziwiony tym widokiem spytał się co to jest za zwierzę, które wygląda jak człowiek ale ma 3 nogi (bo chodzi o lasce) Wytłumaczono mu, że to jest starość. Siddhārtha nie mógł uwierzyć, że nawet królowie się starzeją. Wtedy ktoś powiedział. Starość nie jest straszna. Jest coś gorszego. Tym czymś gorszym miała być choroba. Siddhārtha zobaczył wiele starszych ludzi, wiele ludzi pogrążonych w chorobie i bólu i bardzo go to zaniepokoiło.
Jak zazwyczaj w takich sytuacjach na pomoc przychodzi religia. Wtedy Siddhārtha poznał ascetów, którzy wierzyli w osiągnięcie nirwany, która daje ci życie wieczne. Siddhārtha postanowił się do nich przyłączyć. Najgorsza przepowiednia się spełniała. Ojciec (Król) Siddhārtha tego właśnie się obawiał więc obiecał mu, wszystko byleby tylko nie wyprowadzał się z pałacu. Siddhārtha jednak zapytał czy ojciec może mu dać lekarstwo, żeby się nie starzał i nigdy nie chorował. Oczywiście to było niemożliwe i Siddhārtha opuścił zamek.
Siddhārtha przyłączył się do Ascetów ale bardzo szybko zrozumiał, że ich techniki nie są najlepsze. Siddhārtha szukał balansu w życiu a nie popadania ze skrajności w skrajność. Z jednej strony mieszkał w zamku, miał jedzenia i rozrywek pod dostatkiem a z drugiej z Ascetami głodował, marznął i wykańczał pomału swój organizm. Na szczęście szybko uzmysłowił sobie, że to nie prawda. Zrozumiał, że ciało musi być silne i zdrowe. Dlatego nie można się objadać ale też nie można zagładzać się. Wtedy dopiero można medytować i osiągnąć nirwanę.
Ludzie jednak go nie słuchali. Każdy dalej wierzył, że aby dobrze medytować trzeba się zagładzać. Siddhārtha poprosił więc o jakiś znak czy jego podejście do medytacji jest poprawne. Pewnego dnia wziął więc miskę z ryżem i wrzucił ją na wodę. Stał się cud bo miska zamiast z prądem popłynęła do góry (pod prąd). Właśnie to jest miska z ryżem:
Każdy kto widzi te rzeźby po raz pierwszy jest przekonany, że są to dzwonki. Też tak myślałam do dziś Tak naprawdę jest to przewrócona miska z ryżem (na znak miski płynącej pod prąd) a szpikulec który ją przykrywa jest wskaźnikiem do nieba. Jest to bardzo symboliczna rzeźba i główny element dekoracyjny ostatniego poziomu świątyni - poziomu nirwany.
W każdym "dzwonie" znajduje się posąg buddy ale tylko jeden jest odkryty.
I takim oto sposobem doszliśmy do Nirwany. Moja opowieść jest bardzo skrótowa i na pewno zrozumienie całego buddyzmu wymaga dużo więcej czasu. Uważam jednak, że przewodnik odwalił kawał dobrej roboty, tłumacząc nam wszystkie szczegóły.
Przewodnik strasznie nie lubi islamistów ale tych radykalnych, którzy zabijają w imię Allacha. W Yogyakarcie jest skupisko wszystkich religii. Widać było dużo dzieci wyznania muzułmańskiego. Przewodnik objaśnił, że ci muzułmanie którzy mieszkają na Javie są mniej restrykcyjni i zdecydowanie nie wierzą, że zabicie kogoś da im świętość. Przewodnik wieży, że nowe pokolenie zacznie odrzucać islam albo przynajmniej interpretować go po nowemu, gdzie nie trzeba zabijać innych. W sumie Chrześcijanie też mieli swoje wojny krzyżowe, które w miarę szybko się skończyły. Miejmy nadzieję, że islamskie zabijanie w imię Allaha też się szybko skończy i transformacja stanie się szybciej.
Po głównej świątyni pojechaliśmy jeszcze do mniejszej świątyni buddyjskiej natomiast z wielkim posągiem buddy - przynajmniej największym w tym rejonie. Posąg buddy robił wrażenie ale większe zrobiło na nas drzewo, Fikus Pengalesis. Jest to drzewo, które wypuszcza korzenie z gałęzi do ziemi. Jest to porównywalne z życiem, rośniemy, rozwijamy się aby ponownie powrócić do naszego źródła.
Do tej pory nie spotkaliśmy się z naganiaczami. W żadnym kraju nikt nie namawiał nas do kupowania czegoś na siłę. Czasem zawołali, zaprosili do środka ale nic na siłę. Natomiast to co się działo przy tych świątyniach to masakra. Ledwo otworzyły się drzwi naszego samochodu to byliśmy otoczeni grupą sprzedawców. Każdy chciał nam coś wcisnąć. To samo w drodze powrotnej. Zaczynali zawsze od jakiejś wysokiej ceny - ceny bardziej Manhattańskiej. Kiedy jednak nie chcieliśmy kupić to potrafili zejść do ceny która była 20% pierwotnej ceny. Ja osobiście nie lubię się targować więc wychodziłam z pustymi rękami a szkoda. Niektóre rzeczy mieli bardzo ładne i jakby ustawaili stałą cenę to pewnie byśmy więcej kupili, bo tanie i ładne.
Pomimo, że była dopiero 1 popołudniu my nauczyliśmy się wiele i wiele zobaczyliśmy. Zmieniam zdanie jeśli chodzi o przewodników. Czasem warto dopłacić i dowiedzieć się czegoś nowego, zrozumieć, że dzwon to tak naprawdę miska ryżu. Naszym następnym przystankiem było lotnisko. Lecieliśmy na Bali ale tylko przenocować. Naszą główną destynacją jest Komodo National Park. Park Narodowy położony na 3 wyspach (Komodo, Rinca i Padar) jest domkiem dla największych jaszczurów na świecie. Park zwiedza się łódkami, które wypływają z wyspy Flores. Tam też znajduje się lotnisko (LBJ). Do Labuhanbajo można się dostać z Bali albo z innych mniejszych wysp. Choć najpopularniejsze są połączenia z Bali. Dlatego aby nie mieć długiej przesiadki zdecydowaliśmy się spędzić noc na Bali i dopiero rano polecieć na Komodo. Lot minął spokojnie i szybko po kolacji poszliśmy spać. Tak więc ciężko powiedzieć, że byliśmy na Bali.
2017.04.18 Merapi Wulkan, Yogyakarta, Indonezja (dzień 10)
Indonezja ma najwięcej aktywnych wulkanów niż jakikolwiek inny kraj, dokładnie ma ich 76. Niektóre wybuchają co parę lat, a niektóre znacznie rzadziej. Najbardziej aktywnym wulkanem jest Merapi, na który oczywiście dzisiaj mamy zamiar się wspiąć.
Nie idziemy na niego dlatego, że jest najbardziej aktywny, tylko dlatego, że nam najbardziej pasuje. Nie jest techniczny i nie trzeba sprzętu wspinaczkowego, ale też nie jest łatwy i nie ma tam setek ludzi, jak np. na Bromo. Można go zrobić w jeden dzień i jest jednym z ciekawszych wulkanów w całej Indonezji.
Merapi ostatni raz wybuchł w 2010 i "trochę" narozrabiał. Wyrzucał skały na parę kilometrów do góry i spadały one w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. O wybuchu sejsmolodzy wiedzieli już wcześniej, ewakuowali ogromną ilość ludzi z terenów sąsiadujących z górą, ale i tak zginęło ponad 300 osób. Przez dwa lata góra była zamknięta na wspinaczkę, a szczyt obniżył się o kilkadziesiąt metrów i jego aktualna wysokość to 2930 m (9613 ft). Miesiącami ludzie musieli chodzić w maskach, nawet w oddalonym o 60 km mieście Yogyakarta. Paro-centymetrowa warstwa popiołu leżała na ziemi przez długi czas. Dopiero gdzieś po dwóch lata flora wróciła do stanu sprzed wybuchu. Zginęła potężna ilość zwierzyny. Lawa zalała wiele terenów, tworząc spustoszenie i wielkie powodzie ponieważ wpływała do koryt rzek.
Następny wybuch nikt nie wie kiedy będzie. Merapi wybuchał średnio co 4-5 lat. Ostatnio było to w 2010, czyli 7 lat temu. Historia wybuchów mówi, że jak Merapi długo nie eksplodował (10-15lat) to potem wybucha z potężną siłą tworząc jeszcze większe spustoszenia. Lokalna ludność boi się tego, oni wiedzą, że na pewno wybuchnie. Nie chcą żeby to się teraz stało, ale też wiedzą, że im dłużej wulkan "czeka" tym wybuch może być potężniejszy. Ludzie nie mają żadnego na to wpływu. Żyją jakby nigdy nic, ale na pewno w ich głowach jest ta świadomość, że pewnego dnia Merapi się obudzi i po raz kolejny drastycznie zmieni ich życie. I pewnie dlatego się modlą i składają ofiary.
Z naszego hotelu do początku trekingu (północna strona) jest około 2 godziny samochodem. Kiedyś można było wychodzić z południowej strony, ale po wybuchu w 2010 ta część wulkanu już jest niedostępna.
O 2:30 rano przyjechał po nas kierowca i pojechaliśmy się wspinać. Mieliśmy nadzieję, że pośpimy coś w samochodzie, ale niestety nie dało się. Indonezja nie ma dobrych dróg. Wiele ostrych serpentyn, niepłynny ruch uliczny i niezliczona ilość głębokich dziur. Z drugiej strony nie przypuszczaliśmy, że w nocy tyle się dzieje na ulicach w małych miasteczkach. Wiele ludzi się krzątało, jechało swoimi skuterkami załadowanym "po dach" najdziwniejszymi rzeczami, część lokalnych już otwierała swoje budy żeby coś sprzedawać. Ogólnie bardzo ciekawe widowisko.
Gdzieś o 4:30 podjechaliśmy pod "office" park rangera, który przywitał nas kawą i troszkę opowiedział o hiku. Został przydzielony nam lokalny przewodnik i ruszyliśmy w górę. Przewodnik nie jest wymagany na ten wulkan, ale jest polecany. Nie ma szlaku i jest wiele ścieżek, które mogą cię wyprowadzić w las. Zwłaszcza, że początek trekingu był jeszcze po ciemku. Później się przekonaliśmy, że to był bardzo dobry pomysł mieć przewodnika. Nie dość, że nie musieliśmy wyszukiwać dobrej ścieżki, to jeszcze dowiedzieliśmy się wiele ciekawych rzeczy o wulkanie i o lokalnym życiu przeciętnych ludzi. Oni nie mają tu lekko, oprowadzanie ludzi po wulkanach to często jest ich jedyny dochód. Nas to niewiele kosztowało (300,000 IRD, czyli $24), a dla nich to jest dużo kasy. W ten dzień szło 10-12 grup i każda miała lokalnego przewodnika.
Od samego początku szliśmy ostro pod górę. Nawet pierwsze 10 minut było po betonie, który się szybko skończył i zaczęła się gliniana, śliska ziemia. Nie padało, ale była ostra rosa i wszystko było wilgotne. Jak na razie szliśmy tropikalną dżunglą, w której czasami wyłaniały się małe plantacje z różnymi warzywami, jak brokuły, sałata, pietruszka i parę innych których nazw nie znamy. Takie organiczne na maksa warzywa z wulkanicznej ziemi muszą być pyszne i zdrowe, nie? Trochę je tu jemy i nam bardzo smakują.
O tej porze wyszliśmy już z dżungli i naszym oczom ukazała się wspaniała wulkaniczna kraina w promieniach wschodzącego słońca.
Treking zaczęliśmy z wysokości gdzieś 1700 metrów o godzinie 4:45. Godzinę później zaczęło się rozwidniać, a gdzieś o 6:30 wschodzące słońce powiedziało nam dzień dobry.
Dużo ludzi zaczyna treking o 1 w nocy i wychodzi na szczyt na wschód słońca.
Nam się nie chciało wyjeżdżać z hotelu o 11 wieczór, więc słońce zastało nas trochę niżej.
Po wyjściu z lasu zaczęliśmy iść stromo do góry po skałach. Ręce już potrzebowaliśmy nie tylko do robienia zdjęć, ale też do trzymania się skał. Około 8 rano doszliśmy do płaskowyżu który znajduje się na wysokości 2600 metrów. Lokalni nazywają to Pos 3, albo Mt. Merapi base camp. Część ludzi dzień wcześniej tutaj dochodzi, rozbija namiot i następnego dni nad ranem atakuje szczyt.
Tutaj zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę przed zaatakowaniem szczytu. Merapi jest bardzo aktywnym wulkanem i na szczycie nie powinno się długo przebywać ze względu na złą jakoś powietrza jaka tam występuje.
Tutaj też mijaliśmy grupy które już wracały ze szczytu ze wschodu słońca i mówiły, że nie jest łatwo, ale jest warto się po wspinać. Przewodnik nam powiedział, że miał już ok 15 polskich grup które szły z nim na Merapi, ale niewiele z nich szło dalej. Większość dochodziła tutaj, albo szła na mniejszą górę obok. My oczywiście jesteśmy najlepsi i jak tylko pogoda i warunki pozwalają to idziemy dalej. Oczywiście jak to jest w miarę bezpiecznie.
Pogoda niestety zaczęła się psuć. Chmury szybko się podnosiły i coraz więcej zasłaniały widoków. Przewodnik powiedział, że musimy już iść jak chcemy wyjść na szczyt.
Ruszyliśmy. Pierwsze 200 metrów w pionie było po wulkanicznych piargach. Ciężko było. Wszystko się osuwało w dół. Z każdym krokiem do przodu, robiłeś pół kroku do tyłu. Do tego byliśmy już prawie na 3000 metrów i oddychanie stawało się cięższe.
Dobrze, że mieliśmy przewodnika. Często chmury były gęste i mało co było widać. Nie mieliśmy stuptutów, więc drobne kamienie wpadały nam do butów, co oczywiście nie ułatwiało wspinaczki. O 8:45 piargi się skończyły i ostatnie 200 metrów pokonywaliśmy po stromych skałach.
Było stromo, ale nie aż tak żeby było niebezpiecznie, czy żeby był potrzebny sprzęt do wspinaczki. Wiadomo trzeba było uważać i dobrze się trzymać skał, ale tak przecież jest w wysokich górach. Nie było trudniej niż na wielu innych hikach na jakiś już byliśmy. Przewodnik pokazywał nam miejsca w których czujesz ciepło od płynącej w głębi lawy. Powiem wam, że jest to ciekawe uczucie.
O 9:15 czasu lokalnego, dwuosobowa załoga z Polski, wraz z lokalnym przewodnikiem stanęła na szczycie jednego z najbardziej aktywnych wulkanów na naszej Planecie. Zdobyliśmy Mt. Merapi ! Hura...!!!
Ale tu śmierdziało siarą. Czasami jak zawiało, to aż ciężko było oddychać. Niestety nie widzieliśmy krateru, chmury na dobre zagościły na szczycie. Szkoda, bo ponoć krater jest piękny i ładnie widać czerwoną magmę. Krawędź krateru jest wąska i trzeba uważać. Ostatnio jeden z przewodników się potknął i wpadł do krateru. Wiadomo co się z nim stało, nigdy go już nie znaleziono.
Przewodnik miał rację, na szczycie nie można za długo przebywać. Wdychanie tego wszystkiego co wydala wulkan z pewnością dla nas nie jest zdrowe. Ruszyliśmy W dół. Na początku pomału po skałach, a potem w przyspieszonym tempie po piargach.
Teraz ruchomy wulkaniczny żwir ułatwiał nam zadanie. Można było prawie zbiegać. Wiadomo, czasami za szybko i lądowało się na tyłku. Było miękko, więc nie bolało, a żwir z butów i z innych części ubrań wysypaliśmy na przerwie w base camp.
Długiej przerwy nie robiliśmy, bo pogoda się pogarszała. Niestety przez ostatnią ponad godzinę szliśmy już w deszczu. Na początku kropiło, a potem już ostro lało. Schodzenie po stromej, glinianej ziemi w deszczu nie należało do przyjemnych. Było ślisko na maksa. Szliśmy pomału i teraz mogliśmy podziwiać tropikalny las w świetle dziennym.
Niżej plantacją ustąpiły lasy. Najbardziej uprawiają w Indonezji ryż. W tym rejonie jest za wysoko na ryż, ale niżej są niezliczone pola uprawne. W tym klimacie zbiory ryżu można robić 4 razy w roku. Żeby tak w Polsce ziemniaki też się zbierało 4 razy w roku. Ale byśmy mieli ziemniaków!
Ryż jest ich najważniejszą potrawą. Jedzenie bez ryżu nigdy nie będzie głównym jedzeniem, zawsze będzie przekąską.
Około 13 doszliśmy do New Selo. Jest to miejsce z którego dzisiaj nad ranem rozpoczynaliśmy nasz treking. Przyjechał po nas samochód i zjechaliśmy w dół do park rangera, który ugościł nas gorącą herbatą. Trochę u niego posiedzieliśmy, pogadaliśmy o Indonezji i ruszyliśmy w 2.5 godzinną drogę powrotną do naszego hotelu.
Żołądek zaczął się dopominać o jakiś pokarm, bo poza czekoladą i paroma batonami energetycznymi, nic nie jedliśmy od 2 w nocy. W hotelu mają fajną restaurację, odwiedziliśmy ją i zamówiłem sobie surową wołowinę na gorącym kamieniu. Super smakowała z lokalnymi sosami.
Nasz hotel Hyatt ma wielkie tropikalne ogrody, które w nocy ładnie są oświetlone. Tak się najedliśmy, że musiał być obowiązkowy spacer na trawienie.
Chodząc po ogrodach natrafiliśmy na fajny bar, w którym grała muzyka na żywo. Do wejścia niewiele nas musieli namawiać. Zimne piwko znowu dodało energii na parę godzin. Zespół zrobił sobie przerwę, solista nas odwiedził przy stoliku i znowu dowiedzieliśmy się parę ciekawostek od lokalnego.
Już chyba było po północy jak spanie nas dopadło. W sumie to już prawie 24h jesteśmy na nogach, a i dzień nie należał do łatwych. Udaliśmy się do pokoju i padliśmy do łóżek. Jutro rano znowu wstajemy wcześnie i dalej zapuszczamy się w ten piękny i dziewiczy kraj.
2017.04.17 Pramaban Temple, Yogyakarta, Indonezja (dzień 9)
Kolejny dzień, kolejny samolot, kolejny kraj, kolejna strefa czasowa. Na tych wakacjach latamy troszkę z miejsca na miejsce (albo lepiej z kwiatka na kwiatek) i zmieniamy kraje, miasta jak rękawiczki. Będąc w Malezji mieliśmy do wyboru albo polecieć na Borneo albo na inne wyspy Indonezji. Borneo jest podzielone między trzema krajami, Malezją, Indonezją i Brunei.
My jednak postawiliśmy na Indonezję. Chcieliśmy zobaczyć słynne świątynie jak i wspiąć się na jakiś wulkan. Tak więc po wesołej nocy w Singapurze, niedużej ilości snu i szybkim śniadaniu czyli konserwy, znów założyliśmy plecaki na nasze plecy i ruszyliśmy w drogę na lotnisko.
Obeznani już w Singapurskim metrze szybko dojechaliśmy na lotnisko - podobno najlepsze na świecie. Nie mieliśmy na nim dużo czasu więc nie odkryliśmy wszystkich zakamarków. Podobno ma wiele do zaoferowania i jest idealne jak potrzebujesz się przesiąść. Na pewno przez 2-3 godziny jest tam co robić. My odwiedziliśmy tylko sklep bezcłowy. Jak już Darek pisał, ceny alkoholu tu są bardzo wysokie. Nawet na bezcłówce też były zaporowe ceny. Plusem jednak była możliwość potestowania tak więc Daruś nie mógł przejść obojętnie koło takiej kolekcji otwartych butelek.
Szybkie zakupy i lecimy. Tym razem testujemy AirAsia. Są to linie lotnicze bardzo popularne i rozbudowane we wschodniej Azji. Można się nimi dostać prawie na każdą wyspę. Są też dość tanie więc spodziewaliśmy się bardzo ubogiego serwisu. Oczywiście nie jest to standard długo dystansowych linii lotniczych ale nie można narzekać. Odprawa poszła sprawnie, w samym samolocie miejsca jest wystarczająco a jedzenie czy picie można sobie dokupić.
Lot zajął tylko 1.5h i w południe szczęśliwie wylądowaliśmy w Yogyakarcie. Widać, że oddalamy się od dużych miast bo lotniska są coraz mniejsze i w tym przypadku mogliśmy normalnie przejść płytą lotniska. Na lotnisku czekał już na nas kierowca i Pani przewodniczka. Myśleliśmy wynająć samochody ale ceny za wynajęcie samochodu były bardzo wysokie a jedyną wypożyczalnią był AVIS. Dlatego zdecydowaliśmy się napisać do hotelu czy by nam nie pomogli z transportem i się okazało, że mogą wszystko dla nas zorganizować. Zdecydowanie polecam tą formę zwiedzania Indonezji. Po pierwsze ruch na drogach jest zwariowany, skuterów tu jak komarów na Mazurach, przepisy są zerowe a do tego co jakiś czas ktoś lokalny stoi na środku skrzyżowania i chce od ciebie jakąś kasę (nie sądzę, że jest to officialne). Tak więc wszyscy się ucieszyli, że nie muszą prowadzić samochodów i mogą spokojnie sobie siedzieć z tyłu i czasem przysypiać.
Yogyakarta, zwana przez lokalnych Jogja [dżogdżia] jest największym miastem w Centralnej Javie. Cała wyspa Java podzielona jest na 3 rejony (wschodnia, zachodnia i centralna część). Jakarta (stolica kraju) jest największym miastem Zachodniej części a Surabaya wschodniej. Podobno Yogyakarta znaczy pokój a Jakarta zwycięstwo. Yogakarta jest położona wśród 3 największych atrakcji jakie oferuje wyspa. Po pierwsze jest oddalona tylko 2 godziny od jednego z najbardziej czynnych wulkanów w Indonezji (wulkan Merapi). Po drugie w rejonie miasta znajdują się piękne świątynie - szczególnie dwie zasługują na uwagę: Prambanan Temple i Borobodur Temple.
Jak się możecie domyśleć taki właśnie była nasz plan. Zaczęliśmy od Prambanan Temple. Jest to najwyższa i podobno najładniejsza świątynia Hinduska. Wybudowana była w IX wieku naszej ery (856 AD). Świątynia ta dedykowana jest Trimurti - postaci boga w trzech postaciach, Brahma - twórca, Vishnu - opiekun i Shiva - niszczyciel.
Po świątyni jak i do środka można wchodzić i podziwiać niesamowite dekoracje. Po raz kolejny dziwi nas jak w tamtych czasach udzie potrafili tak dokładnie rzeźbić i jakim cudem to wszystko przetrwało lata.
W parku Parmbanan jest jeszcze jedna świątynia, Lumbung Temple. Tym razem jest ona buddyjska. Nasza Pani przewodnik wybrała szybszą wersję zwiedzania i zaprowadziła nas do małego pociągu który objeżdża cały park. Do Lumbung można też dojść na nogach - co niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Pociąg ma jednak mały minus. Po zajechaniu masz tylko 5 minut na zrobienie zdjęcia i musisz wracać do pociągu, który na ciebie czeka. Jak idziesz na nogach to masz tyle czasu ile chcesz.
Oczywiście my wypadliśmy z pociągu i pognaliśmy do środka więc i tak udało nam się troszkę połazić po niej.
Zdecydowanie mniej ludzi dociera do Świątyni Lumbung. W Parambanan było multum ludzi a do tego dużo wycieczek szkolnych. Aż się zdziwiłam, że aż tyle szkół zwiedza to. W Indonezji jest moda na zbieranie zdjęć z turystami. Często dzieciaki ze szkół podchodziły do nas, żeby sobie zrobić zdjęcie z nami. Podobno to taka moda i potem się chwalą swoim kolegom na Facebook. Nie do końca rozumiem co w tym takiego ekscytującego ale z drugiej strony jak my lecimy do jakiejś Afryki czy innych egzotycznych krajów to też chcemy zdjęcia z lokalnymi.
Po Pramaban pojechaliśmy do jeszcze jednej dużo mniejszej świątyni, Plaosan Temple. Fajnie było pogonić znów między starymi kamieniami. Niedaleko świątyni znajdują się pola ryżowe. Ogólnie bardzo dużo widuje się plantacji ryżu po drodze. Podobno Indonezja jest najbardziej rolniczym krajem na ziemi. Jestem w stanie w to uwierzyć bo naprawdę dużo widuje się tu ludzi pracujących w polu i uprawiających różnego rodzaju warzywa, rośliny.
Ostatnim przystankiem była plantacja kawy. Indonezja słynie również z produkcji kawy. Uprawiają oni dwa rodzaje kawy: Arabica i Robusta. Arabica jest lepsza i droższa ponieważ jest bardziej delikatna. Rośnie ona wysoko w górach przez co jest jej ogólnie mniej. Robusta natomiast jest bardzo popularną kawą, uprawianą wszędzie - prawie w każdych warunkach.
Dodatkowo w Indonezji jest słynna kawa Luwak. Do jej wyprodukowania potrzebne są zwierzątka zwane Łaskun Palmowy. Zjada on tylko najlepsze owoce kawy, te które są czerwone, słodkie i dojrzałe.
Następnie je wydala. Ponieważ jednak jego żołądek nie trawi ziaren kawy wydalane są one w skorupce a dodatkowo soki trawienne sprawiają, że kawa ma unikatowy smak. Następnie ludzie chodzą po plantacjach i szukają tych wydalonych ziaren kawy. Wyglądają one mniej więcej tak jak na zdjęciu.
Następnie "kupy" są czyszczone i myte oraz ziarna są wyłuskiwane ze skorupek. Proces jest ręczny i czasochłonny dlatego pewnie cena kawy jest dość wysoka. Podobno jest to najdroższa kawa na świecie. Nie wiem po ile jest w US czy w Polsce ale myśmy zapłacili $30 za małą torebkę 100g.
Obrane ziarna są następnie palone 3-4 godziny. W maszynce jak na zdjęciu poniżej ziarna pali się aby uzyskały czarny kolor i stały się kawą zdatną do picia.
I voila - teraz można się wreszcie napić tej wspaniałej kawy. Pewnie teraz każdy z was się zapyta no i jak smakuje, czy warto dopłacić itp. Jest delikatniejsza. Na pewno jest dużo lepsza, mniej kwaśna i mniej gorzka niż regularne kawy które pijemy na co dzień.
Pod wieczór wreszcie dotarliśmy do hotelu. Zmęczeni, głodni ale z głową pełną wspomnień i wrażeń. W Hayatt Regency w Yogyakarcie, śpimy dwie noce. Hotel na zdjęciach wyglądał na dość wypasiony i rzeczywiście był. Można pospacerować po ogrodzie, zagrać w golfa, iść do basenów itp.
My niestety nie mogliśmy dziś długo siedzieć i zaraz po kolacji poszliśmy spać. Jutro idziemy na hike i wychodzimy z hotelu o 2:30 rano. Idziemy zdobyć wulkan Merapi.
2017.04.16 Singapur (dzień 8)
Singapur nas w końcu wyleczył z jet-laga. 12-to godzinne przestawienie czasu jednak nie można pobić w jedną noc. Często o 22 lub 23 bardzo nam się chce spać. Natomiast 6-7 rano, a my już obudzeni z wielkimi oczami. Wczoraj godnie przywitaliśmy Singapur i poszliśmy spać dopiero o 3 rano i pospaliśmy do 10 przestawieni na lokalny czas.
Dzisiaj cały dzień spędzamy w mieście. Zwiedzamy i oglądamy to najbogatsze miasto/państwo na świecie. Zanim to jednak zrobimy musimy się wyprać. Przecież nie będziemy chodzić po tak czystym mieście w przepoconych koszulkach.
W Singapurze przypada mniej więcej połowa naszych wakacji i ilość czystych, niespoconych rzeczy się skończyła. Nasz hotel (Mercure) nie miał pralni, tylko miał serwis, który miał super chore ceny. Za każdą koszulkę chcieli $10 i podobną cenę za bieliznę. Niepoważni ludzie. Dobrze, że obok jest hotel Ibis, w którym za $8 wszystko wypierzesz i wysuszysz. Nawet proszek ci dają.
Na początek zwiedzania wybraliśmy spacer po South Ridge Slopes. Do parku jak i po całym Singapurze jeździ świetne metro. Z dokładnością co do minuty i z częstotliwością co 5 minut można poruszać się prawie po całym mieście.
Wszystko jest super czyste, klimatyzowane (stacje też), idealnie opisane. Bezzałogowe pociągi w ciszy mkną mrocznymi tunelami na które nie wejdziesz. Szklana ściana się otwiera dopiero jak metro jest na stacji. Mam nadzieję, że dyrektorzy nowojorskiego metra kiedyś przyjadą do Singapuru na szkolenia i nauczą się jak metro powinno funkcjonować. Subway w NYC jest w opłakanym stanie i wymaga radykalnych zmian. Na pewno, trzeba wymienić skorumpowaną związkową mafię na szczycie MTA.
W sumie ten nasz spacer nie był w parku, był w dżungli. Można tam spotkać małpy jak i ciekawe okazy flory. Wszystko to ładnie wyglądało, ale ten upał i wilgotność nas szybko męczyła. Pięknie tu jest, szkoda tylko , że temperatury wszystkich wyganiają do środka. Mało ludzi chodzi po parkach w ciągu dnia, większość siedzi w klimatyzowanych, potężnych centrach handlowych.
Po parku, ochłodziliśmy się w metrze i pojechaliśmy do głównej części miasta, do Marina Bay. Wiele atrakcji turystycznych znajduje się nad tą zatoką. Myśmy oczywiście rozpoczęli od piwa i przeanalizowania mapy, jak do tego logicznie się zabrać.
Symbolem, ikoną Singapuru jest Merlion. Jest to ryba z głową lwa. Ten stwór nigdy (chyba) nie żył na naszej planecie, ale jest symbolem życia i energii. Taki ma być Singapur i tak świat ma go dostrzegać, powiedzieli Chińczyki "tworząc" to wspaniałe miasto na samym cypelku półwyspu malezyjskiego.
Ludzi oczywiście tam było mnóstwo. Zrobiliśmy parę zdjęć i szybko uciekliśmy stamtąd.
Największą i chyba najsłynniejszą budowlą w Singapurze jest Marina Bay Sands Hotel. Jest to super luksusowy hotel, składający się z trzech wież po kilkadziesiąt pieter każda i połączonych na dachu słynną arką Noego. Hotel jest bardzo drogi, przepych i bogactwo aż się wylewa. Nie nasz klimat.
Hotel otoczony jest wielkim, wielo-poziomowym centrum handlowym. Myślę, że chyba każda znacząca się marka na świecie ma tutaj swój sklep. Wszystko jest tak wypucowane i wyczyszczone, że zastanawialiśmy się jak to jest w ogóle możliwe. Podłoga, szyby, półki.... wszystko lśni. Całe centrum oczywiście jest pod wielkim dachem, żebyś w przyjemnym klimacie wydawał dolary. A jest gdzie i na co wydawać. Ceny są mega wysokie, pobijają słynną nowojorską 5 av. Mimo, że dolar singapurski jest o 30% tańszy niż amerykański, to i tak ceny są chore.
Jak ci się znudzi chodzenie, to zawsze możesz usiąść w jednej z kilkudziesięciu restauracji, albo popływać sobie gondolą jak w Wenecji. Udało nam się przejść nie wydając ani jednego $ i w końcu doszliśmy do hotelu Sands. Nawet jak nie mieszkasz w tym hotelu to wciąż możesz wyjechać na dach, do arki.
Oczywiście część turystyczna jest znacznie mniejsza niż dla mieszkańców, ale i tak cieszyliśmy się, że mogliśmy tu wyjechać. Niestety do najsłynniejszej części, czyli do infinity pool (nieskończony basen) nie dało się dojść. Może i dobrze, bo ilość ludzi w wodzie przerażała.
Kupiliśmy sobie po piwku, usiedli i podziwiali widoki. A było co oglądać, stąd widać prawie cały Singapur, wielki port i setki statków transportowych, które do tej pory nie wiemy po co w takiej ilości tam są. Przecież to nie Chiny albo Indie.
Zjechaliśmy na dół, ale tym razem nie udało nam się przejść centrum handlowego bez przystanku. Zgłodnieliśmy i najwyższa pora była zjeść jakąś kolację przy szumie wodospadu i w towarzystwie gondoli, które bezszelestnie mknęły po sztucznej rzece wewnątrz centrum handlowego. W pobliżu znajduje się kolejny park, Gardens by the Bay. Jest to chyba najsłynniejszy park w całym Singapurze. Główną atrakcją są Super Trees (super drzewa). Wczoraj barman nam powiedział, że najlepiej ten park zwiedzać jak już jest ciemno. Miał rację, wszystko wyglądało super. Zauważyliśmy na naszych podróżach, że barmani i taksówkarze mają najbardziej praktyczne i ciekawe informacje.
Park jest dość duży, ma wiele rzeczek, ścieżek, ciekawych zakamarków. Jednak główną atrakcją są super drzewa. Bajecznie wyglądają. Czuliśmy się jak na filmie Awatar.
W sposób w jaki je zrobili i oświetlili budzi podziw. Często się zmieniały kolory, natężenie światła, ilość diod.... Na środku stało największe drzewo, w którego wnętrzu znajduje się winda i wywiezie cię na górę, gdzie oczywiście jest bar.
Bar taki sobie, nic specjalnego, natomiast widok z niego znowu zapierał dech w piersiach. Dostaliśmy piwo, które było wliczone w cenę wstępu do drzewa i znowu robiliśmy dużo zdjęć nie mogąc się napatrzyć.
Była już prawie 23, najwyższa pora, żeby zdążyć dojechać do imprezowej dzielnicy o nazwie Clarke Quay, o której nam barman oczywiście powiedział. Metro zamykają między 23 a północą, zależy od linii. Udało się, dojechaliśmy.
Oboje byliśmy w szoku jak tam weszliśmy. Bary, kluby, restauracje, jakiś koncert na żywo.... wszystko tam było. Większość jest na zewnątrz i czasami bywało ciepło, ale nie było tak źle. Mieli wiele potężnych klimatyzatorów i schładzali całe ulice. Ilonka powiedziała, że tutaj nawet miasto schładzają jak potrzebują.
Poszliśmy do paru barów, popróbowaliśmy lokalnych drinków i piwa. Mimo, że była to niedziela i już dobrze po północy dalej sporo ludzi siedziało i się bawiło. Wiadomo, dużo było turystów, ale lokalnych też nie brakowało. Bardzo nam się tutaj spodobało, szkoda, że jutro już stąd wylatujemy bo można by tutaj jeszcze parę miejsc "odwiedzić". Z tego miejsca mieliśmy jakieś 15 minut na nogach do naszego hotelu. Nie było już tak gorąco, więc spacer był idealnym zakończeniem dnia. Może nie do końca zakończeniem, bo w hotelu "musieliśmy" jeszcze odwiedzić dach i pożegnać się z miastem. Jutro rano lecimy do Indonezji, na wyspę Java.
Co myślimy o Singapurze? Mamy mieszane uczucia. Z jednej strony jest to nowe, piękne, czyste miasto z dużą ilością parków i zieleni. Ludzie (większość chińczyków, 70%) są bardzo uprzejmi, mili i chcący ci pomóc za wszelką cenę. Przestępczość jest bardzo mała, praktycznie nie istnieje. Prawo jest bardzo surowe i bezwzględnie egzekwowane. Za drobne wykroczenia są nakładane bardzo wysokie kary pieniężne i kara chłosty. Za większe przekroczenia, jak np. zabójstwo czy handel narkotykami dostajesz karę śmierci. To mi się podoba, takie prawo powinno też być w innych krajach. Ludzie by może dwa razy pomyśleli zanim zrobią jakieś wykroczenie.
Z drugiej strony Singapur jest bardzo drogim miastem. Chyba najdroższym w jakim do tej pory byliśmy. Spokojnie pobija Nowy Jork czy Londyn. Tokyo czy Moskwa też mu nie dorównują. Wszystko jest drogie, hotele, jedzenie, wejścia do różnych atrakcji. Bary i drinki pobijają wszystko. Nawet w sklepie puszka piwa kosztuje około $4. Ceny whisky czy wina w sklepach są prawie dwa razy droższe niż w Nowym Jorku.
Powariowali....
Klimat też nam za bardzo nie służył. Miasto leży prawie na równiku, temperatura i wilgotność są nie do zniesienia. Po godzinnym spacerze po mieście jesteś cały spocony i jak najszybciej chcesz wejść do środka.
Ogólnie uważam, że miasto jest ciekawe i każdy chociaż raz powinien je zobaczyć i wyrobić sobie swoją opinie. Czy bym tu chciał wrócić? Może kiedyś w przyszłości, ale jak na razie jest jeszcze wiele miejsc na świecie w których nie byłem.
2017.04.15 Penang, Malezja i Singapur (dzień 7)
Trzy rzeczy przyciągnęły nas na wyspę Penang.
1. Świątynia Kek Lok Si o której Darek pisał wczoraj.
2. George Town jako miasto, w którym można zobaczyć prawdziwą Malezję (i zasmakować)
3. Graffiti i 3D Art, które można znaleźć na ulicach George Town
George Town jest największym i najpopularniejszym miastem na wyspie Penang. Tak więc oczywiste było, że będzie to nasza baza wypadowa i główna destynacja. Wczoraj odwiedziliśmy największą buddyjską świątynie i poszliśmy na prawdziwą malezyjską kolację. Penang słynie z bardzo dobrej kuchni która jest połączeniem chińskiej kultury z arabską. Naprawdę smakowite połączenie.
Ale nie o jedzeniu będę dziś pisać. Dziś głównym tematem jest graffiti i ulice George Town. Ponieważ temperatury są tu bardzo wysokie i chodzenie po mieście w samo południe nie należy do przyjemniejszych to zaczęliśmy zwiedzanie bardzo wcześnie. Byliśmy jedni z pierwszych na śniadaniu. Nasz hotel pomimo, że nie był drogi przywitał nas bardzo dobrym śniadankiem i dużym wyborem różnego rodzaju przysmaków. Darek postanowił spróbować wszystkiego co słodkie i na śniadanie miał cream brulee, galaretkę truskawkową i pudding z melona. Ja natomiast spróbowałam wszystkiego co azjatyckie i wybrałam różnego rodzaju makarony, ryże itp. Ponieważ dziś są Święta Wielkanocne to wg. tradycji, nic nie zostało zjedzone dopóki nie podzieliliśmy się jajkiem.
No dobra....czas wyruszyć do piekarnika. Pomimo, że była 8 rano to wcale nie było chłodno. W hotelu dostaliśmy mapkę, gdzie jest jakie graffiti i ruszyliśmy w miasto.
Pewnie zastanawiacie się skąd pomysł graffiti i drucianych rzeźb 3D. No więc rząd stanu Penang aby przyciągnąć turystów ogłosiło konkurs na najlepszy pomysł jak promować George Town. Zwycięską ideą okazał się pomysł stworzenia drucianych komiksów.
Wszystko wykonane jest z drutu lub metalu, przedstawia jakąś scenkę i do tego komentarz. Na pewno jest to całkiem fajne urozmaicenie i dekoracja ulic. W nocy "rzeźby" te są podświetlane co nadaje im dodatkowego uroku. Takich rzeźb jest 52 porozrzucanych po całym mieście. Spróbuj znaleźć wszystkie.
Nam udało się zobaczyć tylko kilka bo skupiliśmy się na graffiti. W 2012 roku Litwiński artysta, Ernest Zacharevic został poproszony o stworzenie projektu zwanego "Mirrors of George Town" [Lustrzane odbicie George Town]. Nie był to łatwy projekt ale Ernest poradził sobie z tym wyborowo i stworzył serię graffiti na murach starego miasta. Projekt ten nadał nowy charakter ulicom George Town i stare (często odrapane mury) stały się ciekawsze, ładniejsze no i oczywiście przyciągnęły turystów.
Podoba mi się, że każde graffiti jest połączone z przedmiotem który ładnie komponuje się w całość. I tak może to być rower, huśtawka czy słup który przedstawia kosz do grania w koszykówkę.
Oczywiście turystów było tam dużo ale na szczęście nadal udawało nam się w miarę szybko zrobić zdjęcie. Jednak wyjście rano z hotelu było dobrym pomysłem.
Po graffiti przyszedł czas na UNESCO Heritage Area. Część Gorge Town ma status śwwiatowego dziedzictwa UNESCO. Jest to stara część miasta, stworzona głównie przez kolonizatorów angielskich. Część rzeczy jest odnowiona, ale część nadal potrzebuje inwestcji i pomysłu na zagospodarowanie.
Zdecydowanie polecam wejść do dworu Pinang Peranakan. Znajduje się tam muzeum pokazujący styl życia i historię rodziny Chung Keng Quee. Załapaliśmy się na wycieczkę w języku angielskim i pan przewodnik opowiedział nam kilka ciekawostek. W posiadłości są zdjęcia członków rodziny. Co jednak rzuca się w oczy to fakt, że oni się w ogóle nie uśmiechali. Podobno ten surowy wyraz twarzy wynikał z faktu, że nikt nikomu nie ufał. Nawet sejf mieli na dwa klucze. Jeden klucz miała żona a drugi mąż. Aby otworzyć sejf potrzebne były dwa klucze. System ten był dowodem, że nawet mąż żonie nie ufał i vice-versa.
Z ciekawych anegdotek dowiedzieliśmy się też, że dawniej na pierwsze urodziny dziecka, rodzina wysyłała makaron. Długie wstążki makaronu oznaczały długie życie. Teraz niestety ludzie przedkładają pieniądze nad długie życie i wysyłają gotówkę jako prezent.
Zdecydowanie polecam odwiedzenie tego dworu / muzeum. Można nie tylko pooglądać ręcznie robione dekoracje, arcydzieła ale też zastawę z prawdziwej chińskiej porcelany, meble, ubrania itp. Jest to dość kształcąca wycieczka i można się nauczyć wiele o tradycjach i kulturze ówczesnych ludzi.
Zbliżało się południe więc skwar dawał nam się we znaki. W zasadzie tu jest cały czas gorąco ale w południe jest wyjątkowo ciężko wytrzymać. Tak więc wróciliśmy do hotelu i po krótkim ochłodzeniu się w klimatyzowanym pokoju wyruszyliśmy znów w podróż. Tym razem lecieliśmy do Singapuru. Tam mamy spotkać się z drugą częścią ekipy i spędzić dwie noce. Bardzo jesteśmy ciekawi tego miasta-państwa. No to w drogę.
Tutaj też doszła Ameryka i McDonalds. Pomimo, że McDonalds z założenia w każdym kraju powinien być taki sam to widać niewielkie różnice. Np. w Hiszpanii można kupić piwo w McDonaldzie a w Penang McDonald ma live music. Menu też się różni i tak na przykład w Nowej Zelandii masz opcję lepszej jakości mięska tak tu masz możliwość zjedzenia hamburgera bardziej doprawionego lokalnymi przyprawami. My jednak zdecydowaliśmy się na kawę ale już nie w McDonaldzie.
Pierwsze zaskoczenie przyszło przy wypełnieniu deklaracji. W samolocie Pani dawała papierki, gdzie trzeba zadeklarować co się w wozi. No więc czytamy i zastanawiamy się czy będzie coś fajnego. Poza standardowymi rzeczami jak broń, narkotyki itp pojawił się punk o gumie do żucia. Jak się okazuje Singapur tak dba o czystość, że nie chcą aby ludzie żuli gumy i potem je wypluwali gdzie popadnie. Tak więc jest nie legalne w wożenie do kraju gum do żucia. Jak to się mów - co kraj to obyczaj.
Drugie zaskoczenie przyszło zaraz przy lądowaniu. Byliśmy w szoku jak dużo statków transportowych tu jest. Masakra. Nigdy w życiu nie widziałam tyle statków cargo. Potem widzieliśmy port i...robi wrażenie. Po porcie i ilości statków, które czekały na wjazd wygląda, że statki te nie tylko przepływały obok ale wpływały do portu i rozładowywały towary. Ciekawe co się dalej dzieje z tymi kontenerami.
Udało się, znów spotkaliśmy się wszyscy. Nie jest to łatwe bo lotnisko w Singapurze jest wielkie. O lotnisku słyszałam wiele, że jest niesamowite, że ma najlepsze jedzenie, że ma ogrody i nie wiadomo co jeszcze. Rzeczywiście, jeśli chodzi o zieleń, kwiaty i ogrody to jest ich trochę.
Do tego dekoracje które tylko dodają uroku i są atrakcją samą w sobie. Jedzenia nie próbowaliśmy ale odwiedziliśmy bezcłówkę i chcieliśmy kupić piwo do hotelu. Niestety jak przylatujesz z Malezji to nie możesz wwieść alkoholu. Widać, że pomimo iż Singapur odłączył się od Malezji to nadal traktuje ją jak ten sam kraj.
Ostatnim udogodnieniem są bramki do skanowania przed bramkami do samolotu. Dzięki temu nie musisz mieszać się z pasażerami wszystkich linii lotniczych a kolejki przy wejściu na pokład są dużo mniejsze. Ogólnie lotnisko dostało od nas plusa za szybkość obsługi i szybkość przemieszczana się. Z lotniska do miasta, można się dostać taksówką (ok. S$30) albo pociągiem za S$2.60. My wybraliśmy tańszą wersję i po 1h dojechaliśmy do hotelu - Mercure Hotel Bugis.
Ogólnie hotele Mercure znamy z dość dobrej jakości. Ten jest dodatkowo po remoncie więc może nie spodziewaliśmy się 5 gwiazdkowego hotelu ale w miarę przestronnego pokoju, czystego ładnie wyremontowanego. To co dostaliśmy było na miarę Ibis hotelu. Pokój był bardzo mały i w sumie to zmieściło się tam tylko łóżko. Łazienki oddzielnej nie było. Tylko kabina z mlecznego szkła na prysznic i druga taka sama na toaletę. Umywalka była w przejściu. Ogólnie straszne małe. Chyba ceny ziemi w tym kraju są bardzo duże. Może dlatego zanim przejdziesz z recepcji do windy to przechodzisz koło baru. Chyba chcą przyćmić trochę pierwsze wrażenie.
Skoro pokój jest tak mały to nie bardzo można w nim siedzieć więc od razu wyruszyliśmy na miasto. Było już dość późno więc nie mieliśmy, żadnych konkretnych planów poza poszwendaniem się, zjedzeniem kolacji i pójściem na młyńskie koło.
Koło młyńskie zwane Singapore Flyer, jest bardzo podobne do koła w Londynie. My byliśmy tam przed samym zamknięciem (zamykają o 10 wieczór) i dzięki temu mieliśmy cały wagonik (kapsułę) dla siebie. Fajnie było zobaczyć miasto z góry. Oczywiście widać z niego Marina Bay z hotelem Marina Bay Sands (słynna budowla inspirowana Arką Noego), Super Drzewa i inne ciekawe budowle.
Dziś poruszaliśmy się na nogach więc po drodze do hotelu mogliśmy zaglądnąć do lokalnych barów i dowiedzieć się czegoś o życiu w najdroższym kraju świata. Większość barów jest jednak otwarta na zewnątrz. Podobnie jak w Malezji, klima jest włączona ale wszystkie drzwi i okna są po otwierane. Taki właśnie był pierwszy bar gdzie przyciągnęła nas głośna muzyka na żywo. Zespół bardzo fajnie grał ale chyba najlepszą atrakcją był jednak zajec...czy królik jak kto woli.
No w końcu jak święta to święta. Królik musi być. Nie dało się tu jednak rozmawiać więc szybko przenieśliśmy się do Irish Bar. Tam już było ciszej, przytulniej i zimniej bo wszystkie drzwi były wyzamykane. Jak to bywa, Darek zagadał to kelnera i zaczął go wypytywać co tu robić i w ogóle jak można żyć w tak drogim kraju.
No bo Singapur rzeczywiście jest drogi. My mieszkamy w NY a często rzeczy były droższe niż u nas. Fakt faktem, chodziliśmy po turystycznych dzielnicach gdzie pewnie wszystko z zasady jest droższe ale nadal jest trochę za drogo. Za małe piwo często płaciliśmy 10 USD. Podobno alkohol jest tu wyjątkowo drogi bo są duże podatki na niego nałożone. W restauracjach było tak sobie. Trzeba było liczyć po 30-40 USD na osobę za gorące danie i coś do picia.
Kelner polecił nam iść na Clarke Quay. Podobno tam całe miasto imprezuje. My już nie mieliśmy siły się dziś szlajać więc tą atrakcję turystyczną zostawiliśmy na jutro. Póki co Singapur wywarł na nas mieszane uczucie miasto jak miasto, duże, z ładną architekturą i stosunkowo czyste. Słysząc dużo o tym najdroższym kraju świata, słuchając jak to jest tam czysto, idealnie i nowocześnie, spodziewaliśmy się nie wiadomo czego. Chyba po Tokyo, Dubaju i Nowym Jorku nie wiele może nas zaskoczyć. Fakt faktem, że miasto jest bardzo czyste, bezpieczne i przyjemne. Ma parki, ciekawą architekturę i widać, że jest zadbane. Jednak w metrze wszyscy się pchają, ludzie są bardziej zamknięci w swoim świecie i brakuje tej słynnej japońskiej kultury i grzeczności. Chyba się spodziewałam czegoś więcej niż oferuje Japonia. Jednak Singapur nie prześcignął kraju kwitnącej wiśni. Nie zrozumcie, źle. Nadal mi się miasto bardzo podoba ale chyba ustawiłam mu za wysoko poprzeczkę.
2017.04.14 Penang, Malezja (dzień 6)
Plan na dzisiejszy dzień, to doprowadzić samochód na lotnisko, wziąć samolot i polecieć na wyspę Penang. Latanie wewnątrz Azji jest tanie, dlatego za niewielką dopłatą (około $25) na osobę można lecieć w business class. Malaysia Airlines dobrze to zaplanowała. Nie dość, że na lotnisku zjedliśmy śniadanie za darmo, to jeszcze podali nam szybki lunch w samolocie.
Czyli te $25 które wydaliśmy na dopłatę do lepszej klasy byśmy spokojnie wydali na jedzenie. Natomiast komfort lotu był znacznie lepszy.
Po wylądowaniu pojechaliśmy do hotelu w George Town zostawić plecaki i zaatakowaliśmy miasto. Najładniej miasto widać z góry Penang Hill. Są dwie opcje dostania się na szczyt. Albo na nogach za darmo, albo za 30 MYR ($8) kolejką torową.
Wychodzenie w tym upale parę kilometrów i pokonanie 700 metrów w pionie w ogóle nie wchodziło w rachubę. W ciągu paru minut, klimatyzowaną kolejką wyjechaliśmy na Penang Hill. 700 metrów wyżej robi różnicę, było znacznie chłodniej. Lekki, chłodny wiaterek powodował, że aż się chciało chodzić. Widok rozbudowującego się Georg Town pokazywał jak na dłoni, że Azja rozwija się w potężnym tempie.
W końcu można było usiąść, napić się lokalnego piwa (Tiger) i podziwiać widoki.
Następnym naszym celem była największa buddyjska świątynia w Malezji, Kek Lok Si. Żeby tam się dostać, to musieliśmy zjechać na dół i przejść gdzieś 1.5km lokalnymi, handlowymi uliczkami. Świątynia robi wrażenie górując nad miastem. Zbudowana została pod koniec XIX wielu i dalej oczywiście służy buddystom za święte miejsce, w którym odbywane są nabożeństwa i wszelkiego rodzaju ceremonie.
Obszar jaki zajmuje budowla też jest imponujący. Na start musieliśmy przejść jakimiś małymi, wąskimi korytarzami w których były setki małych sklepów z pamiątkami. Następnie weszliśmy już do większego (klimatyzowanego) sklepu i z niego małym wagonikiem bardzo pomału wyjechaliśmy na plac na którym znajduje się główny budynek świątyni.
Tam też spędziliśmy trochę czasu zaglądając we wszystkie możliwe zakamarki. Zbliżała się godzina 18 i zaczęli wszystko zamykać. Oczywiście zamknęli nam kolejkę i zostaliśmy skazani na schodzenie na dół. Nie było by w tym nic złego, gdyby można było znaleźć jakąś ścieżkę i nią schodzić w dół. Niestety taka ścieżka nie istnieje. Schodziliśmy naokoło drogą uważając żeby jakiś lokalny nas na skuterze nie rozjechał.
Wróciliśmy do hotelu, zostawiliśmy sprzęt photo/video i ruszyliśmy na wieczorne zwiedzania George Town.
Miasto jak i cała wyspa ponoć nie jest jeszcze tak nowoczesna jak np. Kuala Lumpur. Dalej tu można odnaleźć i doświadczyć tradycyjne Malezji.
Głód nam już doskwierał, więc zaczęliśmy od kolacji. Wybór padł na Krbaya. Knajpa ta słynie z dobrej i autentycznej malezyjskiej kuchni.
Mieli racje, jedzenie było dobre. Kelner polecił nam też lokalny drink, którego nazwy oczywiście nie pamiętam, ale też "dało się wypić". Po kolacji poszwendaliśmy się po barach. Bary w George Town różnią się o barów w Kuala Lumpur. Nie są już takie fansy. Bardziej przypominają pijalnie piwa niż bar z górnej półki. Ceny też są przystępne. Za piwo płaci się 10-15 MYR ($2-3). Niestety w tych miejscach nie ma klimy, ani wiele innych udogodnień cywilizacji. Ale tego nie potrzebowaliśmy, chcieliśmy doznać prawdziwej Malezji, a nie turystycznej jak w KL.
Fajny klima był w tej części miasta, a zwłaszcza w okolicy ulicy Love Line. Trochę nam przypominał Nowy Orlean. Głośna muzyka, którą było słychać na ulicy, dużo ludzi, stoliki na zewnątrz. Ogólnie ciekawe miejsca, polecamy odwiedzić, szczególnie wieczorem.
Do naszego hotelu mieliśmy jakieś 10 minut na nogach. Idąc mniej imprezową częścią miasta nocą dalej jednak widać, że tej kraj dopiero się rozwija. Są miejsca gdzie pomału cywilizacja wchodzi, ale dalej większość jest ciemna i biedna. Idąc po tych mniej turystycznych miejscach trzeba było uważać żeby do jakieś dziury nie wpaść, a i zapach nie był miły. Turystyka na maksa rozwija świat. Coraz więcej rejonów i krajów zauważa, że turystyka to bardzo dobry interes i że trzeba go dobrze witać i szanować. Jak narazie Malezja nam to daje. Czujemy się tutaj jak chciani turyści, jak ludzie którzy są witani, zapraszani, a na końcu dziękują nam, że to właśnie ich wybraliśmy. Zupełnie inaczej niż w Maroku.
2017.04.13 Dżungla Taman Negara, Malezja (dzień 5)
Jakby o dzisiejszym dniu miała pisać Ilonka, to cały wpis by wyglądał tak:
Kur..., kur..., kur..... ale tu jest f.... gorąco....!!! I tak dalej, i tak dalej... Miałaby "trochę" racji, upał dał nam dzisiaj ostro popalić. Ale od początku...
Noc nawet udało nam się dobrze przespać, chociaż co jakiś czas odgłosy dżungli mówiły, że jest ona zaraz za drzwiami. Już przy śniadaniu mieliśmy ciekawych gości.
Wielki ptak wpadł na śniadanie. Park Ranger potocznie nazywał go Abu, ale chyba jest to Rhinoceros Hornbill. Najpierw usiadł na drzewie i bacznie obserwował co kto je. Następnie podleciał do stolików i w podskokach sobie między nimi skakał.
Niestety z jednego ze stolików ludzie zaczęli go karmić. Nie było to ich najmądrzejsze zachowanie. Ptak oczywiście wykorzystał to, wskoczył na stół i zaczął wyjadać im jedzenie z talerza. Goście musieli się przenieść do innego stolika i pobrać nowe jedzenie. Mają nauczkę! Nie wolno karmić dzikiej zwierzyny. Dla ludzi i dla zwierząt jest to bardzo niebezpieczne.
Około 8:30 rano, po śniadaniu, zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy na hike w dżungli. W Taman Negara jest wiele różnych hików. Od małych godzinnych, do wielo-dniowych trekingów. My wybraliśmy sześcio-kilometrowy "spacer" po, jak nam się na początku wydawało, płaskim szlaku.
Na paro-dniowe trekingi specjalne zezwolenie i przewodnik jest wymagany. Potrzebujesz go na odnajdywanie zarośniętego "szlaku", znalezienie bezpiecznego miejsca na nocleg, a także pomoże ci w sytuacjach spotkania mieszkańców dżungli. A mieszka tu parę ciekawych zwierzaczków. Począwszy od małpek, które ci wezmą plecak i uciekną na drzewo, poprzez szczekające sarny, aż do większych okazów. Tygrysy malezyjskie, słonie, nosorożce, dzikie świnie, mrówkojady.... wszystko tu ponoć mieszka.
Jak planowaliśmy te wakacje to oryginalnie był plan dwu-dniowego hiku i spania w jaskini. Ale niestety brakło nam na to czasu, wybraliśmy smoki z Komodo.
Taman Negara jest najstarszą dżunglą na naszej planecie. Znajdują się tu okazy flory, które występują ponad 100 milionów lat. Ja myślę, że dinozaury i inne gady też tu się bawiły.
Na początku nasz szlak szedł płasko wzdłuż rzeki Sungai Keniam. Zupełnie inaczej chodzi się po lasach tropikalnych niż po naszych, w klimacie umiarkowanym. Na początku negatywna rzecz, temperatura i wilgotność. Była masakra! Tak gorąco na hiku to chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy. Po prostu czujesz się jakby cały czas ktoś na ciebie wylewał wiadro ciepłej wody. Do tego jeszcze wysoka temperatura, około +35C, ogólnie ciężka sprawa. Dobrze, że było jeszcze rano i deszcz nie padał, bo ubranie kurtki przeciw deszczowej by chyba nie miało sensu. Z pozytywnych rzeczy to na pewno trzeba wymienić dźwięki. Tak jak te wszystkie ptaki śpiewały, to aż miło było posłuchać. Co chwilę to jakieś nowe dołączały do orkiestry i starały się wszystkich przekrzykiwać. Mam nagrania na kamerze, kiedyś zrobię film...
Gdzieś po 30 minutach doszliśmy do kąpieliska Lubok Simpon. Ponoć tu się można kąpać w rzece. Oczywiście wszystkie napisy mówią, że nie jest to zalecane i pływasz na własną odpowiedzialność. Zwłaszcza jak masz jakieś zadrapania lub skaleczenia to nie powinieneś wchodzić do wody. Jak już wejdziesz to trzymaj głowę nad wodą.
Woda, jak to w dżungli, nie była za czysta i jakoś nie zachęcała do kąpania się w niej. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej. Teraz szlak zaczął się ostro wspinać do góry.
Było coraz to cieplej, a do tego wspinaczka do góry nie ułatwiała zadania. Oczywiście na szlaku nie spotkaliśmy nikogo. Na początku była jakaś pani, ale chyba zawróciła. Nie spotkaliśmy też żadnej dużej zwierzyny, może i dobrze. Ponoć duże ssaki są głębiej w dżungli i rzadko tu przychodzą. Natomiast słyszeliśmy szczekania. Wiedząc, że nie wolno tu wchodzić z psami, więc musiały to być sarny. Tak, są tutaj szczekające sarny. Niestety nie widzieliśmy żadnej, natomiast dobrze je słyszeliśmy.
Co widzieliśmy i czuliśmy to owady. Tego tu naprawdę dużo lata. Lata i gryzie oczywiście.
Człowiek jest spocony na maksa i to paskudztwo przykleja się do skóry i ssie krwiopijca. Jedno mnie szczególnie ciekawie ugryzło w nogę. Nawet nie wiem kiedy. Zobaczyłem, że krew się leje. Mieliśmy taką małą apteczkę pierwszej pomocy i próbowałem to jakoś odkazić i krew zatamować. Krew sobie dalej leciała. Przykleiłem plaster, który ze względu na wilgotność po paru minutach odpadł i był dobrze zakrwawiony. To chyba nie był komar, bo on zostawia ranę kłutą, a ta była w kształcie półksiężyca. Po kolejnych paru minutach krew przestała lecieć. Bierzemy pastylki na malarie i się szczepiliśmy, miejmy nadzieje, że to wystarczy.
W końcu dodarliśmy do Bukit Terek. Dochodzi tutaj inny szlak i już było trochę więcej ludzi. Z tego wzgórza rozciągał się ładny widok na dżunglę. Niestety dalej było bezwietrznie, nawet najmniejszego wiaterku, który by ochłodził nasze spocone ciała.
Dalej można iść, ale ponoć już jest ciężko ze znajdywaniem ścieżki i przewodnik jest zalecany. Zgubienie się tutaj nie należy do przyjemnych rzeczy.
Ze szczytu wracaliśmy już łatwym, uczęszczanym szlakiem. Tutaj już szło trochę ludzi. Szkoda, bo już nie było tak dziko i dziewiczo. Jedną z atrakcji w tym rejonie mają też Canopy Walk.
Ponoć jest to najdłuższy Canopy Walk na świecie. Nie wiem czy to prawda, ale był naprawdę długi. Składał się z 7-8 różnej długości wiszących mostków. Chodziłem trochę po takich mostkach w NZ, ale te tutaj to "trochę" inna klasa. Wąskie, stare, wszystko się trzęsło, skrzypiało, ciekawe uczucie.
Niektóre było nisko nad ziemią, a niektóre naprawdę wysoko schowane w konarach drzew. Do góry i na dół. Polecamy dla ludzi co nie mają lęku wysokości.
Po zejściu z drzew, jak małpki szybko pobiegliśmy do naszego chłodnego domku. Dobrze, że miliśmy piwko w lodówce które ugasiło nasze płonące ciała.
Po schłodzeniu się, zabraliśmy plecaki, pożegnaliśmy się z małpkami i wsiedliśmy na łódkę, która przewiozła nas na drugi brzeg rzeki Tembeling, gdzie czekał nagrzany do czerwoności nasz samochód. Trochę trwało zanim się ochłodził.
Jutro rano lecimy do George Town na wyspie Penang, dalej Malezja. W związku tym nie śpimy w Kuala Lumpur tylko w miasteczku bliżej lotniska, w Putrajaya. Mamy do niego gdzieś około 4 godziny samochodem. Połowę lokalnymi drogami, a połowę już po autostradzie.
W środkowej Malezji dalej widać biedę na maksa. Drogi są wąskie, ale nawet ok. Trzeba tylko uważać na dziury po bokach żeby koła nie urwać przy większych prędkościach. Byliśmy głodni, ale niestety nie odważyliśmy się zjeść nic przy drodze. Ich "restauracje" jakoś nas nie przyciągały. Ciemne, bez prądu (czyli bez lodówki), sami lokalni, no i oczywiście upał na maksa!!! Jedzenie leży na stole i już prawie jest upieczone w upale. Przejeżdżając przez miasteczko wstąpiliśmy do McDonalda i tam w chłodzie coś zjedliśmy. Jedzenie było OK, ale do BigMac z Nowej Zelandii trochę im jeszcze brakuje.
Po dżungli przyszła pora na nagrodę i Ilonka wynalazła hotel full-wypas. Hotel Pullman nie należy do tanich, ale na zniżkę travel agent cena była przystępna. Dobrze się było ochłodzić, zmyć brud i pot z ciała.
Sam hotel polecamy, natomiast jedzenie nie miał za dobre. Mogliby się lepiej postarać. Byliśmy głodni, więc wszystko zjedliśmy, ale jak na tej klasy hotel to powinni lepiej gotować.