Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

USA: Northeast Ilona USA: Northeast Ilona

2018.02.17 Stratton, VT (dzień 1)

President’s day weekend – kolejny długi weekend w Stanach. Według prawa w Stanach, pracodawca nie musi Ci dawać wolnego w każde święto. Są firmy, które dają tylko najważniejsze święta jak Boże Narodzenie, Dziękczynienia itp. Ja ostatnio zmieniłam pracę i miałam szczęście dostać się do firmy która respektuje prawie każde święto i daje nam wolne. Co to oznacza? Jeszcze więcej długich weekendów niż miałam do tej pory.

Skoro mam wolny poniedziałek to nie ma innej opcji niż uderzyć w górki. A, że jest zima to Vermont się do tego najlepiej nadaje. Myśleliśmy pojechać gdzieś dalej ale zima w tym roku nie rozpieszcza i nie ma co jechać 7 czy 8 godzin bardziej na północ jak nie mają otwartych wszystkich terenów.

Niestety ten długi weekend jest też początkiem ferii zimowych dla dzieci w szkołach. Oznacza, to multum ludzi w górach i mały wybór noclegów. Ponieważ, my czekaliśmy do ostatniej chwili, żeby się przekonać jaka jest sytuacja ze śniegiem to wybór hoteli mieliśmy dość mały. Padło na White River Junction. Małe miasteczko położone na granicy Vermont i New Hempshire. Na szczęście moja karta travel agent nadal jeszcze działa więc udało mi się załatwić cały apartament z kuchnią, living roomem i sypialnią za jedyne $100 za noc. Będę tęsknić za tymi zniżkami.

Planowaliśmy wyjechać w sobotę rano więc pierwszy dzień padło na Stratton. Tylko tym razem padło na hike a nie na nartki. Po pierwsze chcieliśmy sobie urozmaicić jakoś ten weekend i zrobić coś innego skoro mamy już 3 dni wolne. Po drugie na hike mogliśmy wyjść po 10 rano i nadal mieć super warunki a na nartach jak cię rano nie ma to potem nie ma po co w ogóle wychodzić.

Z Nowego Jorku wyjechaliśmy koło 6 rano. Przed 8 rano zjechaliśmy zatankować i po kawę do Starbucksa. Na szczęście najpierw pojechaliśmy na stację i zaraz obok stacji Darek wypatrzył francuską piekarnię. Co tam Starbucks – Starbucks jest zawsze i wszędzie a świeże ciacho prosto z piekarni ciężko jest znaleźć przy autostradzie. Rzeczywiście piekarnia była pierwsza klasa. Jak coś to polecamy Isabelle et Vincent w Fairfield CT, otwierają o 6 rano ale jak jesteście przejazdem to zdecydowanie warto. Croissantów i pączków było tyle, że Darek nie mógł się zdecydować i wziął 3...do tego świeża bagietka i śniadanie gotowe.

Muszę przyznać, że ktoś miał znakomity pomyśl upieczenia bagietki z kawałkami oliwek. Bardzo mi to smakowało i idealnie pasowało do prosciutto. Śniadanie jak zwykle zjedliśmy w drodze, żeby nie tracić czasu. Takim sposobem byliśmy na parkingu już o 10 rano. Szybkie przebranie się – no może nie do końca szybkie i w drogę na górkę.

Zimowego hiku dawno nie robiliśmy. Ja chodzę po stokach narciarskich i nawet już zapomniałam jak te dwa tereny się różnią. Po stokach narciarskich wyjdziesz na szczyt szybciej bo jest stromiej. Przez to, że jest stromiej to nie ma szansy odpocząć idąc. Po stokach idzie się cały czas pod górę i pracują zupełnie inne mięśnie niż jak się „biegnie” przez lasek. Na górę Straton w resorcie wychodzę w 1.5h po trasie zeszło nam ok. 2.5h.

Baliśmy się trochę, że może być za dużo śniegu na trasie i będziemy mieli problemy ze znalezieniem szlaku. Na szczęście widać, że trasa jest dość popularna i nawet była lekko udeptana. Pierwsza mila jest dość płaska. Tylko lekko się podnosiliśmy, aż doszliśmy do skrzyżowania z drogą dla skuterów śnieżnych (snow mobile).

W stanach Main i Vermont bardzo dużo ludzi jeździ na skuterach. Jest tu dużo tras przystosowanych dla miłośników tego sportu więc jest się gdzie pogonić. My też spotkaliśmy ich kilka, zdecydowanie więcej niż ludzi. Przez całą trasę nie spotkaliśmy, żadnego człowieka. Dopiero na szczycie dogonił nas jeszcze jeden górołaz z dwoma pieskami.

My po drodze za to widzieliśmy dużo śladów różnych zwierzątek. Szczególnie zainteresowały nas jedne ślady. Były dość duże i głębokie. Na pewno nie zrobił tego człowiek. Po pierwsze ślad miał bardziej formę kopyta a po drugie wchodził do lasu i tam zniknął. Ślady nas bardzo zaciekawiły. Nie bardzo mieliśmy ochotę stanąć twarzą w twarz z tym czymś co zrobiło te ślady. Wiedzieliśmy na 100%, że to nie człowiek.
Potem zrobiliśmy dochodzenie na internecie i wyszło, że były to ślady łosia. Inne ślady też widzieliśmy ale to były raczej mniejsze liski czy inne gryzonie.

Na szczęście, że nie spotkaliśmy tego łosia twarzą w twarz. Troszkę byśmy się trochę wystraszyli jakby takie bydle stanęło na naszej drodze. Za skrzyżowaniem z drogą dla skuterów śnieżnych trasa zaczęła się podnosić do góry. Fajnie tak było poskakać między drzewami. Dobrze, że mieliśmy raki bo czasami był lodzik na trasie i bez raków to by było ciężko. W rakietach też za bardzo nie można było chodzić bo co jakiś czas wychodziły kamienie. Dlatego ja zawsze wybieram raki nad rakietami. Rakiety są dobre tylko na bardzo głęboki śnieg ale wtedy zazwyczaj nie można znaleźć trasy.

Im wyżej wychodziliśmy tym chłodniej się robiło ale my wtedy tylko przyspieszaliśmy kroku, żeby nam było ciepło. Na szczyt wyszliśmy koło 1 po południu. Myśleliśmy zjeść tam lunch ale dość wiało a i tak za bardzo głodni nie byliśmy. Tak więc wyszliśmy tylko na wieżę widokową, pobawiliśmy się z pieskami i zawróciliśmy na dół.

W górach na wschodnim wybrzeżu często można na szczycie zobaczyć wieże strażackie. Dawniej jak bywały duże pożary wartownicy z wież obserwowali okolicę i wzywali pomoc kiedy dostrzegli jakiś mały pożar. Teraz są inne sposoby na alert pożarowy. Wieże nadal są ale jest to bardziej atrakcja turystyczna. W lecie czasem otwierają i można wejść do środka i posłuchać opowieści o historii pożarów i ogólnie okolicznych lasów.

Po krótkiej przerwie zeszliśmy na dół. Schodzenie na dół zawsze jest szybsze. W drodze powrotnej też łosia nie spotkaliśmy więc bezpiecznie dotarliśmy do autka. Na parkingu nie było za dużo aut. Jedna para się zastanawiała czy nie wyjść na szczyt na nartach ale się jednak rozmyśliła. Myślę, że dali by radę bo ogólnie trasa była w miarę szeroka.

Takiego hiku nam trzeba było. Nie za duży 7 mil, zimowy, bez ludzi, bez owadów, bez niepotrzebnego pocenia się. Naprawdę zadowoleni byliśmy z decyzji. Darek, który jeszcze mniej chodzi w zimie niż ja, tym bardziej tęsknił za zimowym łażeniem po górach. Nawet, nie narzekał, że poświęcił dzień na nartach. Nadrobi jutro. Jutro i w poniedziałek będzie mieć cały dzień na gonienie po stokach a pogodę zapowiadają wyśmienitą. Miejmy nadzieję, że tak też będzie.

Po hiku pojechaliśmy do hotelu. Hike jednak był niczym w porównaniu do drogi. W Vermont nie ma za dużo autostrad a dróg z asfaltem też jest jak na lekarstwo. Wiadomo jak zjeżdża się z autostrady do resortu to zawsze wszystko jest fajnie zrobione ale jak trzeba przejechać wzdłuż z resortu do hotelu to zaczyna się przygoda. Tak więc ja jako nawigator, powiedziałam tylko skręć w lewo, potem w lewo, i w lewo (patrz k....zaciął się), a Darek potulnie poskręcał i powiedział "no to Subaru, zobaczymy co potrafisz". Subaru spisało się wyśmienicie bo po to zostało w końcu stworzone. Po ty by jeździć po błotach, ziemi i lasach.

Dotarliśmy do hotelu, zaparkowaliśmy w garażu podziemnym (kolejny plus tego hotelu), zamówiliśmy pizzę i padliśmy spać już koło 10. To się nazywa odpoczynek. Dobrze się tak zmęczyć bo potem się śpi jak niemowlę i naprawdę człowiek odpoczywa.

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2018.02.11 Okemo, VT (dzień 2)

Pogoda na dzisiejszy dzień nie zapowiadała się ciekawa. Synoptycy ostrzegali, że już od samego rana mogą wystąpić opady deszczu. Niektórych to wystraszyło, a zagorzali narciarze już o ósmej rano byli na stoku.

Tych co pogoda nie wystraszyła dzisiaj wygrali na maksa. Rano jeszcze deszcz nie padał. Tak gdzieś od połowy góry zaczynały się chmury, gęste chmury. Trochę utrudniało to jazdę z większymi prędkościami, ale trasy były dobrze przygotowane, więc dobra widoczność nie była do niczego potrzebna.

Co było dzisiaj największym plusem to brak ludzi. Żeby w weekend w Okemo nie stać w kolejkach do wyciągów, to się rzadko zdarza. Non-stop bez żadnych kolejek śmigaliśmy po całym resorcie.

Gdzieś tak o 10 rano chmury się trochę podniosły i zaczął padać deszcz. Nie były to jakoś duże opady, taki lekki kapuśniaczek, mżawka. Za bardzo on nie przeszkadzał, natomiast pomógł wiele. Zmiękczył twardy śnieg, w którym teraz można się było bardzo głęboko wcinać.

Coś jak wiosenne narty na początku lutego. Puste stoki, miękki śnieg, karwing na całej długości tras. Do południa zjechaliśmy około 20 razy. Każdy z nas powiedział, że dawno tak się nie wyjeździł. Pod koniec nogi bardzo prosiły o przerwę.
Zjechaliśmy do knajpki w głównej części resortu. Normalnie jest tu ciężko dostać stolik w weekend. Dzisiaj bez problemu usiedliśmy, ściągnęliśmy ciężkie, mokre kurtki i zamówiliśmy co trzeba na ogrzanie się.

Po lunchu jeszcze oczywiście poszliśmy trochę pojeździć. Zupełnie nie było nikogo. Czułem się jak gdzieś w Chile, gdzie często dużo czasu upłynie zanim spotkam innego narciarza.

Zjechaliśmy jeszcze parę razy w bezludnych górach i postanowiliśmy wracać do domu. Deszcz zaczął bardziej lać, a na dodatek gęsta mgła zaczęła się pojawiać.

Droga do domu nie była łatwa, bo cały czas padał deszcz. Im bardziej na południe tym był gęściejszy.
Jednak warto było zostać niedzielę w górach i się wyjeździć na maksa. Okemo jest fajnym resortem, ale niestety w weekendy jest zawalone masą turystów. Dobrze, że nam pogoda „dopisała” i większość ludzi wyjechała do domu, albo siedziała w barach. Wiadomo, każdy narciarz woli żeby było słoneczko, bez wiatru, -5C i w nocy spadło pół metra śniegu. Ale wtedy w Okemo więcej bym stał w kolejkach niż jeździł na nartkach. Na pewno bym nie zjechał 25 razy!!!

Za tydzień długi weekend w Stanach i początek ferii zimowych w szkołach. Oczywiście mamy w planie gdzieś na 3 dni wyjechać. Jeszcze nie wiemy gdzie. Będziemy podążać za śniegiem i szukać resortów z małą ilością ludzi. Jeśli takie w ten weekend w ogóle bedą istniały. Plan jest następujący: 3 dni i 3 różne resorty.
Do usłyszenia.....

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2018.02.09-10 Okemo, VT (dzień 1)

Tydzień temu w Vermont spadła stopa śniegu (30 cm), w środę podobną ilością Matka Natura obdarzyła ten stan. Nie było innego wyboru jak zapakować nartki na puch i ruszyć na północ.

Nie tylko my mieliśmy ten sam pomysł, więc uzbierała się nas nawet niezła grupka i wynajęliśmy cały dom w pobliżu Okemo.
Ósma rano, wyciągi ruszają, a my siedząc na jednym z krzesełek dyskutujemy i cieszymy się wspaniałym weekendem jaki będziemy mieć w tym resorcie.

Mimo wczesnych godzin ilość samochodów na parkingu i ludzi w górach mówiła nam, że w Okemo będzie ciasno. Lubię ten resort. Jest w miarę duży, ma ciekawe i zróżnicowane trasy i jest boisko NY. Niestety inni też go lubią i w ładne weekendy jest tu stanowczo za dużo ludzi. Okemo nie jest tak duże jak Killington czy Sunday River gdzie w zatłoczone weekendy można się bawić w mniej uczęszczanych częściach resortu i praktycznie bez kolejek wsiadać na wyciąg.
Okemo jest fajne w tygodniu, albo w weekendy ze złą pogodą. Ale o tym za chwile.

Po raz pierwszy w tym sezonie Okemo miało 100% otwartych tras i terenów. Ma ich ponad 130, więc wszystkimi nie zjedziemy, ale te ciekawsze na pewno zaliczymy. Mój tata (też pojechał w ten weekend), powiedział, żeby zrobić rozgrzewkę na łatwiejszych, a potem się pobawić na ciekawszych trasach.

Tak też się stało. Na start poleciały niebieskie i ubite czarne, takie jak World Cup, Defiance, Fall Line. Muszę powiedzieć, że byłem pozytywnie zaskoczony jakością tras. Wyczuwalna była potężna ilość śniegu jaka tu ostatnio spadła. Głębokie wcinania się, brak lodu, dobrze zrobione trasy..... ale zabawa. Wiedzieliśmy, że jest sobota i za chwilę będzie tu wiele narciarzy, którzy to wszystko rozjeżdżą i zrobią muldy. Nie tracąc ani minuty rozjeżdżaliśmy ich „sztruks”.

Ilonka na dzisiaj miała specjalne zadanie. Bardzo ważne i odpowiedzialne zadanie. Miała wynieść pyszne jedzenie na sam szczyt do lodge gdzie mieliśmy zjeść lunch. Mają tam jedzenie, ale nic specjalnego. My mieliśmy lepsze.

Na jednej z tras spotkaliśmy ją. Szła dzielnie do góry niosąc przepyszne jedzenie. Ilonka i my potrzebowaliśmy krótkiej przerwy.
Ilonka lubi Okemo, mają tutaj luźne przepisy jeśli chodzi o chodzenie...

"Tak, przepisy tu mają bardzo luźne - jak to Owsiak mówi - Róbta co chceta. Nie trzeba za nic płacić, można chodzić po wszystkich trasach ale jak we wszystkim i w tym jest haczyk - haczyk w postaci "nieruchomości".

Spacerując sobie tak po cichej trasie Sachem, podziwiałam posiadłości które tu się pobudowały. Pewnie już to czytaliście na naszych blogach ale ostatnio naprawdę chodzi za nami jakaś odskocznia od codzienności a szczególnie od dużego miasta. Okemo wydaje się nam całkiem fajnym wyborem. Pewnie nie będzie nas stać na aż taki domek ale możne kiedyś dorobimy się czegoś małego - jakiegoś jedno-dwu pokojowego apartamentu, który ma dostęp do tras - tak zwany ski in i ski out. Wstępnie sprawdzaliśmy i już za $200 tys można coś kupić. To tak z 10 razy taniej niż w NY.

Chłopakom super się jeździło więc mi się wcale nie spieszyło. Zwłaszcza, że pogoda była idealna. Tak więc szłam sobie spacerkiem pod górę i upajałam się ciszą. Aż spotkałam dwóch spragnionych narciarzy, którym chyba bardziej chciało się pić niż mi - no tak Darek z Tata się nie obijali."

Po przerwie, każdy pojechał w swoją stronę. My na dól do wyciągu, a Ilonka dzielnie kontynuowała wspinaczkę.
Na dole dołączyli do nas kolejni znajomi i już większą grupą kontynuowaliśmy białe szaleństwo.

Ludzi już było dużo. Na wyciągach i na trasach. Odjechaliśmy z głównej części góry i udaliśmy się do South Face. Tu też było trochę narciarzy, ale znacznie mniej niż w centralnej części. Po paru zjazdach tatuś powiedział, że jak trudne trasy to teraz. Po lunchu już się nie będzie chciało.

W South Face jest fajna dolina gdzie schodzą się podwójne diamenty. Tu przynajmniej było mało ludzi i można było zjechać ciekawą trasą. Czasem tylko trzeba było uważać żeby w drzewo nie wjechać jak się śmigało przez laski.

Tatuś świetnie sobie poradził i na dole powiedział, że nie było tak źle jak myślał i trzeba tu jeszcze przyjechać.
W tym czasie Ilonka:

"Po rozstaniu poszłam dalej do góry, zielone trasy się już po kończyły i wspinałam się niebieskimi. Stromsze trasy mają to do siebie, że narciarze pojawiają się znikąd i mają większą prędkość na szczęście pogoda im bliżej szczytu tym była gorsza więc i narciarzy było mniej. Mi jednak pogoda nie przeszkadzała i w miarę szybko doszłam na szczyt. I poinformowałam resztę, że lunch podano do stołu"

Musieliśmy wziąć dwa wyciągi żeby tam dojechać i parę minut po południu zasiedliśmy do stołu. Prosciutto, serki, pasztet z zająca..... do tego zimne piwko.... ale uczta. Taki lunch to rozumiem.
Jak zwykle fajnie się siedziało, jadło, gadało, ale górki wzywały. Około pierwszej ruszyliśmy dalej. Ilonka w dół, a my na drugi koniec resortu, do Jackson Gore. Do Jackson Gore wzięliśmy niebieską trasę, Rum Run. Jedziemy, a tu niespodzianka. Z góry widzimy, że grupa ludzi stoi i patrzy się w dół. Podjechaliśmy do nich i jak się okazało trasa kończy się ścianą z lodu. Ludzie stoją i nie wiedzą jak ją pokonać.

Lód pokonuje się w prosty sposób. Po prostu jedzie się prosto. Tak też uczyniliśmy i pojechaliśmy dalej. Dotarliśmy do Jackson Gore. Tu niestety rozczarowanie. Duże kolejki do wyciągów, czasami nawet po 10-15 minut musieliśmy stać.

Zjechaliśmy parę razy i wróciliśmy do głównej części resortu. Była gdzieś godzina piętnasta, ludzi ubywało i znowu jak rano, bez kolejek można się było wyszaleć. Zrobiły się już małe muldy, ale były miękkie, więc nie wiele przeszkadzały w zabawie. Wręcz przeciwnie, urozmaicały zjazdy, dzięki czemu jeździliśmy aż do końca.

Na koniec zjechaliśmy na dół, gdzie Ilonka dzielnie dorzucała drzewa do ogniska i pilnowała siedzeń. Ognisko się paliło, lokalne piwko się lało, muzyka na żywo grała..... takie Apres Ski to lubię.

Posiedzieliśmy tam ponad godzinkę i powspominaliśmy dobry dzień na nartach. Mimo, że w Okemo było dużo ludzi i czasami długo stało się do wyciągów, to dzięki temu, że zaczęliśmy wcześnie rano i jeździliśmy do końca to wyjeździliśmy się na maksa.
Po ognisku udaliśmy się jeszcze do punktu ostrzenia nart. Jutro zapowiada się też wspaniały dzień, a nasze narty już na maksa potrzebują naprawy.
Znajomi lubią i umieją gotować, także zakończyliśmy dzień wspaniałymi steakami z dodatkami i pysznym winem. Dziękujemy bardzo...!!!!

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2018.01.27-28 Sunday River, ME (dzień 2-3)

Ale ja uwielbiam ten resort narciarski!!!
Tak powiedziałem jak w sobotę rano usiadłem na pierwszym wyciągu w Sunday River (SR). Wiele gór, dużo tras, mało ludzi i w miarę dobre warunki śnieżne jak na wschodnie wybrzeże.

Nie dziwię się, że rok temu wyczerpałem wszystkie dni na moim sezonowym bilecie już do sylwestra. MAX pass polega na tym, że mogę jeździć w większości dużych resortów cały sezon, ale maksymalnie w każdym z nich mogę być 5 dni. Rok temu już pierwszego stycznia byłem po pięciu dniach w Sunday River. Tak tu jest fajnie!!

Parę minut po ósmej wyjechaliśmy na pierwszy szczyt. Wiedząc, że mamy przed sobą 12 godzin jeżdżenia (tutaj mają nocne trasy do 20) mieliśmy się oszczędzać na początku. Niestety znowu się nie udało. Brak ludzi, w miarę dobre trasy (trochę lodu jednak było), mroźne powietrze, to wszystko spowodowało że odrazu zaczęliśmy ostro jeździć.

Byliśmy na White Cap, czyli na pierwszej górze od wschodniej strony. Planowaliśmy przejechać wszystkie 8 gór i dotrzeć do Jordan Bowl. Oczywiście zjeżdżając każdą ciekawą trasą i „odpoczywać” gdzieś po drodze. Ilonka też ubrała swój sprzęt i ruszyła pod górę. Może nam się uda gdzieś w górach spotkać na piwku.

Niestety wszystkie trasy przez lasy były dalej nieczynne. Gruba warstwa lodu skutecznie utrudniła zakręcanie. A szkoda, bo w SR tras przez lasy jest wiele i są dobrej jakości. Natomiast większość innych stoków była otwarta i można było dobrze pozjeżdżać.

Na niebieskich uprawialiśmy narciarstwo karwingowe, natomiast na diamentach ślizg kontrolowany. Na stromych trasach śnieg był zeskrobany, więc ilość lodu była znaczna. Moje narty już nie są ostrzone wiele dni, więc na lodzie za bardzo nie chciały się wcinać. Ślizgały się jak misiowi łapki na lodzie. Tak to jest jak się zaniedbuje podstawowe obowiązki narciarskie.

W SR organizują wiele różnego rodzaju zawodów narciarskich. Odpoczywając na wyciągach można oglądać i podziwiać nową kadrę zawodowców. Paru z nich pokazało jak to się jeździ na nartach dużymi prędkościami.
Około 11 rano udało nam się spotkać z Ilonką i odpocząć sobie przy czymś chłodnym.

No tak ja nie leniuchując wyspinałam się na górę North Peak. Pogoda dopisała, słoneczko świeciło, na trasie nie było za dużo ludzi a za towarzyszy wspinaczki miałam wiewiórki, które co jakiś czas przebiegały trasę albo buszowały po laskach. Dla nich żaden lasek nie jest zamknięty.

North Peak jest szczytem w połowie góry ale niestety bardzo nie bezpieczny szczyt. W Sunday River jest 8 szczytów i można wejść na każdy z nich. Jeśli chodzi o ich zasady dla górołazów to są dość luźne. Nadal trzeba kupić bilet ale można chodzić gdzie się chce. North Peak jest jednym z moich ulubionych. Idzie się na niego ok. 1h i jest to pierwszy przystanek. Z niego można atakować inne szczyty takie jak Baker czy Jordan. Niestety North Peak ma też pułapkę - bar - jak się za długo zasiedzi to można zapomnieć o innych szczytach.

Szczyt North Peak ma fajny chatkę z barem. Ciemne piwo Sunday River z lokalnego browaru postawiło nas znowu na nogi. Chciało by się drugie, ale nie wolno, trzeba na nartki wracać.

Odporni na wszelkie pułapki ruszyliśmy dalej. Ja w poszukiwaniu lodu a chłopaki w poszukiwanie puchu. Mam wrażenie, że ja miałam duże szanse na wygranie tego konkursu. W końcu na wschodnim wybrzeżu dużo łatwiej jest znaleźć lodowisko niż jakiś puszek.

Ilonka udała się w swoim kierunku, a my zaczęliśmy posuwać się dalej na zachód. Wczoraj po raz pierwszy w tym sezonie otworzyli Oz i Aurora Peak. Są to góry z najtrudniejszymi trasami w SR. Rozgrzani już na maksa zaatakowaliśmy te stoki.

Jednym zdaniem. Bardzo stromo i dużo lodu. Za bardzo nie wolno się wywrócić, bo się poleci na sam dół. Ostrożnie z kontrolowanymi zakrętami, pomału daliśmy radę. Potem poszły jeszcze inne trasy, a na końcu z dużymi prędkościami niebieskie dla ochłody. Ostatnia góra, Jordan, ma większość niebieskich, a także słynną zieloną, Lollapalooza. Ta zielona nie jest wcale płaska i jest idealna do szerokiego karwingu. A co najważniejsze, pod koniec trasy jest fajny bar na zewnątrz.

Można usiąść, odpocząć i doładować kalorie. Widoczki z tarasu też są ciekawe, więc znowu nie chciało nam się wstawać. Na szczęście Ilonka powiadomiła nas, że już wróciła do White Cap i robi nam tam lunch przy ognisku.
Wiedząc, żeby tam dojechać to musimy przejechać wiele kilometrów, więc szybko się zebraliśmy, wzięliśmy wyciąg na szczyt Jordan i ruszyliśmy w kierunku Ilonki.

Z wyciągu fajnie było widać jak potężną ilość śniegu tutaj robią. Do tego stopnia, że aż małe lawinki ze sztucznego śniegu powstają.
Jak jedziesz ze wschodu na zachód to nie musisz żadnego wyciągu więcej używać. Dobry system tras pozwala na przejechanie wszystkiego za jednym zamachem. I tak wzięliśmy Kansas, Lights out..... i dojechaliśmy do White Cap. Nasze nogi nas za to nie kochały, bardzo nie kochały, bo nie było żadnego przystanku.

Po lunchu jeszcze trochę pojeździliśmy w White Cap i udaliśmy się do głównej bazy, czyli do South Ridge, gdzie są nocne trasy.

Dwa wyciągi obsługują nocne trasy i są czynne do dwudziestej. Oszczędzając nogi robiliśmy sobie częste przerwy w barze na dole, albo na górze przy ognisku.

Ósma wybiła, wyciągi zamknęli, więc w końcu można odpocząć i zjeść jakąś kolację. Obok głównej bazy jest restauracja Trail’s End. Nie chciało nam się iść do hotelu przebrać, więc po europejsku zapakowaliśmy się do środka.

Wchodzimy, a tu niespodzianka. Nie wolno w butach narciarskich wchodzić. Że co? Zdziwieni zapytaliśmy się obsługi. Takie mamy przepisy, z uśmiechem na twarzy jakaś panienka nam odpowiedziała. Znowu się przekonaliśmy, że ten kraj ma śmieszne i idiotyczne przepisy. W Alpejskich resortach, to ludzie do późnych godzin nocnych bawią się w butach narciarskich i jakoś nikomu to nie przeszkadza.
Ja wiem o co tu chodzi. Chodzi o śmieszne ubezpieczenia. No bo jak bym się w butach narciarskich poślizgnął na podłodze to pewnie mógłbym ich skarżyć.

Ściągnęliśmy buciki i weszliśmy do środka. Nie chciało mi się szukać jakieś drzazgi w podłodze, żeby sobie wbić ją w nogę i żądać odszkodowania. Usiedliśmy grzecznie przy stoliku i „trochę” ponabijaliśmy się z amerykańskich przepisów.

Po kolacji udaliśmy się do hotelu gdzie szybko padliśmy do łóżek, zmęczeni 12-to godzinnymi nartami. W Niedzielę też cały dzień (bez nocnych nart) jeździliśmy w SR. W nocy ponoć padał zmarznięty deszcz, więc dużo tras było rano zamkniętych. Dopiero koło południa je otworzyli.

Ludzi było znacznie mniej niż w sobotę, dzięki czemu bez żadnych kolejek wsiadaliśmy na wyciągi. Było trochę więcej lodu i czasami narty za bardzo nie słuchały poleceń. Przed następnym wyjazdem muszę je na 100% naostrzyć.
Za dwa tygodnie kolejny wyjazd. Tym razem do Okemo, południowe VT. Jedzie nas duża grupa..... oj, oj będzie się działo.

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2018.01.26 Sunday River, ME (dzień 1)

Znowu weekend i znowu nartki. Jest już koło północy, autostrady są już prawie puste, a my właśnie wjechaliśmy do stanu Maine. Zostało nam jakieś dwie godziny drogi do drugiego z najlepszych resortów narciarskich na wschodnim wybrzeżu, do Sunday River (SR).

W Maine na autostradzie po raz pierwszy włączyłem system samoprowadzenia w naszym samochodzie. Subaru samo zakręca, trzyma się pasu na autostradzie i dostosowuje prędkość do innych samochodów. W końcu nie muszę być aż tak bardzo skoncentrowany na prowadzeniu. Mogę sobie trochę odpocząć, zwłaszcza na długich dystansach.
Niestety nie mogę jeszcze iść na tylne siedzenie i na chwilę się zdrzemnąć, bo jak przez parę sekund nie trzymam kierownicy to samochód mi mówi żebym położył ręce na kierownicy, bo jak nie to on wyłączy systemy.
Ilonka już wpadła na pomysł, żebym sobie wygodnie usiadł na tylnym siedzeniu, złożył przednie i położył nogi na kierownicy. Pomysł dobry, nie? Nie wiem tylko czy można już na tyle ufać samochodom. Ja wiem, że komputer znacznie szybciej podejmie decyzje niż człowiek, ale czy dobrą decyzje.

Numer jeden to oczywiście Sugarloaf, które też oczywiście znajduje się w Maine. Dodatkowe dwie godziny drogi na północ od Sunday River. Sugarloaf jest świetny pod warunkiem, że zima też jest świetna. Inaczej to uważam, że nie ma sensu jechać 420 mil (675 km). Jest to jedyny resort po naszej stronie Ameryki, w którym można jeździć powyżej górnej granicy lasów, a także ponad połowa znajduje się na terenach gdzie nie ma tras tylko jedzie się gdzie się chce. Te wspaniałe tereny wymagają dużo śniegu, inaczej są niedostępne.
Jak narazie jest go za mało. Planujemy tam jechać za 3 tygodnie pod warunkiem, że przejdzie tam parę śnieżyc i tak z dobry metr nasypie.

Jak na razie to trenuje na lokalnych górkach. Dwa dni temu, w środę pojechałem na narty do Mointain Creek w stanie NJ. 1.5h samochodem z NY. Nie jest to żaden duży resort. Nie można go porównywać do terenów z Vermont czy Maine. Ma jednak parę zalet. Jest blisko, ma 4 górki połączone wyciągami (dużo z nich to expresy) i nawet dobrą ilość stromych tras. W weekendy jest tam masa ludzi. Do wyciągów stoi się w długich kolejkach i na trasach pląta się ich wielu. W środę było zupełnie inaczej. Ani raz nie stałem w kolejce na dole, a trasy były puściutkie. Można było non-stop jeździć, bez żadnych przerw. Mountain Creek dostał też plusa za przygotowanie tras i zaśnieżanie.
A co najlepsze? Po nartach wróciłem normalnie do pracy. Super jest tak rano przed pracą sobie pojeździć na nartach, a potem opowiadać klientom w sklepie jak to się spędziło dzień. Muszę tak częściej robić, zwłaszcza, że ta górka jest na moim sezonowym bilecie. Mountain Creek jest czynny do 21, więc jak ktoś ma ranne godziny pracy może zrobić to samo tylko w odwrotnej kolejności. Zamiast po robocie iść do baru, można wsiąść do samochodu i po 1.5 godziny zapiąć nartki i uprawiać białe szaleństwo parę godzin. Jest to na pewno zdrowsze i tańsze.

Około drugiej nad ranem dojechaliśmy do Sunday River. Mamy mały hotelik położony zaraz koło tras narciarskich, więc jutro rano nie trzeba będzie brać samochodu tylko prosto na nartki. Po zameldowaniu się szybko poszliśmy spać.
Wyciągi są czynne od 8 do 20, także będziemy jutro potrzebować dużo energii na wielo-godzinne białe szaleństwo. Dodatkowo Ilonka padła bo jeszcze biedna na jet-lagu po powrocie wczoraj z Polski. Największą katorgą było siedzenie 8h w samolocie i 7 w aucie. Ale dała dzielnie radę. Chyba też musi kochać nartki - albo mnie.

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2018.01.13-14 Killington, VT

Posiadanie sezonowego biletu na narty „niestety” zobowiązuje mnie do częstych podróży w rejony narciarskie.
Mimo, że pogoda na ten weekend (zwłaszcza sobota) nie zapowiadała się super to i tak „musiałem” pojechać sprawdzić co tam się dzieje.

Synoptycy zapowiadali duże opady deszczu w piątek i nagłe oziębienie w sobotę nad ranem. Niestety się sprawdziło. W piątek było ciepło i wszędzie padał deszcz. Nawet w wyższych partiach gór lało. Stopniało wiele śniegu, a to co zostało, zamieniło się w lód.

Na drodze było to samo. Jak wyjeżdżaliśmy z NY w sobotę nad ranem to było 50F (10C). W miarę posuwania się na północ temperatura spadała. Gdzieś na granicy MA i VT spadła do 30F (-1C), a w Killington na dole było 5F (-15C). Mimo, że drogę cały czas posypywali i odśnieżali (padał śnieg), to i tak wiele razy samochód mi mówił, żebym uważał bo on wyczuwa śliską nawierzchnię.

Niestety w górach nie było za ciekawie. Zimno, wiatr, dużo wyciągów nieczynnych i wszędzie lód. Dla dobrego narciarza nie ma złych warunków, więc ubraliśmy buty i ruszyliśmy. Daleko nie uszliśmy, bo jak się okazało wyciągi jeszcze były nieczynne. Jest wszędzie dużo lodu i starają się ratrakami to wszystko rozbić. Planowany start wyciągów to 10 rano. Na ten wyjazd pojechaliśmy ze znajomymi, więc wszyscy udaliśmy się do poczekalni (baru). Fajny klimat tam panował. Jakoś nikomu nie przeszkadzało, że wyciągi nieczynne. Każdy sobie swoje pił i nawet jak je otworzyli, to i tak jeszcze chwilę tam posiedzieliśmy.

Wyszliśmy na zewnątrz i ustawiliśmy się grzecznie w kolejce do wyciągu. Niestety mało wyciągów było czynnych, a co za tym idzie, kolejki to tych otwartych były dosyć spore. Na dodatek w wyższych partiach gór panował mocny wiatr i co chwile zatrzymywał wyciąg.
W końcu po około 10 minutach wsiedliśmy na krzesełko i ruszyliśmy do góry.
Na górze było znacznie chłodniej i był większy wiatr. Jechało się nawet ok, ale jednak często wyczuwaliśmy ślady po wczorajszym deszczu w postaci lodu. Na dole była już znaczna kolejka, staliśmy chyba z 12-15 minut. Mimo, że warunki nie są najlepsze, to jednak spora grupa ludzi przyjechała do Killington. Na dodatek wiele wyciągów było dalej nieczynnych, więc kolejki do tych otwartych się powiększały.

W tym czasie Ilonka.....
"...załatwiła sobie bilet na cały sezon na chodzenie po górkach. Aż kierowca w autobusie się dziwił, że trzeba za to płacić. Każdy normalny pomyśli, że przecież chodzenie po górach jest za darmo - niby jest ale jak się korzysta z tras resortów to trzeba wykupić pass na cały sezon za $20. Nie jest źle. Tak więc zaopatrzona w pass wróciłam do Bear Mountain i na rozgrzewkę przed jutrem poszłam na spacer do góry. Niestety zdrowie nie pozwalało mi na długie łazikowanie i po godzinnym spacerze wróciłam do ciepłej bazy na herbatkę z cytryną."
Po jakimś czasie zjechaliśmy do głównej bazy (K1) w celu zagrzania się chłodnym piwkiem. Ale tu się w środku działo. Takich tłumów do baru to ja dawno nie widziałem. Każdy chciał się ogrzać. Myślę, że dobre 10 minut nam zajęło, zanim dostaliśmy coś chłodnego. Po drugie piwko już nie staliśmy w kolejce, szkoda czasu. Poszliśmy jeszcze trochę pozjeżdżać. Wzięliśmy gondole na samą górę i tam jeszcze trochę pojeździliśmy.

Ilonka dała nam znak, że już jest w naszej ulubionej bazie, w Bear Mountain, więc pospiesznie po lodzie zlecieliśmy do niej. Tutaj było znacznie mniej ludzi, więcej miejsca, lokalny gościu grał na gitarze, napoje chłodzące się lały, swojskie jedzenie.... Ogólnie mówiąc, lubię takie klimaty.

Warunki na nartach dzisiaj może nie były idealne, ale na to nie mamy wpływu. Trzeba się cieszyć z tego co się ma. Znacznie lepiej jest jeździć na nartach w złych warunkach niż w ogóle nie jeździć.
Trochę jeszcze posiedzieliśmy, pogadaliśmy i ruszyliśmy do miasteczka Rutland, gdzie mamy hotel na dzisiejszą noc.

Ilonka, jak to Ilonka lubi coś wynajdywać i na obrzeżach miasta znalazła Beer King. Fajne miejsce z duża ilością piw z okolicznych browarów. Wyszukaliśmy naszym zdaniem ciekawe okazy i wieczorem degustowaliśmy je wszystkie ratując naszą planetę. Mowa tu oczywiście o grze planszowej Pandemia.

NIEDZIELA

Nowy dzień, a wraz z nim nowe siły. O 7:30 siedzieliśmy już w samochodzie po śniadaniu. Nie mogło być inaczej. Po wczorajszym dniu miałem niedosyt narciarski, a i pogoda była znacznie lepsza. Słonecznie, bez wiatru i około 5F (-15C).

Parę minut po ósmej, a ja już wyjechałem wyciągiem na jedną z górek. Uwielbiam tak rano być na szczycie jak prawie nikogo nie ma. Wszystko jest takie zmrożone, nie rozjeżdżone, dziewicze. Nie tracąc czasu, szybkim carvingiem zleciałem na dół parę razy. Co za zmiana warunków w porównaniu do wczorajszego dnia. Jak bym był zupełnie w innych górach.

Rozgrzany paroma zjazdami wziąłem gondolę i wyjechałem na samą górę. Ludzi już było troszkę więcej, ale dopiero było koło 9 rano, więc trasy były dalej puste.

Trasy w nocy dobrze przygotowali. Wiadomo, czasami się pojawiały płaty lodu, ale to było nic w porównaniu do wczorajszego dnia.

Brak ludzi, dobre trasy i zero kolejek do wyciągów spowodował, to że już około 10 rano zjechałem więcej razy niż wczoraj przez cały dzień. Po kolejnej godzinie nogi już zaczęły domagać się przerwy. Jednak żeby wrócić do naszej części gór potrzebowałem kolejnej godziny. No bo co przejeżdżałem i widziałem fajną trasę, to oczywiście musiałem sobie nią zjechać.

Około południa napisałem do Ilonki, że chyba potrzebuję odpocząć.

A Ilonka w tym czasie......
"...ubrała raki i pognała na górę. Zdecydowanie się dużo fajniej szło na górę dziś niż wczoraj. Zwłaszcza jak stok był nasłoneczniony. To nawet się zimna nie czuło. Killington nie pozawala wszędzie chodzić ale są trasy, które są przeznaczone dla górołazów. Tak więc wyszłam na Ramshead w ramach treningu, wypróbowałam nowe raki na lodzie - spisały się na medal i wróciłam na dół szukać jakiś lekarstw na kaszel. Niestety lekarstw nie mieli ale góralskim sposobem, gorąca herbatka z whisky zrobiła swoje i rozgrzała mnie, że nawet kaszel minął."

Na lunch wybraliśmy Long Trail bar. Long Trail to jest lokalne piwo, które jest robione niedaleko Killington. Nazwę wzięło od szlaku o tej samej nazwie. Szlak ten jest najstarszym szlakiem długodystansowym w Stanach, ma długość 273 mile (440 km) i przechodzi przez cały stan Vermont. Trekkingowcy potrzebują około 2-3 tygodni żeby go przejść.

Najedzeni i ugasiwszy pragnienie wróciliśmy do naszych zajęć. Ja dalej na narty, a Ilonka do pracy. Trasy były już rozjeżdżone, ludzi dużo, nie było już tak fajnie jak rano. Próbowałem wjechać w las, ale po piątkowym deszczu wszystko dalej było pokryte grubą warstwą lodu. Zakręcanie było niemożliwe, więc szybko stamtąd uciekłem.

W końcu udało mi się spotkać ze znajomymi, z którymi już do końca dnia jeździłem. Wynajdywaliśmy trasy gdzie armatki śnieżne cały czas robiły śnieg. Pod nimi była już spora warstwa puchu, którego byliśmy bardzo spragnieni.

Bawiliśmy się tak, aż do 4, czyli do zamknięcia wyciągów. Zjechaliśmy na dół, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
Za dwa tygodnie kolejny wyjazd na narty. Tym razem do Sunday River w stanie Maine. Miejmy nadzieję, że przez te dwa tygodnie nie będzie deszczu, tylko cały czas będzie ostro sypało. Narty są świetne, a narty w puchu jeszcze lepsze.

Read More
USA - Nowy Jork Ilona i Darek USA - Nowy Jork Ilona i Darek

2017.12.30 - 2018.01.01 Lake Placid, NY

Rok 2017 dobiega końca. My mamy sylwestra za 8h a gdzieś na tej Ziemi trwa kolejne odliczanie. Nowa Zelandia, Japonia, Indie, Malezja, Indonezja…wszystkie te kraje już przywitały Nowy Rok. My nadal możemy chwilkę nacieszyć się starym rokiem. A jaki był? Jak dla nas super! Każdy rok przeżyty w zdrowiu i szczęściu jest wyjątkowy – bo czego chcieć więcej.

My dodatkowo dostaliśmy od losu dużo więcej. Tak więc udało nam się odwiedzić 6 nowych krajów (ja 7, ale siódmy to biznesowo). Zaliczyliśmy 5 nowych stref czasowych – to się nazywa postęp w realizacji planów. Niestety po mimo tylu wycieczek, nie udało nam się pobić ilości wpisów na blogu. W tym roku tylko 44 razy coś dla was napisaliśmy. Ale w końcu liczy się jakość a nie ilość, nie?

Na ten Nowy Rok życzymy Wam spełnienia wszystkich marzeń. Mam jakieś duże przeczucie, że następny rok będzie rokiem spełnionych marzeń. Tak więc do dzieła – spełniajcie. My już zaczęliśmy. Naszym marzeniem było wyrwać się z NY. Cały listopad i grudzień przepracowaliśmy w sklepie. Ja na chwilę wyrwałam się do Indii i na Florydę, ale to były stricto biznesowe wycieczki, więc nawet nie ma po nich śladu na blogu. Nie poddaliśmy się jednak i postanowiliśmy Nowy Rok przywitać w górkach. Lake Placid wydało nam się idealnym miasteczkiem na rozrabianie. Jest to miasteczko do którego mamy duży sentyment. Leży ono w przepięknych górach i zawsze wita nas niższymi temperaturami niż można przewidzieć.

Wyjechaliśmy dopiero w Sobotę w ciągu dnia. W piątek mieliśmy mały wstęp do Sylwestra z rodzinką i przyjaciółmi, więc w Sobotę nie zrywaliśmy się z samego rana. Za to pomału zebraliśmy się i pojechaliśmy w górki. Fajnie tak, jak nie trzeba się spieszyć. Choć raz mogliśmy zatrzymać się na fajną kolację a nie szybko, szybko połykać coś z McDonald'a. W Saratoga Springs znaleźliśmy fajny bar/restaurację na styl staro angielski. Bardzo przyjemne miejsce – polecamy Olde Bryan Inn. Na górze jest hotel a na dole restauracja. Widać, że dość popularna wśród lokalnych bo była pełna. A ludzie nie do końca wyglądali na turystów. Jedzonko bardzo nam smakowało i może uda nam się tam kiedyś znów zawitać.

Do Adirondack zajechaliśmy po zmierzchu. Na drogach było spokojnie, prawie w ogóle nie było aut, cisza spokój, w radio tylko jakaś nastrojowa muzyka grała, a na śniegu widać było ślady zwierzątek. Po Nowym York'u to miła odmiana – taka cisza i spokój. Zdziwiliśmy się tylko jak wjechaliśmy na główną ulicę Lake Placid. Masakra, tyle ludzi, samochodów to dawno tu nie widzieliśmy. Nie dziwne, że hotele były dość drogie a wyboru wcale nie było.

Lake Placid jest miasteczkiem olimpijskim. Jest to jedyne miasteczko na wschodnim wybrzeżu gdzie w jednym miejscu można trenować każdy sport zimowy. Jest tu cały kompleks olimpijski ze skoczniami, lodowiskami i oczywiście resort narciarski Whiteface. Tak więc idealne miejsce dla każdego – również dla nas. W ciągu dnia są nartki, spacerki po górkach a wieczorkiem można iść na dobrą kolację i przywitać Nowy Rok w barze z live music. Taki własnie był nasz plan na Sylwestra. A jak ktoś się wystraszy -20C mrozu to zawsze można iść na zakupy, kawkę i ciastko do miasta – to co ja wybrałam na pierwszy dzień.

Tak więc w niedzielę, ja buszowałam po miasteczku a Darek na nartkach:

“Od ostatnich nart minęło już prawie 4 miesiące, więc chyba normalne, że mi się już tęskniło za białym szaleństwem. Przez cały grudzień niestety nie znalazłem żadnego wolnego weekendu, żeby wyskoczyć w góry. Dopiero udało nam się pod koniec roku wykombinować parę dni wolnych i uciekliśmy z miasta do Lake Placid.

Wybraliśmy ten resort, między innymi dlatego, że od tego sezonu jest już on na moim sezonowym MAX pass. Coraz więcej resortów dołącza do tego pasu. Świetnie, bo to jest najlepszy wynalazek od czasów kiedy wymyślili śnieg. Ceny za bilet w resortach pobijają $100 za dzień, a rok temu ja płaciłem $36 za dniówkę!!!
Coraz więcej gór z zachodniego wybrzeża też już jest na MAX pass. Super. Narty są super, a narty prawie za darmo jeszcze lepsze.

Mimo, że wszędzie nas straszyli dużymi mrozami to i tak nie zważając na to wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy na północ. Ludzie mieli rację, było zimno. W ciągu dnia na dole było -12F (-25C), a wyżej w górach -20 do -25F (około -30C). Do tego dochodził mocny, mroźny wiatr.

Na szczęście człowiek do tych arktycznych warunków potrafi się przygotować. Grubsze kalesony i skarpety, dodatkowa bluza, maska na twarz, piersiówka z czymś dobrym.... i parę jeszcze innych dodatków. Wszystko to sprawiało, że można było wsiąść na wyciąg i ruszyć w góry.

Na parkingu było dużo samochodów, ale na trasach ludzi nie było za wiele. Jak się później okazało część z nich po prostu spędziła większość czasu w barach. Oczywiście ja też jestem prawdziwym narciarzem i bary w miarę często odwiedzałem.

Wyznając zasadę, że nigdy nie jest za zimno na coś zimnego, więc IPA musiało być. Barman fajnie powiedział, że dzisiaj ma dodatkową funkcję i sprawdza narcirarzom twarze, czy nie mają jakiś białych odmrożeniowych plam. Mi powiedział, że nic nie widzi, więc mogę dalej jeździć.

W Lake Placid były dwie Olimpiady Zimowe. Pierwsza w 1932, a druga w 1980. Dużo nazw tras narciarskich, a także wiele pozostałości po olimpiadach to przypomina. Fajnie tak się jeździ po trasach po których kiedyś jeździli najlepsi. W czasach kiedy nie było internetu i TV prawie nikt nie miał, to nie było tak łatwo oglądać wyczyny olimpijczyków. Trzeba było po prostu tu przyjechać.

Trasy były dobrze przygotowane. Lokalni górale mówili, że dawno nie pamiętają takiej zimy w Święta. Dużo śniegu i niskie temperatury. Śnieg się w ogóle nie topił, a ciągle nowy sypał. Prawie w ogóle nie było dodatnich temperatur, więc lodu na trasach też nie było.

Jak mi się robiło zimno, to albo wracałem do barmana do baru, albo wybierałem trudniejsze trasy i już wszystko wracało do normy. Ludzi było coraz to mniej, więc bez żadnych kolejek (nawet do gondoli) wyjeździłem się na maksa. Nie mogłem całej energii spalić w górach, bo dzisiaj jest sylwester, a wiem, że Lake Placid ma parę ciekawych miejsc, które z Ilonką zamierzamy odwiedzić i trochę razem z lokalnymi porozrabiać.”

Po spędzeniu paru godzin na mrozie Darek wrócił do hotelu się zagrzać. Dobrze, że ogrzewanie działało na maksa i można było nawet Saune zrobić w tym małym pokoiku. Po zagrzaniu się, i zregenerowaniu sił, ruszyliśmy na miasto. Nie mieliśmy konkretnego planu. Wiedzieliśmy, że na głównej ulicy jest parę barów i restauracji.

Na kolację wybraliśmy restaurację Great Adirondack Steak and Seafood, nawet udało nam się dostać stolik w miarę szybko. Jakby się nie udało to byśmy zaczęli chodzić od jednego miejsca do drugiego. Na szczęście mieliśmy farta. Niestety nie można powiedzieć o tym samym jeśli chodzi o jedzenie. To znaczy kolacja była bardzo dobra z przepysznym winkiem z Kalifornii (Frog's Leap), ale co tylko Darek chciał jako swój pierwszy wybór to już niestety było wyprzedane. Mieliśmy wielką ochotę spróbować skrzydełka z kaczki na przystawkę. Muszę przyznać, że chyba nigdy nie jadłam sławnych „chicken wings” w wykonaniu z kaczki. Na szczęście nasz kelner okazał się bardzo fajny i gdzieś w kuchni udało mu się załatwić ostatnie skrzydełko. O całej porcji można było zapomnieć ale to jedno nam przyniósł na deser. Bardzo nam smakowało – dużo lepsze od kurczakowej wersji.

Po kolacji poszliśmy dalej główną ulicą. Tak dotarliśmy do baru Zig-Zag. To też był nasz pierwszy wybór. Reklamowali się, że mają live music i do tego nie byli daleko od hotelu. Jak weszliśmy tam koło 22 to zostaliśmy już do 1 rano. Nie chciało nam się zmieniać baru. Mieliśmy dobrą miejscówkę z widokiem na scenę i na wejście. Można było się pośmiać z ludzi. Zawsze ktoś ciekawy się przewinął. Tak więc staliśmy sobie w tej naszej „loży szyderców”, słuchaliśmy muzyki i spędzaliśmy bardzo miło czas.

Wybiła północ a z nią szampan (na koszt baru), balony, confetti i cała reszta atrakcji. Każdy krzyczał Happy New Year i życzył innym jak najlepiej. Nie ważne, że byliśmy w grupie obcych ludzi – najważniejsze, że w ten dzień każdy jest miły dla innych – tak powinno być zawsze.

To już nie czasy, że w Sylwestra imprezuje się do rana. Koło 1 zebraliśmy się zpowrotem do hotelu. Temperatura oczywiście była jeszcze niższa więc prawie biegliśmy do hotelu, czasem tylko robiąc przerwę na łyk z piersiówki, żeby się troszkę zagrzać.

W Nowy Rok pospaliśmy troszkę dłużej, ale oczywiście pamiętaliśmy, że górki czekają więc ruszyliśmy w kierunku Whiteface. Darek nie tracąc czasu zapiął buty, nartki i ruszył w kierunku wyciągów. Ja pochodziłam po okolicy, ale nie szłam w góry. Aby chodzić po trasach narciarskich musiałabym zapłacić $25 a i tak długo na tym mrozie bym nie wytrzymała. Tak więc po krótkim spacerku skończyłam na kanapie w lodge z dobrą książką. Baza Whiteface chyba dopiero co była wyremontowana. Wszystko jest takie ładne, nowe i przemyślane. Chyba najlepszy lodge jaki jest na wschodnim wybrzeżu z tych resortów do których my jeździmy.

Darek szalał na nartkach ale tak jak i wczoraj czasem go zimno przeganiało i spotykał się ze mną w środku. Po paru godzinkach przyszedł czas powrotu do domku. Z Lake Placid mieliśmy ok. 5h jazdy więc po szybkim lunchu wskoczyliśmy do naszego autka i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Szczęśliwego Nowego Roku!!!!

Read More
Islandia Ilona Islandia Ilona

2017.10.30-31 Islandia (dzień 3-4)

Dzień trzeci naszej przygody z krainą, lodu, ognia i wody. Pierwszy dzień był pod kątem wody i wodospadów. Drugi zdecydowanie pod kątem lodu. Teraz (trzeci dzień) przyszedł i nie mogło być inaczej jak zobaczyć trochę lawy.

Dziś opuszczaliśmy Park Narodowy, Vatnajokull i jechaliśmy do Rejkiawiku. Na śniadaniu znów zaskoczyli nas Polacy. Okazało się, że nawet w tym hotelu pośrodku niczego pracuje dwóch polaków. Naprawdę to częściej używaliśmy tu polskiego niż angielskiego. W każdej restauracji w której byliśmy był jakiś polak. Nawet przewodnik na lodowcach był polakiem. Widać, że Polacy skutecznie podbili Islandię. Ale wcale im się nie dziwię. Zarobić podobno się da a kraj jest całkiem ładny do mieszkania. No bo jak tu nie mieszkać w takim hoteliku gdzie trawa rośnie nawet na dachu.

Na Islandii jest ponad 30 aktywnych wulkanów. Ostatni duży wybuch był w 2010 roku ale inne mniejsze były również w następnych latach. Tak więc duża część Islandii pokryta jest skamieniałą lawą. Można by pomyśleć, że na lawie nic nie urośnie ale to nie prawda. Lawa jest bardzo żyzną glebą. Już teraz większość jest porośnięta mchem.

Niestety cokolwiek się odbuduje lawa zniszczy ponownie. Tak samo z drogami i pociągami. Pociągi tu nie istnieją i pewnie nigdy nie będą bo przy tych wybuchach i trzęsieniach ziemi jest to ciężkie do utrzymania. Dziś mieliśmy zaplanowany hike. Chcieliśmy przejść się po górkach i dolinach tej pięknej wyspy. Niestety skończył się asfalt – a z nim nasze plany wspinaczki. W Islandii jest jedna droga numer 1 która biegnie wokół całej wyspy. Przy niej są główne atrakcje. Ma ona w większości asfalt i jest ogólnie dostępna dla każdego. Natomiast, jak się chce naprawdę pozwiedzać to trzeba wjechać w głąb wyspy. Nie przypuszczaliśmy, że będą z tym jakieś problemy, więc skręciliśmy w prawo, lewo, podjechaliśmy prosto i upsss..... skończył się asfalt. Wjeżdżaliśmy na F-road (drogę F) na którą nasz samochodzik był w ogóle nie przystosowany.

Na drogi F, które są F-ucked up, zdecydowanie potrzebny jest samochód z wysokim podwodziem, dobrymi oponami i najlepiej jeszcze wydechem na dachu. Później dowiedzieliśmy się, że można pożyczyć takie auta w Sixt. Można wypożyczyć też u prywatnych firm ale są droższe (większe i lepsze ale droższe). Tak więc zawiedzeni, przyrzekliśmy sobie wrócić tu kiedyś z lepszym autem i namiotem. Przynajmniej zaoszczędzimy na noclegach, a w tych górkach nie ma misiów więc jest wszystko pod kontrolą. No chyba, że lawa nas wygoni.

Nie pozostało nam nic innego niż wrócić na bezpieczną drogę numer 1 i jechać w kierunku Rejkiawiku. Pogoda niestety nie dopisała więc za dużo przystanków nie robiliśmy, ale jak zobaczyliśmy parę unoszącą się z ziemi to musieliśmy się zatrzymać.

Ze względu na wulkaniczny charakter wyspy, znajduje się tam wiele gorących źródeł a para bucha z ziemi na każdym kroku. Jest to bardzo ciekawe zjawisko (zwłaszcza dla mieszczuchów jak my). W NY widujesz też czasem jak para unosi się z ulicy – tutaj jest to mało przyjemne i zdecydowanie nie pochodzi to z wnętrza ziemi.

No więc poszliśmy, przyglądnęliśmy się i jaki rezultat? Śmierdzi starymi jajkami i jest ciepło. Islandia w 100% wytwarza energię z odnawialnych źródeł. Źródła geo-termalne, wiatr i woda to główne źródła energii. Dlatego zaraz obok znajduje się „fabryka” i piękny krajobraz górzysty przemienia się w przemysłowy.

Zaraz przed wjazdem do Rejkiawiku postanowiliśmy zatrzymać się w browarze. Wcześniej widzieliśmy, że wycieczka po browarze jest możliwa ale trzeba zapłacić $70. Pomyśleliśmy, że po co nam jakaś wycieczka jak przecież można wejść i po testować piwka na miejscu – upss... nie ma łatwo, kraj znów nas zaskoczył. W browarze nie można napić się piwa.

Mogliśmy tylko popatrzeć przez szyby na halę produkcyjną ale o piwie mogliśmy zapomnieć. Zrozumieliśmy po raz kolejny trzemu na bezcłówce (po wylądowaniu) wszyscy – a głównie stewardesy kupowały alkohol litrami. W Islandii prochibicja trwała do 1989 roku – trochę długo, nie? W 1935 roku poluzowali trochę prawo i pozwolili sprzedawać piwo ale z zawartością alkoholu nie więcej niż 2.25%. Pomimo, że prohibicja mineła to nadal sprzedaż alkoholu jest trochę ograniczona – podobnie zresztą jak w Stanach. Widać, że najłatwiej dostać alkohol w Polsce bo u nas na szczęście nigdy prohibicja nie dotarła – a byłoby ciekawie gdyby dotarła. Połowa Polaków by umarła na suchoty pewnie w pierwszym roku. A druga połowa by sprowadzała piwo z Czech.

My na suchoty nie musieliśmy umierać, bo zaopatrzyliśmy się na bezcłówce w piwo a wino i whiskey przywieźliśmy z domu. Tak więc pojechaliśmy prosto pod nasz apartament (wynajęliśmy airbnb zamiast hotelu), odstawiliśmy grzecznie samochód i przystąpiliśmy do świętowania Darka i Witka urodzin. Tak się ustawiłam, że na jednym wyjeździe miałam dwóch jubilatów.

Rejkiawik nie ma wiele atrakcji turystycznych. Chyba najbardziej znany jest kościół, Hallgrimskirkja. Z zewnątrz bardzo ciekawa architekturą w środku dość surowy – ale też ładny. Jest to kościół luterański więc na wzór Martina Luther'a słynnych postulatów na drzwiach można przybijać tu swoje postulaty na drewnianej ścianie w kościele.

Po za kościołem jest jeszcze opera – bardzo ciekawy budynek pod względem architektury. Nawet jak nie zamierzasz uczestniczyć w operze to warto się tam przejść i zobaczyć to cudo architektoniczne.

My jednak chcieliśmy troszkę poimprezować. W końcu jak urodziny to urodziny. Słyszeliśmy, że Rejkiawik umie się bawić – przynajmniej podczas mistrzostw Europy co udało im się wygrać jakiś mecz to całe miasto imprezowało na rynku. Żeby jednak nie pić na głodniaka najpierw poszliśmy na hot-dogi. Podobno słynne w tym mieście. Spodziewałam się jakiś wypasionych mega hot dogów ale niestety dostaliśmy coś co przypomina amerykańskie lub z ikei hot dogi. Nie powiem, sosy były dobre ale $4 za takie coś małego to trochę przesada – choć z drugiej strony na Manhattanie jest podobnie. Płacisz za hot doga $5 tylko dlatego, że NY słynie z hot dogów.

Następny przystanek – Apteka. Jest to restauracja, która się tylko tak nazywa. Jedzenie podobno mają smaczne ale bardziej słyną z drinków. Muszę przyznać, że mój Gin z koperkiem był całkiem dobry. Najlepiej iść tam jak są happy hours – inaczej to zbrodnia w biały dzień.

Happy hours się skończyły a z nimi nasz pobyt w Aptece. Ściemniało się już więc poszliśmy na oficjalną, uroczystą kolację – Fish Market. Islandia ma bardzo dobre ryb. Jeśli chodzi o czerwone mięso to raczej nie powala ale rybami zaskakuje na maksa. Jako przystawkę zamówiliśmy sushi z wieloryba – wow....nie spodziewałam się tak delikatnego mięsa po tak czerwonej i umięśnionej rybie. Zdjęcia niestety nie mamy bo jedzenie znikło zanim się zorientowaliśmy, że trzeba zrobić zdjęcie – tak apetycznie wyglądało. Na stole został tylko znany już wszystkim łosoś.

Restaurację Fish Market polecam każdemu. Można sobie wsiąść tasting menu, i po testować wszystkiego po trochę albo wybrać danie główne wg. własnego uznania. My zdecydowaliśmy się sami powybierać i wcale nie żałujemy naszych wyborów.

Po kolacji przyszedł czas na najtrudniejsze zadanie – gdzie tu można się napić dobrego i taniego piwa. Dobrze, że w Rejkiawiku wifi jest na każdym kroku i, że istnieje coś takiego jak Google. Udało nam się znaleźć bar gdzie piwo kosztowało tylko $6. Bar był raczej zwykły ale miał jeden mega plus – sprzedawali Tyskie.

Nie da się ukryć. Polacy podbijają Islandię na maksa. W barach można kupić Tyskie a prince polo jest w każdym sklepie spożywczym – nawet na lotnisku sprzedają prince polo. Uczymy się podbijać Europę. Z baru niestety zrezygnowaliśmy jak zrobili Comedy Show. Kabaret jaki tam prezentowali był niczym w porównaniu do Neonówki czy Kabaretu Młodych Panów na You Tube. Odwiedziliśmy jeszcze jeden czy dwa bary, doszliśmy do wniosku, że nie ma to jak Apteka, wróciliśmy tam ponownie a potem spłukani wróciliśmy do domku (drink kosztował $25) aby wreszcie zobaczyć prawdziwy kabaret na You Tube.

Ostatni dzień na Islandii spędziliśmy głównie zwiedzając samochodem. Pogoda zepsuła się na maksa (dobrze, że w ostatni a nie pierwszy dzień), więc nikt nie miał ochoty wychodzić z samochodu i łazić po deszczu. Niedaleko lotniska, na samym wybrzeżu jest małe miasteczko Grindavik. Podobno jest tam piękna latarnia i można się przejść klifowym wybrzeżem – pewnie tak jest, jak nie pada deszcz.

Miasteczka na Islandii są jedyne w swoim rodzaju. Restauracje, kafejki itp są raczej zamknięte – to znaczy, jest mało tarasów, stolików na zewnątrz itp – zresztą kogo to dziwi przy takiej pogodzie. Do tego nie ma jednoznaczego rynku. Wszystko jest jakoś tak rozrzucone. Miasteczko Grindavik ma jednak parę restauracji. Ta do której myśmy poszli była całkiem duża jak na takie wymarłe miasteczko ale chyba muszą tu jednak mieć ruch w sezonie.

Po objechaniu miasteczka postanowiliśmy objechać półwysep drogą numer 425. Lawę to tam można podziwiać ale nie wiele więcej – no chyba, że znów mgła zasłoniła nam połowę atrakcji.

Niestety czas się, żegnać z Islandią. Piękny kraj, bardzo dziewiczy i różnorodny pod względem przyrody. Niesamowite, że jest on tak blisko a jednocześnie tak daleko. Przykro, że jest on narażony na wybuchy wulkanów i trzęsienia ziemi ale pewnie gdyby nie to, kraj straciłby swój urok. Mam jednak nadzieję, że wkrótce tam wrócimy. Bardziej przygotowani (pod względem samochodu) i na więcej dni. No i nie zapominajmy, że z Islandii jest przecież bardzo blisko na Grenlandię....a tam to dopiero musi być dziewiczo, przepięknie...

Read More
Islandia Darek Islandia Darek

2017.10.29 Islandia (dzień 2)

Jest ich coraz mniej, są coraz to mniejsze, węższe, krótsze, płytsze. Dla niektórych są groźne, niedostępne, niepotrzebne. Dla innych są piękne, wspaniałe, niepowtarzalne. Ludzie spędzają całe swoje życie żeby je badać, analizować, zrozumieć. Jedno jest pewne, bez nich życie na naszej planecie albo by było niemożliwe, albo by było zupełnie inne niż jest aktualnie. Mowa tu oczywiście o lodowcach.

Ponad 11% powierzchni Islandii to lodowce. Mają tutaj idealne warunki do ich powstawania. Chłodny klimat, duże opady śniegu, odpowiednia rzeźba terenu i niskie nasłonecznienie. Zawsze lubiłem lodowce i zawsze jak tylko mogę to staram się je zobaczyć, a nawet trochę je zwiedzić. Z paru zjechałem na nartach, po wielu chodziłem. Dla mnie lodowiec to jak rzeka w zwolnionym tempie. Posuwa się na dół znacznie wolniej i w ciszy. Czasami tylko słychać odłamujące się tony lodu które spadają w dół.

Dzisiejszy cały dzień poświęciliśmy lodowcom. Na początek wybraliśmy lodowiec Falljökull, który jest częścią największego lodowca w Europie, Vatnajökull. O 9:15 rano mieliśmy zarezerwowanego przewodnika na około 5 godzin. Czy jest potrzebny przewodnik do chodzenia po lodowcach? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Niektórzy powiedzą, że oczywiście musisz mieć przewodnika, niektórzy, że to zależy od lodowca i trasy jaką chce się pokonać.

Ja należę do tej drugiej grupy. Są dwa rodzaje lodowców, suchy (bez śniegu) i mokry (ze śniegiem). Na mokry bym nigdy nie wszedł bez lokalnego przewodnika i bez odpowiedniego sprzętu. Bał bym się przykrytych szczelin lodowcowych w które można wpaść.
Suchy to inna sprawa. Wszystko widać, i przy zachowaniu ostrożności można sobie po nim bezpiecznie pochodzić, a nawet wchodzić w szczeliny.

Nie wiedząc jaki napotkamy lodowiec, i jak wysoko możemy na niego się wspinać, to oczywiście wzięliśmy przewodnika z Glacier Guides. Niestety mieliśmy godzinę samochodem do miejsca skąd nas będą zabierać, więc większość drogi pokonaliśmy po ciemku. Dopiero pod koniec zaczęło się rozwidniać, jak wjechaliśmy do parku lodowców, Vatnajökull

Jak prawie wszędzie w Islandii tutaj też nas przywitali po Polsku i powiedzieli, żeby się przygotować bo za chwilę wyruszamy. Prawie cały sektor turystyczny w Islandii jest opanowany przez Polaków. Dobra robota rodacy.
Raki, czekany, kaski, uprzęże przymierzone. Niestety nie mogliśmy mieć własnego sprzętu - podobno takie są przepisy. Nawet przewodniczka powiedziała, że Ilonki raki są tysiąc razy lepsze niż te co oni pożyczają ale przepisy są przepisami. Ciekawe czego się boją. Można zaczynać zabawę. Autobusem w 15 minut, a potem na nogach w pół godziny dotarliśmy pod lodowiec. Temperatura była koło 0 st. C. Trochę nam było zimno, ale wiedzieliśmy, że za chwilę zacznie się podchodzenie do góry i się zagrzejemy.

Była nas kilkunastu-osobowa grupa, więc musieliśmy mieć dwóch przewodników. Przepisy nie pozwalają żeby jeden przewodnik był odpowiedzialny za tak dużą ilość osób. Zostaliśmy podzieleni sprawiedliwie na dwie grupy, mocna i słaba. Myśmy, wraz z sześcioma innymi europejczykami załapali się do mocnej, a cała Azja do słabszej.
Przed wejściem na lodowiec nasz przewodnik, Stephnie z Australii, wytłumaczyła nam wszystko o sprzęcie, a także co możemy, a co nam nie wolno robić na lodowcu. Drugi przewodnik, Kamil z Polski dostał grupę Azjatów i też to samo uczynił.

Ubrani już w raki i wszystkie inne zabawki rozpoczęliśmy podejście po osypujących się piargach na czoło lodowca. Często końcówka lodowca ma kilkunasto, albo nawet kilkudziesięciu metrową ścianę lodu i wyjście na niego od czoła jest niemożliwe. Tutaj, dzięki wielkiej masie żwiru który ten lodowiec pcha wyjście na niego nie sprawiło nam żadnej trudności.
Stanęliśmy na Falljökull, największym lodowcu Europy. Fajne uczucie jak się ma taką masę ruchomego lodu pod sobą.
Na początku szliśmy pomału do góry po prawie płaskim lodzie. Steph uczyła nas i objaśniała do czego służy i jak używać każdą z części sprzętu w który zostaliśmy wyposażeni.

W sumie nasza wycieczka ma trwać około 5 godzin, z czego 3.5 mamy spędzić na lodzie. W miarę posuwania się dalej do przodu lodowiec stawał się bardziej stromy, a szczelinki coraz to głębsze. Słabsza grupa zostawała w tyle, a my dzielnie posuwaliśmy się do przodu. Na bardziej stromych odcinkach przewodniczka za pomocą specjalnego kilofu robiła, albo poprawiała już istniejące schody. Ułatwiało to w znacznym stopniu podchodzenie, albo schodzenie w szczeliny.

Pasją Steph są podróże i lodowce, więc ma wielką wiedzę na ich temat, była nawet na Antarktydzie. Opowiadała nam cały czas o tych gigantach. Lodowce w Islandii różnią się od Himalajskich, Alpejskich czy Andyjskich. Tamte góry powstały przez nacisk płyt tektonicznych na siebie. Efektem tego jest wypiętrzanie się terenu i powstawanie pasm górskich. W ich wyższych partiach jest wystarczająco zimno żeby powstał lodowiec.
Na Islandii jest zupełnie odwrotnie. Płyty tektoniczne odsuwają się od siebie, co powoduje szczeliny przez które magma może wydostać się na zewnątrz i dzięki czemu wybucha wulkan. Islandia ma 30 aktywnych wulkanów. Każdy może znowu w każdej chwili wybuchnąć. Największy wybuch naszych czasów był w 2010 i zniszczył wiele terenów w Islandii, a także wstrzymał na wiele tygodni loty samolotów pomiędzy Europą a Ameryką. Dzięki wulkanom, które rozsuwają płyty tektoniczne, Islandia cały czas się powiększa.

Jak powstaje lodowiec? Nie wystarczy tylko zimno, potrzeba jeszcze parę innych rzeczy. Lodowce powstają w górnych partiach gór i posuwają się w dół. Poza niskimi temperaturami potrzebne są też duże opady śniegu i odpowiednio nachylony teren.
W górnych partiach Vatnajökull średnia roczna ilość opadów śniegu to 13 metrów. Część śniegu topnieje w miesiącach letnich, ale spora jego część zostaje. Dzięki ciśnieniu jakie powstaje pod wpływem wielkiej masy śniegu pod spodem robi się lód. Przychodzi kolejna zima i kolejne metry śniegu spadają. Wielka masa wypycha ten lód spod spodu w dół góry. Lodowiec zaczyna swoją długą podróż. W zależności od długości lodowca, jego prędkości (Falljökull porusza się średnio 50 metrów na rok) i stopnia nachylenia ta podróż trwa setki a często tysiące lat. Na dnie doliny jest już znacznie cieplej i szybciej lodowiec się topi niż napływa z góry. Niestety klimat się ociepla i lodowce się kurczą, coraz to szybciej. Czasami nawet po 100 metrów w ciągu kilkunastu lat.

To co się dzieje wewnątrz lodowca też jest fascynujące. Grubość ich to setki metrów, a często sięgają powyżej kilometra. Posiadają warstwy, które posuwają się z różnymi prędkościami. Między nimi w lato płyną strumyki, a w zimie, kiedy lodowiec mniej topnieje, można tam wchodzić i oglądać cudowne, niebieskie jaskinie lodowe. Na dnie lodowca jest tak potężne ciśnienie, że lód z powrotem zamienia się w wodę, która spływa w dół po skałach tworząc kolejne kanały wodne.

​Po jakiejś 1.5h doszliśmy do stromej części gdzie przewodnik nam powiedział, że dalej nie można iść. W każdej chwili może się coś urwać z lodowca i polecieć w dół, prosto na nas. Mowa tu jest o tonach lodu poruszającego się z wielką prędkością. Mały człowieczek nie ma żadnych szans.

Pochodziliśmy w tym rejonie, robiąc zdjęcia i podziwiając ten ogrom. Dobrze, że byliśmy w mocniejszej grupie. Słabsza tutaj nie doszła, machaliśmy im z góry.

Powrót był prosty, prosto na dół. W 45 minut doszliśmy do końca lodowca. Ściągnęliśmy sprzęt, umyli raki w jeziorze polodowcowym i udali się w kierunku autobusu. Steph nas pożegnała i wróciła z inną grupą na lodowiec. Powiedziała, nam też które lodowce są łatwe i na które możemy sami wchodzić. Posiadając odpowiedni sprzęt i umiejętności oczywiście. Zamierzamy tu wracać. Kto się z nami pakuje?

W tym okresie w Islandii się ściemnia koło 17. Mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny światła dziennego. Postanowiliśmy to wykorzystać i pojechaliśmy nad jezioro Jökulsárlón, jakieś 60km na wschód drogą #1. Fajnie się podróżuje po Islandii. Nie ma tu lasów, więc wszystko widać. Z lewej strony mieliśmy góry i lodowce, a z drugiej strony Ocean Atlantycki.

Jezioro Jökulsárlón znane jest z wielkich kier lodu które wpływają wprost do oceanu. Jezioro to powstało dzięki temu samemu lodowcu co byliśmy wcześniej. Inny „język” tego giganta wchodzi w tą dolinę. Był już zachód słońca,więc za wiele nie mogliśmy tu chodzić, ale i tak jest to cudowne miejsce, warte zobaczenia.

Jest tu dużo szlaków, od godzinnych do wielo-dniowych, które wymagają wcześniejszego przygotowania i spania na lodowcach. To pewnie następnym razem, jak tu przyjedziemy.

Wróciliśmy do naszego hotelu i udaliśmy się na kolacje. Islandia słynie z ryb. Ilonka to zmówiła i jej bardzo smakowało.

Ponoć tutaj też mają pyszną jagnięcinę. Dałem im szansę i zamówiłem. Niestety się zawiodłem. Nie była zła, ale nie była taka pyszna jaką jadałem w Nowej Zelandii czy Argentynie. Nie wiem, czy ta restauracja nie potrafiła dobrze ją przyrządzić, czy na Islandii nie ma dobrej jakości mięsa. Pewnie kiedyś dam im drugą szansę. Mam nadzieję, że wtedy naprawią swoją reputacje i mięsko będzie wyśmienite.

Read More
Islandia Darek Islandia Darek

2017.10.27-28 Islandia (dzień 1)

Nasza planeta, chociaż jest mała to jest zróżnicowana. Są miejsca, które znajdują się w miarę blisko nas, a są zupełnie inne i ciekawe. Jednym z takich miejsc jest Islandia. Czasem tak nie wiele wystarczy, żeby z zatłoczonego, głośnego i betonowej dżungli przenieść w krainę Lodu, Wody i Ognia.

W niecałe 5 godzin samolotem (bliżej niż do Kalifornii z Nowego Jorku) można się przenieść w zupełnie inną krainę. Dalej nie mogę zrozumieć, że taki człowiek jak ja, który kocha góry, lodowce, odludzia jeszcze tam nigdy nie był. Przygotowując się do tego wyjazdu trochę czytałem i oglądałem za pomocą internetu o Islandii i nie mogłem się nadziwić, że ta piękna kraina jakość wymykała się spod mojego radaru. No nic, lepiej późno niż wcale...

Zbliżają się moje urodziny, a koleżanka Ilonki z pracy dała mi najlepszy prezent - bilet na Islandię - dziękuję Zoe! W mojej pracy czasem wpadnie w rękę darmowe tanie wino, u Ilonki w pracy zawsze ktoś ma jakiś darmowy bilet w rękawie. 4-dniowy wyjazd w nieznane na pewno zapadnie nam długo w pamięć.
Uważny czytelnik pewnie zwróci uwagę na dwie rzeczy: dlaczego tylko na 4 dni i dlaczego nie w lato. Niestety w tym okresie ciężko jest mi wziąć więcej dni wolnych z pracy, więc 4 muszą wystarczyć. Po drugie, Islandia w zimie jest cieplejsza niż Nowy Jork. Naprawdę tak jest! Ciepłe prądy oceaniczne to sprawiają. Mniej ludzi, zorze polarne, łatwiej o noclegi.... to tylko parę plusów podróżowania nie w sezonie. Islandia jest inna w każdej porze roku, więc na 100% tu wrócimy w innych porach.

Nasz kolega, też ma dokładnie urodziny w ten sam dzień co ja, więc oczywiście leci z nami.
Islandair nie należy do dobrych linii, ale nawet nie było źle i po pięciu godzinach wylądowaliśmy w Reykjaviku ok. 6:30 rano. Szybka odprawa na lotnisku, wypożyczenie samochodu (oczywiście dostałem biegówkę) i już byliśmy na ziemi ognia i lodu.
​O tej porze roku rozwidnia się tutaj dopiero o 9 rano, więc pierwszy odcinek pokonaliśmy jeszcze po ciemku. Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy parę ciekawych miejsc, ale o nich już opisze Ilonka bo ja niestety cały dzień musiałem prowadzić po tych wąskich, krętych, górskich drogach.

Do hotelu z lotniska mieliśmy około 300 km (pawie 4h samochodem). Po drodze jednak chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć, w końcu mieliśmy cały dzień przed sobą. Śniadanie to jednak podstawa. Większość miejsc w Islandii otwierają ok. 10 rano więc śniadanie zjedliśmy w miasteczku, Selfoss (100 km od lotniska). Tam (dzięki TripAdvisor) znaleźliśmy knajpkę Kaffi Krus. Knajpka jakby się do domku wchodziło, przez to atmosfera była bardzo domowa i przytulna. Na śniadanko, oczywiście poleciał łosoś - w końcu być w Islandii i nie spróbować rybki to jak nie zjeść jagnięciny w Nowej Zelandii.

Droga numer 1 jedzie na około wyspy i większość atrakcji znajduje się przy tej właśnie drodze. Tak więc po śniadanku i krótkiej drzemce w aucie ruszyliśmy na drogę numer 1. Po kolejnej godzinie (70km), dojechaliśmy do wodospadu Seljalandsfoss. Islandia słynie z wulkanów (ogień), lodowców (lodu) i wody (wodospadów). Pierwsze wrażenie - zdecydowanie piękne krajobrazy, ale to co nas najbardziej zaskoczyło to ilość dymu wydobywającego się z ziemi. Islandia ze względu na swoje położenie ma nie tylko dużo wulkanów ale też wiele źródeł geotermalnych. Ok 26% energii w Islandii pochodzi z tych właśnie zasobów. Druga rzecz która nas zaskoczyła to zaludnienie. Ogólnie w Islandii mieszka 330 tys ludzi. Większość z nich to Islandczycy a drugim narodem co do wielkości jest nie kto inny jak Polska.

Ale wracając do atrakcji - wodospad był super. Pogoda była tak troszkę szarawa ale to nic bo pogoda się tu zmienia co 5 minut. Więc jakoś nas to nie zmartwiło. Ubraliśmy więcej warstw i ruszyliśmy obejść wodospad do okoła.

Ogólnie spędzić tam trzeba około 30 min i można znów jechać w drogę. Kolejne 25 minut (30 km) dalej był kolejny wodospad, Skogafoss. Tutaj mieliśmy duże szczęście bo wyszło słoneczko, piękna tęcza i ogólnie było super.

Ostatnia atrakcja to plaże z czarnym piaskiem. Kolejne piękne miejsce przy drodze numer 1. W sezonie letnim można tam spotkać Puffins - ptaki charakterystyczne dla rejonów jak Nowa Zelandia, Islandia itp. Niestety, teraz już jest trochę zimno i ciężej jest spotkać Puffins - może jednak kiedyś nam się uda. Plaża dzieli się na dwie części - turystyczną, gdzie każdy chce mieć zdjęcie na skałach (kwadratowych).

I część mniej uczęszczaną bo trzeba dalej podejść. My przeszliśmy się dalej plażą w kierunku skał i podziwialiśmy krajobraz, spokój, czarny piasek a przede wszystkim czarne kamienie.

Plaże z czarnym piaskiem znajdują się w różnych rejonach świata. Są one efektem dużej aktywności wulkanicznej. Zdecydowanie jest to niesamowite uczucie opalać się na takiej czarnej plaży. Niestety teraz jest późna jesień i lepiej jest chodzić po piasku w butach górskich zamiast klapkach. ​

Spacerek nas dotlenił i zapomnieliśmy, nawet, że jesteśmy zmęczeni i śpiący. Dni na Islandii są krótkie, a czarna plaża i tak była ostatnią atrakcją więc poszliśmy do restauracji Sudur-Vik. Kolejna restauracja w "domu" znów się wchodziło jak do domu. Tutaj obsługa była Polska - pierwszy dowód, że polaków tu jest dużo. Nie dziwne. Islandia potrzebuje dużo ludzi do pracy w turystyce a poza tym dość dużo można tu zarobić. Kolacja była fajnym zakończeniem dnia. Posileni znów pojechaliśmy na drogę numer 1. Byliśmy godzinę od naszego hotelu ale i tak się ściemniało więc była najwyższa pora, żeby się zameldować w hotelu.

Hotelik mamy fajny - mieszkamy w miasteczku, którego nazwy nikt nie wymówi: Kirkjubaejarklaustur. Mamy domki pośrodku niczego, więc mieliśmy nadzieję, na zobaczenie zorzy. No i się nie zawiedliśmy. Udało się zorze też dziś się pojawiły - było to piękne zakończenie wieczora.

Read More

2017.10.20-22 Mt. Colvin i Blake, Adirondacks, NY

Oj jak chciało nam się hiku. Potrzebowaliśmy wypadu w góry na maksa. Ostatnio zarówno ja jak i Darek za dużo pracujemy i znajdujemy więcej wymówek niż powodów, żeby wyrwać się z miasta. Na szczęście obiecaliśmy sobie, mojej koleżance z pracy i naszemu nowemu samochodzikowi, że nie ważne co w Sobotę 21 października jedziemy zdobyć jakieś szczyty z 46 w Adirondack.

Udało nam się wyruszyć już w piątek. O 21:30, spakowani i gotowi na przygodę wsiedliśmy do autka i wyruszyliśmy w kierunku Loon Lake. Tam mieliśmy wynajęty domek (a raczej jego część) na dwie noce. Chcieliśmy nocować w Lake Placid ale ceny nas wystraszyły. Sama nie rozumiałam, czemu nawet zwykłe 3 gwiazdkowe hotele są po $350 gdzie powinny być po $100. Dopiero rano jak jechaliśmy na szlak poznałam odpowiedź – liście. W ten weekend w górach był chyba peak jesieni i wszystkie drzewa wyglądały przepięknie.

Droga do Loon Lake minęła nam spokojnie i w miarę szybko, bez korków. Po północy zajechaliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy się i od razu poszliśmy spać. Dni są już krótsze więc, jak chcieliśmy pokonać większość szlaku za dnia musieliśmy wcześnie zacząć. Pobudka przewidziana była na 6:30 rano (zabójcza godzina jak na Sobotę, nie?). Ale czego się nie robi z miłości do gór.

Szybkie śniadanie i znów byliśmy w samochodzie. Tym razem planowaliśmy uderzyć na Colvin i Blake. Szczyty leżą obok siebie więc raczej nie ma innego wyjścia – trzeba zrobić oba na raz. Na Blake i tak najkrótsza trasa jest przez Colvin więc nawet jakbyśmy tego nie zrobili to byśmy musieli wrócić tu znów. Tak więc nie ma wyjścia – trzeba zawiązać sznurówki i ruszyć w górę.

Hike zaczyna się z parkingu w Saint Huberts, przy Ausable Road. Droga ta prowadzi do prywatnego klubu Ausable Club. Jest to prestiżowy klub w Adirondack, położony w samym sercu gór. Niestety, zwykły śmiertelnik raczej nie może być członkiem tego klubu, musi zaparkować przy drodze Ausable Road i drodze nr. 73 i maszerować do szlaku jakieś 15 - 20 minut. My właśnie tak zrobiliśmy i po przejściu terenu klub o 8:22 rano wpisaliśmy się do książki, że rozpoczynamy hike. Oszuści z klubu mają nie tylko plus mieszkania bardzo blisko ale mogą podjechać jeszcze dalej. Przez dolinę prowadzi droga Lake Road. Dochodzi ona, aż do Jeziora Lower Ausable. Do drogi schodzi bardzo dużo szlaków i w zależności od tego jaki szczyt masz w planie zaliczyć to idziesz dłużej lub krócej drogą. Chyba, że jesteś członkiem klubu to drogę pokonujesz samochodem – oszuści!

Nam przejście drogą do początku naszego szlaku zajęło ok. 1h. O 9:30 zaczęliśmy się wspinać na szczyt Colvin. Z miejsca gdzie Lake Road łączy się ze szlakiem Gill Brook (naszym szlakiem) do pokonania mieliśmy jakieś 2300 ft i 3.6 mil. Spotkany po drodze górołaz powiedział nam, że powinno nam to zająć około 3.5h. Nam nawet udało się zrobić to w 3h.

Szlak na początku szedł łagodnie w górę. Nadrabialiśmy wysokości ale nie było ani technicznie ani bardzo stromo. Tylko czasem nas szlak rozśmieszał. Dwa razy na szlaku pojawiły się tabliczki kierujące na szlak Łatwy albo Widokowy. Za pierwszym razem spędziliśmy ok. 5 minut dyskutując, który wybrać – stwierdziliśmy, że w planie mamy dwa szczyty więc wybraliśmy łatwy. Jak się okazało (po kolejnych 5 minutach) rozgałęzienie się kończyło. Ta widokowa część nie była warta naszych sił. Widokowy szlak szedł bliżej strumyka a co za tym idzie bardziej po skałach. Natomiast, widoków tam specjalnych nie było.

Ostatnie 1000 ft było stromo do góry. Podejście rozpoczyna się dokładnie na rozgałęzieniu szlaków Nippletop i Colvin. Od tego skrzyżowania jest 1000/1 co oznacza 1000 ft na 1 milę. Oznacza to, że będzie pod górkę. I tak też było. Wspinaliśmy się po skałkach, często drzewka stawały się naszymi przyjaciółmi i pomagały nam się wyspinać.

Najgorszy odcinek chyba mieliśmy przed samym szczytem. Tu się trochę na kombinowaliśmy ale dzielnie pokonaliśmy. No i Yupii – szczyt zdobyty (Colvin – 4080 ft) i to w 3h a nie jak przechodzień mówił 3.5h. Ucieszyliśmy się, że mamy dobry czas, zwłaszcza, że kondycyjnie jesteśmy raczej w tyle bo się trochę ostatnio obijamy.

Przerwa była zdecydowanie mile widziana. Posiedzieliśmy w słoneczku jakieś 30 minut. Pooglądaliśmy widoki i zregenerowaliśmy siły na dalszą drogę. Jak już wspomniałam na początku szczyt Blake trzeba zrobić przechodząc przez Colvin. Dlatego skoro już tu byliśmy nie było innej opcji jak uderzyć na Blake.

Oczywiście trzeba trochę zejść na dół a potem znów zacząć wspinaczkę. Słyszeliśmy opinie, że między Colvinem a Blake jest trochę stromo ale gdzie w Adirondack nie jest. Niestety ludzie mieli rację. Szlak na dół (jak i potem do góry) do łatwych nie należał. Jeszcze bardziej zaprzyjaźnialiśmy się z drzewkami, których pnie i korzenie pomagały nam się wspinać. Początkowo myśleliśmy, że zejście i wyjście na Blake zajmie nam 1h.

Niestety teren nie okazał się łatwy i zejście zajęło nam około 40 minut a potem wyjście (ok 500 ft) kolejne 50 min. Tak więc byliśmy do tyłu 30 minut. No trudno – najważniejsze, że szczyt do kolekcji zaliczony.

Szczyt Blake ma tylko „3980 ft” ale jest na sławnej liście 46er. Pierwotnie lista ta składała się tylko ze szczytów powyżej 4tys ft. I każdy kto zaliczy wszystkie te szczyty jest w grupie 46er. Dawniej jednak mieli mniej dokładne sposoby pomiaru w terenie i wg. pierwotnych pomiarów szczyt Blake miał powyżej 4tys. Przy dokładniejszych pomiarach wyszło, że parę szczytów (pierwotnie powyżej 4tys) jest teraz poniżej 4tys. Lista jednak nie została zmieniona. Tak jak została stworzona lata tamu tak się nie zmienia. I nawet te szczyty, które są poniżej 4tys są nadal wymagane do zdobycia.

Sam szczyt nie jest oznaczony, ma zero widoków (tylko las dookoła) i można go poznać tylko po tabliczce na lewo Colvin and prawo Pinnacle. Są tam też większe skały tak, że można usiąść zjeść parę orzeszków i popić Gatorade.

Na jesień dni są krótsze więc pomimo, że była dopiero 2:40 ruszyliśmy w dół z powrotem na szczyt Colvin. Niestety nie da się tu zrobić, żadnego okrążenia i trzeba wracać tą samą trasą co się wyszło.

Wiedzieliśmy już czego się spodziewać, choć w całe nie znaczy to, że łatwiej było nam schodzić. Parę potężnych skał, które pokonywaliśmy na czworaka, na tyłku albo każdą inną dostępną techniką. Na szczęście dzięki temu szybko ubywało wysokości i znów dotarliśmy do dolinki między szczytami.

A potem znów do góry, po drabinkach, po skałkach, albo po błocie – w Adirondack można wszystko znaleźć. Szczyt Colvin jest wyższy tak więc do pokonania mieliśmy 600 ft w górę i 0.8 mili. Tak samo jak Colvin -> Blake zajęło nam 1.5h tak samo w drugą stronę. O 16 godzinie powinniśmy schodzić na dół z Colvin, żeby za widoku dojść do drogi. Drogą już można iść po ciemku bo jest szeroko i dobra nawierzchnia. Skusił nas jednak pusty szczyt. Nasze zmęczenie też się dawało we znaki. Tak więc zdecydowaliśmy się na przerwę. W sumie to za dużo przerw nie mieliśmy i troszkę byliśmy głodni. Pogoda była idealna.

Nikt by nie pomyślał, że to jest koniec października. Dla porównania, 4 lata temu (w ten sam weekend) w tym samym miejscu była taka pogoda:

​Po zregenerowaniu energii ruszyliśmy w dół. Wiedzieliśmy, że pierwsze 1000 ft w dół jest najbardziej techniczne. Potem trasa już w miarę idzie gładko więc nawet jak będziemy musieli ubrać latarki to nadal będzie OK.

Ostrożnie, ale w miarę szybko pokonaliśmy trasę do rozgałęzienia z Nippletop (1000 ft.). Potem też nadrobiliśmy na łatwiejszym terenie. Ja zakładałam, że zejście do drogi nam zajmie ok. 2h. I tak też się stało. Doszliśmy tam tylko o 7 a nie o 6. Godzinę zgubiliśmy między szczytami Colvin i Blake.

Zachód słońca było o 6 godzinie więc lampki jak najbardziej się przydały. To co jednak pokonywaliśmy po ciemku było bardzo łatwe i w miarę szybko dotarliśmy do drogi. A drogą to już się prawie biegło. Na ostatkach sił co prawda ale się biegło – przecież w domku czekała na nas karkówka.

Nie byliśmy jednak ostatni. Idąc drogą widzieliśmy co jakiś czas poruszające się punkciki świetlne w lesie. Potem te punkciki schodziły na tą samą drogę, którą myśmy szli. Dni w jesieni powinny być dłuższe. Chyba jestem za wycofaniem zmiany czasu bo po zmianie to już w ogóle będzie ciemno w połowie dnia. Piękny dzień, zakończyliśmy piękną gwiaździstą nocą. Pogoda nam dopisała, warunki na szlaku też, kondycja też (zawsze oczywiście może być lepsza). Piękny hike na zakończenie sezonu letniego.

Pomimo zmęczenia posiedzieliśmy jeszcze trochę w kuchni wspominając dzień i zajadając pyszną karkówkę z grilla. No i popijając Baijiu. Baijiu jest to popularny i tradycyjny trunek z Chin. Koleżanka, która z nami pojechała jest z Chin więc stwierdziła, że jak będzie polska kolacja to musi być międzynarodowo i alkohol będzie z jej kraju. Pomimo, że jest on dość mocny (52% / 104 proof) to nie pali w gardło jak wódka. Ma ciekawy ale dobry smak – ja bym go porównała do Sake. Dla mnie to była taka mocniejsza wersja Sake.

W niedzielę obudziliśmy się z zakwasami w każdym mięśniu. No i dobrze – to się nazywa nie zmarnowany weekend. Po śniadaniu podjechaliśmy na Loon Lake. Skoro nasz domek miał widok na to jezioro to grzechem byłoby nie podjechać na część publicznie dostępną. Oczywiście wokół jeziora jest mnóstwo domów, bogaczy którzy nie muszą pracować codziennie w biurze. ​Większa część jeziora jest jednak prywatna i nie można pospacerować ani nic takiego. Tak więc postanowiliśmy pojechać nad inne jezioro. Dobrze nam już znane jezioro Pelton. Tam już mamy swoją ulubioną miejscówkę na grilla. Nie ma to jak dobre jedzonko w takim miejscu, na świeżym powietrzu.

Weekend zdecydowanie cudowny. Zwłaszcza pogoda zaskoczyła nas bardzo pozytywnie bo było jak na początku września a nie jak koniec października. Hike był wypas – długi (12h, 14 mil i 4tys wysokości). Darek też miał okazję wreszcie lepiej poznać swój samochodzik. Teraz samochodzik to jeden wielki komputer więc zanim wszystko ogarniemy minie trochę czasu ale i tak sobie chwalimy. Mało pali, wygodny, bagażnik ma większy niż nas poprzedni a do tego ze wszystkimi zabezpieczeniami, automatyczną zmianą świateł i innymi buzerami – jazda nim na dłuższe dystanse to sama przyjemność. Póki co autko musi zostać w garażu bo my za tydzień wsiadamy...ale w samolot. A co to oznacza? Kolejna przygoda!

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2017.09.05 Pittsburgh, PA (dzień 4)

Dzisiaj miał być bardzo spokojny i nie burzliwy dzień. Mieliśmy dojechać do Louisville, dolecieć do Nowego Jorku, zjeść kolacje i w końcu się wyspać. Jednak jak to bywa w podróżach, nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.
​Rano po śniadaniu w Nashville spakowaliśmy się i powoli wybieraliśmy się na samolot.

Musieliśmy dojechać do Louisville w stanie Kentucky, oddalonym o 275 km. A tu nagle pierwsza niespodzianka. Przypomnieliśmy sobie, że między Tennessee a Kentucky jest strefa czasowa o jedną godzinę do przodu. Upssss..... my jak zwykle tak na styk z czasem, a tu taka niespodzianka. No nic, dużo drogi przed nami to jakoś to nadrobię na autostradzie, pomyślałem.

Na początku nawet szło OK. Droga nie była zatłoczona, policji w ogóle nie było, więc nadrabianie szło zgodnie z planem. Ilonka się podzieliła na dwie osoby. Jedna część wdzwoniła się na obowiązkowy meeting w pracy i musiała być aktywna na telefonie. Druga część śledziła GPS i informowała mnie o postępie drogi.
Znowu wszystko zapowiadało się dobrze, aż tu nagle czarne chmury pojawiły się na niebie.
Było koło południa, a zrobiło się tak ciemno, jak by zaraz miał być wieczór. Na własne oczy przekonaliśmy się jak wyglądają środkowo-amerykańskie burze. Lało, wiało i grzmiało na maksa. Wycieraczki na 2 nie wiele pomagały. Musiałem zwolnić bo nic nie widziałem, a z drugiej strony woda nie zdążała spływać z drogi i czasami czułem, że samochód płynie, a nie jedzie.
Lało tak chyba z godzinę. Dobrze, że czasami przestawało to mogłem nadrobić. Ostatnie pół godziny było już ok, więc wpadliśmy na lotnisko na styk. Ale ponieważ byliśmy w Kentucky to nie ważne jak bardzo byliśmy na styk kanapka z KFC (Kentucky Fried Chicken) musiała być.

Okazało się, że samolot jest opóźniony o 30 minut i to nas chyba uratowało. Mamy TSA-pre (szybka odprawa), więc znowu w błyskawicznym tempie się odprawialiśmy. Prawie, do momentu kiedy nie musiałem prześwietlić mojej deski. Tak, prawie metrowa deska z ośmioma metalowymi końmi z najważniejszej destylarni z Kentucky.

Historia tej deski jest dość długa i nie będę teraz tu jej opisywał, ale w każdym razie potrzebowałem ją do sklepu. Oczywiście nie wpuścili mnie z nią do samolotu. Musieliśmy się wrócić do nadania bagażu i ją nadać. To też nie było łatwe, bo to wymagało specjalnego opakowania. Na szczęście są dobrzy ludzie na tym świecie i pani z American Airlines nam pomogła i nadaliśmy dechę. Znowu wróciliśmy się do odprawy. Tym razem poszło wszystko sprawnie i wsiedliśmy do samolotu.
Mały samolocik wzniósł się do góry i już myśleliśmy, że po wakacjach. Upssss... prawie. Lot z Louisville do Nowego Jorku trwa jakieś dwie godziny. Gdzieś po godzinie kapitan mam powiedział, że są jakieś burze w Nowym Jorku i nie można teraz tam lądować. On się "pokręci" tu w powietrzu przez 15 minut i wszystko powinno być ok. Po 15 minutach Znowu nam powiedział, że dalej lotnisko jest zamknięte i dalej się będziemy kręcić.

Minęło kolejne pół godziny i dalej Nowy Jork nie przyjmował samolotów. Kapitan stwierdził, że mu się paliwo kończy i musi gdzieś wylądować. Wylądował w Pittsburghu. Sami nie wiedzieliśmy czy się cieszyć czy smucić. Z jednej strony chcieliśmy być już w domku, zasnąć we własnym łóżeczku i zjeść jakąś dobrą kolację. Może nie do końca w tej kolejności. Z drugiej jednak strony Pittsburgh od jakiegoś czasu był na naszej liście. Tylko, że z NY jest dość daleko i najlepiej to lecieć samolotem. Tak więc American Airlines zrobiło nam niespodziewany prezent i mieliśmy okazję spędzić noc w Pittsburghu.

Niestety zanim mogliśmy nacieszyć się miastem musieliśmy przejść przez całą papierkową robotę. Nauczeni już wypadkami z wcześniejszych lotów (praktyka czyni mistrza) jeszcze w samolocie zaczęliśmy dzwonić do linii lotniczych. Udało nam się załapać na samolot o 5:30 rano - wiem zbrodnicza godzina ale do pracy jakoś musimy zdążyć. Muszę przyznać, że linie lotnicze o nas zadbały i zapłaciły też za nasz hotel i dały nam $24 na kolację (hotel ok ale z tymi $24 to się nie popisali).

Kolację zjedliśmy w hotelu bo tylko tam działał voucher. Oczywiście w barze byli tylko ludzie którym odwołali samoloty. Zagubieni podróżni, którzy w barze zabijali czas. My chcieliśmy jednak wykorzystać okazję i pomimo, że byliśmy trochę zmęczeni to wzięliśmy taksówkę do centrum miasta. Szkoda tylko, że bardziej się nie przygotowaliśmy. Pojechaliśmy do Downtown gdzie jak się potem okazało wcale nie ma najlepsze miejsce na imprezę.

Downtown jest bardziej biznesowy. Niestety większość barów zamykają ok. 22-23. Zdecydowanie inny klimat niż w NY. Był to środek tygodnia ale dla kogoś kto mieszka w NY i przywykł, że ludzie są na ulicy 24h na dobę takie opustoszałe miasto jest trochę dziwne. Tak więc nasz długi weekend był bardzo nie przewidujący, zdecydowanie intensywny i dołożył kolejne 3 pinezki na naszą mapę.

Kentucky i Bourbon rejon - sam stan zaskoczył nas czystością. Jeżdżąc po okolicy zaskoczyła nas ilość ładnych domków, wszystko fajnie zadbane z wystrzyżoną trawką. Odległość między domkami była wystarczająca, żeby mieć dużo prywatności. Prawie w ogóle nie widzieliśmy tam płotów (no chyba że dla koni). Nawet w małych domkach gdzie widać, że pieniądze są na średnim poziomie to otoczenie domku jest zadbane i czyste. Jak to mało trzeba, żeby było ładnie? Niestety nie zawsze ludzie dbają o swoje ogródki i czasem jeżdżąc po innych stanach widuje się, że ogródek służy bardziej za piwnicę i daje się tam wszystko co jest nie potrzebne w domu. Same destylarnie burbonów mnie pozytywnie zaskoczyły. Nie sądziłam, że dla kogoś kto nie pija burbonów ta wycieczka też może być fajna.

Tennessee nie zwiedzaliśmy ale Nashville nam się spodobało. Fajna muzyka - fajny klimacik i mili ludzie. Nie wiem czy jest potrzeba przylatywać tu na więcej niż 1-2 noce. Natomiast na pewno warto przylatywać tu częściej. Nie ma to jak posłuchać dobrej country muzyki i posłuchać starych kawałków. Następnym razem musimy tylko lepiej się przygotować z restauracji. Bo jedzenie w barach nie jest najlepsze. W okolicy jest dużo do zobaczenia więc pewnie jeszcze tu wrócimy. We wtorek czas wracać do domku.

Pittsburgh - nie sądziłam, że tak duże miasto jest na drugim końcu Pensylwanii. Miasto to ma biznesy, ale też uniwersytety. Dlatego też jest tam wiele młodych ludzi. Niestety my nie doszliśmy do części uniwersyteckiej więc też nie poznaliśmy najlepszych miejsc - podobno. Mam nie dosyt i wierzę, że to miasto ma dużo więcej do zaoferowania. Póki co zaskoczyło nas wielkością i ilością mostów. Czas jednak wracać do rzeczywistości. Po 3h snu znów jedziemy na lotnisko - miejmy nadzieję, że tym razem polecimy.

ps. Udało się - w środę wylądowaliśmy w NY - turbulencje były, i woda się rozlewała z kubków ale bezpiecznie wylądowaliśmy i dotarliśmy wreszcie do domku.

Read More
USA: Southeast Ilona USA: Southeast Ilona

2017.09.04 Nashville, TN (dzień 3)

Nashville, kolejna odsłona. Wczoraj zwiedziliśmy miasto nocą. Odwiedziliśmy parę barów a przede wszystkim posłuchaliśmy dobrej muzyki country. Dziś przyszedł czas na zwiedzanie miasta, poszwendanie się po uliczkach i zobaczenie najważniejszych punktów turystycznych. Nashville jest stosunkowo małym miastem i wszystko dzieje się między 2 a 6 avenue w rejonach Broadway. A na Broadway'u muzyka gra już od samego rano i piwo się leje.

Jak przystało na stolicę muzyki najważniejsze muzeum to muzeum muzyki i Johnny'ego Casch'a. Wczoraj w barach grali dużo Johnny'ego i jest on na pewno swojego rodzaju symbolem miasta. Tak więc dzień zaczęliśmy od muzeum dedykowanego jego osobie i twórczości.

Wstęp do muzeum kosztuje $14 i jeśli jesteś fanem Cash'a to warto wejść. Jeśli jednak nie masz pojęcia o kim mówię to nie wiem czy są to najlepiej wydane pieniądze. W muzeum zgromadzone są zdjęcia, rekwizyty ze sceny, gitary i inne instrumenty a także ubrania i elementy dekoracyjne z domu Cash'a.

Dla fanów na pewno zobaczenie stroju w którym występował Johnny jest ważne i docenią wartość każdego eksponatu. Mi brakowało trochę jego muzyki. Niby są stacje gdzie można posłuchać muzyki ale fajnie by było słyszeć jego muzykę ciągle, dowiedzieć się może troszkę historii dlaczego dana piosenka została stworzona itp.

Ja lubię muzykę Cash'a i pomimo, że muzeum jest dość małe to mi się podobało. Trochę zgłodnieliśmy więc zaczęliśmy szukać jakiejś dobrej knajpki z BBQ. Południe Stanów słynie z hamburgerów, żeberek i innych pyszności w stylu BBQ. Niestety dzisiaj jest Labor Day weekend i większość miejsc była zamknięta, albo była na uboczu. Wylądowaliśmy więc znanym nam już barze w Gulch na tradycyjnym hamburgerze.

To co mnie zaskoczyło (niestety negatywnie) to ilość restauracji w Nashville. W samym centrum koło Broadway nie ma za dużo restauracji. To znaczy każdy Honky-tonk bar (country bar) oferuje jedzenie ale jest ono słabej jakości i wybór jest dość ubogi. Rzadko spotyka się restauracje gdzie można zjeść jakąś fajną kolację. Pewnie turyści dają się naciągnąć na jedzenie w barach a lokalni nawet się tu nie zapuszczają.

Spacer po mniej obleganych dzielnicach pokazał nam inna stronę Nashville. Wydawałoby się, że trochę opuszczoną ale to pewnie ze względu na długi weekend. Jest dużo nowych budynków w Nashville, biurowych jak i mieszkalnych. Dużo się też buduje i widać, że miasto się rozrasta. Zostaje jednak jego czar gdzie za każdym rogiem czai się miejsce z muzyką na żywo czy graffiti.

Ciężko powiedzieć, że Nashville ma rynek - zresztą mało amerykańskich miast ma. Jest natomiast Capitol hill. Jest to miejsce gdzie skupiły się najważniejsze budynki rządowe. Są one ładnie otoczone parkiem i fontannami. Nam szczególnie spodobał się Pantheon (przynajmniej coś co wyglądem przypomina Pantheon) - budowla a jednocześnie pomnik na cześć poległych w wielkiej wojnie Północ-Południe.

No tak - największa wojna w Stanach miała miejsce w latach 1914-1918 i była między ludźmi z południa przeciwko północy.

Z Capitol Hill można przejść w stronę Broadway nad rzeką. Jest tam do zobaczenia replika osady pierwotnych ludzi, jakiś militarny statek - tatuś będzie wiedział lepiej. I ogólnie dość przyjemny bulwar.

Jak to bywa jednak na południu, temperatury są dość wysokie i przerwa w spacerze musi być. Tak jak 17 lat temu Darek brał mnie na randki do Hard Rock Cafe tak i właśnie dziś poszliśmy tam na lody. Niestety nie mają już w ofercie Bannana Split ale mieli inne desery lodowe - dobrze, że Pani nas uprzedziła, że jeden deser na 2 osoby wystarczy. Puchar jaki dostaliśmy był ogromny.

Po takiej dawce kalorii dostaliśmy ekstra energii i postanowiliśmy wrócić w centralną część miasta posłuchać dalej muzyki. Odwiedziliśmy dwa nowe bary ale jednak nie grali za fajnie i poszliśmy do dobrze nam już znanego Robert's Western World. Zespoły tu się zmieniają co 3-4h więc posłuchaliśmy nowych zespołów i nowego repertuaru. Pierwszy zespół grał bardziej starocie. Fajnie było usłyszeć stare kawałki - nowe dla mnie a nie dobrze znane z radio przeboje.

Dziś postawiliśmy na jakość a nie ilość. Po wstępnym rozeznaniu barów wróciliśmy do Robert's Western World i posiedzieliśmy kilka godzin słuchając dobrej muzyki. Był to Poniedziałek więc ludzi za dużo nie było - część turystów wróciła do domów a lokalni odsypiali weekend i szykowali się do pracy. My mamy samolot dopiero jutro popołudniu więc mogliśmy zostać dłużej ale też byliśmy zmęczeni całodziennym chodzeniem i upałami. Tak więc jak grzeczne dzieci po kolacji grzecznie poszliśmy do domku.

Read More
USA: Southeast Ilona USA: Southeast Ilona

2017.09.03 Kentucky & Nashville, TN (dzień 2)

Wrzesień i Październik to miesiące naszych urodzin. Tak więc ta wycieczka jest po części prezentem urodzinowym jaki sobie sami zrobiliśmy. Darek ostatnio marzył o odwiedzeniu Kentucky a szczególnie destylarni burbonów, ja od jakiegoś czasu bardzo chciałam zobaczyć Nashville. Tak więc wczoraj robiliśmy wszystko co Darek chciał - czyli odwiedzaliśmy "burborownie" i jedliśmy steaki.

Jutro będziemy się edukować z muzyki country w Nashville. A dziś połączymy moce i pół dnia spędzimy na degustacjach a pół na słuchaniu muzyki.

Nie ma to jak zacząć dzień od dobrego burbona. No dobra zaczęliśmy od szybkiego śniadania ale szybko wskoczyliśmy w autko i pojechaliśmy do Maker's Mark. Jest to kolejny bardzo znany producent burbon'u. W Kentucky jest coś takiego co się nazywa burbon trail. Około 10 destylarni znajduje się od siebie w odległości max. 1h więc można wszystkie pozwiedzać. Normalnie zajmuje to ludziom ok. 3-4 dni. My jednak skupiliśmy się na 4 które Darek lubi najbardziej albo są ciekawe z innego powodu. Maker's Mark został przez nas wybrany bo podobno to jest stodoła po środku niczego...

Może nie do końca jest to stodoła. Mi posiadłość Maker's Mark przypomina małą wioskę w której skrzaty czy inne krasnale mają swoje domki i produkują burbon.

Nie ważne w której destylarni ogólnie cała produkcja burbonów ma bardzo indywidualne podejście i wiele rzeczy robionych jest ręcznie. Czasem nawet maszyny używane do produkcji etykiet czy innych rzeczy mają po 100 lat.

Pomimo, że nie pijam burbonów muszę przyznać, że lubię te wycieczki. Każdy producent jest inny, każda fabryka jest inna i pomimo, że już wiemy jak się produkuje burbon to zawsze się nauczymy jakiejś nowej ciekawostki.

Maker's Mark ma troszkę słodszy smak niż inne burbony. Efekt ten jest osiągany przez dodanie większej ilości kukurydzy, która ma więcej cukru niż inne ziarna. Kukurydza jest gotowana z drożdżami w wielkich kadziach. Ciekawe było to, że mogliśmy nawet włożyć palec do tych kadzi. Na szczęście zanim ta mikstura przekształci się w burbon minie wiele więc i zarazki z naszych paluchów zostaną zabite.

Samuel (założyciel Maker's Mark) ma korzenie w Szkocji tak więc na etykiecie napisane jest Whisky (brytyjski angielski) a nie Whiskey (amerykański angielski). Jako jeszcze jedna ciekawostka dotycząca etykiety to S IV znaczy, że aktualnie burbon produkowany jest przez czwartą generację dzieci Samuela.

Margie, żona Samuela również przyczyniła się do popularności Maker's Mark. To ona zaprojektowała butelkę, etykietkę a przede wszystkim charakterystyczne czerwone lakowane zatyczki. Lakowanie nadal jest ręcznym procesem.

Zwróciliście już uwagę, że większość budynków w tej destylarni jest czarna, ma czerwone drzwi i okiennice, oraz beżowe framugi? Jest to symbol butelki Maker's Mark (kolejna zasługa Margie). Czarny kolor reprezentuje burbon, czerwone dodatki to oczywiście symbol lakowanej zatyczki a beżowe framugi to etykieta.

Jak na każdej wycieczce, po godzinie uczenia się poszliśmy testować whiskey. Muszę przyznać, że oni pokazali się najlepiej. Dali nam aż 5 różnych alkoholi do spróbowania. Zaczęliśmy od Maker's Mark white czyli czystego alkoholu który wlewany jest do beczek (smakuje to bardziej jak bimber), poprzez ich standardowe marki aż po Private Select.

Private Select są to specjalne butelki gdzie Maker's Mark pozwala ludziom z branży samemu zrobić burbon. Wybierają oni proporcje zboża a potem ta sama grupa ludzi decyduje jak długo ma leżakować i gdzie będzie sprzedawane. Niektóre są robione np. tylko na derby, inne są ogólnie dostępne. Darek stwierdził, że to które myśmy dostali do spróbowania było całkiem dobre i już myśli zamówić do sklepu całą beczkę z logiem sklepu. Czy ktoś chce już zamówić?

Po Maker's Mark pojechaliśmy do Jim Beam. Jest to największy producent burbon'u w Stanach a co za tym idzie na całym świecie. Niestety jest on też bardzo popularny i nie udało nam się załapać na wycieczkę po fabrykach. Chyba dużo jest takich ludzi bo specjalnie dla nich zrobili małe wystawki, tabliczki z opisami i można sobie pozwiedzać samemu.

To co nas zaskoczyło to fakt, że większość magazynów pomalowana była na czarno i była stalowa. Z jednej strony może to być symbol burbon'u jak w przypadku Maker's Mark albo Jim Beam wykorzystuje to do podniesienia temperatury w ciągu dnia (większe nasłonecznienie) i drastyczne obniżenie w ciągu nocy (stal szybciej stygnie).

Zrobiło się już popołudnie więc wskoczyliśmy w samochód i pojechaliśmy do Nashville. W końcu druga połowa dnia należy do mnie. Tak więc - czas zobaczyć co to miasto ma do zaoferowania. A do zaoferowania ma podobno dużo - podobno dużo dobrej muzyki....

My zwiedzanie zaczęliśmy od skrzydeł. Tak naprawdę od baru a potem skrzydeł. Planując wycieczki lubię przeglądać Instagram. Ponieważ dużo ludzi publikuje tam zdjęcia z podróży to można łatwo znaleźć najfajniejsze i najbardziej fotograficzne miejsca. Tak też było ze skrzydłami. Spodobało mi się to graffiti i oczywiście chciałam mieć tam zdjęcie. Tak więc póki jeszcze jasno poszliśmy z Darkiem do dzielnicy zwanej Gulch. Ku naszemu zaskoczeniu kolejka do skrzydeł była na jakieś 20 minut czekania. W kolejce oczywiście same kobiety - i to głównie przyszła Pani młoda i jej druhny. My nie czekaliśmy, poszliśmy poczekać do baru i spróbować za jakieś 30 minut.

Po wypiciu piwka, wróciliśmy pod skrzydła i tym razem kolejka było tylko na 5 minut. Muszę przyznać, że ktoś miał bardzo fajny pomysł na graffiti.

W Nashville zaskoczyła nas ilość wieczorów kawalerskich i panieńskich. Czyżby ludzie coraz mniej jeździli do Vegas? Nie widzi się za dużo grup mieszanych. Czasem jakaś para się przyplątała ale głównie to same dziewczyny lub sami faceci.

Nashville słynie z muzyki Country więc zaczęliśmy szukać barów z taką właśnie muzyką. Ulica Broadway jest takim punktem centralnym. WOW - jak weszliśmy na tą ulicę to było - WOW co tu się dzieje. Muzyka grała na żywo prawie z każdego baru, neony na każdym budynku a do tego tłum ludzi.
Weszliśmy do pierwszego baru i nie był to najgorszy wybór. Legends - super muzyka na żywo, mało kto siedzi bo każdy tańczy albo się tylko kiwa. Grali stare przeboje nie tylko country ale też Fleetwood Mac czy Michael Jackson.

Było super ale nie chcieliśmy się ograniczać tylko do jednego miejsca więc poszliśmy do drugiego baru. Robert's Western World jest dość popularnym, trochę historycznym miejscem. Kiedyś był to sklep z kapeluszami i butami cowboyskimi. Teraz jest barem z muzyką na żywo, bardzo tanim piwem (PBR można dostać za $2.50 a normalne za $4.50) i jedzeniem (tanim ale nie za dobrym). Zostaliśmy tam dłużej bo po pierwsze muzyka była super (sami posłuchajcie) a po drugie udało nam się zdobyć stolik więc postanowiliśmy coś przekąsić. Kto wie kiedy znów będziemy mieli taką okazję.

Zwiedzać jednak trzeba więc poszliśmy dalej. Bar tu jest na barze ale jakoś nie wszystkie nas zachęcały, żeby zostać na dłużej. Zdecydowanie tam gdzie było live music było dużo fajniej, ale zespół zespołowi nie równy. Niektóre miejsca miały stary klimat małych saloon's a niektóre bardziej klubowy klimat z DJ'em. W niektórych pijane przyszłe Panie młode śpiewały karaoke (z różnym skutkiem) a w niektórych można było palić. Tak więc każdy znajdzie coś dla siebie. My znaleźliśmy kolejny bar - najpierw myślałam, że to jest jak jakieś Chipotle czy inna restauracja z fast food. Trochę się pomyliłam.

Miejsce miało 3 piętra, dużą scenę i bardziej przypominało Webster Hall niż Chipotle. Chłopaki fajnie grali i można było potańczyć prawdziwą muzykę Country. Ja niestety nie obeznana w krokach tylko siedziałam i podziwiałam jak inne dziewczyny wywijają nogami.

Marzenia są po to aby się spełniać. Kiedy tak myślałam, że chciałabym nauczyć się kroków, na scenę weszła Pani, oznajmiła, że zespół potrzebuje małą przerwę i zaczęła nas uczyć tańczyć. Super rozrywka i pomysł. Kroki są dość proste choć trzeba je dobrze zapamiętać, żeby przy szybszej muzyce nie gubić rytmu. Tak więc udało się - zatańczyłam taniec Country z całą grupą.

Dzień zakończyliśmy w Layla's. Niestety nie zagrali mojej ulubionej piosenki Layla ale Johnny Casch nie schodził z repertuaru. Jutro musimy się bardziej wyedukować jeśli chodzi o Johnnego. Widać, że jest on tu bardzo popularny. No to do jutra!

Read More
USA: Southeast Darek USA: Southeast Darek

2017.09.02 Louisville, KY (dzień 1)

Ostatni długi weekend w lato. Mimo, że 5 dni temu wróciliśmy z Ameryki Południowej to i tak chcieliśmy gdzieś pojechać. Wybór padł na stan Kentucky. Dlaczego tam? Po pierwsze, tam nas jeszcze nie było. A chyba każdy słyszał o Bourbonie i Kentucky Derby. Po drugie, ponad 95% Bourbon'u jest tam produkowane, a ja, mając najlepszy sklep z tym produktem muszę się dokształcać w tej dziedzinie.

Po trzecie, obok jest Nashville w stanie Tennessee, miasto gdzie muzyka country miała swoje początki. Tam też mamy na parę wieczorów podjechać.

Chyba jeszcze nigdy w 20 minut nie dostaliśmy się do naszej bramki. Dokładnie, to jest czas jaki potrzebowaliśmy żeby dojechać na lotnisko i przejść wszystkie odprawy. Na drodze nie było żadnego korku, nie mamy żadnego bagażu do nadania, a że posiadamy TSA-pre (możliwość szybkiej odprawy), to w błyskawicznym tempie wszystko załatwiliśmy i mogliśmy w spokoju zjeść na lotnisku śniadanie.

Lot trwa tylko dwie godziny, więc samolot na tak krótki lot też był odpowiedni. Malutki ale nie ciaśniutki. To są te stare samoloty, gdzie jeszcze miejsca było dużo. Prawie cały lot przespaliśmy i obudziliśmy się podczas lądowania w Louisville. Wypożyczyliśmy samochód i w godzinę dojechaliśmy do pierwszej destylarni. Pierwszy punkt podróży, najbardziej słynna i najdłużej działająca destylarnia w Stanach. Buffalo Trace.

Buffalo Trace produkuje 18 różnego rodzaju whiskey. Od w miarę łatwych do zdobycia do super limitowanych edycji, które raczej nie można nigdzie kupić. Ja, jako właściciel sklepu mam lepsze możliwości niż większość ludzi, ale i tak niektóre bourbony jest mi ciężko dostać.

Wielu z was na pewno słyszało o Pappy Van Winkle's bourbon, którego raczej nigdzie się nie kupi. Albo W.L. Weller, czy Blanton's lub E.H. Taylor. Wszystko to robią w Buffalo Trace destylarni. Widzieliśmy wiele z tych beczek, ale oczywiście nic nie można było kupić.

Załapaliśmy się na wycieczkę po destylarni. Trwała ona gdzieś 1.5h i można było się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Żeby wyprodukować burbon, potrzebne są tylko 3 składniki: kukurydza, woda i drożdże. Do kukurydzy można dodawać inne ziarna jak pszenica, żyto i jęczmień. Kukurydza musi jednak przeważać i musi jej być min. 51%.

Kentucky słynie z burbon'u i koni ze względu na wodę. Ich woda nie ma żelaza, natomiast ma dużo wapnia i magnezu. Daje to dobry smak burbon'u a jednocześnie wzmacnia kości lokalnych koni. ​

Buffalo Trace jest najdłużej operującą destylarnią w stanach. Działa ona nie przerwanie od 1771 roku. Nawet w czasach prohibicji, produkowała ona alkohol. W czasach prohibicji tylko 4 desylarnie działały w stanach i produkowały alkohol dla celów leczniczych. Buffalo Trace było jedną z nich. W tamtych czasach bardzo dużo ludzi "chorowało"i zostało wypisane ponad 6 mln. recept w samym stanie Kentucky. Wówczas nie było komputerów więc pacjencji chodzili do rożnych lekarzy i aptek aby tylko zdobyć trochę alkoholu.

Setki lat temu bardzo dużo amerykańskich bawołów migrowało z południa na północ przechodząc przez te rejony. Mówimy tu o setkach tysięcy zwierząt. Wydeptały one szlaki, którymi później człowiek się poruszał. W późniejszych czasach, niektóre z nich zostały przekształcone na autostrady. Stąd wzięła się nazwa destylarni - Buffalo Trace.

Co to w ogóle jest burbon? Burbon to jest whiskey, tak samo jak koniak to jest brandy. Żeby na butelce było napisane burbon musi być spełnione parę warunków. Po pierwsze, whiskey musi być zrobione w Stanach. Po drugie, musi być zrobione z co najmniej 51% kukurydzy. Nie ma znaczenia jakie jest drugie czy trzecie ziarno. Po trzecie, musi leżakować minimum dwa lata w nowej wypalonej beczce. I musi mieć minimum 40% alkoholu jak jest zlewane do butelek.

Wszystkie beczki dla burbonów robione są z amerykańskiego białego dębu i nie mogą być ponownie użyte do przechowywania burbon'u. W większości są one wykorzystywane później do przechowywania szkockiego whiskey. Zanim whiskey zostanie wlane do beczki, beczka jest wypalana między 40 a 60 sekund. Zabieg ten wykonuje się w celu poprawienia smaku tego cudownego nektaru.

Pusta beczka waży 120 lb a pełna 530 lb. Przeturlane one są do magazynów za pomocą mini torów kolejowych. Wszystko robione jest ręcznie i sztuką jest tak turlać, żeby korek beczki był na górze. W magazynach znajdują się tysiące beczek. Magazyny z reguły mają wiele pięter, a ponieważ nie są ogrzewane ani klimatyzowane to temperatura w różnych częściach magazynu jest różna.

Kentucky nie dość, że ma idealną wodę to jeszcze ma odpowiedni klimat do leżakowania burbonów. 4 pory roku a także różnice temperatur między dniem a nocą powoduje, że drzewo beczek pracuje i wydziela aromat, który miesza się z burbonem. Również ukształtowanie dachu, ilość okien, nasłonecznienie budynku, kolor murów - to wszystko wpływa na temperaturę a co za tym idzie smak burbona.

Podczas zwiedzania, mogliśmy wejść do wielu magazynów i się o tym wszystkim na własne oczy przekonać. Pierwsze co nas uderzyło to zapach. Ciekawe czy będąc godzinę w środku można się opić zapachem. Do każdej wlewa się ok. 50 galonów whiskey. Po pierwszym roku ubywa jej 10%. A po 20 latach zostaje 5-10 galonów. Kto to wszystko wypija? Aniołki. Dokładnie, aniołki wypijają dużo więcej burbon'u niż ludzie. W biznesie mówi się na to "Angel Share" czyli przydział dla Aniołków. Aż taka ilość whiskey wyparowywuje przez szerkie pory białego, amerykańskiego dębu. Dlatego whiskey 20 paroletnie jest tak drogie i ilość butelek jest limitowana.

Niestety ciężko jest przewidzieć w tym biznesie jaka będzie konsumpcja za kilkanaście lub więcej lat. Dlatego, teraz tak ciężko jest dostać wieloletnie whiskey bo kiedyś produkowali głównie tańsze whiskey które nie wymaga długiego leżakowania. Teraz prognozy są, że konsumpcja whiskey nadal będzie wzrastać więc produkuje się znacznie więcej whiskey przeznaczonej na długo letnie leżakowanie. Ciekawe czy prognozy się sprawdzą czy konsumpcja spadnie i ceny też.

Dla porównania odwiedziliśmy sąsiednią destylarnię Woodford Reserve. Droga do tej destylarni, prowadzi bajecznie pięknymi krainami z olbrzymimi ranchami i wybiegami dla konii. Widać, że nie są to konie jakie widywałem w Radziszowie, bo nie są to konie pociągowe. Tutejsze konie są zadbane, wysportowane, umięśnione i zdrowe, no bo przecież wygrywają one największe wyścigi na świecie. Takie jak słynne Kentucky Derby. Ludzie robią zakłady w dziesiątkach tysięcy dolarów na swojego ulubionego konia. Więc te konie mają lepiej niż nie jeden człowiek Ich stajnie wyglądają dużo lepiej niż nie jeden budynek mieszkalny w NY.

Myśmy tu nie przyjechali oglądać konie tylko pić burbon więc skręciliśmy w prawo i dojechaliśmy do Woodford Reserve. Każda destylarnia jest inna więc i tutaj wzięliśmy wycieczkę z przewodnikiem. ​

Każde whiskey jest unikatowe, każdy producent używa innych proporcji ziaren, innego systemu destylacji, innego czasu wypalania czy innego czasu i miejsca leżakowania. To co Woodford Reserve wyróżnia od innych producentów jest przede wszystkim potrójny proces destylacji w miedzianych kadziach.

System ten zakupili od Irlandczykow i również kadzie zostały specjalnie zamówione na wyspach. Dzięki temu alkohol w burbonie jest mniej wyczówalny. Nie oznacza to, że jest mniej procent - po prostu jest delikatniejszy.

Mieliśmy szczęście i nasz tasting był w pomieszczeniu gdzie przechowywane są beczki. Przy świecach, w półmroku i zapachu parującego whiskey nasze zmysły się wyostrzyły. Co zrobili jeszcze unikatowego to połączyli burbon z czekoladą i nawet Ilonka po ugryzieniu czekolady wypiła burbon i się nie skrzywiła.

Jak się można domyśleć, żadna z destylarni nie jest w mieście więc i nasz hotel był na obrzeżach W związku z tym nie mieliśmy dużego wyboru restauracji a nie chcieliśmy jechać samochodem. Ku naszemu zaskoczeniu, koło hotelu był Steakhouse Longhorn. Trochę sceptycznie podeszliśmy do tej restauracji, myśląc, że oni nie potrafią zrobić dobrego steak'a. Ja jednak zaryzykowałem i dzięki namowie kelnerki wziąłem ich specjalność zakładu - filet mignon oczywiście w sosie z burbona. ​

Mięsko było delikatne, tylko lekko wypieczone (mid-rare) a sos z burbona dodawał kolejnych aromatów. O dziwo piwo do tego całkiem dobrze pasowało pewnie dlatego, że było to Kentucky Burbon Barrel Ale czyli piwo leżakowane w beczkach po burbonie. Ciężkie, pełne, ciemne...i przede wszystkim dobre.

Read More
Argentyna Ilona Argentyna Ilona

2017.08.25-27 Mendoza, AR (dzień 9)

W piątek opuściliśmy resort narciarski Valle Nevado. Spędziliśmy tam super tydzień na białym szaleństwie. Nadal mieliśmy jeszcze weekend zanim wrócimy do domku. Mogliśmy albo zostać w Santiago albo...polecieć na weekend do Mendozy.

Mendoza słynie z pysznego wina – zwłaszcza Malbeca. Miasteczko to położone jest u podnóża najdłuższego pasma górskiego na świecie, Andy. Dzięki topniejącym śniegom z gór, niezliczonej ilości lodowców w tych górach, ziemia w Mendozie jest bardzo żyzna i dobrze nawodniona.

W piątek mieliśmy odwiedzić jakąś winiarnię ale trochę nam zeszło z przejściem przez kontrolę celną, wynajęciem samochodu i wyjechaniem na autostradę. Niestety winiarnie tu są czynne tylko do 17 godziny wiec już nie zdążyliśmy.
​Wynajęliśmy małe autko Chevrolet Classic. Muszę przyznać, że było wesoło. Po pierwsze nie chcieliśmy się wyróżniać i uchodzić za jakiś bogatych turystów więc nie braliśmy żadnego SUV czy Jeep'a po drugie, różnica ceny między tym małym, śmiesznym samochodzikiem a wypasionym Jeep'em była dość duża. Tak więc wg. dobrze znanej zasady masz za co płacisz...nasz samochodzik nie wiele miał. Przypomnieliśmy sobie jak to jest otwierać okno na korbkę, musieliśmy pamiętać o zamykaniu każdych drzwi osobno bo nie mieliśmy centralnego zamka, a o klimatyzacji to oczywiście można zapomnieć. Jednym słowem było wesoło. Dobrze, że przynajmniej ruch mają tu prawostronny i Darek nie musiał zmieniać biegów lewą ręką.

Hotel mieliśmy w centrum więc troszkę się przeszliśmy. W okolicy jednak nie było za dużo otwartych restauracji, wszystko zamknięte, puste lub w remoncie. Szeryf miał rację – w Argentynie się pije do rana, do śniadania. Dlatego pewnie wszystko otwierają późno. My po długiej podróży samochodem i samolotem byliśmy trochę głodni więc ograniczyliśmy się do restauracji hotelowej. W sobotę chcieliśmy wcześniej wyruszyć na wycieczkę do pobliskiego parku Aconcagua więc nie szaleliśmy w piątek tylko zostaliśmy w hotelu. Wiem, nie podobne to nas ale czasem trzeba mieć dzień relaksu i odpocząć.

W sobotę rano za to wskoczyliśmy do naszego śmiesznego samochodziku i ruszyliśmy w drogę. Aconcagua jest najwyższym szczytem w Ameryce Południowej. Jest też najwyższym szczytem jeśli nie liczyć szczytów w Azji. Darka zainteresowanie górami wygrało nad zainteresowaniem winiarniami i nie tracąc czasu pognał autostradą w kierunku parku. Mieliśmy do pokonania ok. 300 km w jedną stronę. Darek zdecydowanie przypomniał sobie jak się prowadzi biegówkę i miał niezłą praktykę na tych górskich, zakręconych drogach.

Po drodze mijaliśmy kilka winiarni. Zaskoczyły nas budynki tych winiarni. Wszystkie bardzo ładne, nowe, duże i w ciekawym stylu architektonicznym. Widać, że rejon ten utrzymuje się w większości z produkcji wina. Nie jest jednak łatwe dostanie się do tych winiarni. Wszystkie miały zamknięte bramy, nie było żadnej tabliczki zapraszającej na testowanie wina i tylko czasem widać było, że podjeżdżały duże autobusy z turystami. Z tego co Darek czytał to trzeba robić wcześniej rezerwacje żeby w ogóle cię przyjęli.

Droga numer 7 która prowadzi do parku jest drogą łączącą Buenos Aires z Santiago. Jest to jedyna droga przerzutowa towarów z Europy do Chile jak i z Azji do Argentyny. Tak więc jak się możecie domyśleć tirów to tam było dużo. Jeździły w obu kierunkach przewożąc różnego rodzaju towary. Samochodów osobowych nie było za dużo ale było parę turystów, którzy w zimie chcieli przejechać przez góry.

Ponieważ droga ta łączy Chile z Argentyną to po drodze było dużo kontroli drogowych. Jadąc w kierunku Chile tak bardzo nas nie sprawdzali tylko kazali jechać dalej. Z powrotem zatrzymywali nas na prawie każdym punkcie kontroli i się pytali skąd jedziemy. Jak mówiliśmy, że z parku Aconcagua to mówili tylko OK i kazali jechać dalej. Ciekawe czego szukali i czy jest jakiś przemyt między tymi dwoma krajami. Zaskoczyła nas też ilość baz wojskowych w tym rejonie. Trening w takich górach jest na pewno bardziej efektywny niż na jakiś nizinach ale ciekawe czy wojsko tam jest też w celach obrony przed Chile. Teoretycznie miedzy tymi dwoma krajami nie ma konfliktu ale jak to w życiu bywa – nigdy nie wiadomo co któremu przywódcy strzeli do głowy.

Dojechaliśmy do parku w miarę szybko jak na taką odległość. Droga była dobra, asfaltowa i nawet tiry nie spowalniały ruchu. Niestety Aconcagua była dość nieśmiała dziś i nie chciała się nam pokazać w całej okazałości. Widzieliśmy ją troszkę ale często chowała się za chmurami. Pomimo wiatru i pochmurnego dnia przeszliśmy się na mały spacerek. W zimie większość tras jest niedostępna ze względu na śnieg i zalecane są tylko dwa spacerki. Jeden 15 minut a drugi ok. 1h. Oczywiście my wzięliśmy ten dłuższy i nawet dołożyliśmy parę więcej minut bo chcieliśmy podejść trochę bliżej tej olbrzymiej górki.

Darek nie mógł oderwać wzroku od niej. Zdecydowanie się napalił, że chce kiedyś wyjść na szczyt. Wyjście nie jest trudne technicznie, tylko aklimatyzacja i wysokość są problematyczne. Aby wyjść na szczyt trzeba oczywiście trenować minimum 6 miesięcy wcześniej, wykupić pozwolenie za 1tys dolarów i zacząć się wspinać. Jest cały plan wspinania się i trzeba na to przeznaczyć ok 18 dni. Oczywiście na dole w bazie jest lekarz który bada cię czy jesteś wystarczająco zaklimatyzowany, żeby uderzyć w wyższe partie. W sytuacji zagrożenia masz helikopter, który cię weźmie na dół. Wszystko to jest w cenie permit'u wiec koszty, które początkowo wydają się wysokie wcale takie nie są. Oczywiście nadal w takich górach nie ma przelewek i trzeba poważnie do tego podejść.

Górki i cały park jest przepiękny. Na pewno wygląda dużo lepiej jak pogoda dopisze. Nas tam trochę wywiało ale tak to jest jak się w zimie chce zwiedzać.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze zobaczyć Puente del Inca. Jest to niesamowita formacja skalna (most skalny) stworzona przez lodowiec i gorące źródła. Ze względu na gorące źródła powstał tam budynek ówczesnego SPA, teraz to już tylko niestety ruiny.

Maipu rejon jest jednym z bardziej znanych w Mendozie. Okazało się, że będziemy przez niego przejeżdżać więc zboczyliśmy na chwilę z autostrady, aby zobaczyć tamtejsze winiarnie. Niestety nawet jeśli coś było na mapie winiarnią to w rzeczywistości wszystko było otoczone murem lub schowane za jakimiś krzakami. Druga próba odwiedzenia winiarni spełzła na niczym więc doszliśmy do wniosku, że lokalnego Malbec'a spróbujemy w dobrej restauracji z dobrym jedzonkiem.

I tak też się stało – poszliśmy na kolację do Azafran. Lepszej klasy restauracja ale z bardzo sympatyczną obsługą, ciekawym wystrojem i przepysznym jedzeniem. Stolik dostaliśmy bez problemu, przy czym Pani grzecznie nas uprzedziła, że o 21:30 przyjdą następni ludzie którzy mają rezerwacje na ten stolik. Do 9 były 2h więc nie widzieliśmy w tym żadnego problemu.

W restauracji nie mają karty win – jak chcesz sobie wybrać wino to idziesz do ich piwniczki i sobie wybierasz która butelka ci pasuje. Jak świętować wspaniałe wakacje to świętować – wybraliśmy jedno z lepszych win, Bramare 2013. Było tak pyszne ze szybko się skończyło więc poszliśmy po drugą butelkę. Tym razem do piwniczki poszedł z nami pracownik restauracji i Darek z nim sobie pogadał o winach. Gościu szybko się zorientował, że nie rozmawia z byle kim więc potem już koło nas skakali na prawo i lewo. Nawet stolika nie musieliśmy zwalniać. Jakimś cudem się okazało, że tamci odwołali rezerwacje – niezła ściema.

Restauracja oferowała wiele wspaniałych potraw lokalnej kuchni. My jednak skusiliśmy się na jagnięcinę. Chcieliśmy porównać tutejsze mięso z jagnięciną z Nowej Zelandii – nie zawiedliśmy się. Mięsko było przepyszne i rozpływało się w ustach. Beef carpaccio też było niesamowite. Wszystko takie delikatne, że rozpływało się w ustach. Ciekawe jak oni to przyżądzają.

Pomimo, ze poszaleliśmy z jedzeniem i winkami to rachunek wcale nie wyszedł dużo. To znaczy nie wyszedł dużo w porównaniu z podobnej klasy restauracjami w innych miastach. A jedzenie było naprawdę jedno z lepszych jakie do tej pory miałam. Obżarci po kolacji poszliśmy na spacerek po Mendozie. Trafiliśmy do dzielnicy gdzie był bar na barze ale większość była pełna albo miała formę bardziej restauracji więc zakręciliśmy w kierunku naszego hotelu. Zaraz obok naszego hotelu był bar zwany Liverpool. Dekoracje i wszystko jest wzorowane na The Beatles. Niestety nie wiemy czy grają tu tylko muzykę Beatles'ow bo akurat leciała walka bokserska i wszyscy skupieni byli na telewizorze. My też chcieliśmy zobaczyć o co tyle zachodu wiec weszliśmy na chwilkę. Najpierw Pani nam powiedziała, że już jest full i nie możemy wejść do środka. Po paru minutach jednak zmieniła zdanie i wniosła nam do środka stolik z chodnika. Potem zamknęła drzwi na zamek i już nikogo nie wpuszczała więcej do baru. Znów nam się udało i zostaliśmy potraktowani jak specjalni goście. Ciekawe co my takiego w sobie mamy. Na pewno nie ubranie bo chodzimy w bluzach dresowych i jeansach jak zwykli biedni turyści. Tak pożegnaliśmy się z Mendozą. Miasteczko przepięknie położone, widać że wino to ich główna atrakcja. Szkoda tylko, że nie można tak po prostu wejść do winiarni jak to się robi w Californii. Ale dojdą do tego – bo widać, że zdają sobie sprawę z potencjału jaki maja. Najpierw tylko muszą naprawić dziury w chodnikach.

Niedziela minęła nam na lotniskach. Wakacje zawsze są fajne ale te godziny w samolotach i na lotniskach męczą coraz bardziej. Szczególnie mi nie przypadł do gustu lot pomiędzy Santiago a Mendozą. Ponieważ samolot musi przelecieć nad ogromnymi górami to jest dużo turbulencji. Ogólnie turbulencje mi nie przeszkadzają ale jakoś po tym locie za każdym razem czułam się jakbym miała chorobę lokomocyjną. Może też chodzi o zmiany wysokości i ciśnienie...kto wie. W każdym razie jak bardzo lubię latać tak ten odcinek nie należy do moich ulubionych. Mam nadzieje ze lot do NY minie nam spokojnie.

Read More
Chile Ilona i Darek Chile Ilona i Darek

2017.08.24 Valle Nevado, CL (dzień 8)

To już jest koniec – chciałoby się zaśpiewać. Niestety co dobre szybko się kończy i tak samo nasz wyjazd dobiega końca. Tym razem więcej będzie o hiku niż o nartach. Ten dzień należał do mnie i zakończył się szampanem – a nawet trzema. Ale po kolei.

Ogólnie w Valle Nevado chodziłam po górkach. Używałam tras narciarskich a, że ogólnie jest tu mniej narciarzy niż w Stanach czy Europie to nikomu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, często ludzie mnie zatrzepali, dawali Like, albo miło pozdrawiali. Po spędzeniu w górach 6 dni postanowiłam się sprawdzić i przekonać się jak wielką rolę aklimatyzacja odgrywa.

Szczyt Tres Puntas (Trzy Kropki) wys. 3670 m n.p.m / 12,041 ft. To był mój cel. Jest to najwyższy punkt gdzie dojeżdżają wyciągi. Jest to też kolejny dwunastu tysiącznik na mojej liście. Hiki lubię ale powyżej 10 tys zazwyczaj odczuwam brak aklimatyzacji. Zdobyłam już parę szczytów między 10 a 14 tysięcy (nigdy wyżej) więc Tres Puntas mnie kusił. Jak to się mówi “mountains are calling and I have to go” (góry wzywają więc muszę iść).

Do zrobienia miałam ok. 600 metrów (2000 ft.). Niby nie wiele ale na tej wysokości każdy metr się liczy. Szłam trasami narciarskimi więc nie była to trudna trasa. Bardziej chodziło tu o wytrwałość, kondycję długo dystansową i czas. Hike przewidziałam na max 7h.

Najpierw musiałam wyspinać się na szczyt Cima Mirador 3300 m (10,827 ft.). Zaczęłam hike o 9 rano więc prawie nie było ludzi. Słoneczko też jeszcze nie świeciło za mocno więc się super szło. Jednak ranny start to podstawa każdego wyjścia w góry. Nie ma ludzi, nie jest za gorąco a do tego nie stresujesz się, że zaraz zrobi się ciemno. Parę razy zaczepił mnie jakiś patrol ale jak tylko zobaczył moje raki to powiedział “Good luck!” i pojechał dalej.

Po szczycie przyszedł czas na dolinkę. Base Ballica jest na wysokości 3210 m (10,532 ft). Tam zleciałam dość szybko. Zejście na dół po trasach narciarskich i w rakach jest bajecznie łatwe i nawet dość wesołe. Trzeba tylko uważać, żeby nie potknąć się o śnieg.

Od tego momentu zaczęła się jazda. Trasą Vals musiałam się wyspinać na sam szczyt. Początkowo trasa idzie koło wyciągu, po jakiś 15 minutach trasa odbija w bok i idzie okrężną drogą na szczyt. Najpierw ciągnie się dolinką ale potem trzeba się wspiąć na grań aby podziwiać widoki na prawo i lewo.

Wszystko byłoby idealne gdyby nie wiatr. Czasem jak zawiało to lepiej było iść tyłem. Dobrze, że w tej części było jeszcze mniej narciarzy to nie bałam się, że ktoś mi wjedzie w tyłek i mogłam iść tyłem osłaniając się od wiatru.

Fajnie się szlo. Cały spacerek na szczyt zajął mi ok. 3.5h. Jednak aklimatyzacja pomogła i dopiero pod sam koniec czułam troszkę osłabienie z powodu wysokości. Ale to i tak było stosunkowo małe i dopiero pod sam koniec – tak więc aklimatyzacja zdecydowanie pomaga. Ok. 12:30 w południe doszłam na szczyt wyciągu. Tam już czekał na mnie Daruś, który cały czas obserwował moje postępy w hiku, szalejąc po górkach.

My, narciarze w ostatni dzień też nie próżnowaliśmy i pomału żegnaliśmy się z resortem. Zaczęliśmy od znanych tras w głównej części resortu i potem posuwaliśmy się w kierunku Ilonki.

Ilonka zdobywała Tres Puntas, więc i my też w tym rejonie się bawiliśmy. Tres Puntas ma tylko jeden wyciąg. Bardzo długi i stromy talerzyk. Po paru zjazdach i wyjazdach do góry nogi już nie chcą więcej jeździć. Dzisiaj w całym Valle Nevado nie było już dobrych warunków. Śnieg nie sypał już wiele dni, a potężny wiatr zwiał wszystko do reszty. Na trasach było twardo i lodowato, a poza trasami zmarznięta skorupa skutecznie utrudniała zakręcanie.

Oczywiście nie zniechęciliśmy się do jeżdżenia na nartach i cały czas aż do zdobycia przez Ilonkę szczytu jeździliśmy w Tres Puntas. Prawie jak zawodowcy, bieg zjazdowy z samej góry na dół z małą ilością zakrętów.

Oczywiście wyciąg dojeżdża tylko pod szczyt ale do samego szczytu było już rzut beretem. Tak więc już w trojkę pokonaliśmy ostatnie metry i doszliśmy do trzech głazów czyli Trzech Kropek (Tres Puntas). To był właśnie szczyt. Po obowiązkowych zdjęciach zeszliśmy jeszcze szybciej niż wyszliśmy. Przegonił nas wiatr który na szczycie był jeszcze bardziej odczuwalny niż na trasie.

Trochę niżej szczytu udało nam się znaleźć miejsce osłonięte od wiatru. Zrobiliśmy sobie małą przerwę bo pomimo, ze widoki były niesamowite to było trochę zimno. Zregenerowaliśmy siły, zjedliśmy po kabanosie i porozjeżdżaliśmy (po rozchodziliśmy się w swoje strony). Zejście jak to zazwyczaj bywa było łatwiejsze. Nadal wiało ale z każdym krokiem wchodziłam bardziej w dolinkę i co za tym idzie wiatr był mniej odczuwalny.

W drodze powrotnej też musiałam wyspinać się troszkę pod góre ale było to tylko 100 m / 300 ft wiec pikuś. Nadal mieliśmy trochę piw w plecakach i chcieliśmy sobie zrobić fajną przerwę z jakimś ładnym widokiem. Schodząc tak coraz niżej, znalazłam idealne miejsce. Było przy trasie narciarskiej ale z boku, stos skałek był idealny, żeby na nim usiąść. A wszystko było w pięknym słoneczku. Zero wiatru, piękne widoki, cieplutko – czego chcieć więcej. Wiedziałam już, że chłopaki gdzieś się kręcą po okolicy więc ich zawołałam przez walkie-talkie. Odpowiedzieli szybko - “dobra dobra, jedziemy....tylko daj nam trochę czasu żeby do ciebie dojechać.” Jak się okazało chłopaki postanowiły trochę się pobawić i odjechali w bardziej ciekawsze tereny.

No tak ciekawsze tereny to z reguły nie są łatwe tereny. Dostanie się do nich wymaga trochę wysiłku. Pakując się na ten wyjazd zabraliśmy ze sobą raki na buty narciarskie. Po paru dniach aklimatyzacji mieliśmy w planie wyjechać wysoko wyciągami i dalej iść wyżej żeby zlecieć w świeżym puchu.

Niestety tak nie zrobiliśmy. W sumie to nie musieliśmy. W drugim dniu naszego pobytu spadło ponad 20 cm śniegu i puch był wszędzie. W Chile jest znacznie mnie ludzi na trasach niż w Europie czy Stanach i nawet parę dni po opadach śniegu puch można z łatwością znaleźć.
Po drugie, wyciągami można nawet dosyć wysoko wyjechać i dalsze hiki nie są aż tak bardzo potrzebne.
Po trzecie, w ciągu dnia temperatura była dodatnia, a w nocy duże mrozy. Śnieg w ciągu dnia się topił, a w nocy zamarzał, co powodowało grubą lodową skorupę. Zakręcanie na niej nie należało do łatwych, zwłaszcza jak się wpadało pod nią.

​Mimo wszystko widzieliśmy paru twardzieli co szło parę godzin na przełęcze albo nawet na szczyty, żeby potem w kilka minut zlecieć na dół. My do twardzieli się nie zaliczamy, ale i tak w ten ostatni dzień podeszliśmy trochę do góry.

Wzięliśmy ostatni wyciąg, potem trawersem wjechaliśmy w dolinę, a następnie zdjęliśmy narty i zaczęliśmy iść do góry. Nie szliśmy za wiele, jakieś 15-20 minut. Na tej wysokości to i tak dużo. To nam już wystarczyło, żeby zjechać inną doliną, do której bez podejścia się nie dostaniesz. Oczywiście byliśmy sami i nie było żadnych śladów.

Zjazd nie był łatwy, mimo, że był płaski. Częste zapadanie się pod skorupę skutecznie utrudniło zakręcanie. W dolinie leżało dużo głazów, które musieliśmy omijać.

Ogólnie bardzo polecam wyjechanie poza trasy i zjeżdżanie off-piste. Wtedy dopiero można poznać dobrego narciarza od bardzo dobrego.

Dojechali – no i się zaczęło. Najpierw spokojnie wypiliśmy po piwku. Ale potem zachciało nam się sesji zdjęciowej. Byliśmy zaraz przy trasie wiec się zaczęły skoki, pozowanie, zjazdy i inne wygłupy. Efekt końcowy można zobaczyć na poniższych zdjęciach.

Był to nasz ostatni dzień, pożegnanie z górkami. Chcieliśmy się nacieszyć tym słoneczkiem, widokami i całą otoczką. Posiedzieliśmy na skałkach ładne 2h wspominając zeszły tydzień. Czas jednak nas gonił i każdy chciał jeszcze ostatni raz zjechać przed zamknięciem wyciągów. Ja podreptałam na dół a narciarze pognali załapać się na ostatnie wyciągi.

Wieczorem poszliśmy do lokalnego baru/restauracji na fondue. Tutaj zaczęliśmy naszą wycieczkę i tutaj ją skończyliśmy. Tak jak i za pierwszym razem wzięliśmy najlepsze pomidorowe fondue i szampana. Impreza się rozkręcała i leciał szampan za szampanem – bo jak Kasia stwierdziła – muszą być 3 szampany bo 3 razy zjechała z czarnej trasy. Było co oblewać. Każdy podszkolił swoje umiejętności. Każdy zrobił coś nowego, zjechał z trudniejszej trasy, zrobił pierwszy ślad w puchu albo po raz pierwszy pojechał off piste. Ja po raz pierwszy wyszłam tak szybko tak wysoko w górach.

Pomyślicie 3 butelki szampana to trochę dużo....nie do końca. Na wysokości jak się otwiera szampana to polowa wylewa się na zewnątrz. Szampan zazwyczaj zamykany jest na niższej wysokości gdzie ciśnienie jest większe. Tak więc otwierając go na wysokościach gdzie ciśnienie jest niższe nie da się uniknąć wystrzału. Może dlatego szampany są tu tak tanie (ok.$15 za butelkę), bo trzeba się liczyć z utratą połowy.

Fajnie się siedziało. Jak przyszliśmy to prawie nikogo nie było, z czasem przybywało ludzi a gitarzysta się rozkręcał i coraz lepsze hity grał. Nawet Creep zagrał – moją i Darka piosenkę. Tego się nie spodziewaliśmy – usłyszeć to na końcu świata. Było to piękne zakończenie wieczoru.

Kolacje dziś też mieliśmy zarezerwowaną ale po fondue byliśmy tak pojedzeni że ograniczyliśmy się tylko do deseru. No dobra, dziewczyny się ograniczyły do deseru bo chłopaki jakoś znaleźli jeszcze miejsce na pożegnalnego steak'a. Dzień zakończyliśmy pakowaniem – jutro o 8 rano przyjeżdża po nas samochód i jedziemy na lotnisko. My lecimy do Mendozy zaliczyć kolejny kraj i kolejną strefę czasową a Kasia i Damian wracają do domku. Fajnie będzie wrócić na normalne wysokości i zacząć znów oddychać bez wysiłku. Choć podobno oddychanie na wysokościach jest zdrowe dla płuc. Powoduje ze z braku tlenu krew musi dopływać w dalsze rejony płuc, które normalnie nie są używane. Powoduje to lepsze ukrwienie płuc. Pewnie coś w tym jest – choć ja tam wole jednak spać na niższych wysokościach.

Tydzień na nartach w Andach dobiega końca. Był to wspaniały czas z zupełnie innym doświadczeniem niż narciarstwo jakie znamy z naszych górek. Potężne góry, puste stoki, wspaniały puch i ludzie z całego świata. Ogólnie bardzo polecam wyrwanie się z gorącej północne półkuli i zlecenie na zimową, południową gdzie czekają na ciebie doświadczenia, które będziesz pamiętał do końca życia.
Na nartach w Valle Nevado może jeździć każdy, od początkującego do super-eksperta. Jest trochę łatwych tras i parę szkółek narciarskich. Jednak większość resortu to off-piste (ponad 90% tras jest nieubijana). Żeby w pełni wykorzystać te wspaniałe tereny trzeba już posiadać dobre umiejętności narciarskie. Umiejętność swobodnego zjeżdżania w głębokim śniegu nie powinna stwarzać problemu. Oczywiście do tego potrzebujesz odpowiedni sprzęt. Szerokie narty można tam wypożyczyć, natomiast buty musisz zabrać ze sobą. Tam mają wypożyczalnie, ale chyba nie chcesz jeździć w używanych butach narciarskich. Pamiętaj o zabraniu butów na pokład, a nie ich nadawanie. Chyba, że chcesz żeby linie lotnicze, poprzez zgubienie albo opóźnienie twojego bagażu zepsuły ci narciarskie wakacje.
Narciarstwo na południowej półkuli jest fantastyczne. Kiedy Nowa Zelandia?

Read More
Chile Darek Chile Darek

2017.08.23 Valle Nevado, CL (dzień 7)

Na dzisiejszy dzień nie mieliśmy nic specjalnego zaplanowanego. Po prostu iść na narty i jechać tam gdzie nas poniosą.
No dobra, troszkę skłamałem. Miałem w głowie cichy plan. Przedostać się do El Colorado (udało nam się załatwić bilety za darmo) i tam zjechać ich słynną wschodnią ścianą.

Po drodze do El Colorado napotkaliśmy mały wąwozik, w którym oczywiście nie omieszkaliśmy się pobawić. Od ostatniego opadu śniegu minęło już parę dni, więc ściany były już twarde, ale i tak było fajnie. Wąwozik wybiegł prosto na trasę, którą zjechaliśmy na dół i wzięliśmy orczyk na górę. Z góry ta stroma ściana (ponad 40 stopni nachylenia) groźnie wyglądała. Było stroma i twardo. Nie wolno się wywrócić, bo nie wiadomo jak daleko się poleci. Pomału, ostrożnie trenowaliśmy zakręty na ścianie, aż do dołu gdzie się zrobiło płaściej i można było przyspieszyć.
Zjechaliśmy na dół. Nogi dalej bolały od spiętych mięśni. Popatrzyliśmy na siebie i co? No jak to co, powiedzieliśmy? Jeszcze raz jedziemy!
Oczywiście drugi raz był już "łatwiejszy" niż pierwszy, ale trzeciego nie było.

Na szczycie podsłuchaliśmy jednej z rozmów trenera zespołu angielskiego do swoich podopiecznych. On powiedział do nich, że wraca do bazy bo ma jeszcze trochę pracy, a oni niech się tu trochę pobawią, bo jest tu parę "ciekawych" tras. Staliśmy na szczycie czarnej trasy. Po paru sekundach jeden z zawodników poleciał prosto na dół, na krechę. Za chwilę drugi, trzeci.... było ich chyba z pięciu. Wszyscy polecieli na krechę na dół w odstępach 15-20 sekund. Czarna trasa za jakieś 500 metrów zakręcała w lewo i znikała za górą, a wraz z nią narciarze.
Postanowiliśmy iść w ich ślady (i po śladach) też polecieliśmy czarną w dół. Nagle jak trasa zaczęła zakręcać w lewo to nic nie widziałem tylko uskok. Im bliżej krawędzi tym dalej nic nie widziałem, a prędkość była już spora. Wystraszyłem się. Zacząłem ostro hamować. Zatrzymałem się na samym brzegu. Dobrze, że tak zrobiłem, bo przy tej prędkości pokonanie takiego uskoku to gwarantowane kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt metrów w powietrzu. I oczywiście lądowanie na stromej ścianie. Zawodnicy chyba mieli zrobiony kurs latania, bo po śladach wywnioskowaliśmy, że tylko Albatrosy tak daleko latają.

Pojechaliśmy w inną część El Colorado gdzie po łatwiejszych trasach i przy większych prędkościach można się było ochłodzić. Tam też spędziliśmy trochę czasu jeżdżąc i obserwując olimpijczyków. W tym resorcie trenuje dużo Kanadyjczyków, a od paru dni dołączyli do nich też Anglicy. Przynajmniej rozumieliśmy co między sobą gadają.

Wróciliśmy do Valle Nevado, podjechaliśmy do baru i musieliśmy się ochłodzić dobrym lokalnym. Było po czym. Dzień należał do stromych zjazdów, a w sumie zapowiadał się tak niewinnie. Ilonka do nas doszła w rakach i też się postanowiła ochłodzić, bo mówiła, że podejście też było ciężkie. Ponoć sprawdza jakąś trasę na jutrzejszy duży hike.

Dokładnie, dziś miałam tylko próbę przed jutrzejszym. Niestety dziś wygrała praca i musiałam się czymś zająć zanim wyszłam z hotelu. Tak więc przy późnym starcie, musiałam się ograniczyć do czegoś w miarę łatwe'go. Jutro chcę wyjść na Tres Puntas. Mapa, którą posiadam ma tylko rozrysowane trasy ale nie ma podanej odległości. Chciałam więc przejść się jakiś kawałek, żeby mieć potem wyobrażenie ile czasu potrzebuję na cały hike.

Wszyscy wróciliśmy na dół do bazy, gdzie już w czwórkę i jeszcze z paroma innymi narciarzami przy ognisku nawiązywaliśmy kontakty.

Nawet nie wiemy kiedy się ściemniło i znowu "musieliśmy" iść na kolację. Po posiłku wróciliśmy nad ognisko i jeszcze trochę pogadaliśmy. Nie za długo, bo jutro już jest nasz ostatni dzień w Valle Nevado. Nie będzie łatwy, mamy już duże plany z nim związane.

Read More
Chile Darek Chile Darek

2017.08.22 Valle Nevado, CL (dzień 6)

Na czym polega narciarstwo w mega-wielkich resortach? Niektórzy chcą być na każdym wyciągu, inni zjechać każdą trasą, być w każdej wiosce. Jeszcze inni chcą zrobić jak najwięcej kilometrów na trasie albo w pionie. Ja lubię jeździć i zwiedzać góry. W zimie za pomocą wyciągów i tras mogę w ciągu dnia zobaczyć wielkie przestrzenie. Mogę przebyć kilkadziesiąt kilometrów, gdzie w lecie, gdy nie ma śniegu jest to niemożliwe.

Dzisiaj postanowiliśmy pojechać górami do kolejnego resortu, do La Parva. La Parva wraz z El Colorado i Valle Nevado tworzą dosyć spory (największy w Ameryce Południowej) obszar w Andach, który zimą można zwiedzić na nartach. Dzisiaj też wysokie Andy pokazały swoje pazury i spłatały figla pogodowego. O pogodzie napiszę trochę później.

Do La Parva jak i do El Colorado oczywiście nie ma łatwej drogi z Valle Nevado. Znaczy się jest jedna, dosyć szybka. Wymaga dobrego śniegu i dobrych umiejętności narciarskich. Wybrałem tą drogę. Wyjechałem na górę i jadę bardzo płaską (po kijach) trasą w kierunku La Parva. Po chwili trasa zaczyna iść lekko do góry i w tym momencie żeby uniknąć podchodzenia trzeba odbić w lewo i stromo w dół zlecieć do resortu. Niestety brak śniegu wyłączył tą opcję. Za dużo kamieni. Do góry nie będę podchodził, więc znalazłem opcję trzecią.

Wziąłem jeszcze dwa orczyki i pojechałem dalej w góry. Tutaj rano nie było nikogo. Do tego stopnia, że jak podjechałem pod wyciąg to on był wyłączony. Dopiero jakiś pan wyglądnął przez okienko i coś do mnie po hiszpańsku powiedział. Ja do niego La Parva i nagle wyciąg został włączony. Jakoś się do niego wpiąłem i wyjechałem na górę.

Za bardzo nie wiedziałem gdzie mam jechać, ale widziałem w dole miasteczko, więc w tym kierunku się udałem. Po jakimś czasie dojechałem do innych wyciągów i tras. Zaczęło też przybywać ludzi. Dużo tras było zamkniętych, widziałem na nich zjeżdżających zawodników. Tutaj też trenują? Pomyślałem...

Jak się później okazało to tutaj atleci z wielu krajów mają zawody. Zawodnicy ze Stanów, Niemiec, Francji, Finlandii... wspólnie ćwiczą, pewnie przed olimpiadą.
La Parva jest wielkim resortem położonym wysoko w Andach. Niestety nie mogą tutaj robić olimpiad zimowych. W lutym u nich jest lato. Natomiast co zrobili, to ponazywali doliny i trasy nazwami z olimpiad. Nie ma też żadnych hoteli, wszystko to prywatne pensjonaty. Coś jak alpejskie miasteczka.

​Kolega dojechał do mnie i razem poznawaliśmy dalej ten resort. Coraz więcej tras gdzie wcześniej trenowali zawodnicy otwierali, więc można było po ich śladach zlatywać w dół. Górne wyciągi nie mają prądu. Dalej pracują na ropę. Inny daleki świat, nie?

Nagle pogoda się zmieniła, jak to w wysokich górach. Wyszły chmury i zaczął wiać silny wiatr. Im wyżej tym mocniej.

Postanowiliśmy uciekać z tego resortu do nas zanim nie zamkną wyciągów. Musieliśmy aż wziąć pięć wyciągów żeby wyjechać na przełęcz. Nawet orczyki zwalniali lub zatrzymywali, bo aż tak wiało.

W końcu udało nam się wyjechać na przełęcz. Ale tu wiało. Wyciągi z Valle Nevado były już zamknięte. Dobrze, że z La Parva nie zamknęli, bo byśmy mieli problem.
Cały śnieg z tras był zwiany, zjeżdżało się jak po lodowisku.
Udało się. Zjechaliśmy na dół i dojechaliśmy do ogniska, gdzie Ilonka już siedziała i pilnowała miejsca.

Z oczywistych przyczyn Darek jak i inni narciarze nie lubią wiatru. Są jednak stworki na świecie, które to uwielbiają. Mocniejszy wiatr w górach sprawił, że kondory opuściły swoje gniazda i zaczęły latać. Kondor, który żyje w Andach jest największym ptakiem na świecie. Ma on nawet do 3 metrów rozpiętość skrzydeł i waży około 15 kg.

Mega resorty - a raczej mega górki to nie tylko zapierające dech w piersiach widoki, niesamowite przestrzenie dla narciarzy i górołazów ale też zmęczenie, choroba aklimatyzacyjna itp. O chorobach aklimatyzacyjnych dużo się słyszy ale chyba nie każdy zdaje sobie sprawę co to tak naprawdę jest. Prawdziwa choroba aklimatyzacyjna objawia się wyłączeniem mózgu. To nas nigdy nie dopadło i ogólnie nie jest to powszechne zjawisko. Chyba, że człowiek weźmie helikopter, i przemieści się z poziomu niskiego w wysokie góry (np. 14tys ft. / 4tys metrów). Przy normalnej aklimatyzacji wszystko jest w miarę ok. Piszę w miarę bo nie czujesz się tak jak na niskich wysokościach. Najpopularniejsze objawy to senność. To dopadło nas w pierwsze dwa dni ale zwalczaliśmy to mobilizując się do aktywności fizycznej. Po ok. 2-3 dniach objaw ten mija. Organizm jest jednak troszkę zmęczony, odwodniony (na wysokościach trzeba pić więcej niż normalnie) i przez to łatwiej łapie choroby. Również powietrze w Valle Nevado było bardzo suche więc naturalną reakcją jest krwawienie z nosa. Wysokość, suche powietrze i ogólne osłabienie organizmu. Jeszcze nigdy nie spaliśmy tak wysoko w górach. Bywaliśmy w górach po 14 000 ft. / 4000 m. ale zawsze spaliśmy niżej. Najwyżej chyba spaliśmy w Vail, CO - 8 000 ft / 2500 m. Valle Nevado jest natomiast na wysokości 9843 ft / 3000m. Wtorek był właśnie dla nas takim przełomowym dniem. To właśnie dziś dopadło nas ogólne osłabienie i parę razy polała się krew z nosa. Tak więc nie siedzieliśmy długo przy ognisku tylko poszliśmy regenerować siły do hotelu. Witaminka C, rutinoscorbin i dużo owoców pomogły nam zatrzymać krwawienie z nosa i inne objawy osłabienia.

Cukier też podobno jest dobry na krzepnięcie krwi. Tak więc po kolacji poleciał najbardziej kaloryczny (ale przepyszny) deser, tort karmelowy robiony na podobieństwo naszego piszingera. Do tego zjedliśmy po całym talerzu owoców i już mieliśmy z powrotem siły na ratowanie świata przed Pandemią. Tym razem udało nam się 3 razy wygrać w tą grę. Praktyka czyni mistrza - chyba czas zwiększyć stopień trudności i dokupić jakieś dodatki. Jutro zapowiada się kolejny piękny dzień w górach.

Read More
Chile Darek Chile Darek

2017.08.21 Valle Nevado, CL (dzień 5)

Narciarze którzy kupują tygodniowy bilet na Valle Nevado za darmo otrzymują też dwa bilety na sąsiadujące resorty. Tym oto sposobem dostaliśmy po jednym dniu w El Colorado i La Parva.
Dzisiaj postanowiliśmy odwiedzić El Colorado.

Te trzy resorty są połączone wyciągami i można nie ściągając nart wszędzie się poruszać. Jednak musi się mieć osobne bilety. Nie wiem dlaczego nie ma jednego biletu na wszystko. Pewnie się nie dogadali właściciele co do $$$. ​

Oznakowania też nie są za dobre. W jednym miejscu dopiero zobaczyliśmy drogowskaz mówiący nam gdzie mamy jechać. Chyba Valle Nevado za bardzo nie chce żeby narciarze jechali do innego resortu. Nawet za bardzo nie było trasy żeby tam dojechać, musieliśmy na przełaj na dół po głębokim śniegu.

Wjechaliśmy na jakąś trasę w El Colorado i oczywiście nie było nikogo. Często tylko jacyś zawodnicy przelatywali koło nas jak pociski. Pojechaliśmy na dół i dojechaliśmy do dolnej stacji orczyka. Jak się później okazało w El Colorado jeszcze jest mniej krzesełek niż w Valle Nevado, widzieliśmy tylko dwa albo trzy. Reszta to orczyki. Zapakowaliśmy się na jeden podwójny i ruszyliśmy do góry. Oczywiście bez mapy, bo w Valle Nevado nie mają map El Colorado, a na dole przy wyciągu nie widzieliśmy nikogo. Są bramki, które automatycznie się otwierają jak masz ważny bilet i potem sam sobie musisz złapać dwuosobowy orczyk (t-bar) i dobrze się go trzymać żeby nie spaść.

Udało mam się wyjechać pierwszym wyciągiem. Z góry już było lepiej wszystko widać. Powoli nam się rozjaśniało w głowie jak ten resort wygląda. Wzięliśmy kolejny orczyk i wyjechaliśmy jeszcze wyżej. Stąd jeszcze lepiej było widać, a zwłaszcza taką jedną piękną trasę.

Długo się nie zastanawiając polecieliśmy nią w dół. Po śladach wywnioskowaliśmy, że chyba byliśmy pierwszymi narciarzami, którzy tędy dzisiaj jadą. Świeży ratrakowy sztruks pozwalał na głębokie wcinanie się w zmrożony, ale nie zlodzony śnieg. Dosłownie znowu jak w bajce. Bajka się skończyła jak dojechaliśmy do zagrodzonej trasy gdzie z wielką prędkością trenowali zawodnicy. Za bardzo nie mieliśmy innego wyboru tylko z nimi razem zjechać na dół. Jeden z ludzi, który stał trochę wyżej zaczął coś do nas mówić po hiszpańsku, ale oczywiście nic nie rozumieliśmy. Za chwilę zaczął machać rękami i krzyczeć "go". Szybko zlecieliśmy trasą w dół, nie "wyprzedzając" żadnych zawodowców.

Zapakowaliśmy się na inny orczyk i wyjechaliśmy na szczyt piramidy. Góra El Colorado wygląda jak piramida, może bardziej jak wulkan. Wyciąg szedł ostro do góry, więc musieliśmy się dobrze koncentrować na tym jak nasze narty jadą po wyboistym terenie. Naszą uwagę rozpraszali inni zawodnicy, którzy trenowali zjazd po muldach z akrobatycznymi skokami. Ja też trenowałem jak wszyscy zawodnicy.

Wyjechaliśmy na samą górę. W każdą stronę widoki były cudowne.

Z jednej strony było widać resort Valle Nevado z jego ostro wspinającą się drogą do góry. ​

​Na zachód widać pustynne wzgórza i dalej Santiago.
Ze szczytu też po raz pierwszy zobaczyliśmy, że zachodni strona El Colorado jest o wiele większa niż wschodnia (od naszej strony). Łatwiejsze tereny, dużo wyciągów i wiele tras.

Zjechaliśmy na dół do bazy, poszliśmy sprawdzić co się tu dzieje (czytaj: poszliśmy na piwo). Na miejscu dowiedzieliśmy się kto tutaj trenuje. Kanada obstawiła El Colorado. Wielu zawodników z narodowej kadry trenuje przed następną olimpiadą. Każdy ma parę par nart, butów i ogromne plecaki. Do tego dziesiątki trenerów, ludzi z kamerami, komputerami i parę innych osób którzy wyglądają bardzo poważnie. Ktoś przecież za te setki ludzi musi zapłacić. Ogólnie, ciekawy klimat. Ciekawe ile tych osób zobaczymy za pół roku w Korei Południowej na olimpiadzie zimowej.

Po przerwie, troszkę pojeździliśmy wraz z zawodnikami po El Colorado. Niestety nie na ich trasach, ale w pobliżu. Tutaj dopiero było widać ile ludzi jest zaangażowanych w zjazd każdego zawodnika. Po każdym narciarzu trzy osoby zjeżdżają bokiem żeby równać trasę. Ludzie z kamerami, stoperami stoją prawie przy każdej tyczce, a pomalowane linie na śniegu pokazują zawodnikowi którędy przebiega jego najlepsza linia zjazdu. Ogólnie skomplikowana masakra. ​

Wyjechaliśmy na szczyt piramidy i przejechaliśmy na wschodnią (naszą) część El Colorado. Tutaj już walkie-talkie zaczęło działać i Ilonka powiedziała, że ostro walczy w rakach do góry. ​

Na skróty po puchu, skałach, wąwozach wróciliśmy do Valle Nevado i wyciągiem (oczywiście orczyk) dojechaliśmy do Ilonki.

Dokładnie - ja sobie wyszłam przed siebie, nie miałam jakiegoś konkretnego planu poza tym, żeby spędzić trochę czasu w górkach i się gdzieś wspinać. Tak sobie szłam i zobaczyłam, że pewna niebieska trasa jest prawie nie uczęszczana. No więc nią podreptałam do góry. Potem było a jeszcze trochę, i jeszcze trochę i wylądowałam pod wyciągiem, którym Darek wyjechał.

I takim o to sposobem raki połączyły swoje siły z nartami i wszyscy mieliśmy lunch w niesamowitej scenerii. A potem oczywiście musiała polecieć sesja zdjęciowa. No bo skoro już wyniosłam aparat na górę to nie mogło się obyć bez zdjęć.

Super siedziało się w słoneczku ale górki wołały i krzyczały, że nie ma czasu na lenistwo i trzeba się ruszyć. Tak więc założyłam raki i znów pognałam w górę. W rakach się idzie wolniej niż na nartach więc chłopaki zdążyli mnie dogonić i znów poleciała seria zdjęć.​

Chłopaki pognały gonić się po górkach a ja uderzyłam dalej na szczyt Cima Mirador (10 827 ft / 3300 m). Im wyżej tym oczywiście coraz ładniejsze widoki były.

Na górze nie ma za bardzo miejsca na przerwę, więc pognałam na dół. Tym razem lekką zieloną trasą, która przechodzi zaraz obok górnej stacji kolejki. A obok gondoli jest taras na którym można sobie fajnie odpocząć i popodziwiać górki. Ten dzień był dość intensywny i każdy z nas marzył o długim prysznicu. Tak więc nie szwendaliśmy się tylko poszliśmy do hotelu. A po kolacji próbowaliśmy uratować świat przed zarazą grając w Pandemię.

Read More